Zakazana miłość

Zakazana miłość

Tytuł oryginału: Lover Be Mine
Tłumaczenie: AGNIESZKA DĘBSKA
Ilość stron: 304
Rodzaj: oprawa miękka, wyd. 3
Format: 145x207
Data wydania: 2019-09-12
EAN: 9788324170876
Romans historyczny

„Gorąca namiętność, zaskakująca akcja i kochankowie niczym z Romea i Julii”. „ROMANTIC TIMES”

 

Mężczyźni ze słynącego ze skandali rodu Wilde’ów równie łatwo łamią konwenanse, co damskie serca. Lecz sami szukają prawdziwej miłości jak legendarni kochankowie…

 

Sophie Fortin nie spodziewała się, że na balu maskowym pocałuje ją przystojny pirat. Jej zachwyt gaśnie, gdy dowiaduje się, że zamaskowany dżentelmen to lord Jack Wilde – mężczyzna, o którym nie powinna nawet myśleć. Ich rody od pokoleń dzieli waśń. Jeden z Wilde’ów zastrzelił niegdyś w pojedynku jednego z Fortinów. Ta tragedia nie tylko okryła Forti nów żałobą, ale i pozbawiła ich tytułu i majątku. Dlatego Sophie będzie musiała teraz wyjść za mąż za bardzo bogatego i znacznie starszego księcia.

Jack Wilde nie wyobrażał sobie, że córka śmiertelnego wroga jego rodu obudzi w nim namiętną pasję. Chcąc zdobyć serce Sophie i przychylność jej rodziców, Jack musi podjąć decyzję, której przyrzekał nigdy nie podejmować…

Rozdział 1
Londyn, czerwiec 1816
Jej piękność go oczarowała – ku jego wielkiemu zmartwieniu.
Lord Jack Wilde zaklął z rozbawieniem pod nosem, obserwując z daleka swoją ofiarę w pełnym przyćmionych świateł ogrodzie. Mimo trzeźwego sądu i instynktu samozachowawczego wpadł z kretesem w pułapkę zastawioną przez jego krewne, ogarnięte manią swatania. Zamierzał tylko obejrzeć sobie dokładnie tę młodą damę, a potem wynieść się stąd jak najprędzej, ale Sophie Fortin zafrapowała go niesłychanie.
Odetchnął głęboko, przyglądając się, jak urzekająca panna Fortin żwawo tańczy kontredansa. Było w niej coś więcej niż tylko sama uroda. Miała zachwycający uśmiech, mnóstwo kobiecego wdzięku i niezwykle atrakcyjne kształty, które natychmiast podziałały na wszystkie jego pierwotne, męskie instynkty.
Zapragnął jej, bez wątpienia. Co gorsza, gorąco też zapragnął dowiedzieć się o niej czegoś więcej.
Powściągnął jednak swoje zmysły, przywołując w pamięci gorące pochwały kuzynki Skye:
– Panna Fortin wcale nie poluje na męża, jak zapewne uważasz. Ale też nie jest zalęknioną gąską – o czym sam się przekonasz, jeśli tylko zdołasz się z nią zapoznać. Założyłabym się, że ogromnie ci się spodoba.
Musiał jednak znaleźć jakiś sposób, by ją dzisiaj poznać albo przynajmniej zbliżyć się do niej. Z powodu dawnej waśni rodowej między ich rodzinami tylko dzięki podstępowi wślizgnął się na bal kostiumowy wydawany przez jej babkę.
Wślizgnąć się na teren wroga w przebraniu to raczej dość tchórzliwy sposób przyjrzenia się przyszłej wybrance, jak uznał Jack ze szczyptą czarnego humoru. A jednak znalazł się tam w stroju zuchwałego pirata, zastanawiając się, czy ma podjąć kroki poważnie zagrażające jego kawalerskiemu stanowi.
Najwyraźniej padło mu na mózg. Albo może uległ czarom.
Otoczenie, w jakim się znajdował, wskazywało raczej na to drugie. Londyński ogród przy rezydencji ciotecznej babki panny Fortin przeobrażono w salę balową na świeżym powietrzu, dyskretnie oświetloną barwnymi lampionami. Niezaprzeczalnie Sophie Fortin błyszczała w tłumie przebranych tancerzy jak diament wśród bryłek węgla.
Jack nie mógł oderwać od niej oczu, głównie dlatego, że była istnym zlepkiem przeciwieństw.
Nosiła lśniący diadem i przejrzystą, falującą szatę godną księżniczki, ale jej wdzięk i uroda nie miały wiele wspólnego z kostiumem. Już same włosy, choć w dość zwyczajnym odcieniu ciemnego brązu, spiętrzone w lśniących lokach wysoko na czubku głowy, robiły wielkie wrażenie. Maska zakrywała wprawdzie jej oczy, ale pozwalała dostrzec delikatne rysy i zmysłowe wargi.
Panna Fortin była rzeczywiście tak urodziwa, jak mu ją zachwalano, ale całkiem pozbawiona chłodnego dystansu, którego oczekiwał. Za to pełna życia, witalności i ciepła.
No i prócz tego raz po raz się miło uśmiechała.
Nie spodziewał się żywiołowości, a tym bardziej uprzejmości i serdeczności. Z tego, co o niej wiedział, sądził, że okaże się grzeczną młodą panienką lub wyrachowaną arywistką. No bo dlaczego pozwoliła, by chciano ją wydać za wdowca, przeszło dwa razy od niej starszego, ale za to z książęcym tytułem?
Jack przyglądał się jej uważnie, nie rozumiejąc wcale, jak mógł ją przeoczyć w tłumie tegorocznych debiutantek. I dlaczego, do licha, zrobiła na nim tak niesłychane wrażenie? Znał w swoim czasie mnóstwo uderzających piękności i z niejedną spośród nich sypiał. Rzadko się zdarzało, by jakaś kobieta pociągała go tak bardzo od pierwszej chwili, a już z pewnością nie młoda dziewczyna ledwie kilka lat po szkole.
Wcale też nie szukał żony – obojętne zresztą, w jakim wieku. A mimo to zgodził się, przymuszony, spotkać pannę Fortin.
Mógł za to winić jedynie upór przybranej siostry, Katharine, i najmłodszej kuzynki, Skye. Podejrzewał, że jej taktyka pobiłaby na głowę nawet Napoleona Bonaparte, choć w tym przypadku chodziło tylko o intrygi matrymonialne. Zaczęła swą kampanię, mającą na celu jego ożenek, na początku poprzedniego tygodnia, tuż po ślubie ich brata Ashtona, do którego zresztą również się przyczyniła.
Gdy Kate była młodsza, rodzina traktowała jej idealistyczne machinacje z pobłażliwą wyrozumiałością. Jednak jej ostatnie fantastyczne rojenia były całkowicie absurdalne. Kate uważała, że pięcioro Wilde’ów – Ashton, Quinn, Jack, Skye i ona sama – mogą znaleźć prawdziwą miłość, wzorując się na znanych z historii legendarnych kochankach.
Wbrew wszelkim oczekiwaniom Ash zdołał się jednak zakochać w Kopciuszku, czyli pannie Maurze Collyer z Suffolk. Jackowi zaś miała przypaść w udziale nie bajka, lecz najsłynniejsza z tragedii Szekspira, Romeo i Julia – z nim samym w roli Romea i panną Fortin jako Julią.
– Czyś ty rozum straciła, Kate? – zareagował na to, wybuchając śmiechem. – Chyba się nie spodziewasz, że będę odgrywał patetycznego bohatera, który w końcu ginie?
Nie podzielał niezachwianej wiary siostry w romantyczne przeznaczenie. A choć zazwyczaj ulegał wyzwaniom, tym razem stanowczo odmówił nawet zetknięcia się z panną Fortin.
Natomiast Kate i Skye bez końca ją wychwalały, chcąc obudzić jego zainteresowanie.
– Sophie Fortin jest po prostu prześliczna – oznajmiła Kate.
– A także rozumna i życzliwa – dodała Skye.
– Nie ma żadnej winy panny Fortin w tym, że rodzice postanowili zapewnić jej wysoki tytuł – powtarzała mu siostra po raz nie wiadomo który.
Jack, choć pełen ironicznego rozbawienia, nie zmieniał jednak zdania. Mała Fortin musiała być potulną gąską, skoro godziła się z wydaniem jej za podstarzałego arystokratę, który pochował już jedną żonę.
– Jeszcze nie doszło do oficjalnych zaręczyn – upierała się Skye. – Musisz działać szybko Jack i uchronić pannę Fortin od małżeństwa z rozsądku, póki nie jest za późno. Póki nie zaręczy się z księciem, może – nie tracąc reputacji – zakochać się w tobie.
– Nie obchodzi mnie jej reputacja ani jej brak – odpowiadał niewzruszony.
– Zgódź się tylko z nią spotkać – błagała Kate.
Poddał się dwa dni temu, bo Skye postawiła go w sytuacji bez wyjścia, kiedy wychodził z domu o świcie na wyścigi dwukółek, z bólem głowy po przepiciu się poprzedniej nocy.
Skye, nic sobie nie robiąc z tego, że szczerze pragnął ją spławić, nie chciała odejść, póki nie zmusiła go do obietnicy, że spotka pannę Fortin.
Ustąpił jej dla świętego spokoju, wiedząc, że obydwie jego krewne za nic tego nie zrobią.
Bal kostiumowy wydawał się idealną sposobnością do obserwacji, bo Jack mógł zachować anonimowość i dokładnie się przyjrzeć pannie Fortin. Zdjęcie masek miało nastąpić dopiero o północy, a wtedy od dawna już by go tam nie było.
Przyszedł tu, żeby dowieść Kate niedorzeczność jej teorii. Niestety jego plan spalił na panewce, rzecz jasna z winy samej piękności, a zwłaszcza jej uroczego uśmiechu. Był tak promienny, że podbił serce Jacka najzupełniej wbrew jego woli.
Przynajmniej rozumiał teraz, dlaczego bogaty i owdowiały książę był tak oczarowany, że zapragnął się ożenić z dużo od niego młodszą parweniuszką bez grosza przy duszy.
Miała nieskazitelną cerę koloru kości słoniowej, a wargi, jak zauważył, pełne i zmysłowe. Chętnie by je pocałował. Chętnie by też zrobił coś więcej od pocałunku.
Przez chwilę pozwolił ponieść się wyobraźni. Mógł sobie nawet z satysfakcją wyobrazić pannę Fortin w łóżku, dorównującą mu w porywach namiętności…
Ale małżeństwo? Jack o mało się nie wzdrygnął. Broń Boże!
Już sama myśl o tym, że Sophie Fortin czy jakakolwiek inna kobieta mogłaby się stać jego żoną, była śmiechu warta. Nie miał zamiaru nawet zaczynać zalotów, nie mówiąc już o małżeństwie. A jednak Sophie stanowczo była zbyt urocza, by się mógł oprzeć podobnej chęci.
Taniec zakończył się właśnie, a partner panny Fortin skłonił się przed nią i odszedł. Obejrzała się przez ramię i spostrzegła, że Jack przygląda się jej, stojąc w kącie ogrodu.
Zatrzymała na nim wzrok przez dłuższą chwilę. A potem, zamiast odwrócić się nieśmiało lub z zakłopotaniem, nagle podeszła ku niemu, co go zaskoczyło.
Gdy stanęła przy nim, zaczęła przyglądać się jego masce, usiłując spojrzeć mu w oczy.
– Czy ja pana znam, sir? Pisałam zaproszenia na bal ciotce Eunice i nie przypominam sobie, by któryś z gości na tej liście odpowiadał panu z wyglądu.
Choć strój pirata nie mógł ukryć jego wysokiego wzrostu ani atletycznej budowy, Jack nie przypuszczał, by to zagrażało odkryciu jego tożsamości, bo maska zakrywała mu większą część twarzy, a chusta na głowie nie pozwalała dojrzeć ciemnej czupryny.
– Nie, myśmy się jeszcze nigdy nie spotkali ze sobą, panno Fortin – odparł, ubawiony jej bezpośredniością. Śmiałe stawienie czoła nieznajomemu było czymś, co potrafiły robić jedynie kobiety z jego rodziny.
– Może więc zechce pan wyjaśnić, czemu wpatrywał się we mnie przez ostatnie dwadzieścia minut lub może nawet i dłużej?
Odwaga panny Fortin zrobiła na nim wrażenie, lecz odpowiedział na jej pytanie ze swoim zwykłym wdziękiem.
– Czyż mężczyzna musi się usprawiedliwiać z tego, że z przyjemnością patrzy na piękną młodą damę?
Zareagowała na komplement sceptycznym uśmiechem i spojrzała na szablę, którą miał przytroczoną do pasa.
– Czyżby groziło mi jakieś niebezpieczeństwo? Piraci, jak wiadomo, biorą zakładników, żeby żądać potem okupu i porywają dziewczęta dla własnych, niecnych celów.
– Jeśli mnie pamięć nie myli, nie porywałem żadnych pięknych dziewcząt od zeszłego wtorku.
Znów uśmiechnęła się czarująco, co bardzo mu się spodobało, choć nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo przerwał im jej niefortunny wielbiciel, książę Dunmore.
– Ach, tutaj pani jest, moja droga – odezwał się czułym głosem. – Obiecała mi pani następny taniec, nieprawdaż?
Domniemany wielbiciel, jak zauważył Jack, był nawet dość przystojny, ale rzednące włosy siwiały mu już na skroniach. Miał dobrze ponad czterdziestkę i mimo względnie wysokiego wzrostu jego arystokratyczną postawę szpecił wyraźnie już się zaznaczający brzuszek.
Panna Fortin zawahała się przez chwilę, ale odparła z miłym uśmiechem:
– Ależ oczywiście, że pamiętam, Wasza Wysokość.
Na widok czarującego uśmiechu, jakim obdarzyła Dunmore’a, Jack poczuł niewytłumaczalne ukłucie zazdrości. Było to absurdalne, bo przecież nie miał żadnych praw do względów panny Fortin.
Książę musiał również odczuć coś podobnego, bo spojrzał na Jacka nieprzyjaźnie, nim podał pannie ramię.
– Co to za jeden, ten pirat? – spytał, kiedy się oddalili.
Jack usłyszał jej odpowiedź, gdy ustawiali się już na trawie do tańca:
– Nie wiem, kim on właściwie jest.
Gdy muzykanci zaczęli grać walca, Jack przyglądał się obojgu z konsternacją. Co też panna Fortin widziała w księciu Dunmore poza imponującym tytułem i for­tuną?
Nie okazali się zbyt dobrymi partnerami w tańcu, bo Dunmore poruszał się niezręcznie i nadeptywał wciąż partnerce na palce. Sophie nadal uśmiechała się pogodnie, ale za trzecim razem nie potrafiła powstrzymać grymasu bólu.
Dunmore najwyraźniej zdał sobie z tego sprawę, bo stanął i zaczął ją gorąco przepraszać.
– Moja droga, proszę mi wybaczyć niezgrabność. Obawiam się, że nie potrafię dorównać młodzieńcom.
Panna Fortin zdobyła się na wymuszony uśmiech.
– Nieważne, Wasza Wysokość. Mnóstwo ludzi nie przywykło jeszcze do walca, bo to zupełnie nowy taniec. Ale może damy sobie z nim spokój?
Dunmore pospiesznie wyraził zgodę i oboje odeszli na bok, rozmawiając, póki walc się nie skończył. Chwilę później Sophie przeprosiła księcia na chwilę.
Kiedy szła ku domowi, Jack dojrzał, że kuleje i stara się to ukryć. Nadrabiała wprawdzie miną, ale wyraźnie coś ją bolało.
Przyszło mu na myśl, że mógłby jej pomóc, poszedł więc za nią i zdołał jeszcze zobaczyć, jak utykając, idzie korytarzem i wślizguje się w jedne z drzwi. Ciekaw był, co teraz zrobi, poszedł więc za nią.
Schroniła się akurat w bibliotece, jak się zorientował, gdy podszedł bliżej. Na stole stała zapalona lampa, bez wątpienia dla wygody gości. Patrzył, jak panna Fortin z ulgą siada na sofie.
Nachyliła się i uniosła suknię do kolan, a potem ściągnęła z nogi lewy balowy pantofelek i pończochę. Mruknęła coś, czego nie dosłyszał, nim zdjęła maskę, może po to, by lepiej przyjrzeć się obolałym palcom.
Gdy znów się skrzywiła, Jack podszedł bliżej.
– Czy mogę w czymś pomóc, panno Fortin?
Drgnęła zaskoczona i spojrzała na niego nieufnie, gdy zbliżył się do niej. Nie czekając na zgodę, uklęknął przed nią i ujął bosą stopę w dłonie.
– Proszę mi pozwolić… – powiedział, nie zważając na to, że gwałtownie wciągnęła dech, zdumiona jego śmiałością.
Dostrzegł, że jej mały palec krwawi.
– Czy boli, gdy pani nim porusza? – spytał, dotykając go ostrożnie.
– Tak, ale niezbyt mocno.
– W takim razie jest tylko skaleczony, a nie złamany – oświadczył. – Powinien się zagoić za jakiś tydzień. Proszę mi wierzyć, znam to z własnego doświadczenia; w młodości nieraz doświadczyłem uszkodzenia palców przez żelazną podkowę.
Oddarł koniec swojego pirackiego pasa i tą zaimprowizowaną chusteczką otarł sączącą się z palca krew.
– Może pani wystarczy na razie ta szmatka w braku porządnego bandaża.
– Dziękuję – szepnęła.
Wydawała się szczerze wdzięczna, Jack uniósł więc wzrok. Był to błąd.
Miała, jak sobie zdał sprawę, przepiękne oczy. Świetliste, okolone gęstymi rzęsami i tak ciemnobłękitne, że niemal fiołkowe.
„Któż może mieć fiołkowe oczy?”, pomyślał z irytacją, usiłując oprzeć się ich urokowi. Z tym wszystkim była jeszcze bardziej czarująca niż mu się przedtem zdawało, a jego ciało zareagowało na to tak, jak się można było spodziewać. Gwałtowny przypływ pożądania, który je przeszył, był silniejszy od wszystkich, jakie sobie przypominał.
Chcąc się przed nim obronić, mruknął cierpko:
– Po cóż pani pozwala Dunmore’owi tak deptać sobie po nodze, że niemal ją okaleczył?
Na jego fizyczną bliskość zareagowała chłodem, a na pytanie konsternacją.
– Chyba się pan orientuje, że powinnam być uprzejma. Byłoby nieładnie wytykać mu niezręczność. Dunmore nic nie poradzi na to, że jest fatalnym tancerzem. Niektórzy ludzie są beznadziejnymi niezgrabiaszami.
– Widocznie to, że pochodzi z wyższych sfer i jest bogaty może usprawiedliwić mnóstwo niedostatków – odparł sardonicznie, chcąc jej wytknąć prawdziwe motywy postępowania. – Czy to główny powód pani wyrozumiałości? No i czy dlatego chce pani za niego wyjść?
Spojrzała na niego ze zdumieniem.
– Ależ skąd. Książę jest naprawdę bardzo miłym człowiekiem. Nie chciałam ranić jego uczuć.
Jack zrobił sceptyczną minę i zamilkł, a Sophie Fortin spojrzała na niego gniewnie.
– Cóż to pana może obchodzić?
Gdy nie odpowiadał, to ona z kolei zaczęła go wypytywać.
– Kim pan jest?
Jack uniósł swoją maskę.
– Ach, to pan! – zawołała, niewątpliwie go rozpoznając. Dziwne, ale wydawało się, że poznała jego tożsamość raczej z ulgą niż, jak się spodziewał, z obawą. Siadła wygodniej na sofie i przyglądała mu się w zamyśleniu.
– A więc pani mnie zna? – spytał.
– Któż nie zna takiego skandalisty, jak lord Jack Wilde.
– Ale chyba się ze sobą nie spotkaliśmy? Zapamiętałbym sobie panią, panno Fortin.
– Nie, nigdy nie zetknęliśmy się bezpośrednio. Widziałam pana jednak podczas balu u Perrych, na początku sezonu, choć nie zwrócił pan na mnie uwagi.
– Nie mam pojęcia dlaczego – odparł najzupełniej szczerze.
– Może dlatego, że byłam ubrana na biało. Unika pan debiutantek, jak zarazy.
Uśmiechnął się szeroko, słysząc tę uwagę.
– Zazwyczaj istotnie tak robię.
– Ja również unikałam pana tamtego wieczoru, bo mnie przed panem ostrzeżono. – Kiedy uniósł brwi, wyjaśniła:
– Pamięta pan chyba, że nasze rodziny od trzech pokoleń dzieli krwawa waśń?
– Ach, prawda – odparł. Jego stryjeczny dziadek zabił jej pradziadka w pojedynku o kobietę, a potem uciekł z nią do amerykańskich kolonii.
– Zawsze nad tym ubolewałam – stwierdziła ze smutkiem. – Chętnie bym poznała lady Katharine i lady Skye, ale zabroniono mi zawierania z nimi bliższej znajomości.
Skrzywił się.
– Czy zawsze jest pani taka posłuszna?
– A pan chyba nigdy? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Nie, nie musi pan nic mówić. Powszechna opinia głosi, że pan z zamiłowaniem łamie wszelkie reguły.
– Jaką opinię ma pani na myśli?
– Och, wszyscy o panu plotkują. Mówią, że jest pan zuchwałym hulaką, nie dba o nic i potrafi urzekać wszystkich, zwłaszcza kobiety. Jeśli choć połowa tych plotek jest prawdziwa, być może powinnam obawiać się o moją cnotę. – Jakby zdała sobie nagle sprawę z niestosowności sytuacji, opuściła podwiniętą wcześniej suknię. – Nie powinnam nawet rozmawiać teraz z panem.
– A więc ma pani zamiar uciec stąd z krzykiem?
W jej świetlistych oczach błysnęło rozbawienie.
– Nie. Przez cały wieczór byłam posłuszną córeczką. A także nęka mnie ciekawość. Dlaczego pojawił się pan na balu mojej ciotki, milordzie? Czego pan pragnie?
„Ciebie, czarująca damo”, przyszło spontanicznie mu na myśl.
Pociągała go niesłychanie, co źle wróżyło jego zamiarom, by się do niej zniechęcić, co przyznał w duchu, rozbawiony tą ironią losu. Za to jego zaborczy, męski instynkt rozbudził się na dobre.
Uznając, że prawda jest najlepszą obroną, skoncentrował wzrok na jej zmysłowych ustach.
– Jestem tutaj, bo obiecałem mojej kuzynce, że panią pocałuję.
Dopiero po dłuższej chwili zamrugała powiekami.
– Przepraszam, co pan powiedział?
– Nie słyszała pani?
– Och, jak najbardziej. Tylko wciąż nie mogę uwierzyć, że mówił pan serio. – Przechyliła głowę na bok. – Dlaczego obiecał pan kuzynce coś podobnego? Czy chodzi o czyjeś wyzwanie?
– Nie.
– A więc próbuje pan wygrać zakład? Założył się pan, że zdoła mnie uwieść?
Jack uznał, że gdyby postanowił ją wytrącić z równowagi jakimś bezsensownym stwierdzeniem, to nic nie osiągnie. Sophie Fortin nie pozwalała mu się onieśmielić.
– Moja obietnica nie miała nic wspólnego z zakładem.
– Pozwolę sobie w to wątpić – stwierdziła wciąż z rozbawieniem. – Mówią, że pan zakłada się niemal o wszystko.
Z kolei on, chcąc zyskać przewagę w tej rozmowie, odpowiedział pytaniem na pytanie.
– Czy nie powinno mi pochlebiać, że pani tyle o mnie wie?
– Chyba nie, bo większość z tego nie świadczy o panu dobrze. Ma pan blisko trzydzieści lat, ale wciąż się zachowuje jak zuchwały młodzik. Nie ma miesiąca, by nie zgorszył pan całego dobrego towarzystwa.
Udał, że się krzywi z niechęcią.
– Z przykrością muszę się z panią zgodzić.
– Której z pańskich kuzynek obiecał pan, że spróbuje mnie pocałować?
– Skye, ale Katherine też miała w tym swój udział.
– Naprawdę? A dlaczego chciały, żeby pan spróbował tak zrobić?
Zacisnął usta, zniecierpliwiony jej dociekliwością.
– Obydwie zawzięły się, że mnie wyswatają.
Spojrzała na niego szeroko otwartymi błękitnymi oczami.
– Niechże mi pan o tym opowie.
– To długa historia.
Panna Fortin spojrzała na zegar z pozłacanego brązu, stojący na gzymsie kominka.
– Obawiam się, że nie mam czasu na zbyt długą historię. Może się pan streści?
– Czy pozwoli pani, żebym podniósł się z klęczek?
Jack, nie czekając na pozwolenie Sophie, wstał i usiadł na sofie koło niej, a potem z pewnym wahaniem zaczął wyjaśniać:
– Kate wymyśliła sobie teorię, że my, kuzynowie Wilde, musimy brać wzór z najsłynniejszych par kochanków, chcąc znaleźć prawdziwą miłość. Pani przypadła tu rola Julii, a mnie Romea.
Uniosła gwałtownie brwi.
– To się staje coraz bardziej intrygujące.
Jack znów skrzywił się z niechęcią.
– Ja bym nie nazwał „intrygującym” jej przekonania, że do siebie pasujemy.
Spojrzała na niego ze zdumieniem.
– Pasujemy? Jak w małżeństwie? Ona z pewnością żartuje.
– Jeśli pani tak sądzi, to nie zna Kate – odparł sucho.
– No, to jest postrzelona.
– Mnie też się tak wydaje. To zupełnie szaleńcze przekonanie.
– A więc przyszedł pan tu dzisiejszego wieczoru, żeby mi się przyjrzeć?
– Może to pani tak rozumieć.
– Jaką rolę odegrała w tej decyzji lady Skye?
Jack odpowiedział na to pytanie z jeszcze mniejszym entuzjazmem.
– Wybierałem się właśnie rano na wyścigi dwukółek, kiedy wpakowała się do mojej i odebrała mi lejce. Nie miałem wyboru, musiałem albo się jej pozbyć, albo stracić możliwość udziału w wyścigach, obiecałem więc, że pójdę przyjrzeć się pani po kryjomu.
Panna Fortin parsknęła śmiechem.
– Och, doprawdy, nie należało tracić takiej okazji – mruknęła. – Nie jest pan pierwszym członkiem Klubu Czterokonnych Zaprzęgów, który zdobył sobie złą sławę z powodu udziału w tych wyścigach na złamanie karku!
Uznał, że albo się z nim przekomarza, albo otwarcie z niego kpi, ale ciągnęła dalej, nim zdołał jej odpowiedzieć w równie cięty sposób:
– Lady Skye znana jest z tego, że potrafi być niesłychanie przekonująca, ale dziwi mnie, lordzie Jacku, że pozwolił pan kuzynce i siostrze wymusić na sobie zgodę.
– Nic na mnie nie wymusiły.
– Doprawdy? Przecież zjawił się pan bez zaproszenia na prywatnym balu i wszedł za mną po kryjomu do biblioteki mojej ciotki, bo nie zdołał się przeciwstawić kuzynkom!
– No cóż, trafiła pani w sedno – wycedził oschle. – To rzeczywiście upokarzające. Żaden szanujący się mężczyzna nie powinien pozwalać, żeby kobiety z jego własnej rodziny decydowały, kogo ma podrywać!
Znowu wybuchnęła melodyjnym śmiechem, tak zaraźliwym, że Jack również się roześmiał.
– Przyznam, że okazała się pani całkiem inna, niż oczekiwałem.
– A czego pan oczekiwał?
– Szczerze mówiąc, potulnej i bezwolnej gąski.
– Dlaczego?
– Bo pozwala pani wymusić na sobie małżeństwo z Dunmore’em.
– Uważa mnie pan za bezwolną gąskę tylko dlatego, że postanowiłam spełnić życzenie rodziców?
– Namówiono panią do tego, prawda? A pani aż zbyt chętnie spełnia to żądanie.
Panna Fortin nie wyglądała wcale na urażoną, uśmiechnęła się jedynie swoim pogodnym, enigmatycznym uśmiechem.
– Jak pan może wygłaszać podobne sądy, wiedząc o mnie tak niewiele?
Nie mógł się z nią spierać w tej kwestii i choć było to dziwne, nie chciał tego. W gruncie rzeczy pragnął dowiedzieć się o niej dużo więcej.
– No, może nie jest pani aż taką znów gąską – ustąpił.
W jej oczach błysnęło rozbawienie.
– Chyba powinnam panu podziękować za ten dwuznaczny komplement.
„Co za rozumne oczy, ileż w nich ciepła”, pomyślał sobie.
– Szczerze mówiąc – przyznała – pan też jest inny, niż się spodziewałam. A przynajmniej ma pan zaskakujący zwyczaj pojawiania się w nieoczekiwanych miejscach.
– Jakich miejscach?
– Prócz dzisiejszego balu na przykład w Arundel Home, czyli w schronisku dla niezamężnych matek.
Teraz on został zaskoczony, choć nie dał tego poznać po sobie.
– Co każe pani sądzić, że się tam pojawiłem?
– Zeszłego roku w zimie – odparła po chwili wahania – jedna z naszych służących zakochała się w pewnym hultaju. Kiedy zaszła w ciążę, moi rodzice zwolnili ją i to bez dobrych referencji. Dałam Marcie pieniądze, żeby mogła pozostać w schronisku aż do rozwiązania. Pewnego dnia w kwietniu odwiedziłam ją tam i wtedy zobaczyłam, że przyszedł pan spotkać się z administratorami. Zdumiałam się tak bardzo, że zapytałam kogoś o to i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu dowiedziałam się, że jest pan jednym z członków zarządu i wspomaga tę instytucję znacznymi sumami.
– Chyba źle panią poinformowano – odparł Jack, usiłując nie poruszyć się nerwowo na sofie.
Spojrzała mu prosto w twarz.
– Nie przypuszczam. Nigdy się jednak nie zdołałam dowiedzieć, w jaki sposób związał się pan z tym schroniskiem. Jakiż hulaka wspomaga schronisko dla niezamężnych matek? Chyba że…
Urwała nagle i zarumieniła się zakłopotana.
– Chyba że co? – podjął, rad, że musiała zamilknąć.
– Chyba że jest pan ojcem dziecka jednej z tych nieszczęsnych kobiet – dokończyła, nie kryjąc swoich domysłów.
– Zapewniam panią, że tak nie jest. Nie pozwalam sobie pod tym względem na nieostrożność.
Sam był nieślubnym dzieckiem, choć jego matka wywodziła się z zupełnie innej sfery niż pensjonariuszki schroniska. A że nie chciał płodzić żadnych bękartów, zachowywał pewne środki ostrożności we wszystkich swoich romansach.
– Dlaczego więc znalazł się pan w tym zarządzie?
Bo uważał za swoją osobistą misję wspieranie niezamężnych matek. Tkwiła w nim głęboko, jak irracjonalna donkiszoteria, potrzeba niesienia pomocy kobietom takim jak jego matka, którym zagrażała samotność i bezradność.
Nie chciał jednak, by ta jego osobista krucjata stała się powszechnie znana. Nikomu nigdy nie mówił, że wspiera Arundel Home. Ani krewnym, ani nawet kuzynce Skye, najbliższej mu z całej rodziny.
Musiał jednak powiedzieć coś Sophie Fortin, by zaspokoić jej ciekawość.
– Znałem kiedyś, podobnie jak pani, pewną osobę, która mogłaby potrzebować pomocy takiej instytucji, jak to schronisko.
Przyglądała mu się uważnie przez dłuższą chwilę, a potem skinęła głową, jakby doszła do tego samego wniosku. Kiedy znów się odezwała, jej ton złagodniał.
– Myślę, że pana szczodrość zasługuje na podziw.
Jack wzruszył ramionami.
– To nic takiego. Po prostu przekazuję tam moje wygrane z wyścigów.
– Bez wątpienia są to spore sumy, zważywszy pana sukcesy na wyścigach. Przypuszczam też, że kobiety, które pan wspomaga, nie uważałyby tych pieniędzy za „nic takiego”.
– Proszę jednak, aby zachowała pani swoje obserwacje dla siebie. Nikt poza schroniskiem nie wie, że je wspomagam.
Spojrzała na niego pytająco, jakby usiłowała go zrozumieć.
– Jest pan prawdziwą zagadką, lordzie Jacku. Dlaczego chce pan, by nikt nie dowiedział się o pańskim altruizmie?
Bo nie chciał ujawniać swoich uczuć nawet przed własną rodziną. Niełatwo mu było zdobyć się na szczerość, zwłaszcza wobec nieznanych mu w gruncie rzeczy młodych dam, jak panna Fortin.
Odpowiedział jej więc z sardonicznym uśmiechem i przesadą:
– Byłem najmłodszym z kuzynów Wilde i dlatego piekielnie długo musiałem dotrzymywać pola mojemu bratu Ashowi i kuzynowi Quinnowi. Zjedliby mnie żywcem za takie miękkie serce.
Za młodych lat Jacka jego adoptowani bracia Ash i Quinn bezlitośnie by wykpili wszelkie jego sentymenty względem płci pięknej, choć teraz z pewnością byłoby inaczej.
– Filantropii nie uważa się za działalność stworzoną dla mężczyzn – dodał żartobliwie, jakby ją chciał przeprosić.
– Wątpię, by ktokolwiek uważał pana za zniewieściałego, milordzie. Ale nikomu nie zdradzę pańskiego sekretu.
W jej oczach wciąż jeszcze można było dostrzec cień rozbawienia i Jack ponownie poczuł się zauroczony swoją domniemaną Julią.
Była doprawdy zagadkowa. Można by się spodziewać, że w dwudziestym roku życia panna Fortin będzie młoda, naiwna i niewinna, a tymczasem robiła wrażenie bystrej, przenikliwej i spostrzegawczej. Wcale nie okazała się bezwolna i posłuszna, jak sobie wcześniej wyobrażał. A za jej otwartość polubił ją jeszcze bardziej.
Ale wzmagało to tylko jego rozterkę. Zamierzał przecież przyjrzeć się jej po kryjomu, a potem stwierdzić z satysfakcją, że szalona teoria Kate jest absurdalna i dać sobie ze wszystkim spokój.
Tylko, że jak na złość, Sophie Fortin głęboko go zaintrygowała. O wiele za bardzo, niech ją diabli porwą!
Gdy obustronne milczenie zbyt długo się przeciągało, Sophie zdała sobie nagle z niepokojem sprawę, że uważnie się w siebie wpatrują.
Odwróciła od niego wzrok, schyliła się i dyskretnie doprowadziła do porządku pończochę, podwiązkę i pantofel, a dopiero potem zwróciła się ponownie do niego:
– Dziękuję za uprzejmość, z jaką zajął się pan moim skaleczeniem, ale muszę już iść.
– Nie tak prędko, panno Fortin. Mam zamiar zażądać należnego mi pocałunku.
Jej uśmiech znikł. Poczuła się niepewnie.
– Muszę powiedzieć Skye i Kate, że mi się powiodło – wyjaśnił.
– Nie mogę przecież pana pocałować.
– Jeszcze nie jest pani oficjalnie zaręczona z Dunmore’em, prawda?
– Nie.
– Cóż więc stoi na przeszkodzie?
Spojrzała ku jego ustom. Potem odwróciła wzrok, ale mu nie odpowiedziała.
– Chcę uważać to za pewien eksperyment – namawiał ją, choć Sophie milczała. – Proszę tylko przekonać się, czy przypuszczenia mojej siostry były słuszne.
Usiłował przekonać siebie samego, że o nic innego nie chodzi. Jeśli Sophie Fortin przestraszy się i nie pocałuje go, to chyba nie byłaby dla niego idealną parą.
Gdy nadal trwała w bezruchu, nachylił się ku niej, póki jej usta nie znalazły się całkiem blisko jego własnych. Poczuł słodki, kobiecy zapach, a potem musnął jej wargi swoimi, lekko jak piórkiem.
Wciągnęła powietrze przy ledwie wyczuwalnym zetknięciu, podczas gdy on delektował się przez moment smakiem jej warg.
Cofnął się raptownie. Niewiele kobiet tak szybko zdołałoby wzbudzić w nim podniecenie, co samo w sobie było już złym znakiem. Bezsprzecznie ciągnęło ich ku sobie.
Sophie widocznie też czuła, jak silnie zaiskrzyło między nimi, bo uniosła palce ku ustom, patrząc na niego ze zdumieniem.
Po dłuższej chwili odchrząknęła.
– Już pan teraz wie wszystko?
– Ależ skąd – odparł i zaklął w duchu. Po tym pocałunku czuł jeszcze większą rozterkę. W tej przeklętej teorii Kate mogło jednak coś być.
Sophie odetchnęła z wolna.
– Nieważne. Nigdy nie bylibyśmy dobraną parą – powiedziała dość smutnym tonem.
– Dlaczego?
– Przede wszystkim ta waśń rodowa.
– Zawsze uważałem ją za dosyć głupią.
Sophie wzdrygnęła się na te słowa.
– Mój ojciec z pewnością nie uważa jej za głupią. Wyrządziła mu doprawdy wielką krzywdę.
– W jaki sposób?
– Kiedy zginął jego dziadek, linia rodu papy utraciła siedzibę rodową i majątek. Warunki dziedziczenia tytułu i włości były dość szczególne. Wszystko dostało się młodszemu bratu barona, a nie jego synom. Dlatego też i tytuł, i fortunę zyskał stryjeczny dziadek papy, a nie jego ojciec.
– A on nadal żywi do nas urazę, po tak długim czasie? O zwadę sprzed ponad półwiecza?
– Obawiam się, że tak. Nigdy nie przebaczył pańskim krewnym wyzucia go z prawa pierworództwa. Za nic by się zresztą nie zgodził na małżeństwo między nami, skoro ma widoki na wydanie mnie za księcia. – Sophie westchnęła. – Powinnam wrócić na bal. Bliscy zaczną się o mnie niepokoić.
Wstała z sofy, zamierzając go zostawić samego, ale Jack chwycił ją za rękę i zatrzymał.
– Niech pani jeszcze nie odchodzi.
Gwałtowny ton głosu Jacka zaskoczył nawet jego samego.
– Ależ muszę.
– Proszę przynajmniej dać mi sposobność, żebym lepiej panią pocałował.
Zawahała się, a on wstał raptownie.
Gdy na nią spojrzał, również i jej piękne, błękitne oczy zwróciły się ku niemu. Jedno i drugie połączyło coś pierwotnego.
Coś gorącego i żywego.
Drgnęła i cofnęła się o krok, lecz Jack zacisnął jej dłonie w rękach i ponownie podjął jakieś postanowienie.
Jeśli ten jeden jedyny pocałunek ma rozstrzygnąć o jego losie, to musi być niezapomniany.

Inne książki autora

Kochanek idealny Zakazana miłość

Kochanek idealny JORDAN NICOLE

Kochanek idealny

Kochanek idealny JORDAN NICOLE

Spisek serc

Spisek serc JORDAN NICOLE

Tajniki uwodzenia

Tajniki uwodzenia JORDAN NICOLE