Facebook
Wyznania hrabiny

Wyznania hrabiny

Tytuł oryginału: Pennyroyal Green #7: A Notorious Countess Confesses
Ilość stron: 352
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2017-11-14
EAN: 9788324164776
39.80 PLN
26.63 PLN
Romans historyczny

Nagradzana autorka pełnych polotu i uczucia bestsellerów Top 5 Amazonu i „New York Timesa”


Ona zazdrośnie strzeże swego serca.
On niebezpiecznie balansuje między opieraniem się pokusie a płynącą w jego żyłach gorącą krwią rodu Eversea…
Piękna Evie Duggan przykuwała uwagę Londynu jako hrabina, aktorka i w jeszcze innej roli. Salony nigdy nie wybaczyły jej rozlicznych skandali. I nie przestały szeptać, że jej mąż, hrabia Wareham, zmarł podejrzanie szybko po ślubie…
Evie ma dość zjadliwych plotek. Chroni się w swej rezydencji w Pennyroyal Green. Lecz nadzieja, że znajdzie tu cichą przystań, okazuje się złudna. Evie znów może stać się bohaterką skandalu. Bo spotka mężczyznę, którego nigdy nie powinna była obdarzać uczuciem...


JULIE ANNE LONG to jedna z najbardziej lubianych amerykańskich autorek romansów z epoki regencji, z wartką akcją i uroczymi bohaterami.
Jej tłumaczone na 14 języków powieści zdobywają nagrody, w tym najwyższą: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara) i znajdują się wśród najlepszych romansów historycznych wybranych przez czytelniczki Amazonu.

 

 

Patronaty medialne:

253

 

Miała całkowitą pewność, że nikt się nie spodziewa jej obecności w kościele. W końcu było już za późno na zbawienie jej duszy, tak czarnej, jak powiadano, niczym wdowi kwef, przywdziany przez nią z tą samą niestosowną skwapliwością, z jaką zadarła kieckę przed hrabią Wareham. Hrabią, którego potem uśmierciła z równie niestosowną szybkością. Czegóż jednak można się było spodziewać po osobie… z jej pochodzeniem?

Rzecz jasna, były to bzdury. Evie nosiła żałobę tak długo, jak to nakazywał podręcznik etykiety (z jej imieniem wytłoczonym złotymi literami na wewnętrznej stronie okładki – ach, jakże hrabia lubił swoje ekstrawagancje!) Przyswoiła sobie bowiem każde zawarte w nim słowo, jakby to były zaklęcia zdolne odsunąć kamień zagradzający drogę do jej akceptacji przez socjetę.

No, cóż. Jeśli coś istotnie uśmierciło hrabiego, to… entuzjazm.

Była naiwna (słowo, które poznała dzięki pewnemu francuskiemu emigrantowi z tytułem księcia, na tyle naiwnemu, by sądzić, że kiedykolwiek naiwna mogła być ona). Wciąż ją to dręczyło. Zanim wyszła za hrabiego, zyskała pewność, że jej epitafium będzie brzmiało: „Tu leży Evie Duggan, której nikt nie zdołał poskromić”. Gdy go już poślubiła, pozwoliła sobie spocząć na laurach, a nawet snuć marzenia na jawie. „Tu leży Evie Duggan…, oddana żona i matka. Żadnej kobiety nie kochano bardziej”.

Ach, i to właśnie… to właśnie było jej błędem. Gdyby nie on, zdołałaby przewidzieć, co wkrótce się stanie. Marzenia sprawiają, że człowiek staje się zbyt miękki. Nie powinna była zapominać, że świat bierze stronę tych, którzy przebiegle coś planują, a nie tych, którzy marzą.

Była teraz zbyt znużona, by się nadmiernie przejmować kolorem swojej duszy. Nie nawykła do znużenia, które przytłaczało ją niczym ciężka i szorstka kołdra.

Złożyła skromnie ręce na kolanach, nieświadomie naśladując ułożeniem okrytych eleganckimi rękawiczkami palców kształt  tego  starego, przysadzistego kościółka.

Zawsze uczyła się przez  naśladownictwo. Henny, jej służąca,  siedząca obok  niej, zaczęła się wiercić, bo było jej niewygodnie. Ławki kościelne sporządzono kilka wieków wcześniej, kiedy wszyscy byli mniejsi, zarówno mężczyźni, jak kobiety, i dlatego właśnie – tak przynajmniej przypuszczała Evie – łatwiej im było kryć się niczym wiewiórki wśród drzew i zarośli przed grabieżcami. W dawnej Anglii panowała  bowiem  przemoc, o czym dowiedziała się dzięki pewnemu eleganckiemu złotemu młodzieńcowi, który przychodził za kulisy teatru Pod Zielonym Jabłkiem, gdzie rozpoczęła swoją, pożal się Boże, karierę. Przynosił jej w prezencie bukiety polnych kwiatów i swoją namiętność do historii. Rzecz jasna oznaczało to, że mógł zyskać co najwyżej odrobinę jej względów – była przede wszystkim rozsądnie myślącą dziewczyną – ale szanowała namiętności wszelkiego rodzaju i umiała być wdzięczną słuchaczką, a obydwie te cechy bardzo się jej przydały.

Socjeta uczyniła zaś z osławionej Evie Duggan płochliwą wiewiórkę, gdy świat przestał być jej przychylny. Nie znalazła się tutaj z własnego wyboru, miała jednak pewność, że Pennyroyal Green w hrabstwie Sussex pozwoli się jej ukryć. Ostatecznie była to siedziba rodziny Eversea, a jednemu z jej członków udało się nawet w ostatniej chwili umknąć w spektakularny sposób spod szubienicy na oczach ogromnego tłumu. Z pewnością jej przypadek był czymś banalniejszym.

To doprawdy żałosne, że epitet, jakim ją obdarzyła socjeta, był tak przeraźliwie dosadny.

Życie po raz pierwszy wymknęło się jej z rąk, pozostawiając ją w niepewności, w jakim kierunku się udać. Być może dlatego zareagowała na dźwięk kościelnych dzwonów, gdy jej powóz przejeżdżał rankiem przez Pennyroyal Green. Dzwony zdawały się ją zapraszać, a ona to zaproszenie przyjęła. Może w tym nowym życiu stanie się  osobą uczęszczającą do kościoła, a nie kobietą, na widok której panowie z socjety, w trakcie konnej przejażdżki po eleganckim londyńskim  The Row, spadali z wierzchowców, niebezpiecznie przechylając się, by ujrzeć ją, jadącą w towarzystwie wielbiciela. Może tutejsze damy  zechcą się z nią zaprzyjaźnić, gdyż ostatnio odkryła, że nie ma żadnych przyjaciół. A przedtem sądziła, że są  ich dziesiątki.

- Czy musisz się tak wiercić, Henny? – syknęła.

- Za przeproszeniem, milady, te ławy są twarde niczym katowskie serce i ciasne niby wlot do szczurzej nory. Cała kiecka mi podjechała do góry i…

Dwie kobiety siedzące  przed nimi, obejrzały się, gniewnie  zaciskając usta.

Zmierzyły wzrokiem  Evie. . Ujrzały lamowaną futrem pelisę,  kapelusz, który zdawał się wręcz miłośnie  okalać jej twarz, elegancko podkreślając kości policzkowe, i zielone, szmaragdowozielone, oczy. Na ich twarzach  odbiły się kolejno zdumienie, podejrzliwość, zazdrość, zmieszanie, aż na końcu pojawiła się jawna ciekawość.

Na szczęście nie rozpoznały jej.

Evie zrewanżowała się im dyskretnym, pogodnym uśmiechem.

Henny nachyliła się ku niej, mówiąc z cicha:

- No, no, ale tutejsi ludkowie są uprzejmi, milady, gęby na oścież pootwierali, gotowi połknąć każdą muchę, żeby tylko nie dokuczyła komuś lepszemu od nich!

Dwa damskie kapelusze natychmiast odwróciły się ku frontowi kościoła. Jedwabny kwiat na szczycie jednego z nich wciąż się jeszcze chwiał, jakby  wystraszony. Henny wzbudzała strach  chyba w każdym.

I nagle w kościele dał się słyszeć  szmer, podobny poszumowi  wiatru  ponad trawą na łące.  Evie uświadomiła sobie w tym momencie, że czynią go dziesiątki głów jednocześnie zwracających się ku ołtarzowi, a także okryte wełną pośladki przesuwające się po wyślizganym drewnie ławek.

Ona również zwróciła głowę w tamtą stronę.

Pierwszą myślą, jaka jej zaświtała, było: „Jest doprawdy wysoki jak na pastora”. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, by kiedykolwiek przedtem jakikolwiek  pastor  przyciągnął jej  uwagę – być może onieśmielający wzrost był niezbędny w tej  profesji. Uderzyła ją szerokość jego ramion – potężne barki  osadzone  na długim, wysmukłym ciele. W rękach trzymał kartki papieru, na których bez wątpienia zapisał słowa przeznaczone  zbudowaniu  dusz wiernej trzódki. Pochylił  się  nad kartkami , jakby przygiął go ciężar niewidzialnych skrzydeł.

Mogłaby przysiąc, że wszystkie kobiece ramiona wzniosły  się i opadły, gdy pastor podniósł wzrok. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, lekki, lecz ciepły, skierowany do wszystkich, lecz bezosobowy,  po czym znów opuścił  wzrok na rękopis. Idealny  uśmiech  pastora. Spędziła dość czasu w teatrze, by z uznaniem ocenić jego aktorskie umiejętności. Spędziła dość czasu z mężczyznami, by o wszystkich myśleć z cynizmem.

Nie potrzebowała ich już. To z pewnością będzie częścią jej nowego życia.

Henny najwyraźniej sądziła inaczej.

- A to dopiero! – mruknęła półgłosem, chwytając mocno Evie za ramię. A potem dodała powoli:

- Proszę spojrzeć, co za kawał chłopa! Ogrzałby mi jak nic łóżko, żeby tylko chciał…

Evie szturchnęła ją energicznie łokciem.

- Witajcie. Dziękuję wam za przybycie.

Zaskoczył ją jego głos. Baryton głęboki jak dźwięk dzwonu i  zarazem cudownie delikatny; poczuła się tak, jakby padły na nią  promienie słońca w pochmurny dzień. Przymknęła oczy; zapragnęła się w cieple tych promieni ogrzać.

Instynkt samozachowawczy kazał jej otworzyć je ponownie. Słyszała kiedyś, że  jakiś Eversea zasnął w kościele, przechylił  się do przodu i  rąbnął podbródkiem w ławkę kościelną, zanim osunął się bezwładnie na posadzkę.

Nie mogła się doczekać jego następnych słów.

- Kozły - powiedział.

 Wierni – a może tylko jeden spośród nich – poruszyli się niespokojnie. Dosłyszała jakieś kaszlnięcie, które równie dobrze mogło być zduszonym śmiechem.

Evie też się poruszyła, zaniepokojona, lecz wciąż jeszcze pełna  nadziei . Chyba… chyba nie będzie musiała wysłuchiwać kazania o kozłach? Może  powiedział jakieś inne słowo,  bardziej interesujące, na przykład „koszty”?

- Wielu z nas zna  te rogate bestie, wiemy zatem, że bodą one zwykle z dwóch powodów: dla zabawy… lub dla pokonania przeciwnika.

A więc jednak kozły! Chryste! Najlepszy dowód, że  nie jest w Londynie. O dziwo, nie  przewidziała, że będzie tu umierać z nudów. Nuda zaś budziła  w Evie zgrozę. I na szczęście wykazywała  prawdziwy talent do jej unikania. Najwidoczniej to instynkt samozachowawczy kazał jej aż do tej chwili trzymać się z dala od kościołów.

Spojrzała z desperacją na drzwi świątyni. Musiałaby  przemaszerować wzdłuż całego przejścia między ławkami, wątpiła też, by zdołała uchylić te wielkie, stare drzwi, nie napierając  na nie całym ciałem jak taranem. Może  poradziłaby by sobie z tym Henny.

Henny sprawiała  jednak wrażenie zachwyconej kazaniem.

Evie skierowała wzrok ponownie na ołtarz. Słońce stało  już na niebie  tak wysoko, że jego promienie padające przez jedno z witrażowych okien oświetliło twarz  pastora. Nie mogła oderwać od niej wzroku. Interesujący fragment  niebiańskiego teatru! Jego twarz zdawała się wręcz stworzona do łamania kobiecych serc - szczęka  o kantach ostrych jak brzytwa, kości policzkowe wystające niczym blanki murów obronnych,  pomiędzy nimi delikatne wgłębienia godne pióra poetów, a wszystko podkreślone  grą światła i cienia. Całość była w przedziwny sposób  subtelna i  zarazem nieubłaganie surowa.

, Sercu Evie, rzecz jasna, nie groziło złamanie, z tego prostego powodu, że znajdowało się już poza zasięgiem jakiegokolwiek  mężczyzny. Ale, doprawdy,  prowincjonalny pastor naprawdę nie  musi tak wyglądać, mieć takiej prezencji, emanować taką aurą spokojnej pewności. Na takim człowieku można polegać, zaufać mu. A że znała mężczyzn, wiedziała, że właśnie to, bardziej niż jego powierzchowność, przyciągało  ku niemu  oczy wiernych.

Zesztywniała. . Nagle poczuła się  jak w pułapce. A przecież  była w kościele, nie  celi. Nie mając nadziei na ucieczkę, ze stoickim spokojem patrzyła  na niego tak, jak  patrzy się na pejzaż przesuwający się za okienkiem powozu, i słuchała jego głosu jak śpiewu ptaka lub szumu morza. Przez jakiś czas to działało. Lecz potężne udo Henny przyciskało się do niej mocno, niczym gorąca poduszka, a  promienie słoneczne oświetlające  twarz pastora przesunęły się dalej  i  położyły na niej  czworokątem ciepła. Czuła znużenie,  ogromne znużenie. Myśli zaczęły odpływać,  splątane. Nim zasnęła, ostatnią myślą kołaczącą w jej głowie było -  jeśli on jest aniołem, to z pewnością upadłym.

Podejrzewała, że pastor ukrywa  jakieś  sekrety, a ona powinna je poznać.

 

 

Gdy kozioł pana Eldreda zaatakował pana Brownwella z taką siłą, że  ten przeleciał w powietrzu pięć stóp ponad własnym ogrodem, wyglądało na to, że  modlitwa została wysłuchana. Adam był tego ranka w fatalnym nastroju i desperacko gryzł pióro, przekreślając jedną banalną i bezduszną sentencję po drugiej oraz  ciskając przed siebie kulkami zmiętego papieru, aż  utworzyły pod przeciwległą ścianą pokoju stos przywodzący na myśl stos śnieżek. Wsunął  obie dłonie  we włosy i przeczesał je palcami (włosy były nieco za długie,  właśnie po to, żeby mógł je tak przeczesywać). Jeszcze raz pożałował, że wybrał karierę kościelną, a nie wojskową, bo lepiej byłoby dać się zastrzelić na polu bitwy, niż każdej niedzieli  stać pod ostrzałem spojrzeń dziesiątków oczu,  gdy  nie miał  absolutnie nic do powiedzenia swoim parafianom.

Innymi słowy,  sobota jak każda.

Wtedy jednak pan Brownwell wtargnął do plebanii, trzęsąc się z oburzenia i pokazując mu dziurę ziejącą w  spodniach na samym siedzeniu.

Incydent ten (tak się złożyło, że był to zatarg o miedzę) natchnął go jednak twórczą weną i o godzinie jedenastej (zawsze o  jedenastej!) kazanie było gotowe. Tym razem z afery  z kozłem  wyłoniło się kazanie o miłowaniu bliźniego. Z pewnością jednak niektórzy z jego parafian już wcześniej  potraktowali ten nakaz  zbyt dosłownie. Wiedział o tym, bo po upływie roku  od jego przyjazdu do Pennyroyal Green wielu z nich okazywało mu zaufanie graniczące  z absolutnym oddaniem. „Umie  obchodzić się z ludźmi – mówili między sobą. – Jest taki dobry! Taki  łagodny, taki niezawodny! Człowiek wręcz pragnie mu wszystko wyznać, a on zawsze wie, co wtedy powiedzieć”.

Tymczasem on nie zawsze to wiedział. Czasami nie miał nawet pojęcia, co powiedzieć, gdy parafianin wyjawiał mu swój kłopot i spoglądał na niego z nadzieją - lub wyzwaniem – w oczach. Przez ostatni rok, odkąd przybył do Pennyroyal Green, by objąć tam skromną posadę na życzenie swego zamożnego krewnego, Jacoba Eversea, przekonał się, że jego praca przypomina przemierzanie długiego, ciemnego tunelu  z pochodnią w ręce oświetlającą drogę przed nim zaledwie na kilka kroków, wśród   przelatujących nad nim nietoperzy, gdzie  napotykał  wnęki pełne skarbów lub z trudem unikał  wdepnięcia w jakieś  plugastwo. Kierunek wyczuwał po omacku.

Na szczęście lubił niespodzianki. Nawet te nieprzyjemne miały dla niego  pewien urok, bo w gruncie rzeczy był z natury zdobywcą, najmłodszym z sześciorga bezwzględnie współzawodniczących ze sobą dzieci, i potrafił zawzięcie walczyć o swoje . Oznaczało to, że  nie dopuszczał do siebie myśli  o przegranej, czy były to egzaminy na studiach w Oksfordzie, czy też sprawy najważniejsze dla jego nieznośnego ojca, jak opanowanie umiejętności celnego strzelania. Albo  jak kazanie, którego ani rusz nie potrafił napisać, lub zyskanie pewności, że uboga rodzina O’Flaherty’ów żyjąca na peryferiach miasteczka, nie umrze z głodu. Od dzieciństwa starał się bezwzględnie, ale ze spokojem, dążyć do zwycięstwa. Kuzyni Eversea odkryli niedawno tę jego cechę, gdy zachowując zimną krew i bez  ostentacji trafiał za każdym razem do celu podczas zawodów strzeleckich w Sussex. Powrócił stamtąd z wielkim srebrnym pucharem i respektem wszystkich mężczyzn w Pennyroyal Green, którzy z miejsca uznali, że nieważne, jak pastor wygląda, skoro potrafi się należycie obchodzić ze strzelbami, końmi i psami. A on z pewnością  potrafił.

Albowiem jego przybycie do Pennyroyal Green w celu objęcia posady pastora powitano z pewną dozą sceptycyzmu. W końcu był kuzynem rodziny Eversea (ze strony matki) i z pewnością na takiego wyglądał, zważywszy na jego wysoki wzrost oraz zapierającą dech w piersi  powierzchowność. Obydwie te cechy sprawiały, że kościół w niedzielę wypełniał się  parafianami, a serca kobiet – tęsknymi pragnieniami. Wiedział jednak, że niektórzy z jego parafian obawiali się (lub też mieli  nadzieję!), że  w trakcie  niedzielnego kazania wkroczy między wiernych i, zapomniawszy się, zacznie  napastować parafianki. Co prawda nie wszyscy Eversea byli awanturnikami, ale  jakoś zapamiętano wyłącznie  takich.

Wiedział, że musi się w ich oczach okazać człowiekiem bez skazy, więc takim właśnie był. Ujął ich sobie, a że lubił ludzi, przyszło mu to bez trudu, podobnie jak wszystkim mężczyznom z rodu Eversea. Na żadną z miejscowych młodych dam (a nie brakowało wśród nich ślicznotek) nie zwracał większej uwagi niż na inne i nie zatrzymywał na niej zbyt długo wzroku. Wszystkie traktował tak samo. Postanowił być najlepszym pastorem spośród tych, jacy pojawili się na ziemi od stworzenia świata. Teraz, po upływie roku, rozumiał już, jak komiczne  było  to postanowienie. Okazało się bowiem, że – inaczej niż w  strzelaniu do celu  - sprawy nie zawsze toczą się tak, jakby on chciał, mimo imponującej samokontroli. Nie przewidział, że jego obowiązki  - uczestniczenie w radościach i smutkach parafian, towarzyszenie ich zgonom,  narodzinom,  ślubom, poznawanie zarówno sekretów, z jakich mu się zwierzali, jak  i drobnych kłopotów ich absorbujących, łagodzenie losu tych, którzy popadli w nędzę– oszlifują go jak drogi kamień, pozbawią kantów, nauczą pokory i wydestylują z niego esencję jego osobowości. Po czym, pozbawiony złudzeń, właśnie teraz lepiej pojmował ich troski. Pracował ciężko, bez chwili wytchnienia. Był tak zajęty, że nie miałby nawet  czasu, by pomyśleć o napastowaniu  kogokolwiek. Stopniowo porzucił pragnienie, żeby być najlepszym z pastorów, i modlił się po prostu o to, żeby czynić tyle dobra,  ile będzie w stanie czynić. Czuł, że może sprostać swojej profesji, lecz w głębi duszy nie był pewien, czy jest jej godny. Wiedział jedno - że nigdy nie przestanie się o to starać.

I już  nie śniło mu się  tak często jak dawniej, że stoi przed ołtarzem nagi,  na oczach wiernych.

Za to jego parafianki wciąż miewały takie sny.

Teraz zaś stał w świetle słonecznym przed kościołem, a parafianie kolejno podchodzili do niego z podziękowaniami i ściskali mu dłoń. Pani Sneath, bardzo porządna kobieta, zatrzymała się właśnie przed nim, cała w uśmiechach. Wychowała pięciu synów, którzy  zgodnie z oczekiwaniami matki pożenili się i zajęli handlem, gdyż nie ośmieliliby się zajmować czymś innym pod jej czujnym nadzorem. Stała na czele zastępu kobiet znanych jako Stowarzyszenie Pomocy Ubogim z Sussex, a zadanie tej niewiasty polegało na spełnianiu dobrych uczynków i ratowaniu zgubionych dusz, gdy tylko zdołała jakiejś dopaść. Jej najgorętszym życzeniem było, jak powiedziała Adamowi, stać się świadkiem cudu, prawdziwego cudu. Osobiście  uważała  charakter pastora za „przykładny”, co wystarczało, by rozwiać najmniejszy cień zwątpienia względem jego moralności w umysłach nieprzejednanych sceptyków.

- Wspaniałe kazanie, pastorze! „Miłuj bliźniego  swego” to zawsze doskonała  rada, a często i wyzwanie. Mam nadzieję, że będzie pan u nas w tym tygodniu na obiedzie, żebyśmy mogli omówić plany aukcji i pozostałych imprez zimowego festiwalu?

Zamierzano bowiem urządzić całą ich serię, by zebrać fundusze na wsparcie miejscowych biednych – aukcję, mały bal, wielki bal – a ona i jej komitet miały nad nimi czuwać. Zabiegano też jednak o jego aprobatę i opinię. Damy te były niezastąpione, zważywszy na  rozliczne obowiązki parafialne Adama.

Niezastąpione i zarazem strasznie irytujące. Pikantne zestawienie.

- Nie opuściłbym za nic tego obiadu, pani Sneath – zapewnił ją.

- Moja siostrzenica, która przyjeżdża z Kornwalii, żeby nas odwiedzić, też będzie na nim – dodała chytrze.

Ach, oczywiście.

- Z przyjemnością poznam kolejnego członka pani rodziny.

- To niezrównana hafciarka.

- Zapewne jest z niej pani bardzo… dumna.

I wtedy ją zobaczył. Drobną i kruchą, a obok niej drugą, o iście niedźwiedziej posturze. Mrużyła oczy, bo raziło ją słońce, jak ktoś, kto wychodzi z mrocznej pieczary. Może zresztą tak właśnie było? Oskarżycielskie promienie słońca oświetliły ją podczas kazania i dlatego Adam spostrzegł, że się zdrzemnęła, wsparta na tej drugiej, zwalistej. I nie tylko się zdrzemnęła, ale nawet pochrapywała, o czym świadczyło lekkie falowanie woalki na kapeluszu.

Jeszcze nikt nie zasnął podczas żadnego z jego kazań. Niemal w całości skierował je właśnie do niej, pełen niedowierzania i urażonej dumy.

Fragmenty prowadzonej szeptem, lecz ożywionej dyskusji obu kobiet dotarły do niego mimo słów pani Sneath.

- Dziwne, że nagle stałaś się znawczynią etykiety, Henny, a ten pastor wygląda jak…

- …mam dość blade pojęcie o belfrach i pięknych słówkach, ale strasznie jestem spragniona pięknych widoków, skorośmy już tu przyjechały. No, rozumiesz chyba, milady, co mam na myśli? Bądź więc tak dobra, żeby…

- …nie chcę zwracać na siebie uwagi, Henny, a ty wiesz…

- Czy lubi pan miód, pastorze? – pani Cranborn wysunęła się przed panią Sneath i obdarzyła go promiennym uśmiechem.

- Miód… ach, oczywiście, dziękuję za miły prezent.

Stale mu ofiarowywano słoiki  miodu, konfitur, dżemu jabłkowego,  lub z rozmaitymi maściami, co – jak przypuszczał – miało  dać mu do zrozumienia, że jego życie byłoby o wiele przyjemniejsze, gdyby pozwolił zająć się nim jakiejś kobiecie. A tymczasem on był „na nieszczęście nieżonaty”, tak to przynajmniej określała jego ciotka, Isolde Eversea. Miała po temu powody, zważywszy, jak bardzo zszarpali jej nerwy jego kuzyni Colin i Ian. Zdaniem zaś Adama był on „na szczęście nieżonaty”. Sny, w których stał nago przed ołtarzem, zastąpiły inne, w których płynął przez plebanię zanurzony po szyję w przetworach z jeżyn, by w końcu ujrzeć na jej drzwiach starannie wyhaftowane na makatce słowa „Pokój temu domowi”.

Ku jego zaskoczeniu zarówno owa drobna kobieta, jak i ta druga, masywna niczym niedźwiedź, podeszły do niego.

Pani Cranborn rzuciła okiem na potężną niewiastę i cofnęła się z niechętnym zdziwieniem, po czym odstąpiła kilka kroków w tył.

Wtedy Adam po raz pierwszy przyjrzał się kobiecie, którą najwyraźniej znudził. Zdawała się cała składać z jaskrawych kontrastów: czarne loki nad czołem, alabastrowe policzki, a oczy, jak przysłowiowe klejnoty, lśniły żywą zielenią, dostrzegalną nawet przez woalkę na kapeluszu. Pelisa leżała na niej perfekcyjnie i na pewno była dziełem pierwszorzędnej, modnej krawcowej. Nawet on się w tym orientował. Wyglądała wręcz nierealnie, jakby wyłoniła się spośród kart książki z baśniami. Była pięknością. On jednak wolał kobiety proste i bezpośrednie, jak córka lady Fennimore, Jenny, której miękkie włosy stale wyślizgiwały się z upiętej szpilkami fryzury. Ta natomiast sprawiała wrażenie całkowicie nieprzeniknionej. Lśniła  niczym szczelnie zamknięty słoik przetworów.

- Mam nadzieję, pastorze, że nie uzna pan tego za niestosowne, skoro nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni, ale chciałam panu podziękować za kazanie.

Spojrzenie, które rzuciła swojej niedźwiedziowatej towarzyszce, mówiło: „Jesteś zadowolona?” tak wyraźnie, jakby wypowiedziała te słowa na głos.

- Jestem hrabina Wareham, a to moja służąca, Henrietta La Fontaine.

Hrabina Wareham? Niejasno sobie przypomniał, że coś o niej słyszał. Na pewno o niej słyszał. Zważywszy na jej wygląd, nie zdziwił go ani ten tytuł, ani akcent. W duchu określał te wyraźnie artykułowane spółgłoski i rozwlekłe samogłoski mianem Ironicznego Dialektu Londyńskiego. Spojrzała na niego z pełną roztargnienia pobłażliwością,  jakby nic nie mogło wyprowadzić jej z równowagi. I nic zaskoczyć.

On jednak był zaskoczony, że hrabina zechciała mu przedstawić swoją służącą. Zawahała się lekko przed wymówieniem  słowa „służąca”, jakby nie była  pewna, jak ją ma określić.

Skłonił się uprzejmie.

- Miło mi panią poznać, lady Wareham. Jestem Adam Sylvaine, tutejszy pastor. Cieszy mnie również, że zechciała pani być obecną na kazaniu.

Henrietta dygnęła przed nim zgrabnie.

- Było balsamem dla mojej duszy, pastorze.

Henrietta miała wzrok pełen dumy, a jej oczy przypominały rodzynki tkwiące głęboko w cieście.

- Niektórzy mogliby rzec, że usypia niczym kołysanka – odparł żartobliwie.

Lady Wareham zesztywniała, a jej oczy  się  zwęziły przez moment tak krótki, że ktoś mógłby tego nie  spostrzec.

On jednak był spostrzegawczy.

Potem na jej twarzy pojawił się wyniosły uśmieszek, jakim królowa mogłaby obdarzyć dziecko podające jej stokrotkę.

- Raz jeszcze dziękuję, pastorze, i do zobaczenia. Henny, idziemy!

- Do zobaczenia – odparł uprzejmie i złożył jej elegancki ukłon.

Powściągnął grzecznościowy uśmiech. Podejrzewał, że wizyta w kościele miała dla niej tylko urok przemijającej nowości i że już jej tam więcej nie zobaczy.

Henrietta, odchodząc, mrugnęła do niego.

Aktualności
2018-02-19

"Oszustwa pamięci" w Newsweek Polska

W najnowszym „Newsweek Polska” czterostronicowy artykuł o Julii Shaw i „Oszustwach pamięci”:

 

czytaj więcej
2018-02-07

"Remember me forever" nominowane do tytułu Książki Roku 2017

"Remember me forever" otrzymało nominację do tytułu Książki Roku 2017 w plebiscycie Lubimyczytac.pl (kategoria: Literatura młodzieżowa).
Zagłosować można do 28 lutego klikając

czytaj więcej
2018-01-26

Gorące romanse i erotyki

Tylko do 14 lutego potrwa gorąca promocja na nasze książki kupione na stronie ravelo.pl

 

czytaj więcej

Inne książki autora

Wydarzenie pewnej nocy Wyznania hrabiny

Wydarzenie pewnej nocy LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.63 PLN
Miłość niezwyciężona

Miłość niezwyciężona LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.63 PLN
Gra o markiza

Gra o markiza LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 25.07 PLN
Jak zaczyna się miłość?

Jak zaczyna się miłość? LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.63 PLN
Miłosna kapitulacja

Miłosna kapitulacja LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.65 PLN
Miłosna szarada

Miłosna szarada LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.63 PLN