Facebook
Wieża miłości

Wieża miłości

Tytuł oryginału: Once Upon a Tower
Tłumaczenie: Aleksandra Januszewska
Ilość stron: 320
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-01-11
EAN: 9788324165056
39.80 PLN
26.63 PLN
Romans historyczny
Bestseller

Romantycznie urocze i uwodzicielsko zabawne.
Julia Quinn

 

 

Mężczyzna, który nigdy nie zabiegał o żadną kobietę.

Kobieta, która stawia mężczyźnie warunki.

 

Młody i majętny szkocki książę Gowan Stoughton przybywa do Londynu, by znaleźć żonę. Szuka pracowitej, skromnej panny, a nie delikatnej, rozkapryszonej arystokratki. A tylko takie damy spotyka na balu debiutantek. Poza jedną: piękna i cicha lady Edith wydaje mu się idealną kandydatką na żonę.

Edith wystąpiła na swym pierwszym balu z gorączką i ledwie pamięta, co się działo. Nazajutrz dowiaduje się, że książę poprosił o jej rękę, a jej ojciec przyjął oświadczyny. Tymczasem zasadniczy i pedantyczny Gowan nie wydaje jej się idealnym kandydatem na męża.

Noc poślubna stanie się początkiem kolejnych piętrzących się przeszkód na krętej drodze do szczęścia…

 

ELOISA JAMES osiągnęła sukces w dwóch wcieleniach: poważnego profesora literatury i gwiazdy romansów historycznych. Ukończyła Harvard i Oksford, doktoryzowała się na uniwersytecie Yale, specjalizuje się w twórczości Szekspira i wykłada na uniwersytecie w Nowym Jorku.

Jej błyskotliwe powieści z przesyconą wdziękiem i zmysłowością wyrafinowaną intrygą są wydawane w 28 krajach, nagradzane najbardziej prestiżowymi nagrodami, jak RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara) i zajmują wysokie miejsca na amerykańskich listach bestsellerów.

2 maja 1824

Miejska rezydencja hrabiego Gilchrista

 

Kiedy tylko się dało, Gowan Stoughton z Craigievar, książę Kinross, wódz klanu MacAulay, unikał pomieszczeń, gdzie tłoczyli się sami Anglicy. Plotkowali zawzięcie, mając więcej wosku w uszach niż rozumu, jak zwykł był mawiać jego ojciec.

Niezwykłe, że to właśnie wśród nich objawił się Szekspir.

A jednak, zamiast – wbrew naturalnym skłonnościom – zarzucać wędkę w strumieniu na szkockich wyżynach, wkraczał właśnie na salę balową w sercu Londynu. Musiał się zmierzyć z nieprzyjemnym, ale nieubłaganym faktem życia – w każdym razie jego życia – złowienie narzeczonej okazało się ważniejsze od złowienia łososia.

Kiedy go zaanonsowano, stadko młodych panien obróciło się ku drzwiom, błyskając zębami w uśmiechach. To był, jego zdaniem, objaw dolegliwości żołądkowych, choć może uśmiechnęły się odruchowo na dźwięk tytułu. Ostatecznie, był nieżonatym arystokratą, któremu nie brakowało żadnego z członków. Ani włosów; miał ich nawet więcej niż przeciętny Anglik. Nie wspominając o zamku.

Gospodarze, hrabia Gilchrist i lady Gilchrist, czekali na dole schodów, więc młode damy nie mogły rzucić się na niego od razu. Gowan lubił Gilchrista – był surowy, ale uczciwy i miał melancholijne, niemal szkockie, spojrzenie. Obaj interesowali się finansami – obcą materią dla większości dżentelmenów, a hrabia był sprytnym inwestorem. Ponieważ Gowan piastował stanowisko zarządcy Banku Szkocji, a Gilchrist sprawował analogiczną funkcję w Banku Anglii, od paru lat ze sobą korespondowali, choć spotykali się rzadko.

- Wasza wysokość, pozwól, że przedstawię hrabinę – odezwał się Gilchrist, wysuwając damę naprzód. Ku zaskoczeniu Gowana, dama wydawała się znacząco młodsza od męża, musiała być przed trzydziestką. Ponadto miała zmysłowe, pełne wargi, a jej bujne piersi opinał różowy jedwab. Widocznie należała do tych arystokratek, które ubierały się i zachowywały jak tancerki operowe.

Gilchrist, z kolei, przywodził na myśl surowego kleryka. To nie mógł być harmonijny związek. Mąż i żona powinni pasować do siebie wiekiem i zainteresowaniami.

Hrabina opowiadała mu o swojej pasierbicy, Edith, więc Gowan skłonił się, wyrażając gorącą chęć poznania młodej damy.

Edith. Co za okropne imię.

Pasowało do babska o długim języku. Do staroświeckiej, wścibskiej… Angielki.

Lady Gilchrist nieoczekiwanie wsunęła mu rękę pod ramię, obligując, żeby udał się z nią w drugo koniec sali; z trudem zapanował nad twarzą, żeby się nie skrzywić. Ponieważ miał niezwykle mało czasu dla siebie, wolał utrzymywać barierę między sobą a światem. Nie doskwierał mu brak prywatności, uważał po prostu, że byłoby stratą czasu na przykład ubierać się, nie słuchając jednocześnie sprawozdania sekretarza. Jeśli czegoś nienawidził, to marnowania czasu.

Jego zdaniem, czas umykał. Zbyt szybko, ni stąd, ni z owąd, człowiek padał i umierał i życie mijało bezpowrotnie.

Głupotą jest sądzić, że przyjemne chwile w życiu mogą ciągnąć się w nieskończoność – a tak właśnie zachowywali się ludzie, kąpiąc się godzinami, albo leniuchując przy czytaniu poezji. Wolał – i przywykł – robić kilka rzeczy jednocześnie.

W istocie bal spełniał jego oczekiwania pod tym względem: przed spotkaniem następnego dnia z grupą bankierów w Brighton, chciał zaciągnąć opinii Gilchrista na temat trudnej kwestii emisji banknotu jednofuntowego. Gilchrist wydawał bal, na którym można się było spodziewać młodych dam. A Gowan bardzo chciał – nie rozpaczliwie, ale bardzo – znaleźć sobie żonę.

A zatem mógł jednym strzałem położyć dwie kuropatwy. Czasami i to nie było możliwe.

Tylko że salę wypełniały angielskie damy, a Gowan uważał, że poślubienie jednej z nich to marny pomysł. Co prawda, szkocki arystokrata zawsze miał dobry powód, żeby związać się z jednym z potężnych domów Anglii.

Ale prawda również, że angielska panna jest, siłą rzeczy, Angielką.

Powszechnie wiadomo, jaka z nich gnuśna rasa. Ich szlachetnie urodzone damy spędzały czas na niczym, pochłaniając jedynie niezliczone ilości filiżanek herbaty i czytając powieści, podczas gdy szlachetne Szkotki z łatwością radziły sobie z prowadzeniem majątków z tysiącami owiec, wychowując jednocześnie czwórkę dzieci.

Jego własna babka pracowała od świtu do zmierzchu bez słowa skargi. Jeśli już trzeba czytać, powiadała, to po to, żeby doskonalić umysł. Biblia, Szekspir i eseje Montaigne’a dla rozrywki. Jego zmarła narzeczona została ulepiona z tej samej gliny, zresztą to właśnie babka zaaranżowała to małżeństwo. Panna Rosaline Partridge zmarła, zaraziwszy się gorączką podczas odwiedzin biednych… cnota, która, w jej wypadku, nie przyniosła nagrody.

Gowan skłaniał się do tego, żeby pracowitość uznać za podstawowy wymóg wobec przyszłej żony (poza oczywistościami – żeby była piękna, dziewicza, szlachetnie urodzona). Przyszła księżna Kinross nie powinna gnuśnieć w nieróbstwie.

Lady Gilchrist przeprowadziła go przez salę balową. Krótkie rozpoznanie terenu przekonało go, że żaden z nieżonatych mężczyzn na balu nie dorównuje mu bogactwem ani tytułem. W każdym razie, w całym Londynie, mogło być najwyżej trzech godnych siebie rywali.

A zatem, kiedy już dokona wyboru, nie musi tracić czasu na żadne zaloty.

Małżeństwo to rynek, jak każdy inny, kiedy znajdzie odpowiednią pannę, po prostu przebije rywali.

Hrabina zatrzymała go przed młodą kobieta, którą przedstawiła jako swoją pasierbicę.

To była jedna z tych chwil, które wymazują przeszłość i na zawsze zmieniają przyszłość.

Lady Edith nie pasowała do dusznej angielskiej sali balowej. Było w niej coś nie z tego świata, jakby oddawała się marzeniom pod czarodziejskim wzgórzem. Jej oczy jak zielona woda, ciemne i głębokie, przypominały szkockie jeziora.

Miała rozkosznie zaokrągloną figurę, a jej włosy lśniły jak złote jabłka w słońcu. Pragnął tylko porozplatać te starannie ułożone loki i pukle i kochać się z nią na łożu z wrzosów.

Ale to jej oczy najbardziej go urzekły: patrzyły na niego z uprzejmym brakiem zainteresowania, z sennym spokojem, bez gorączkowego entuzjazmu, jaki widział zwykle w oczach młodych panien na wydaniu.

Gowan nie uważał się za mężczyznę skłonnego do zatracania się w rozkoszach cielesnych. Książę, w jego mniemaniu, nie miał prawa ulegać żądzy.

Obserwował ze zdumieniem, jak mężczyźni w jego otoczeniu padali do stóp kobiet o dwuznacznych uśmiechach i okrągłych kształtach. Czuł wówczas litość, jak wobec hrabiego z jego zmysłową żoną.

Ale teraz, kiedy patrzył na lady Edith, miłość i poezja nabrały sensu. Przyszedł mu do głowy wers, jakby napisany na ten wieczór: Kochał–żem dotąd? O! zaprzecz, mój wzroku! Boś jeszcze nie znał równego uroku. [Romeo i Julia, akt 1, scena 5, tłum. Józej Paszkowski]. Może jednak Szekspir czasem się przydawał.

Różane usteczka lady Edith wygięły się w uśmiechu. Dygnęła głęboko, skłaniając głowę.

- Wasza wysokość, miło cię poznać.

Gowan miał wrażenie, że hrabina zniknęła, podobnie, jak sala pełna ludzi.

- Cała przyjemność po mojej stronie – odparł z całkowitą szczerością. – Czy zaszczycisz mnie tym tańcem? – Wyciągnął rękę.

Jego gest spotkał się ze spokojem, który wydał mu się równie pociągający, jak zapalczywa gorliwość byłaby dla niego odpychająca. Nie pragnął niczego więcej poza tym, żeby te piękne, spokojne oczy zapalały się dla niego, żeby widzieć w nich podziw a nawet uwielbienie.

Ponownie skłoniła głowę, ujmując jego rękę. Jej dotyk palił przez rękawiczkę, jakby wyzwalając ciepło w jego wnętrzu, w miejscu, które dotąd było zimne. Zamiast zadrżeć, odruchowo pociągnął ją w swoją stronę.

Na parkiecie, w jego ramionach, Edith tańczyła z wdziękiem wodnej nimfy. I milczała.

Taniec wciąż ich rozdzielał i na powrót łączył; tańczyli już długo, kiedy Gowana olśniło, że dotąd nie wymienili ani słowa. Nie przypominał sobie tak milczącej osoby w swoim otoczeniu; wydawała się nie odczuwać potrzeby – czy chęci – żeby z nim rozmawiać. A jednak było to najmniej krępujące milczenie w jego życiu.

Był głęboko zdumiony.

Odwrócili się i zaczęli iść w drugą stronę. Myślał, co by tu powiedzieć, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Opanował sztukę uprzejmej konwersacji; paroma dobrze dobranymi słowami potrafił rozluźnić atmosferę w salonie pełnym ludzi onieśmielonych jego książęcą obecnością.

Ale z jego doświadczenia wynikało, że młodych dam nie trzeba zachęcać do mówienia. Zwykle uśmiechały się gorączkowo, patrząc mu wymownie w oczy i sypiąc głupstwami z ust.

Gowan nie był głupcem. Rozumiał, że życie postawiło go właśnie przed faktem dokonanym.

Wszystko w Edith było cudowne; jej swobodne milczenie, spokój, zachwycająca twarz, to, że tańczyła, jakby jej stopy prawie nie dotykały ziemi.

Będzie doskonałą księżną Kinross. Już wyobrażał sobie portrety, jakie zamówi: samej księżnej, a potem całej ich czwórki, albo piątki – o liczbie dzieci pozwoli jej zadecydować – do powieszenia nad kominkiem w wielkim salonie.

Taniec się skończył; rozbrzmiały pierwsze dźwięki walca.

Lady Edith skłoniła się przed nim.

- Czy zatańczysz ze mną i tym razem? – Jego głos nie brzmiał tak spokojnie, jak zwykle.

Podniosła głowę i odezwała się po raz pierwszy, odkąd zaczęli tańczyć.

- Obawiam się, że ten taniec obiecałam lordowi Beckwith…

- Nie – stwierdził. Nigdy w życiu nie powiedział czegoś równie nieuprzejmego.

- Nie? – Jej oczy rozwarły się nieco szerzej.

- Zatańcz ze mną walca.

Wyciągnął rękę. Wahała się krótko, po czym ponownie włożyła dłoń w jego. Ostrożnie, jakby oswajał ptaka, położył drugą rękę na jej plecach.

Kto by pomyślał, że ta cała romantyczna gadanina o palącym dotyku kochanki, to czysta prawda?

Kiedy tańczyli, Gowan półświadomie zdawał sobie sprawę, że przyglądają im się wszyscy goście. Książę Kinross tańczył dwa razy z rzędu z córką Gilchrista. Do rana nowina obiegnie cały Londyn.

Nie dbał o to. Jego serce łomotało, kiedy przyglądał jej się uważnie, studiując każdy rys jej twarzy. Była rozkoszna. Jej usta wyginały się naturalnie, jakby miała w zapasie pocałunek albo uśmiech, którego nikomu jeszcze nie podarowała.

Ich stopy poruszały się w doskonałej harmonii z muzyką. Gowan nigdy w życiu nie tańczył lepiej. Sunęli w walcu jak iskry z ogniska, nie mówiąc ani słowa.

Przyszło mu do głowy, że słowa nie są potrzebne. Rozmawiali ze sobą poprzez taniec.

Pojawiła się jeszcze inna myśl: nigdy dotąd nie zdawał sobie sprawy, że jest samotny. Dopiero teraz.

Kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki walca, skłonił się partnerce i wyprostował – obok stał lord Beckwith.

- Książę – odezwał się z wyraźnym chłodem w głosie. – Sądzę, że pomyliłeś mój taniec ze swoim. Wysunął łokieć w stronę lady Edith z miną człowieka, którego oszukano.

Odwróciła się do Gowana, uśmiechając uprzejmie na pożegnanie i wsunęła rękę pod ramię Beckwitha.

Gowan gotował się z niecierpliwości. Był Szkotem i nie bawił się w tego rodzaju uprzejmości, nie między mężczyzną a kobietą. Chciał jej pokazać, co czuje, zaciągnąć za filar, zgnieść w ramionach i pocałować. Brutalnie. Nie, czule.

Ale nie była jego żoną… jeszcze. Póki nią nie zostanie, musi się stosować do konwenansów. Patrzył, jak jego przyszła żona rusza do kolejnego tańca z wicehrabią pod ramię.

Gowan był bogatszy od Beckwitha. I przystojniejszy.

Chyba że Edith wolała szczuplejszych, patykowatych mężczyzn. Nie mógł uczciwie stwierdzić, że patrzyła na niego z pożądaniem.

Ale, oczywiście, nikt nie chciałby otwarcie pożądliwej żony. Jego dziadek spotkał babcię na formalnym przyjęciu i od razu wiedział, że to będzie jego przyszła księżna, mimo że miała wtedy piętnaście lat i była nieśmiała, jak na swój wiek. Na pewno nikt by nie chciał, żeby jego przyszła – a co dopiero obecna – żona pożądała obcych mężczyzn.

Gowan zdecydował, że wróci rano z wizytą. To należało do angielskich rytuałów przedślubnych: złóż wizytę w domu panny trzy czy cztery razy, zabierz na przejażdżkę, a potem poproś ojca o rękę córki.

Powziąwszy to postanowienie, odszukał hrabiego i podjął rozmowę o banknotach jednofuntowych. Gowan nie tańczył tego wieczoru z żadną inną kobietą. Nie miał ochoty, a już z pewnością nie chciał patrzeć z boku, jak Edith tańczy z innymi mężczyznami. Na samą myśl zaciskał szczękę.

Zazdrość niosła klęskę jego ziomkom. To była ciemna strona ich największej cnoty – lojalności. Szkot jest lojalny do śmierci; inaczej niż kapryśni angielscy mężowie, nigdy nie odwróci się od wybranej kobiety, żeby szukać rozkoszy w łożu z inną.

Gowan zdawał sobie sprawę, że jest zaborczym draniem, który stawia lojalność ponad wszystko. Nie zniósłby widoku Edith przechodzącej od jednego mężczyzny do drugiego, póki obrączka na jej palcu nie oznajmi światu, że należy do niego.

Choć wolałby się także zapisać w jej sercu.

Traciłby czas stercząc tam i warcząc na zalotników Edith, a Gowan nie lubił tracić czasu. Zamiast tego poszedł do domu i napisał list do swojego londyńskiego radcy prawnego, Jelvesa. Oznajmił w nim, że zamierza się ożenić w najbliższej przyszłości, nakazując Jelvesowi sporządzenie ewentualnej intercyzy i przyniesienie mu jej wcześnie rano. Na to zadanie prawnik poświęci zapewne całą noc. Gowan zanotował sobie w umyśle, żeby go za to dodatkowo wynagrodzić.

Wstał o świcie i parę godzin pracował. Nocny odpoczynek nie zmienił jego postanowienia co do lady Edith – nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zmienił zdanie w ważnej sprawie, kiedy już podjął decyzję. Kiedy zjawił się wymęczony Jelvis, przez godzinę omawiał z nim kwestie małżeńskiego kontraktu.

Skończyli późno, niech to diabli. Powinien znaleźć się w powozie na drodze z Londynu w ciągu najpóźniej dwóch godzin, ponieważ w Brighton czekała na niego cała gromada bankierów. Polecając świcie, żeby towarzyszyła mu w drugim powozie, kazał woźnicy zawieźć się do domu Gilchrista na Curzon Street.

Kamerdyner Gilchrista wziął od niego pelerynę, poinformował, że lady Edith z hrabiną wkrótce zejdą do gości, a następnie otworzył drzwi do przestronnego, eleganckiego salonu, który w tej chwili niczego nie przypominał bardziej, niż – klubu dla dżentelmenów.

Mężczyźni, z bukietami kwiatów, stali wszędzie, rozmawiając i śmiejąc się między sobą. Zdumiewające, ale w jednym kącie dyskretnie grano w pikietę. Rozpoznał około połowy obecnych. Beckwith był wśród nich, wystrojony w pomarańczowy surdut z jaskrawymi guzikami. Lord Pimrose-Finsbury też tam był. Pimrose-Finsbury miał jedynie dożywotni tytuł, ale należał do niego kawał Marylebone. Trzymał bukiecik delikatnych, fioletowych kwiatków.

Gowan posmutniał; nie przyszło mu do głowy, żeby posłać kogoś do Covent Garden po róże, czy inne kwiaty.

- Zechciej przyłączyć się do gości, wasza wysokość – powiedział kamerdyner. – Za chwilę podam napoje i przekąski.

Gowan jednak obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem do wejścia.

- Czy wasza wysokość woli zostawić kartę? – zapytał kamerdyner, odprowadzając go.

- Wolałbym pomówić z lordem Gilchristem. Kiedy lady Edith debiutowała?

Brwi kamerdynera drgnęły, ale opanował się.

- Zeszłego wieczoru – odparł. – Zeszłego wieczoru po raz pierwszy wystąpiła publicznie.

Gowan nie był jedynym mężczyzną, któremu wystarczyło raz spojrzeć na lady Edith, żeby wyobrazić ją sobie u swojego boku.

Teraz jednak wiedział dokładnie, dlaczego Gilchrist zaprosił go na bal: zaproszenie obejmowało dar w postaci ręki jego córki. Nie będzie żadnej konkurencji, jeśli przystanie na cichą propozycję hrabiego.

- Chciałbym porozmawiać z jego lordowską mością. – Gowan nie prosił. Nigdy nie prosił; oznajmiał. To nie sprawiało różnicy, bo i tak zawsze dostawał to, czego chciał. A w proszeniu było coś niegodnego.

Książęta w jego opinii nie prosili. Oznajmiali.

Miał wrażenie, że o rękę lady Edith też nie będzie musiał prosić.

 

Aktualności
2018-04-20

40% rabatu

Tylko do poniedziałku (23 kwietnia) do końca dnia mamy promocję -40% na co drugą książkę.
A to wszystko w księgarni Ravelo.pl

 

czytaj więcej

Wywiad z Julią Shaw, autorką "Oszustw pamięci", w magazynie "Charaktery"!

Przeczytaj fragmenty - co mówi Julia Shaw:

"Osobiste wspomnienia pomagają nam zrozumieć naszą życiową drogę, tworzą fundament naszej tożsamości. Kształtują nasz

czytaj więcej

"Misterium życia zwierząt" - dziś recenzja na blogu CRAZY NAUKA

"To jedna z najlepszych pozycji, jakie ostatnio czytałam: fascynująca, wartka opowieść o zachowaniach zwierząt, poparta setkami przykładów, skrząca się humorem i naprawdę

czytaj więcej

Inne książki autora

Siedem minut w niebie Wieża miłości
Premiera: 2018-05-17

Siedem minut w niebie JAMES ELOISA

39.80 PLN 26.63 PLN
Cztery noce z księciem
39.80 PLN 24.64 PLN
Trzy tygodnie z lady X.
39.80 PLN 26.63 PLN
Brzydka księżniczka

Brzydka księżniczka JAMES ELOISA

39.80 PLN 26.63 PLN
Pocałunek księcia

Pocałunek księcia JAMES ELOISA

39.80 PLN 26.63 PLN