Miłosne szyfry (wyd. 2)

Miłosne szyfry (wyd. 2)

Tytuł oryginału: Do You Want to Start a Scandal
Tłumaczenie: Agnieszka Dębska
Ilość stron: 304
Rodzaj: oprawa miękka, wyd. 2
Format: 135x205
Data wydania: 2020-10-13
EAN: 9788324172504
Romans historyczny

BESTSELLER "NEW YORK TIMESA"

„Pasja, intryga, wzruszenie i mnóstwo humoru”. „Romantic Times”

Zakradając się w noc balu do pałacowej biblioteki, panna Charlotte Highwood nie spodziewała się, że już za chwilę znajdzie się w ramionach markiza Granville. Mężczyzny, którego zamierzała unikać za wszelką cenę. Najbardziej aroganckiego i najbardziej tajemniczego dżentelmena, jakiego miała pecha spotkać…

Teraz pałac huczy od plotek o ich romansie. Jeśli nie chcą zostać bohaterami skandalu, muszą wyjawić, co naprawdę robili w bibliotece. Lecz tego właśnie żadne z nich nie może zdradzić. Ze zgoła różnych, choć tak samo niebezpiecznych powodów...

TESSA DARE to jedna z najpopularniejszych i najbardziej lubianych autorek romansu historycznego. Jej pełne wdzięku i humoru, inteligentne, seksowne powieści podbijają serca czytelniczek w 20 krajach. W USA są zawsze na szczycie list bestsellerów. Otrzymują najbardziej prestiżowe nagrody gatunku:
RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara) i Nagrody Czytelniczek Czasopisma „Romantic Times”, i zdobywają coraz większą popularność.

1

Nottinghamshire, jesień 1819

Mężczyzna w czarnym stroju skręcił w korytarz, a Charlotte Highwood ruszyła za nim.

Oczywiście po kryjomu. Nikt nie mógł tego spostrzec.

Usłyszała cichy dźwięk otwieranych drzwi, gdzieś z lewej. Jeśli dobrze pamiętała, wiodły do biblioteki sir Vernona Parkhursta.

Zawahała się, stojąc w niszy i spierając się w myśli sama ze sobą.

W przekonaniu angielskiej socjety Charlotte była po prostu młodą kobietą bez znaczenia. Wdarcie się w samotne poczynania jakiegoś markiza, któremu nie została nawet oficjalnie przedstawiona, byłoby najgorszą z impertynencji. Tylko że wolała już impertynencki postępek od perspektywy, jaką był kolejny rok życia w atmosferze skandalu i w ubóstwie.

Z sali balowej dolatywały stłumione dźwięki muzyki. Pierwsze takty kadryla. Jeśli miała działać, właśnie teraz nastąpił odpowiedni moment. Nim zdołała to sobie wyperswadować, podeszła na palcach do drzwi i nacisnęła klamkę.

Matki, które mogą przywieść kogoś do desperacji, wymagają desperackich środków.

Kiedy otworzyła drzwi, markiz natychmiast na nią spojrzał. Był sam i stał za biurkiem.

A był… doskonały.

Doskonały… Nie miała tu na myśli: przystojny, choć niewątpliwie był przystojny. Miał subtelnie zarysowane kości policzkowe, foremny podbródek, a nos tak prosty, że Bóg mógłby uznać go za wzorzec. Wszystko inne też było w nim doskonałe. Sylwetka, maniery, ciemne falujące włosy. A pewność siebie i stanowczość zdawały się wręcz z niego emanować.

Mimo zdenerwowania poczuła, że ją zaciekawił. Przecież żaden mężczyzna nie może być perfekcyjny. Każdy ma jakieś niedostatki. A jeśli nie widać ich na zewnątrz, muszą tkwić wewnątrz.

Zagadkowość zawsze ją intrygowała.

– Proszę się nie obawiać – powiedziała, zamykając za sobą drzwi. – Przyszłam tu, żeby pana uratować.

– Uratować? Mnie? – Jego niski, dźwięczny głos podziałał na nią tak, jakby dotknęła dobrze wyprawionej skóry. – A przed czym?

– Och, przed mnóstwem rzeczy. Głównie przed kłopotliwym zażenowaniem. Ale może i przed uszczerbkiem na zdrowiu.

Mężczyzna zamknął szufladę biurka.

– Czy zostaliśmy sobie przedstawieni?

– Nie, milordzie. – Zbyt późno przypomniała sobie, że należało dygnąć. – To znaczy… wiem, kim pan jest. Każdy zresztą wie. Piersem Brandonem, markizem Granville.

– Zgadza się.

– A ja jestem Charlotte Highwood, z Highwoodów raczej panu nieznanych. Chyba że z lektury „Prattlera”, którego pan zapewne nie czytuje.

O Boże, mam nadzieję, że go nie czytuje.

– Jedna z moich sióstr to wicehrabina Paine – ciągnęła. – Może pan o niej słyszał? Pasjonuje się geologią. A moja matka jest kobietą nie do zniesienia.

Po chwili skinął głową.

– Miło mi panią poznać.

O mało się nie roześmiała. Żadna odpowiedź nie mogła zabrzmieć mniej szczerze. „Miło mi”, też coś! „To doprawdy fatalne” bez wątpienia okazałoby się uczciwszą repliką, ale był zbyt dobrze wychowany, żeby tak się wyrazić.

Jeszcze raz zademonstrował wytworne maniery, wskazując na sofę. Zachęcał ją, żeby usiadła.

– Dziękuję, nie. Muszę wrócić na bal, nim zauważą moją nieobecność. No i nie mogę sobie pozwolić na pogniecenie sukni. – Wygładziła ciemnoróżowy strój. – Nie chcę nadużywać pańskiej uprzejmości, mam jedynie coś do powiedzenia. – Z trudem przełknęła ślinę. – Bynajmniej nie chcę wyjść za pana.

Zlustrował ją powoli chłodnym wzrokiem od stóp do głów.

– Spodziewa się pani, że poczułem ulgę?

– No… owszem. Jak zresztą każdy inny mężczyzna na pańskim miejscu. Widzi pan, moja matka wbiła sobie w głowę, że wyda mnie za utytułowanego dżentelmena, co ją publicznie ośmiesza. Może zna pan epitet Zdesperowana Debiutantka?

Och, jak nienawidziła samego dźwięku tych słów. Towarzyszyły jej przez cały sezon niczym duszący opar.

Zeszłej wiosny, w pierwszym tygodniu pobytu ich obu w Londynie, przechadzała się z matką po Hyde Parku podczas bardzo przyjemnego popołudnia. Ale wtedy matka wypatrzyła hrabiego Austin, jadącego po Rotten Row. Żeby się upewnić, że ów bardzo odpowiedni kandydat do ożenku zwróci uwagę na jej córkę, pani Highwood tak mocno pchnęła nie spodziewającą się niczego Charlotte, że ta upadła na zakurzoną ścieżkę. Wałach hrabiego stanął dęba i co najmniej trzy powozy zderzyły się ze sobą.

A w swoim kolejnym numerze „Prattler” zamieścił karykaturę przedstawiającą młodą damę, bardzo podobną do Charlotte, która pada na ziemię pośród pojazdów, ukazując gołe nogi i bujne piersi. Podpis pod rysunkiem głosił: „Wiosenna plaga Londynu. Zdesperowana Debiu-
tantka”.

No i w ten sposób uznano ją za skandalistkę.

Gorzej nawet: za zagrożenie bezpieczeństwa publicznego. Przez całą resztę sezonu żaden mężczyzna nie ośmielił się nawet do niej zbliżyć.

– Ach – powiedział, jakby sobie coś przypominając. – A więc to z pani powodu Austin kuleje?

– To był przypadek! – jęknęła z zakłopotaniem. – Ale choć przykro mi o tym mówić, moja matka najpewniej będzie mnie chciała na siłę zaznajomić z panem. Proszę się nie martwić. Nikt nie przypuszcza, żeby się jej powiodło. A już najmniej ja sama. Byłby to absurd. Przecież jest pan markizem. Człowiekiem zamożnym, wpływowym i przystojnym.

Przystojnym, Charlotte? Naprawdę?

Och, dlaczego musiała powiedzieć to na głos?

– A tymczasem ja zamierzam wyjść co najwyżej za jakiegoś niezamożnego trzeciego syna z zaszarganą opinią – ciągnęła. – Nie mówiąc już o różnicy wieku. Nie przypuszczam, żeby pan chciał się żenić z bardzo młodą osobą.

Oczy lorda Granville zwęziły się niebezpiecznie.

– Nie żeby pan był stary – dodała pospiesznie. – No i nie dlatego, żebym ja była niezwykle młoda. To nie byłoby przecież małżeństwo kogoś starego z podfruwajką. Już raczej kogoś dojrzałego z… młodszą od niego kobietą. – Zakryła na moment twarz rękami. – Zrobiłam z siebie idiotkę, nie uważa pan?

– Powiedzmy.

Charlotte podeszła do sofy i opadła na nią bezwładnie. Uznała, że najlepiej będzie jednak usiąść.

Granville wyszedł zza biurka i również usiadł na sofie, ale w rogu, wspierając mocno stopę o podłogę.

No, powiedz w końcu, co masz do powiedzenia – upomniała się w myślach.

– Jestem przyjaciółką od serca Delii Parkhurst. A pan znajomym sir Vernona. Obydwoje będziemy gościć w tym domu przez dwa tygodnie. Moja matka zrobi wszystko, żeby nas zachęcić do zawarcia znajomości. Oznacza to, że musimy unikać się wzajemnie – powiedziała z uśmiechem, siląc się na swobodny ton. – Nikogo nie zdziwi, jeśli pan, człowiek utytułowany i zamożny, zechce się trzymać z dala ode mnie.

Nie roześmiał się ani nawet nie uśmiechnął.

– Pozwoliłam sobie na żart, milordzie. To był cytat z pewnej powieści…

– Z Dumy i uprzedzenia. Owszem, czytałem ją.

No oczywiście, że czytał. Przecież latami służył w dyplomacji. A gdy Napoleon się poddał, brał udział w pertraktacjach podczas kongresu wiedeńskiego. Był światowcem, człowiekiem wykształconym i zapewne mówił kilkoma językami.

Charlotte nie posiadała umiejętności cenionych w dobrym towarzystwie, ale nie była pozbawiona zalet. Była życzliwa, bezpośrednia, umiała patrzeć na siebie z dystansem i prowadzić przyjemną dla rozmówcy konwersację.

Zabrakło jej teraz nawet i tych skromnych talentów. Powaga i przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu markiza Granville’a sprawiły, że czuła się jak ktoś mówiący do bryły lodu. Chyba nie zdoła sprawić, by rozmowa nabrała serdeczniejszego charakteru.

A przecież musiał być mężczyzną z krwi i kości.

Spojrzała na Granville’a spod oka, usiłując go sobie wyobrazić w chwili odprężenia, zagłębionego w skórzanym fotelu, z nogami na biurku, w rozpiętej kamizelce i koszuli, z podwiniętymi do łokcia rękawami. Przy lekturze gazety, pociągającego od czasu do czasu łyk brandy. Z lekkim zarostem na foremnym podbródku i z rozwichrzonymi włosami…

– Panno Highwood…

Drgnęła gwałtownie.

– Słucham?

Nachylił się ku niej i zniżył głos.

– Sądzę, że te nieustanne kadryle mają się już ku końcowi. Lepiej niech pani wraca do sali balowej. Ja zresztą też tak zrobię.

– Słusznie. Pójdę pierwsza. Proszę odczekać jakieś dziesięć minut, nim pan stąd wyjdzie. Zyskam w ten sposób czas, żeby usprawiedliwić opuszczenie balu. Powiem na przykład, że rozbolała mnie głowa. Ale co zrobimy przez resztę tych dwóch tygodni? Podczas śniadań nic nam nie grozi, bo mężczyźni zwykle jedzą je wcześniej, a ja nigdy nie wstaję przed dziesiątą. Może pan też uprawiać sport z sir Vernonem, a my, damy, bez wątpienia będziemy pisać listy lub spacerować po ogrodzie. Możemy całymi dniami postępować w ten sposób. Ale ten jutrzejszy obiad… Obawiam się, że wtedy przyjdzie kolej na pana.

– Na mnie?

– Żeby udać niedyspozycję. Albo zrobić coś innego. Przecież nie mogę skarżyć się na ból głowy każdego wieczoru.

Podał jej dłoń, którą przyjęła. Ale kiedy już pomógł Charlotte wstać, nie puścił jej ręki.

– Czy jest pani pewna, że nie ma wobec mnie matrymonialnych zamiarów? Bo już narzuca mi pani rozkład dnia, całkiem jak żona.

Zaśmiała się nerwowo.

– Ani trochę, proszę mi wierzyć. Niezależnie od wysiłków mojej matki, nie podzielam jej nadziei. Bylibyśmy okropnym małżeństwem. Jestem o wiele za młoda dla pana.

– Już mi to pani dała do zrozumienia.

– Jest pan wzorem przyzwoitości.

– A pani jest… tutaj. Sama jedna.

– Właśnie. Mogę więc mówić, co mi serce dyktuje, a tymczasem pańskie…

– Ani drgnie.

Charlotte dałaby wiele, żeby przełamać krąg polarny jego sarkazmu.

– Rzecz w tym, milordzie, że nie mamy ze sobą nic wspólnego. Bylibyśmy dwojgiem obcych sobie ludzi w jednym domu.

– Jestem markizem. Mam pięć domów.

– Ależ rozumie pan chyba, o co mi chodzi. Byłaby to zupełna katastrofa.

– Nijaka, mdła egzystencja, przerywana od czasu do czasu cierpieniem.

– Bez wątpienia.

– Łączyłoby nas jedynie małżeńskie pożycie.

– Co… co takiego?

– Mam na myśli łóżkowe igraszki, panno Highwood. Przynajmniej one byłyby czymś nie do pogardzenia.

Zaczerwieniła się cała.

– Ja… pan sądzi, że…

Gdy rozpaczliwie usiłowała pokonać jąkanie, uśmiechnął się nieznacznie.

Czyżby lód zaczął topnieć? Poczuła ogromną ulgę.

– Chyba pan żartuje, milordzie?

Wzruszył ramionami.

– Pani wszystko zaczęła.

– Ależ skąd.

– Powiedziała pani, że jestem stary i nieciekawy.

Stłumiła uśmiech.

– Wie pan przecież, że nie to miałam na myśli.

Niesłychane. Gdyby wiedziała, że on potrafi sobie kpić i pozwala, żeby z kolei kpiono z niego, wydałby się jej o wiele bardziej pociągający.

– Panno Highwood, mnie nie można zmusić do niczego, a już na pewno nie do małżeństwa. Byłem dyplomatą, miałem do czynienia z królami i generałami, despotami i szaleńcami. W jaki sposób mam pani wytłumaczyć, że nie obawiam się matrymonialnych machinacji pani mamy?

– Pan jej jeszcze nie zna – westchnęła.

Jakże mogła mu uzmysłowić powagę sytuacji?

Lord Granville nie wiedział – choć zapewne nie przejąłby się tym wcale – że Charlotte miała coś więcej do stracenia. Nie chodziło jej wyłącznie o plotki i skandalizujące pisemka. Razem z Delią Parkhurst chciała opuścić Londyn na cały najbliższy sezon i wyjechać na kontynent. Zaplanowały już sobie wszystko: sześć krajów w cztery miesiące, dwie najlepsze przyjaciółki, jedna wyjątkowo pobłażliwa przyzwoitka – i żadnych męczących krewnych.

Nim jednak spakowały sakwojaże, musiały zapewnić sobie pozwolenie. To jesienne party dawało jej szansę, by dowieść sir Vernonowi i lady Parkhurst, że plotki, jakie o niej krążyły, były wyssane z palca. Że wcale nie jest zuchwałą łowczynią fortun, ale przyzwoitą młodą kobietą ze sfer ziemiańskich i lojalną przyjaciółką, z którą śmiało można wysłać ich córkę na Grand Tour, czyli wielką podróż kształcącą.

Charlotte nie mogła zaprzepaścić takiej szansy. Delia liczyła na nią. Nie mogła też znieść, by wszystkie jej marzenia przepadły.

Inne książki autora