Facebook
Miłość niezwyciężona

Miłość niezwyciężona

Tytuł oryginału: The Legend of Lyon Redmond
Tłumaczenie: ALEKSANDRA JANUSZEWSKA
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2017-08-18
EAN: 9788324163915
39.80 PLN
26.65 PLN
Romans historyczny

„Zmysłowość, humor, wdzięk i pełna polotu błyskotliwa intryga”.
„ROMANTIC TIMES”


Ta miłość była tak wielka, że obrosła legendą na londyńskich salonach.
Lecz ich rody dzieliła odwieczna waśń…
Ojciec Lyona wybrał mu na żonę inną. A Olivia bała się przyszłości u boku mężczyzny, który sprzeciwił się woli rodziny. Nie uciekła z nim, choć ją błagał. I Lyon wyruszył sam w nieznane…
Od tamtej pory wielu kawalerów zabiegało o piękną Olivię. Dlatego teraz jej zaręczyny z pewnym hrabią budzą powszechne zdumienie.
Londyn wstrzymuje oddech, czekając na ślub dekady… i robi zakłady, czy Lyon wróci i porwie się na największe ryzyko…


JULIE ANNE LONG to jedna z najbardziej lubianych amerykańskich autorek romansów z epoki regencji, z wartką akcją, ekscytującą intrygą i uroczymi bohaterami. Jej błyskotliwe powieści są laureatkami nagród, w tym najwyższej RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara) i znajdują się wśród najlepszych romansów historycznych wybranych przez czytelniczki Amazonu.

 

Patronaty medialne:       

książkowirkkk

Pierwszy tydzień lutego…

 

Wychodzi za mąż w drugą sobotę maja.

Siedem słów nabazgranych na pergaminie. Wpatrywał się w nie tak długo, że zlały mu się przed oczami w jedną szarą plamę.

Podniósł głowę, w uszach mu dzwoniło, w głowie szumiało, jakby naprawdę cofnął się przed chwilą w czasie.

Dla Lyona Redmonda od zawsze istniała tylko jedna ona.

Przez chwilę nie mógł zrozumieć, co robi na pokładzie statku zacumowanego w Plymouth, zamiast na nizinie Sussex, obok podwójnego wiązu, tego z wyrytą w korze literą „O”.

Spoglądało na niego z tuzin par oczu; ich właściciele czekali cierpliwie na rozkaz, który miał, bez wątpienia, paść.

Jego załoga składała się ze starannie dobranych, w stosownych okolicznościach śmiertelnie niebezpiecznych mężczyzn i jednej kobiety, wszechstronnie utalentowanej panny Delphinii Digby-Thorne – władającej wieloma języka i zaskakująco uzdolnionej aktorsko – to ona oblała kiedyś piwem  jego siostrę, Violet.

Nie łączyło ich nic z wyjątkiem tajemniczych rodowodów, swobodnego podejścia do zasad moralnych i niezachwianej lojalności. Wobec niego.

W przeciwieństwie, niestety, do Olivii Eversea.

Jednakże do nich wszystkich, do ostatniego, szczęście uśmiechnęło się dopiero wtedy, kiedy spletli swoje losy z jego losem. Był na tyle cyniczny, żeby zdawać sobie sprawę, że jedno wiązało się z drugim – wierność z powodzeniem, ale nie dbał o to.

Posłaniec, który przybył z tą wieścią, mężczyzna w stroju lokaja, uznał milczenie Lyona za pozwolenie, by odejść i aż nazbyt ochoczo odwrócił się, żeby się oddalić.

- Stać – rzucił ostro Lyon.

Szpady jego ludzi uniosły się szybko, zagradzając mężczyźnie drogę.

- Nie mam broni – zapewnił lokaj pośpiesznie, podnosząc ręce. – I jestem sam. Masz moje słowo.

Na widok uśmiechu, jaki posłał mu Lyon, wielu mężczyzn zmoczyłoby spodnie. Przypominał zakrzywione ostrze kordelasa.

- Nie wątpię, że twoje słowo jest na wagę złota; tak czy inaczej, nie masz się czego bać. Właśnie wyczyściłem szpadę, więc w ciągu najbliższych paru godzin nikogo nią nie przeszyję.

Załoga zachichotała.

Lokaj uśmiechnął się niepewnie.

Lyon poczuł zniecierpliwienie, a właściwie, nazywając rzecz po imieniu, wstyd. Nie miał zwyczaju zastraszać dla zabawy bezbronnych ludzi, mając w dodatku przewagę liczebną.

Z drugiej strony, wobec tego, jak historia traktowała często zwiastunów złych wieści, ten człowiek miał zapewne szczęście, że jeszcze oddychał.

- Jak się zwiesz?

- Ramsey, panie.

- Nic ci nie grozi, póki wierzę, że odpowiadasz na moje pytania zgodnie z prawdą, Ramsey.

- Oczywiście, panie.

Sądząc jednak po jego nagle pobladłej twarzy, zrozumiał ukrytą groźbę.

- Kto cię przysłał, Ramsey?

- Proszę wybaczyć, ale lord Lavay mówił, że będzie pan wiedział, jak przeczyta wiadomość. Służę mu, jestem lokajem, panie. - Wyprostował się i dotknął srebrnego szamerunku na kubraku, jakby na szczęście. – Wygrałem w rzucie monetą.

- A zatem jestem nagrodą, czy tak, Ramsey? – powiedział Lyon przeciągle, wywołując znów śmiech załogi. – Opisz mi, proszę, lorda Lavay.

Ramsey zmarszczył brwi.

- Cóż… To duży dżentelmen. Może taki wysoki, jak pan. Francuz. Często macha rękami, jak mówi. O, tak. – Zaczął demonstrować, ale przerwał, kiedy wycelowane w niego szpady drgnęły ostrzegawczo. – Niedawno odniósł poważną ranę w walce, ale już wydobrzał.

Lyon przyglądał się lokajowi nieruchomymi oczami, szukając dowodów kłamstwa w drgnieniu powieki czy napięciu mięśni.

Wiedział wszystko o tej walce i ranie. Lyon wraz z załogą znaleźli Lavaya wykrwawiającego się na śmierć w Londynie, na schodach Horseleydown.

To w istocie dzięki Lyonowi lord Lavay wciąż chodził po tej pięknej ziemi.

Ale znowu, pośrednio, lord Lavay i jego przyjaciel, lord Ardmay, przyczynili się do tego, że Lyon także jeszcze po niej chodził i obaj poświęcili fortunę, żeby umożliwić mu zniknięcie. Chociaż Lyon przede wszystkim zawdzięczał to swojej siostrze, Violet. Dla kobiet mężczyźni gotowi są na to, czego normalnie, przy zdrowych zmysłach, nie robią.

Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy lepiej, niż Lyon.

- Cieszę się – odezwał się w końcu. Krótko. Ale szczerze. Lavay był dobrym człowiekiem, a Lyon przekonał się, że takich jest niewielu i wszyscy tracą, kiedy jednego z nich ubywa.

Lavay był także jedynym człowiekiem na świecie, który wiedział, gdzie można teraz znaleźć Lyona Redmonda. I jednym z niewielu ludzi, którzy znali jego trzy tożsamości. Prawdziwą. Przybraną.

I tę, która mogła zaprowadzić go na szubienicę.

Nawet jeśli chciano go zwabić tą wiadomością do Sussex i oddać w ręce Korony, to nie miało większego znaczenia. Lyon stał się człowiekiem, który potrafił uniknąć czy wywinąć się z każdej pułapki, korzystając ze wszelkich sposobów.

Sądził jednak, że Lavay chce w ten sposób spłacić dług honoru.

- Lord Lavay to wspaniały człowiek, najwspanialszy, jakiego znam, sir – oznajmił z mocą lokaj. – Ożenił się ze swoją gospodynią, panią Fountain.

To go zaskoczyło.

- Czy tak? Jakaś epidemia ślubów w Sussex, nieprawdaż?

Lyon powiedział to tak gorzkim tonem, że wszyscy zamrugali, jakby coś żrącego wpadło im w oczy.

Wciągnął głęboko powietrze.

- A gdzie jest w tej chwili lord Lavay, Ramsey?

- Spodziewam się, że nadal przebywa w Pennyroyal Green, wsi w Sussex, gdzie go zostawiłem. Widzi pan, jako że niedawno się ożenił i… wieś się bardzo zmieniła. Zrobiło się całkiem ładne miasteczko – ciągnął, promieniejąc z zadowolenia.

- Naprawdę? – W głosie Lyona brzmiała taka brutalna ironia, że wszystkie głowy zwróciły się ku niemu, z szeroko otwartymi oczami.

Załoga poczuła się zaniepokojona.

On sam się zaniepokoił.

Ponieważ po raz pierwszy od lat, Lyon sam nie wiedział, co chce zrobić.

Wszystko z winy Olivii Eversea.

Przewróciła jego świat do góry nogami od pierwszej chwili – tej chwili na sali balowej, kiedy odwróciła się do niego, uśmiechnęła i…

Nawet teraz. Nawet teraz wspomnienie tego uśmiechu zapierało mu dech w piersi.

Po raz ostatni widział Pennyroyal Green w środku nocy, przed pięcioma laty. Od tamtego czasu wydarzenia porwały go z taką siłą, jakby był kulą armatnią. I to nie tylko z powodu tego, co usłyszał od Olivii w ogrodzie, po północy, w ulewnym deszczu. Chociaż po tym, jak powiedziała to, co powiedziała, przez jakiś czas przestał dbać o to, co się z nim dzieje.

Nie, ten lont palił się dłużej, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać.

Nikt z Sussex od tamtej pory go nie widział.

Chociaż ktoś niewątpliwie próbował. Uśmiechnął się lekko na wspomnienie Violet.

I to właśnie było to, co zatrzymało jego szalony pęd.

Miał swoje sposoby, żeby, choć z daleka, śledzić życie tych, których zostawił. Coś sobie udowodnił w ciągu ostatnich pięciu lat. Początkowo myślał, że to wszystko z powodu Olivii. Ale teraz nie był już pewien. Próbował wyrzucić ją ze swego życia, pozbywając się nawet jej miniatury.

Najwyraźniej bez powodzenia.

Ale nikt, nawet jego załoga, nie wiedział, że ta podróż jest jego ostatnią. Zaryzykował wyprawę do Londynu, żeby wyjaśnić pewną tajemnicę, która mogłaby zniszczyć życie Olivii i jej rodziny.

Poznał odpowiedź.

Cóż, wcale go nie zdziwiła.

Nie był jednak przygotowany na to, że będzie musiał tak szybko podjąć decyzję, jak dalej postępować.

Och, Liv, pomyślał.

Nagle samo oddychanie zaczęło sprawiać ból. Urywki wspomnień tłoczyły się przed oczyma jego wyobraźni, każde wyraźne jak witraż w kościele. 

Olivia idzie drogą w stronę domu Duffy’ch, rzuca się biegiem, z rozjaśnioną twarzą, kiedy zauważa, że on czeka na nią pod wiązem. Tak jakby żal jej było każdej sekundy spędzonej z dala od niego.

To wspomnienie wracało zawsze, kiedy było mu szczególnie ciężko.

A teraz oddawała się innemu mężczyźnie.

Zacisnął palce. Zapanował jednak nad sobą i nie zgniótł wiadomości tak, jak na to zasługiwała.

Ona. Skoro Lavay napisał te słowa, to może ją widział, może nawet z nią rozmawiał albo…

Nie mógł tego zrobić.

Niech to diabli, nie mógł tego zrobić.

I to przeważyło szalę.

Wsunął kartkę za połę kubraka.

- Możesz odejść, Ramsey – powiedział. – Dziękuję.

Lokaj odwrócił się i niemal rzucił się biegiem; srebrny szamerunek zalśnił w słońcu.

Lyon popatrzył na pełne oczekiwania twarze załogi.

- A my – oświadczył – zostajemy w Anglii.

Nastała pora rozliczeń.

 

Trzy tygodnie później

 

Olivia Eversea westchnęła w zacisznym wnętrzu rodzinnej berlinki, wdzięczna za to, że chociaż w drodze z placu St. James do Strandu może pobyć sama.

Być może to, że rodzina pozwoliła jej udać się w pojedynkę do pani Marceau, świadczyło o tym, jak bardzo ostatnio zrobiła się nieznośna.

Dyskusja, czy jej suknia powinna mieć srebrne wykończenie, jak u biednej księżniczki Charlotte, czy też może należałoby ją obszyć koralikami, co kosztowałoby znacznie więcej, ale czyż nie promieniałaby w tym stroju jak anioł (słowa matki), stała się bezsensownie namiętna; być może padły przy tej okazji subtelne obelgi a jej opanowana siostra, Genevieve, może nawet trzasnęła drzwiami. Albo raczej zamknęła je demonstracyjnie, co u Genevieve równało się atakowi wściekłości.

Po paru minutach nadąsanego milczenia padły sobie w ramiona, pełne skruchy.

Olivia wiedziała, że bywa trudna i drażliwa i potrafi zręcznie wydobyć z każdego to, co w nim najgorsze, ze sobą w szczególności. To był z jej strony akt miłosierdzia, że zostawiła rodzinę w domu, udając się samotnie do modystki.

I nadal nie miała pojęcia, jakie wykończenie sukni będzie najkorzystniejsze.

Czy nikt nie dostrzegał ironii w wyborze tego samego wykończenia, co u nieszczęsnej księżniczki Charlotte, która poślubiła człowieka, którego sama chciała poślubić, a nie tego, którego wolał jej ojciec? A potem zmarła szybko przy porodzie, w męczarniach, zostawiając Anglię w żałobie.

Ciekawe, myślała Olivia, ilu rodziców w Anglii, powołuje się na historię Charlotte w charakterze ostrzeżenia. Widzisz, co cię czeka, jak mnie nie posłuchasz?

Olivia cieszyła się, że ona przynajmniej, po latach, w ciągu których przewinęło się koło niej  tylu zalotników, dokonała sensownego wyboru. Cała rodzina mu przyklasnęła.

Wyjrzała przez okno; berlinka toczyła się wśród hałaśliwego, kolorowego tłumu na Strandzie. Wielebni mężowie z książkami do nabożeństwa, kukiełkarze, straganiarze i kieszonkowcy przeplatali się z damami i dżentelmenami w nienagannych strojach, zdradzających bogactwo i świetne pochodzenie. Cudowny chaos i zamęt Strandu doskonale pasowały do jej nastroju i spodziewała się, że ukoją jej nerwy. Poza tym lubiła sklep pani Marceau, naprawdę go lubiła. To był cichy, kobiecy raj. To tylko te niezliczone przymiarki sprawiały, że zaczęła się czuć jak cielę, które ma być podzielone na kotlety.

Szykowano dla niej jedwabne halki, piękne nocne koszule, suknie podróżne, suknie spacerowe, stroje do konnej jazdy, rękawiczki z koźlej skórki i bawełniane, pończochy z jedwabiu i wełny, suknie balowe z jedwabiu i satyny, w przytłumionych barwach drogich kamieni, a także eleganckie przybrania głowy, pióra i ozdoby. Prawdziwą lawinę wspaniałości, a może szaniec z pięknych fatałaszków i świecidełek, pomyślała z goryczą, bo porzucenie tego wszystkiego wzbudziłoby w niej poczucie winy, tłumiąc wszelką myśl o ucieczce.

Ponadto prawie wszyscy krewni z obu stron jej rodziny mieli się zjechać do Pennyroyal Green, Sussex, w maju i to nie tylko na ślub, ale także na bal. „Posiłki”, oto jak o nich myślała Olivia, nie wyrażając tego jednak na głos.

Była ostatnim dzieckiem Eversea, które miało stanąć przed ołtarzem, w dodatku u boku wicehrabiego. Wszyscy jej bracia poślubili niezwykłe kobiety, z których żadna nie szczyciła się żadnym tytułem. Genevieve wyszła za księcia, Falconbridge’a  – ku cichej, radosnej satysfakcji ojca, ponieważ w ten sposób udało jej się przebić Redmondów, którzy zdobyli zaledwie tytuł hrabiowski przez małżeństwo – ale było to możliwe dzięki specjalnemu zezwoleniu. Olivia była ostatnią nadzieją rodziny na ślub z należną pompą.

Wiedziała, że wszyscy, którzy ją kochają, odetchnął z ulgą dopiero wtedy, kiedy pomacha im wesoło z karety, udając się w podróż poślubną z Landsdowne’m.

Nikt, oczywiście, nie powiedział tego głośno.

To było ukryte źródło napięcia.

Nie mieli powodów do obaw. Olivia zdecydowanie zamierzała go poślubić.

W księgach zakładów u White’a wypisywano, rzecz jasna, co innego.

Boże, miała serdecznie dość, że dostarcza rozrywki kochającym zakłady nicponiom u White’a. Nie chciała być wydarzeniem w kronice towarzyskiej.

Ale jeśli się czegoś nauczyła przez te wszystkie lata, to tego, że chcieć czegoś i to dostać, niekoniecznie idzie w parze. Nawet w rodzinie Eversea.

Położyła głowę na miękkim oparciu, pachnącym lekko i kojąco tytoniem ojca; nagle drgnęła i zaczęła grzebać w torebce.

- A niech to! – Znalazła tylko dwa szylingi, a także komplet do szycia, szylkretowe pudełeczko oraz, rzecz jasna, płócienną chusteczkę złożoną na szesnaście części – zawsze udawała, że jej nie widzi i zabierała wszędzie.

Weszło jej w zwyczaj rzucanie paru monet żebrakom przy zakładzie pani Marceau, swego rodzaju daniny, wraz z paroma uprzejmymi słowami; żebracy pojawili się przed paroma tygodniami i wracali, choć pani Marceau starała się ich przepędzić. Byli nieustępliwi jak mrówki. Wiedzieli, gdzie dostaną wsparcie – od bogatych kobiet, klientek modystki.

Ale Olivia, jak zwykle, żałowała, że nie ma więcej, żeby dać.

Wreszcie pokazał się krzykliwy, kołyszący się na łańcuchach, pozłacany szyld „Madame Marceau, modystka”; Olivia wyprostowała się. Wydawało się, że na Strandzie panuje dzisiaj większe ożywienie niż zwykle, słyszała nawet, ku swojemu zaskoczeniu, chóralny śpiew.

Nie znała tej melodii, ale niewątpliwie wpadała w ucho, była rytmiczna i żywa. Zaczęła przytupywać, zanim lokaj otworzył drzwi i uśmiechała się, kiedy pomagał jej wysiąść.

Pół tuzina mężczyzn stało przed zakładem, trzymając się pod ręce, kołysząc w takt melodii i wyśpiewując na całe gardło z głowami odchylonymi w tył. Inny mężczyzna wydawał się dyrygować; przechadzał się tam i z powrotem, z plikiem kartek w ręku.

Machał jedną z nich w powietrzu.

- Kupujcie balladę! Tylko dwa pensy! Pierwsi nauczcie przyjaciół piosenki, którą cały Londyn będzie nucić przez stulecia!

Ciekawe stwierdzenie, wziąwszy pod uwagę, że jedna z najulubieńszych piosenek londyńczyków opowiadała o bracie Olivii, Colinie; piosenka, podobnie jak Colin, który wywinął się od szubienicy, nie chciała umrzeć.

Latami rozdawała i brała pamflety dotyczące spraw bliskich jej sercu – zniesienia niewolnictwa i ochrony biednych – więc teraz odruchowo wyciągnęła rękę.

Mężczyzna zawahał się, ale zauważył, że ręka znajduje się w drogiej rękawiczce z błękitnej, koźlej skórki i zdecydował się włożyć w nią kartkę.

- Dwa pensy, pani, jeśli chcesz ją zabrać ze sobą. – Uśmiechnął się zachęcająco.

Nie słyszała go.

Zamarła z przerażenia na widok pierwszego wersu:

Legenda Lyona Redmonda

Powietrze uszło z niej w jednej chwili, poczuła ból, jakby przyłożono jej miotłą w żebra.

Ale najgorsze miało jeszcze nadejść.

Aktualności
2017-11-09

Weekend z "Lot 7A"

Wraz ze Zbrodniczymi Siostrzyczkami zapraszamy do odwiedzania ich strony www oraz fanpage.

Już od piątku (10 listopada) rozpocznie się u nich weekend z najnowszym thrillerem Sebastiana

czytaj więcej
2017-11-02

Lot 7A już na starcie na 1. miejscu listy bestsellerów DER SPIEGEL

"Lot 7A" Sebastiana Fitzka przed "Początkiem" Dana Browna:    
czytaj więcej
2017-10-28

LOT 7A - numer 1 w niemieckim Amazonie!

LOT 7A na 1. miejscu w niemieckim Amazonie tuż po starcie!

Trzy dni po wydaniu nowy thriller Sebastiana Fitzka jest najlepiej sprzedającą się książką w kategorii literatura

czytaj więcej

Inne książki autora

Wyznania hrabiny Miłość niezwyciężona

Wyznania hrabiny LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.63 PLN
Gra o markiza

Gra o markiza LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.65 PLN
Jak zaczyna się miłość?

Jak zaczyna się miłość? LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 25.87 PLN
Miłosna kapitulacja

Miłosna kapitulacja LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.65 PLN
Miłosna szarada

Miłosna szarada LONG JULIE ANNE

39.80 PLN 26.65 PLN