Facebook
Jedenastoletnia żona

Jedenastoletnia żona

Tytuł oryginału: La rosée du matin
Ilość stron: 176
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2017-11-28
EAN: 9788324165155
34.80 PLN
23.28 PLN
Literatura faktu

Jedenastolatka z Jemenu zbuntowała się przeciwko okrutnej tradycji.

„Zniszczyliście moje marzenia. Jeśli zmusicie mnie do małżeństwa, zabiję się!”


Rodzice chcieli wydać ją za mąż. Uciekła. Nagrała film z apelem o pomoc i wstawiła na YouTube. Obejrzały go miliony ludzi na całym świecie…
Nada ma jedenaście lat. Mieszka w małej wiosce w Jemenie. Jak inne dzieci chodzi do szkoły, bawi się, pomaga w domu. Pewnego dnia rodzice postanawiają wydać ją za mąż...
Dla dziewczynki to koniec wszystkiego. Dobrze pamięta, jak jej zmuszona do małżeństwa siostra podpaliła się, usiłując popełnić samobójstwo.
Jak jej młoda ciotka omal nie umarła, katowana przez męża.
Nada nie zamierza dać się skazać na życie w niewoli, przemoc i gwałt. Ucieka z domu. Wuj pomaga jej nagrać apel – oskarżenie okrutnej plemiennej tradycji. Film umieszczony na YouTube przyciąga uwagę międzynarodowych mediów i organizacji broniących praw człowieka.


Pisarka i producentka filmów dokumentalnych Khadija Al-Salami pomogła NADZIE AL-AHDAL spisać jej szokującą historię – w autobiografii Jedenastoletnia żona. Ta książka to protest i krzyk o pomoc dla tysięcy muzułmanek, które każdego dnia stają się niewolnicami swoich mężów. Według raportu jemeńskiego rządu ponad jedna czwarta dziewcząt w tym kraju wydawana jest za mąż, zanim skończą piętnaście lat...

Zaręczyny

 

Rok 2012 ciągnął się powoli. Strasznie mi się nudziło. Choć lubiłam się uczyć, to nie podchodziłam już z takim entuzjazmem ani do szkoły, ani do mojego miasteczka. Wcześniej upał mi nie przeszkadzał, a teraz uważałam go za nieznośny. Bałam się, że się  roztopię, zanim wrócę do Sany. Liczyłam dni, które strasznie mi się dłużyły. Na pocieszenie liczyłam miesiące, bo wydawało nie się to bardziej do zniesienia.

Lato wreszcie przyszło i wszystko było gotowe na mój wyjazd jeszcze zanim przyjechał wuj. Mama wciąż była przeciwna mojemu wyjazdowi do mężczyzny mieszkającego samotnie w wielkim mieście. Bała się, że coś mi się przydarzy, a ona będzie zbyt daleko, żeby coś zrobić. Nie rozumiałam jej. W końcu wyjeżdżałam tylko na lato, a po za tym inni wujowie też mieszkali w Sanie z żonami i dziećmi.

Gdy niepokój mojej mamy stał się zbyt trudny do zniesienia, zaproponowałam: „Dlaczego wszyscy razem nie pojedziemy się do Sany? Mogłabyś być wtedy się mną opiekować!”

Moje pytanie wywołało wybuch złości: „Wydaje ci się, że możemy ot tak sobie wyjechać, tylko z powodu twojego kaprysu? Nie zdajesz sobie sprawy, ile kosztuje życie i jak twój ojciec musi się namęczyć, żeby nas wyżywić tutaj, gdzie jest to znacznie tańsze, niż w Sanie! - Krzyczała piskliwym głosem, co jeszcze bardziej mnie wkurzało. - Myślisz, że mnie się tu podoba? Dorastałam w dobrobycie, a przez was, przez dzieci, zaakceptowałam to nieszczęsne życie w trudnych do zniesienia warunkach.”

Zrozumiałam, że moja mama potrzebuje przelać na mnie całą swoją złość. Byłam przecież jej przeciwieństwem: mogłam robić co mi się podobało. Starałam się zachować spokój i unikać konfliktów. W przeciwnym razie mogła zabronić mi wyjazdu, mimo że tata obiecał, że pojadę. Wbrew pozorom moja mama miała silny charakter. Zrozumiałam, że warto być dla niej dobrą, żeby dostać jej błogosławieństwo na spędzenie lata z wujem.

Jadąc do Sany zbiorową taksówką, usiadłam koło okna. Szczęście rozświetlało moją twarz pieszczoną wiatrem wpadającym przez otwarte okno. Wujowi pozostawiłam rozmowy i debaty na temat obecnej polityki Jemenu, w tym o gospodarce, która, zdaniem kierowcy i pozostałych pasażerów, wciąż się pogarszała.

Od czasu do czasu przysłuchiwałam się ich poważnym i pełnym przestróg rozmowom. Ja jednak byłam młoda i beztroska i pozwoliłam sobie na marzenia o tym, że jestem tancerką i piosenkarką w zespole muzycznym, który widziałam na filmach na komputerze wuja, albo że idziemy do parku rozrywki, zaraz po przyjeździe Sany.

Tym razem, aby sprawić wujowi przyjemność, uczyłam się w Sanie gotować i sprzątać mieszkanie. Kilka razy byliśmy na obiedzie u innych moich wujów. U Abdula Gadera i Ghaleba, którzy mieszkali w mieście z rodzinami i mogłam bawić się z kuzynami. Ale dla mnie najfajniejsze było, gdy wuj zabierał mnie do restauracji, gdzie były place zabaw dla dzieci z huśtawkami, zjeżdżalniami...

Kilka tygodni po moim przyjeździe do Sany do Abdula Salama zadzwoniła moja kompletnie spanikowana mama. Wyjaśniła, że są z tatą na pogotowiu w Hudaydah ponieważ moja siostra Nadia się przypadkowo poparzyła. Narzekała na ogromne koszty i brak poprawy zdrowia siostry. Rodzice byli przekonani, że w Sanie Nadia będzie miała lepsza opiekę i zdecydowali się przewieźć ją do szpitala w stolicy.

Słyszałam okropne historie o ludziach, którzy idą do szpitala, żeby się leczyć, ale wychodzą z niego prosto na cmentarz. Wielu szpitalom w Jemenie brakuje środków, doświadczonego personelu, a przede wszystkim higieny. Rozumiałam dlaczego mama chce zabrać siostrę na leczenie do Sany. Zastanawiałam się tylko, jak rodzice zapłacą za szpital i leki. Wszystko było tutaj takie drogie! I jak zapłacą za podróż całej rodziny do Sany?

Zanim rozmowa się skończyła, mama poprosiła mnie do telefonu. Cieszyłam się, że ją słyszę pomimo lęku o moją piętnastoletnią, poparzoną siostrę. To wtedy mama powiedziała mi wesołym głosem, że ktoś poprosił o moją rękę i tata się zgodził. Roześmiałam się, tłumacząc sobie, że pomimo niemiłych doświadczeń, mama zachowała poczucie humoru! Byłam mimo wszystko zadowolona, że moja rodzina przyjedzie do Sany. Brakowało mi rodziców i rodzeństwa i bardzo chciałam ich zobaczyć.

Pomimo wysiłków moich rodziców w zatuszowaniu prawdy, odkryłam powód poparzenia siostry. W rzeczywistości pokłóciła się z mamą, gdy ta powiedziała jej, że tata zaaranżował jej zaręczyny z kimś, kogo ona nie chciała. Nadia zagroziła wtedy mamie: „Jeśli te zaręczyny dojdą do skutku, podpalę się tak, jak nasza ciotka wydana za mąż siłą kilka lat wcześniej za człowieka, który się nad nią znęcał.” Mama nie wzięła tych gróźb na poważnie i zamiast ją uspokoić i wesprzeć, zlekceważyła ją. Wtedy siostra oblała się benzyną i podpaliła zapałkę zupełnie tak, jak to zrobiła nasza ciotka. To wuj Abdul Salam opowiedział mi to wszystko. Na szczęście siostra nie była wtedy sama i można było jej natychmiast pomóc.

Przeraziła mnie ta historia i postanowiłam wyciągnąć coś więcej od rodziców i siostry, jak przyjadą, ale wszyscy unikali tego tematu. Nawet Nadia odmówiła szczegółów, upierając się, że to był tylko wypadek.

W Sanie rodzice zamieszkali u wuja Ghaleba. Oczywiście dołączyłam tam do ich. Ghaleb gościł wszystkich przez kilka tygodni, a rodzice prawie codziennie odwiedzali Nadię w szpitalu. Jej leczenie kosztowało ich mnóstwo pieniędzy, co wprawiało ich w bardzo zły humor.

Pewnego popołudnia siedzieliśmy jak zwykle na tarasie z dziećmi wuja i moją, czternastoletnią już, siostrą Nour. Postanowiliśmy zagrać w grę, którą dopiero co wymyśliliśmy, „grę w szczerość”. Celem gry mającej odkrywać nasze sekrety było dla mnie dowiedzieć się w końcu co przydarzyło się Nadii. Za każdym razem, gdy pytałam mamy, od razu na mnie krzyczała i odmawiała odpowiedzi. Musiałam znaleźć sposób na poznanie prawdy!

Tymczasem, ku mojemu zdziwieniu, Nour wyznała, że to dzięki moim zaręczynom rodzice mogą leczyć siostrę. Całkowicie zszokowana zapytałam o jakie zaręczyny jej chodzi. Nie miałam żadnego narzeczonego! Siostra odpowiedziała, że nie tylko mam narzeczonego, ale jeszcze sama go zaakceptowałam. Dodała, że mam mówiła im, że byłam zadowolona usłyszawszy tę nowinę w czasie naszej rozmowy przez telefon, przed ich przyjazdem do Sany. Przez chwilę szukałam w pamięci... Mama rzeczywiście rozmawiała ze mną o czymś takim przez telefon, ale sądziłam, że żartuje i dlatego się śmiałam! Wyjaśniłam siostrze, że to był tylko żart. Ale Nour uważała, że to prawda i jeśli nie wierzę, mogę spytać tatę.

Dodała: „Pamiętasz sprzedawcę fasoli, który się w tobie zakochał? Gdy dowiedział się, że nasz tato zgodził się wydać cię za innego mężczyznę, a jemu odmówił twojej ręki, pochorował się ze smutku i całymi dniami płakał. Jego własna siostra przyszła opowiedzieć mi o jego opłakanym stanie.”

Wyobraźcie sobie mój gniew! Przestałam grać i usiadłam sama w kącie, rozmyślając o wyznaniu mojej siostry. Jej słowa rozbrzmiewały w moje głowie. Nawet nie miałam ochoty na rozmowę z mamą, bo jeśli to była prawda, to już ją nienawidziłam. Pocieszałam się, mówiąc sobie, że tata nie oddałby mnie ot tak sobie komukolwiek. To, że całkiem niedawno odmówił mojej ręki sprzedawcy fasoli, tylko mnie w tym upewniało. Tato na pewno chciał żebym kontynuowała naukę. Mówił nawet, że jestem jeszcze dzieckiem.

Przez resztę popołudnia niecierpliwie czekałam na wezwanie do modlitwy na zakończenie dnia, które rozlegało się z głośników meczetu koło mieszkania wuja. Oznaczało to, że niedługo wróci tata. Tylko on znał prawdę. Tylko on mógł mnie uspokoić.

Wciąż pytałam kuzynki: „Za ile będzie modlitwa?”

Żartowały sobie ze mnie: „Teraz, kiedy wiesz, że wychodzisz za mąż, nagle tak dbasz o modlitwy?” Jedna z nich powiedziała śmiejąc się: „Może chcesz podziękować Allahowi za jego hojność i obdarzenie cię bogatym mężem?”

Oczywiście nie podzielałam ich poczucia humoru.

Nagle w dzielnicy odcięto prąd i dzieci narobiły mnóstwo hałasu, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Byłam jak mama, która nie może nas czasem znieść. Krzyczałam, żeby się zamknęli. Potem usłyszałam wezwanie do modlitwy od strony dzielnicy, w której był prąd. To mnie uspokoiło. Oddychałam głęboko i mówiłam sobie, że tata w końcu przyjdzie. Jak wróci, powie mi prawdę, na którą czekałam całe popołudnie. Chciałam wiedzieć wszystko, co mnie dotyczyło. Czekałam na niego przed drzwiami. Wszedł i mnie objął:

- Dlaczego tutaj czekasz? – spytał z uśmiechem.

- Tato, powiedz prawdę: czy rzeczywiście chcesz wydać mnie za mąż? – wypaliłam od razu.

- Nie tutaj. Wejdź, porozmawiamy w środku – odpowiedział łagodnie, kładąc rękę na mojej głowie i próbując mnie uspokoić.

Weszłam za nim do pokoju, który zajmowali z mamą i młodszym rodzeństwem. Tata usiadł i poprosił, żeby zajęła miejsce obok niego. Zaczął spokojnie, jak zwykle, zupełnie inaczej niż mama: „Córeczko, nie chcę wydawać cię za mąż, jesteś tylko zaręczona. Postawiłem warunek: twój narzeczony będzie musiał poczekać jeszcze cztery lata zanim pomówimy o małżeństwie.”

Wtedy wybuchłam: „ Tato, chcę skończyć naukę i mam inne ambicje niż małżeństwo. Jestem  jeszcze dzieckiem, wiesz o tym dobrze. Najlepszym dowodem jest to, że odmówiłeś mojej ręki sprzedawcy fasoli. Byłam z ciebie taka dumna!”

Zanim odpowiedział, odetchnął głęboko:

- To prawda, jesteś jeszcze młoda, ale musisz zrozumieć, że przechodzimy trudny okres. Gdyby twój narzeczony nie zapłacił za naszą podróż do Sany i leczenie twojej siostry, już by nie żyła.

- To nie mój problem, tylko wasz! To wy chcieliście siłą wydać ją za mąż za kogoś, kogo nie ona wybrała. To, co się wydarzyło, jest tylko konsekwencją waszej złej decyzji! – odpowiedziałam ze złością.

- Jesteś tylko dzieckiem. Nie wiesz co tak naprawdę jest dla ciebie dobre. Tylko rodzice wiedzą co jest dobre dla ich dzieci.

- Ale – skarżyłam się – bardzo dobrze wiedziałeś co jest dla mnie dobre, kiedy sprzedawca fasoli prosił o moją rękę, a ty odmówiłeś, twierdząc, że jestem za młoda.

- To zupełnie co innego! – odpowiedział ojciec – Nie zgodziłem się wtedy z powodu jego zeza. Nie chciałem, żebyś wyszła za kogoś o takim wyglądzie.

- A dlaczego ja, a nie Nour, która jest starsza?

- To on ciebie wybrał – odpowiedział tato, a potem dodał z uśmiechem - uwiodła go twoja osobowość i inteligencja.

Mama, która pomagała przygotować cioci kolację w kuchni, weszła do pokoju i przerwała naszą rozmowę:

- Twój narzeczony jest bogatym emigrantem z Arabii Saudyjskiej. Umożliwi ci to godne życie. Będziesz miała komfortowe życie, które ja utraciłam.

- Nie chcę żyć tak, jak ty żyłaś w Arabii! Chcę żyć na swój sposób, w Sanie, a nie w Arabii Saudyjskiej. Nie interesują mnie pieniądze tego człowieka. Przede wszystkim chcę się uczyć i zapewnić sobie środki, żeby być niezależną! – krzyczałam.

Tato próbował mnie uspokoić:

- Jednym z warunków tego potencjalnego małżeństwa jest zgoda na kontynowanie twojej nauki zanim weźmiecie ślub.

- Nie, nie zgadzam się! – wrzeszczałam ze wszystkich sił.

- Już za późno – odpowiedziała mama – Wydaliśmy wszystkie pieniądze z twojego posagu i nie masz innego wyjścia jak tylko pogodzić się z losem.

Myśląc, że mnie uspokoi, tato dodał: „Twoje małżeństwo będzie z resztą skonsumowane dopiero za cztery lata. Na razie musisz dojrzeć i zdobyć wykształcenie. Nie można nic więcej zrobić. Córeczko, wiesz dobrze, że chcę dla ciebie jak najlepiej.”

Wsunął rękę do kieszeni i chwilę czegoś szukał, po czym powiedział, wkładając mi coś do ręki: „Przez te wszystkie problemy, które na nas spadły, zapomniałbym  dać ci pierścionek zaręczynowy od twojego narzeczonego. Popatrz jaki piękny!”

Próbował mi się przypodobać! Wzięłam pierścionek i ze złością rzuciłam go na podłogę. Jakby nic się nie stało, tata dalej mówił o wszystkich korzyściach finansowych, jakie przyniesie mi to małżeństwo, o sukniach, biżuterii, o wszystkim, czego zapragnę. Nie rozumiał mojej reakcji.

Patrzyłam na niego z przerażeniem. Stało się dla mnie jasne wszystko to, co widziały moje oczy i słyszały moje uszy. Moi rodzice, którym ufałam bardziej niż komukolwiek na świcie, nie chcieli mnie wysłuchać, zrozumieć moich ambicji, pragnień, pasji. Nie interesowało ich to, co mówię i czuję. Nasze wizje przyszłości były zupełnie różne. Dawali mi do zrozumienia, że jestem tylko głuptasem, który nie ma żadnych planów na przyszłość, nie ma pojęci o tym, jak trudne może być życie, a ich obowiązkiem jest zorganizowanie mojego życia tak, aby mnie chronić. Z  mojego punktu widzenia byli egoistami, którzy nie chcieli mnie wysłuchać i myśleli tylko o sobie. Czułam się zdradzona przez tatę. Płakałam, ale oni nie okazali mi żadnego współczucia. Schowałam się w pokoju  gdzie my, dzieci, ułożyłyśmy na podłodze poduszki do spania. Tego wieczoru nie chciałam jeść i z kimkolwiek rozmawiać.

Pierwszą myślą, która przyszła mi do głowy było pójście do wuja Abdula Salama. Byłam pewna, że będzie po mojej stronie i wesprze mnie. Wiedziałam jednak, że rodzice nie pozwoliliby mi pójść. Musiałam poczekać, aż wszyscy zasną. Udawałam, że śpię, a gdy wszyscy się położyli, wstałam. Szukałam butów, ale przypomniałam sobie, że zostawiłam je w pokoju rodziców. Znalazłam tylko klapki wuja, dużo na mnie za duże. Nie miałam wyboru, musiałam je ubrać. Tej nocy było wyjątkowo ciemno. Brak prądu tylko zwiększał ciemność. Czułam złość na ten przeklęty kraj, który nie pomagał ubogim Jemeńczykom. Często słyszałam jak dorośli skarżą się na brak poczucia bezpieczeństwa i biedę. Tak myśląc, wahałam się, czy wyjść. Musiałam jednak znaleźć jakieś rozwiązanie.

W tym trudnym momencie życia obwiniałam Jemeńczyków za bezczynność i przyzwolenie na to godne pożałowania traktowanie. Za to, że nie naciskali rządu, żeby poprawił ich sytuację. Tak rozmyślając, otwarłam drzwi. Ulica, którą ledwo widziałam, była pusta. Słyszałam tylko ujadanie psów. Nagle ogarnął mnie strach. Moje małe, wrażliwe ciało zadrżało i pokryło się potem, jak nigdy wcześniej.  Nawet czterdzieści pięć stopni w Tihamie nigdy tak na mnie nie zadziałało! Chłody powiew nocy w Sanie nie osuszał kropli potu. Zawróciłam i szybko zamknęłam za sobą drzwi. Odrzucając od siebie przerażającą myśl o wyjściu o tak niebezpiecznej porze, wróciłam do pokoju. 

Choć spało ze mną dziesięcioro kuzynostwa, czułam się samotna i nie mogłam przestać trząść się z nerwów. Przez kilka godzin wciąż odtwarzałam w głowie rozmowę z rodzicami. Próbowałam liczyć barany, żeby zasnąć, ale na próżno. Nic nie pomagało. Myśli kotłowały mi się w głowie, a ja desperacko poszukiwałam rozwiązania i wyjścia z tej sytuacji. Wciąż pojawiały się nowe pomysły, ale nie przestawałam wyobrażać sobie najgorszego. Żeby się uspokoić, myślałam o Abdulu Salamie. Oto pomocna dłoń, która może mnie uratować. Nie powinnam się martwić. Odkąd go poznałam, wszystko jest dobrze. Dzięki niemu miałam jeszcze nadzieję na wyjście z tej sytuacji. Bez pomocy wuja, ja, samotny maluch, nie mogłabym nic zdziałać przeciw woli rodziców, którzy uważają, że najlepiej wiedzą, co jest dobre dla ich dzieci.

Noc była bardzo długa. Gdy nie udaje się zasnąć, mówi się o „białej nocy”, ale ta noc była dla mnie ciemna i straszna. Miałam wrażenie, że jestem zupełnie sama w pokoju, gdzie spało ze mną dziesięcioro dzieci. Gdy na nie patrzyłam, myślałam o ich przyszłości. Wśród nich były dziewczynki, moje siostry i kuzynki. Myślałam o ich losie, który pewnego dnia zostanie przypieczętowany przez dorosłych. Za kilka lat, tak jak ja, będą musiały stawić czoło nieznanemu i tym samym problemom. Ich dzieciństwo zostanie przerwane i roztrzaskane przez okrutne i głupie rozumowanie dorosłych, którzy będą uważali, że działają w ich interesie. Dorośli ci, tak samo jak moi rodzice, nie mieli ani wesołego dzieciństwa ani nie otrzymali prawdziwej edukacji. To dlatego zastanawiam się na jakiej podstawie twierdzą, że lepiej wiedzą co jest dla mnie dobre. Ich dzieciństwo zostało przerwane i roztrzaskane,  a ja chce bronić swojego, udowodnić im, że się mylą. Ale jak to zrobić?

Była piąta nad ranem. Byłam na nogach jeszcze zanim padły na nas pierwsze promienie słońca. Wzięłam wielkie klapki Ghaleba i stąpałam ostrożnie i cicho na bosaka, żeby nikogo nie obudzić i nie zostać przyłapaną. Otwarłam powolutku drzwi i wyszłam. Na ulicy wsunęłam moje małe stopy w klapki wuja i pobiegłam w stronę dużej alei, gdzie mogłam złapać taksówkę. Było jeszcze wcześnie i ulice były puste.

Zaoszczędziłam pieniądze zarobione podczas udziału w widowisku muzycznym na czarną godzinę. Ale nawet w wyobraźni nie sądziłam, że to będzie tak trudne doświadczenie! Cieszyłam się, że dzięki tym pieniądzom zapłacę za taksówkę i dołączę do wuja Abdula. Zamachałam na pierwszą, którą zobaczyłam, ale się nie zatrzymała. Druga i trzecia także nie. Zauważyłam, że kierowcy dziwnie mi się przyglądają. Poczułam się niezręcznie. Szłam jeszcze chwilę, ale w za dużych klapkach zaczynały mnie boleć stopy. Wolałam jednak cierpieć, niż iść boso.

Szłam dalej, zaniepokojona zachowaniem kierowców taksówek. Miliony pytań przelatywały mi przez głowę. Dlaczego nie chcą się zatrzymać? Uważają, że nie mam pieniędzy? Czy boją się zabrać dziecko samotnie spacerujące o tej porze? Musieli zastanawiać się co tutaj robię...

Im dłużej szłam, tym bardziej bolały mnie stopy. Wuj mieszkał daleko, a ja nie zastanowiłam się, jak tam dotrę. Wiedziałam, że jego mieszkanie znajduje się w odległości czterdziestu pięciu minut stąd taksówką, ale jak tu iść piechotą? Nie miałam pojęcia. Pocieszałam się, że znam nazwę dzielnicy. Jak tylko tam dotrę, łatwo znajdę właściwy dom.

Pierwsze promienie słońca zaczynały oświetlać ulice i dostrzegłam poranną rosę na liściach drzew. Ja, która uważałam, że jest symbolem chłodu dla mojej rodziny, dla tych liści, a nawet dla całej natury! Ja, która uważałam się za rzadką i cenną perłę! Dzisiaj jestem tylko delikatną osóbką, unicestwianą przez gwałtowną burzę wywołaną przez rodziców. Zupełnie jak krople rosy, która wyparowują w pierwszych promieniach słońca. Moje słabe nogi trzęsły się, a serce szybko biło, ale szłam dalej. Nie miałam czasu do stracenia, musiałam posuwać się na przód.

Kilka metrów dalej, blisko skrzyżowania, zauważyłam grupę mężczyzn czekających na autobus. Skierowałam się w ich stronę. Po narzędziach, jakie trzymali w rękach, widać było, że to robotnicy najemni. Słyszałam, że niektórzy z nich czekają na pracę każdego ranka długie godziny. Tamtego dnia nie było mi ich żal, bo mieli lepiej niż ja. Byli wolni i kontrolowali swoje życie.

Przyjechał autobus. Przepuściłam dwóch mężczyzn, a potem wepchnęłam się między innymi, żeby ukryć się przed kierowcą. Bałam się, że nie pozwoli mi wsiąść.

Autobus miał kilka przystanków, a na każdym zadzierałam do góry głowę, żeby zobaczyć czy nie rozpoznaję dzielnicy. Ale, ku mojemu rozczarowaniu, nie poznawałam niczego. Zaczynał ogarniać mnie niepokój. Wszyscy wysiedli i zostałam sama. Kierowca zauważył mnie we wstecznym lusterku. Odwrócił się i spytał, gdzie jadę. Usiłując ukryć strach, odpowiedziałam, że do Sharae Hayel. Odpowiedział, że wobec tego pomyliłam autobus. Ten nie jedzie przez ulicę Hayel, ale może mnie podwieźć do autobusu, który mnie tam zabierze. Zatrzymał się przed bramą Bab al-Yémen, którą mój wuj i ja przekraczaliśmy w czasie mojego pierwszego pobytu w Sanie. Wskazał mi autobus, który jechał w moim kierunku. Zapłaciłam kierowcy, szybko wysiadłam i pobiegłam w stronę tamtego autobusu. O tej porze w środku były już także kobiety i nie musiałam się już chować. Nie wiedziałam, która jest dokładnie godzina, ale ulice Sany zaczynały zapełniać się tłumem ludzi, rowerów, motorów i samochodów, których klaksony ożywiały miasto. Dwadzieścia minut później rozpoznałam wreszcie dzielnicę wuja. Po raz pierwszy od długiego czasu, poczułam ulgę. Zapłaciłam za kurs i wysiadłam. Nogi same poniosły mnie w stronę mieszkania wuja Abdula. Byłam zupełnie wykończona, ale tak pełna nadziei...

Zapukałam z całej siły, jaka mi jeszcze została. Uderzenia mojego serca pokrywały się z uderzeniami w drzwi i przyspieszały w miarę jak minuty mijały bez odpowiedzi. Zaczęłam krzyczeć: „ Wuju Abdul Salam! Otwórz drzwi! Wiem, że śpisz, ale otwórz drzwi! To ja, twoja mała poranna rosa! Otwórz, proszę!”

Im większy robiłam hałas, z tym większą zgrozą wsłuchiwałam się w ciszę dobiegającą z wnętrza mieszkania. Przestałam na chwilę, żeby złapać oddech. Otwarłam moją małą, czerwoną torbę i odszukałam numer telefonu, który zostawił mi zeszłego lata oraz numer Abdula Jabbara, menadżera zespołu dziecięcego. Zbiegłam po schodach i poszłam do kabiny telefonicznej. Wyjęłam kilka riali[1] dałam chłopakowi, który pilnował kabiny. Dał mi znak, że mogę dzwonić. Szybko wykręciłam numer. Prześladował mnie pech: numer nie odpowiadał, telefon wuja wydawał się poza zasięgiem! Wciąż na próżno ponownie wybierałam numer, dopóki nie zaczęto mnie ponaglać. Uprosiłam chłopaka o jeszcze odrobinę czasu i spróbowałam wykręcić inny numer. Zgodził się, ale narzekał: „Masz jeszcze dwie minuty. Siedzisz tu już godzinę!”

Miałam wrażenie, że siedzę tam całą wieczność. Tym razem zdecydowałam się wybrać numer Abdula Jabbara. Na szczęście odebrał. Gdy usłyszałam jego głos, zaczęłam histerycznie płakać. Nie mogłam się uspokoić. Musiałam wyrzucić z siebie wszystko, co mnie od wczoraj przytłaczało, smutek, złość i strach.

- Abdul Jabbar od rana szukam mojego wuja. Byłam u niego, dzwoniłam, ale nigdzie go nie ma. Jeśli go nie znajdę, spadnie na mnie ogromne nieszczęście. Wiesz, gdzie on jest?

- Co się stało? Uspokój się – odpowiedział kojącym głosem – Gdzie jesteś?

- Moi rodzice chcą mnie wydąć za mąż, ale ja nie chcę. Nie znalazłam wuja, a nie mogę wrócić do domu. Albo ktoś mnie uratuje, albo się zabiję!

- Zostań tam, gdzie jesteś – powiedział – Dowiem się co z twoim wujem. Daj mi numer telefonu budki, w której jesteś. Zadzwonię za kilka minut.

Zapytałam o numer chłopaka pilnującego. Wydawał się zaszokowany moją histerią, ale okazał się miły i podał mi ten numer.

Kilka minut później zadzwonił Abdul Jabbar mówiąc, że rozmawiał z paroma znajomymi, którzy pracują z moim wujem. Powiedzieli, że wyjechał do Arabii Saudyjskiej, gdzie znalazł pracę. Słowa Abdula Jabbara były dla moich uszu niczym wybuch bomby. Znowu poczułam się zdradzona, tym razem przez wuja. Dlaczego nie powiedział, że wyjeżdża i dlaczego nawet się ze mną nie pożegnał? Tak bardzo mu ufałam. Byłam przekonana, że jest inny niż wszyscy! Byłam potwornie zawiedziona, a cierpiałam tym bardziej, że wuj był moją ostatnią nadzieją, która bez powrotnie wyparowała. Miałam wrażenie, że spadły na mnie wszystkie nieszczęścia tego świata. Byłam przerażona i z trudem oddychałam. Głos Abdula Jabbara potwierdził moje najczarniejsze myśl. Radził mi wrócić do rodziców i przekonać ich, żeby nie wydawali mnie za mąż.

- Nigdy do nich nie wrócę. Już wolę umrzeć – odparowałam – Teraz, gdy nie ma mojego wuja, tylko ty  możesz mnie uratować, tylko ciebie znam.

- Gdybym był w Sanie – odpowiedział – mógłbym ci pomóc, ale z Hudaydah jest pięć godzin drogi.

- Mogłabym do ciebie przyjechać – powiedziałam – ale żadna taksówka nie zgodzi się wziąć mnie samą, bez dorosłego.

W telefonie zapadła cisza. Słyszałam uderzenia swojego serca tłukącego się w piersi. Zbierało mi się na płacz. Byłam pewna, że odmówi i nie będzie chciał mi pomóc. Wreszcie znowu się odezwał:

- Idź do restauracji Alwadi. Wiesz gdzie to jest. To niedaleko miejsca, gdzie teraz jesteś. Poczekaj tam. Salwa cię znajdzie. Nie ruszaj się stamtąd!

- Dobrze. Idę tam – odpowiedziałam bez wahania trzęsącym się głosem.

Wyszłam z kabiny z twarzą całą we łzach i oczami opuchniętymi z braku snu. W spojrzeniu chłopaka od telefonu zobaczyłam, że się o mnie boi, ale woli nie mieszać się do nieswoich spraw.

Przeszłam przez ulicę z trudem stawiając kroki w za dużych klapkach, które sprawiały, że coraz bardziej bolały mnie stopy i powiększała się rana, która zaczęła już krwawić. Ale to nie było tak poważne i wydawało się tysiąc razy bardziej do zniesienia niż ból duszy, który odczuwałam.

Szłam znaną mi już trasą. Doszłam do restauracji i usiadłam. Dobrze mi znana restauracja Alwadi znajdowała się blisko mieszkania wuja. Często tu przychodziliśmy. Uwielbiałam patrzeć na kucharzy, którzy często zarabiali chleb na naszych oczach. Szybkimi, płynnymi i eleganckimi ruchami formowali ciasto na mój ulubiony chleb (płaski, okrągły placek, który może osiągnąć imponujące rozmiary) i posypywali ryby przyprawami przed włożeniem ich do pieca. Ale od wczoraj straciłam apetyt i zdolność doceniania małych rzeczy, które kiedyś tak mnie cieszyły. Wszystko wokół mnie, przed restauracją, wydawało mi się ponure, okropne i smutne...

Miałam już przyjemność poznać Salwę rok wcześniej, w Hudaydah. Była jedną z młodych kobiet, które uczyły nas tańca i śpiewu. Pamiętam jej grację.

Zastanawiałam się, co ona robi w Sanie. Czy zabierze mnie ze sobą? Czekanie mi się dłużyło. Niecierpliwiłam się, ale nie miałam wyboru. Czekając, obserwowałam żebraków przed restauracją. Widziałam ich już wcześniej, jak przychodziłam tu z wujem, ale nie zwracałam na nich większej uwagi. W tamtej chwili patrzyłam na te kobiety i ich dzieci innym okiem. Nie mogłam przestać wyobrażać sobie siebie na ich miejscu i to mnie przerażało. Prawdę mówiąc moja sytuacja wtedy nie była dużo lepsza niż ich. Nie miałam dachu nad głową, ani więcej pieniędzy. Wszystko wydałam na autobusy i telefon.

 

[1] Rial jemeński (YER) – waluta Jemenu (przyp.tłum.)

Aktualności
2018-08-09

Z ostatniej chwili:

Powieść „Sto dni szczęścia" Evy Woods znalazła się w Top 20 brytyjskiego Amazonu!

To „inteligentna literatura kobieca w najlepszym wydaniu” – napisał
czytaj więcej
2018-07-08

"Milczenie lodu" - polecany kryminał na lato

„New York Times” poleca wśród klasyków „Milczenie lodu” Ragnara Jónassona jako mrożący kryminał na lato!

 

„Pokryta śniegiem ziemia

czytaj więcej
2018-06-20

Akcja 3 za 2

Kup 3 książki Wydawnictwa Amber, zapłać tylko za 2

 

 

Promocja obowiązuje do 26.06.2018 do 23:59 lub do wyczerpania puli promocyjnej. Dotyczy wszystkich naszych książek

czytaj więcej