Facebook
Żona mojego męża

Żona mojego męża

Tytuł oryginału: My Husband's Wife
Tłumaczenie: Irena Kołodziej, Paweł Kwaśniewski
Ilość stron: 416
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2017-03-30
EAN: 9788324162031
34.80 PLN
23.32 PLN
Kryminał/thriller/sensacja
Bestseller

 

„Wibrujący napięciem thriller psychologiczny, który zmrozi krew fanom Dziewczyny z pociągu”. „WASHINGTON POST”

„Diabolicznie zwodniczy debiut!” „PUBLISHERS WEEKLY”

„Nie chciałam napisać typowego kryminału. Pragnęłam wedrzeć się w głąb rodzinnych relacji i doprowadzić je do granic – emocjonalnych i prawnych”. Jane Corry

„Uwaga: Tu nikomu nie możesz zaufać! A nawet najlepsze intencje prowadzą do katastrofalnych skutków”. „PUBLISHERS WEEKLY”


Najpierw jest miłość. Potem małżeństwo. Potem morderstwo...
Lily, początkująca prawniczka, i Ed, ambitny malarz. Młode, szczęśliwe małżeństwo. Choć oboje mają swoje tajemnice...
I ich mała sąsiadka: dziewięcioletnia Carla. Wyśmiewana i poniżana w szkole, zazdrości innym dzieciom. Pewnego dnia odkrywa, że może mieć to, co one. Wystarczy znać czyjąś tajemnicę, żeby dostać wszystko, czego się pragnie...
Carla zaprzyjaźnia się z Lily i Edem. Staje się jego muzą. Portret „Małej Włoszki” robi furorę i przynosi artyście uznanie i pieniądze.
Piętnaście lat później ich drogi znów się krzyżują. Mała Włoszka powraca.
Żeby dostać to, czego zawsze pragnęła...


JANE CORRY jest brytyjską dziennikarką. Jej artykuły ukazywały się m.in. w „Daily Telegraph”, „Mail on Sunday”, „Woman”. Przez trzy lata pracowała w więzieniu o najwyższym stopniu zabezpieczenia – prowadziła warsztaty pisarskie dla więźniów. „To miejsce jest prawdziwym wyzwaniem dla emocji. Przekonałam się tu, że współczuję komuś, kto zniszczył czyjąś rodzinę”.
Te doświadczenia posłużyły jej za inspirację do napisana pierwszego thrillera Żona mojego męża. Książka wydana wiosną 2016 jako e-book weszła na wszystkie brytyjskie listy bestsellerów i pozostawała na nich przez wiele tygodni. Prawa do publikacji kupili wydawcy w 13 krajach. W USA zadebiutowała w styczniu 2017 na 9. miejscu „Washington Post”. Premiera następnego thrillera Jane Corry już w maju 2017.

 

Patronat medialny:

onet           PK KK

Literacki debiut brytyjskiej dziennikarki Jane Corry to powieść nieoczywista i zawłaszczająca uwagę czytelnika do ostatniej strony. „Żona mojego męża” jest gatunkową mieszanką thrillera psychologicznego z dramatem obyczajowym. A mieszanka to wybuchowa!

fragment recenzji z portalu Kawiarenka Kryminalna

 

Recenzja ukazała się także:

Book Detective

lubimyczytac.pl

empik.com

Błysk metalu.

Grom w uszach.

„Godzina siedemnasta. Słuchają państwo popołudniowych wiadomości”.

Radio, ćwierkające wesoło z sosnowej komody zastawionej zdjęciami (wakacje, gala wręczenia dyplomów, ślub); śliczny błękitno-różowy talerz; ćwiartka jacka danielsa na drugiej półce, częściowo zasłonięta jakąś urodzinową kartką.

Potwornie boli mnie głowa. Rwie prawy nadgarstek. Ból w piersi mnie przeraża. Krew też.

Osuwam się na podłogę. Chłód czarnych płytek przynosi ulgę.

Drżę. Całkiem jak Tom, kiedy wbił sobie nożyczki w kolano, jak miał sześć lat, „żeby zobaczyć, jak to jest”.

Tylko on mógł to zrobić.

Nade mną na ścianie widzę biały domek opleciony fioletową bugenwillą. Pamiątka po miodowym miesiącu we Włoszech.

Czy małżeństwo może się zakończyć morderstwem? Nawet jeśli już jest martwe?

Ten obrazek to będzie ostatnia rzecz, którą widzę. Ale w głowie przeżywam życie jeszcze raz.

A więc to prawda, co mówią o umieraniu. Przeszłość powraca, żeby odejść wraz z tobą…

 

 

Piętnaście lat wcześniej

 

 

Zdenerwowana? – pyta Ed.

Właśnie nabiera sobie swoich ulubionych płatków śniadaniowych. Ryżowych chrupek. Normalnie i ja je lubię. (Chrupkie, bez mleka). Jak byłam mała, fascynowały mnie postaci o buźkach elfów na opakowaniu i ta magia nie wyparowała do końca.

Dziś jednak nie jestem w stanie nic jeść.

– Zdenerwowana? – powtarzam, zapinając perłowe kolczyki przed wiszącym obok zlewu lusterkiem. Mieszkanie jest małe. Muszą być jakieś kompromisy.

Czym? – o mało nie dodaję. Tym, że to pierwszy dzień małżeńskiego życia, być może… Regularnego małżeńskiego życia w pierwszym roku nowiutkiego stulecia. Zdenerwowana, bo powinniśmy byli dać sobie więcej czasu i znaleźć lepsze mieszkanie, a nie to, w marnej dzielnicy Clapham, z sąsiadem pijakiem drzwi w drzwi, gdzie i sypialnia, i łazienka są tak małe, że moja tubka podkładu do twarzy Rimmla (jasny beż) i dwie szminki (różowa i rubinowa) utknęły obok łyżeczek w szufladzie na sztućce.

A może zdenerwowana, bo trzeba wracać do pracy po miodowym miesiącu spędzonym we Włoszech? Po tygodniu na Sycylii, gdzie w opłaconym przez babcię Eda hotelu obalaliśmy kolejne butelki marsali, zagryzając sardynkami z grilla i kawałkami sera pecorino.

Być może denerwuję się tym wszystkim naraz.

Normalnie bardzo lubię moją pracę. Dotąd siedziałam w prawie pracy, pomagałam ludziom – zwłaszcza kobietom – których bezpodstawnie wyrzucili z pracy, bo szukali kozła ofiarnego. To coś dla mnie. O mało co nie zostałam pracownicą socjalną, jak tato, ale dzięki uporowi mojego nauczyciela od doradztwa zawodowego oraz – powiedzmy – pewnym wydarzeniom w moim życiu jestem tu, gdzie jestem. Dwudziestopięcioletnia świeżo upieczona prawniczka z minimalnym wynagrodzeniem. Świeżo upieczona żona. Usiłująca dopiąć guzik z tyłu granatowej spódnicy. W kancelarii prawnej nikt nie ubiera się w jaskrawe kolory, jedynie sekretarki. Wysyłałoby to niewłaściwe sygnały. A przynajmniej tak mi powiedziano na starcie. Prawo to wspaniały zawód, ale są sytuacje, kiedy wydaje się śmiesznie staroświeckie.

– Przenosimy cię do kryminalistyki – oznajmił mi szef w charakterze ślubnego prezentu. – Uważamy, że będziesz w tym dobra.

No i teraz, pierwszego dnia po powrocie z miodowego miesiąca, szykuję się, żeby pójść do więzienia. Na spotkanie z człowiekiem oskarżonym o morderstwo. Nigdy przedtem nie byłam w więzieniu. Nigdy nie chciałam tam pójść. To dla mnie nieznany świat.  Zarezerwowany dla ludzi, którzy zrobili coś złego. Ja mam tak, że jeśli wydadzą mi za dużo, kiedy kupuję w kiosku nowy numer „Cosmo”, natychmiast wracam i oddaję.

Ed jak zwykle coś bazgrze. Lekko przechyliwszy głowę, szkicuje coś w notatniku obok talerza z płatkami. Mój mąż bez przerwy rysuje. To jedna z rzeczy, które mnie w nim ujęły.

– Reklama – powiedział, wzruszając smętnie ramionami, kiedy spytałam, czym się zajmuje. – W jej twórczym aspekcie. Ale kiedyś chcę się zająć wyłącznie sztuką. To, co teraz, to tylko na jakiś czas, żeby mieć z czego płacić rachunki.

Spodobało mi się to. Mężczyzna, który wie, czego chce. Ale w jakimś sensie się pomyliłam. Kiedy Ed rysuje albo maluje, nie wie, na jakiej planecie żyje. W tej chwili nie pamięta nawet, że mnie o coś zapytał. Ale nagle staje się dla mnie ważne, żeby odpowiedzieć.

– Zdenerwowana? Nie, nie jestem zdenerwowana.

Kiwa głową, ale nie jestem pewna, czy tak naprawdę mnie usłyszał. Kiedy Ed ma fazę, reszta świata się nie liczy. Nawet to, że ściemniam.

Dlaczego, zadaję sobie pytanie, biorąc go za lewą rękę – tę z błyszczącą złotą ślubną obrączką – nie powiem mu, co naprawdę czuję? Dlaczego się nie przyznam, że cała się trzęsę i że muszę iść do klopa, chociaż dopiero co byłam? Dlatego, że nie chcę zniszczyć tej cudnej postmiodowomiesięcznej mgiełki? Bo chcę udawać, że nasz tydzień z dala od świata wciąż trwa, tu i teraz, a nie tylko w pamiątkach, które ze sobą przywieźliśmy, jak na przykład ten śliczny błękitno-różowy talerz, który Ed z takim przejęciem przenosi na papier?

A może dlatego, że usiłuję udawać, że wcale się nie boję tego, co mnie dziś czeka? Dreszcz przebiega mi po plecach, gdy psikam sobie na nadgarstki Chanel nr 5 ze sklepu wolnocłowego. (Prezent od Eda z wykorzystaniem kolejnego czeku, jaki dostaliśmy w charakterze ślubnego podarunku). Miesiąc temu adwokat z konkurencyjnej fi rmy dostał nożem w oba płuca, kiedy poszedł odwiedzić klienta w Wandsworth. Zdarza się.

– Idziemy. – Niepokój sprawia, że mówię ostrzejszym głosem niż zwykle. – Bo się spóźnimy.

Ed niechętnie podnosi się z chwiejnego krzesła, które zostało po poprzednim właścicielu mieszkania. Wysoki mężczyzna z tego mojego męża. I chudy. W chodzie ma coś skruszonego, jakby tak naprawdę wolał być w danej chwili gdzie indziej. W dzieciństwie miał podobno włosy tak samo złote, jak ja dzisiaj („Jak tylko cię zobaczyliśmy, wiedzieliśmy, że jesteś Lily” – mówi zawsze moja matka), ale w tej chwili są ciemnoblond. I ma grube palce, zupełnie nietypowe dla artysty, jakim chciałby się stać.

Wszyscy potrzebujemy marzeń. Lilie mają być piękne. Pełne wdzięku. W górnych partiach wyglądam OK, dzięki naturalnym blond włosom i temu, co moja nieżyjąca babcia uprzejmie nazywała „wytworną łabędzią szyją”. Ale jeśli przenieść wzrok niżej, widać nie smukłą łodygę, a resztki dziecięcej otyłości. Choćbym nie wiem co robiła, to kupując ubranie, nie zejdę poniżej rozmiaru 44 – a i to jeśli mam szczęście. Wiem, że nie powinnam się tym przejmować. Ed mówi, że moja sylwetka to cząstka mnie. Mówi to w sympatycznym sensie, tak mi się przynajmniej wydaje. Ale moja waga mi przeszkadza. Zawsze przeszkadzała.

Kiedy wychodzimy, zahaczam wzrokiem o stosik kart z życzeniami z okazji ślubu, wspartych o sprzęt do nagrywania na biurku Eda. Państwo Macdonald. Jak obco wygląda to nazwisko.

Pani Edwardowa Macdonald.

Lily Macdonald.

Chyba z tysiąc razy trenowałam mój nowy podpis (za pomocą zawijasa łącząc „y” z „M”), ale wciąż czegoś mu brak. Imię i nazwisko nie zawsze do siebie pasują. Mam nadzieję, że nie jest to zły znak.

A na razie trzeba koniecznie odpisać i podziękować za wszystkie te kartki, jeszcze w tym tygodniu. Jeśli matka mnie czegoś nauczyła, to grzeczności. Taktu.

Jedna z kartek napisana jest szczególnie rzucającym się w oczy turkusowym atramentem, całkiem jakby krzyczała: spójrz na mnie!

– Kiedyś chodziłem z Daviną – wyjaśnił Ed, zanim pokazała się na naszej zaręczynowej imprezie. – Ale teraz się tylko przyjaźnimy.

Myślę o Davinie z jej końskim śmiechem i artystycznie ufryzowanymi kasztanowatymi lokami, dzięki którym wygląda jak modelka prerafaelitów. Davinie, która pracuje w Events, organizując imprezy, na które chodzą wszystkie „fajne dziewczyny”. Która, kiedy nas sobie przedstawiono, zmrużyła fiołkowe oczy, jakby się dziwiła, dlaczego Ed zawraca sobie głowę czymś takim  – dziewczyną za wysoką, za grubą, niestarannie uczesaną. Wizerunek, który codziennie oglądam w lustrze. Czy facet może się tak po prostu przyjaźnić z kobietą, z którą był kiedyś w związku?

Postanawiam, że odpowiem na życzenia mojej poprzedniczki jako ostatnie. Ed ożenił się ze mną, a nie z nią, przypominam sobie samej.

Ciepła dłoń mojego nowo poślubionego męża ujmuje w tej chwili moją, tak jakby wyczuł, że potrzebuję otuchy.

– Będzie dobrze, zobaczysz.

Przez chwilę się zastanawiam, czy nie chodzi mu o nasze małżeństwo. Po czym sobie przypominam. Mój pierwszy klient-kryminalista, Joe Thomas.

– Dzięki. – To krzepiące, że Ed nie kupił mojej wcześniejszej brawury. Ani mojego niepokoju.

Razem zatrzaskujemy za sobą drzwi, sprawdzając dwa razy, bo wszystko tu jest dla nas nowe, i szybko idziemy korytarzem parteru w stronę wyjścia. Tymczasem otwierają się inne drzwi i wychodzi z nich wraz z matką dziewczynka o lśniących ciemnych włosach związanych w ruchliwy koński ogon. Już raz je widziałam, ale kiedy powiedziałam „dzień dobry”, nie odpowiedziały. Obie mają śliczną oliwkową cerę i poruszają się z gracją, która sprawia, że wyglądają, jakby płynęły.

Razem wychodzimy na ostre jesienne powietrze. Ruszamy w tę samą stronę, ale nasze sąsiadki zostają trochę z tyłu, bo dziewczynka o coś matkę molestuje. Wyglądają jak kopie, tyle że matka ma na sobie dość krótką czarną spódniczkę, a mała – granatowy szkolny mundurek. Jak my będziemy mieli dzieci, postanawiam, to wychowamy je tak, żeby nie marudziły.

Kiedy dochodzimy do przystanku, przebiega mnie dreszcz: to blade jesienne słońce jest całkiem inne niż upał podczas naszego miodowego miesiąca. Ale to perspektywa rozstania sprawia, że czuję ucisk w sercu. Po tygodniu bycia razem myśl, że przez osiem godzin będę musiała radzić sobie sama, niemal budzi lęk.

Irytuje mnie to. Nie tak dawno temu byłam niezależna. Zadowolona z własnego towarzystwa. Ale od pierwszej chwili, kiedy pół roku temu (zaledwie pół roku!) Ed zagadał do mnie na przyjęciu, mam uczucie, że jestem i silniejsza, i słabsza zarazem.

Przystajemy i zbroję się wewnętrznie na to, co nieuniknione.  Mój autobus jedzie w jedną stronę, Eda – w drugą. Ed zmierza do firmy reklamowej, gdzie spędza dzień na wymyślaniu sloganów, które skłonią ludzi do kupienia czegoś, czego kupić nie mieli zamiaru.

A ja, w granatowym kostiumie i świeżej opaleniźnie, jadę do więzienia.

– Nie będzie tak strasznie – mówi mój nowo poślubiony mąż (nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek wypowiem to słowo!) i całuje mnie w usta. Pocałunek ma posmak ryżowych chrupek i tej mocnej pasty do zębów, do której wciąż nie mogę się przyzwyczaić.

– Wiem – mówię. Ed przechodzi na drugą stronę ulicy. Wpatrzony teraz w dąb na rogu, chłonie jego kolor i formę.

Dwa kłamstwa. Drobne i niewinne. Po to, żeby dodać sobie nawzajem otuchy.

Ale tak właśnie zaczyna się wiele kłamstw. Z początku są drobne. Wypowiedziane w dobrej wierze.

A potem rosną tak, że nie sposób sobie z nimi poradzić.

Aktualności
2017-07-20

Powieści Jodi Ellen Malpas zostaną zekranizowane!

Na podstawie Mojego obrońcy powstanie film, a Tego Mężczyzny – serial!  
Obsada jeszcze nie jest znana.

Szczegóły na stronie autorki:

czytaj więcej
2017-07-14

The Girl with the Make-Believe Husband, najnowsza książka Julii Quinn jest na 4 miejscu najlepiej sprzedających się romansów w ubiegłym miesiącu!

 

czytaj więcej
2017-07-12

Nasze bestsellery do -35%

Przy zakupie (w księgarni internetowej Ravelo) dwóch dowolnych tytułów, 1 z 4 książek otrzymasz w prezencie!

Książki do wyboru w koszyku!

czytaj więcej