Facebook
Smak śmierci

Smak śmierci

Tytuł oryginału: Zerschunden
Tłumaczenie: Barbara Tarnas
Ilość stron: 408
Rodzaj: oprawa miękka ze skrzydełkami
Format: 130x205
Data wydania: 2016-09-20
EAN: 9788324159680
39.80 PLN
25.02 PLN
Kryminał/thriller/sensacja

Przed nim zmarli niczego nie ukryją...

To, co Simon Beckett znał ze stażu dziennikarskiego na Trupiej Farmie, profesor Tsokos zna z praktyki. Jest światowym autorytetem – ekspertem medycyny sądowej. A na listach bestsellerów czuje się równie dobrze jak przy stole sekcyjnym.

Zawsze, gdy oficerowie śledczy są bezsilni wobec najbardziej niepojętych zbrodni, proszą o pomoc profesora Tsokosa.

Jego specjalność to najbardziej bestialskie, zwyrodniałe zbrodnie. Ekstremalne. Opisywał je w bestsellerach, które zaszokowały Niemcy.

Sebastian Fitzek – największy mistrz niemieckich thrillerów psychologicznych (Pasażer 23, Odprysk) – zaproponował Tsokosowi współautorstwo swojej nowej powieści (polska premiera listopad 2016), chcąc ją wzbogacić o rzeczywiste opisy sekcji zwłok i oddać w niej stuprocentowe realia pracy lekarza medycyny sądowej.

Zachęcony ogromnym sukcesem Odciętych profesor Tsokos, dotąd autor jedynych w swoim rodzaju bestsellerów literatury faktu, napisał swoją pierwszą powieść Smak śmierci.

Rezultat:

– spektakularny thriller o prawdziwych zbrodniach prawdziwego seryjnego zabójcy, z prawdziwym ekspertem medycyny sądowej (alter ego Tsokosa).

– ponad pół roku w pierwszej dwudziestce list bestsellerów!

– kolejne tomy serii z doktorem Ablem.


„Nic nie jest tak okrutne jak rzeczywistość. Smak śmierci to wybuchowa mieszanka faktów i fikcji”. Sebastian Fitzek


Doktor Fred Abel zna smak śmierci... Były żołnierz, wybitny ekspert medycyny sądowej, nie zliczyłby ofiar i scen zbrodni, jakie widział. Nawet najbardziej zmasakrowane, rozczłonkowane, nieistniejące już prawie ciała zmarłych prowadzą go do nieuchwytnych morderców. Niewiele da się skryć przed jego genialną intuicją. Niewiele może go zaszokować. Ale teraz jest inaczej.

Ofiarami zwyrodniałych zbrodni są starsze kobiety. Na ich ciałach morderca zostawia niezrozumiałe przesłanie. Wreszcie, dzięki specjalistycznej analizie DNA przeprowadzonej przez doktora Abla, zostaje ujęty. Ale on nie może być mordercą!

To dawny kolega Abla z wojska. Zawsze był twardy, zdolny do różnych rzeczy, ale nie do zbrodni. Lecz przecież DNA nie kłamie...

Lars siedzi w więzieniu, a jego chorej córeczce zostało kilka dni życia. Tymczasem kolejne zbrodnie paraliżują strachem Europę.

Doktor Abel sam więc rzuca się w beznadziejne śledztwo i szaleńczy pościg. I nic się nie zgadza. I jedna rozwiązana zagadka rodzi następną. Ale doktor Abel musi ująć mordercę, nawet jeśli miałby przyznać, że nieomylna nauka może się mylić...

 

MICHAEL TSOKOS

Profesor medycyny sądowej Michael Tsokos jest najbardziej renomowanym nie tylko w Niemczech badaczem nadzwyczajnych przypadków kryminalnych.

Od roku 2007 kieruje Instytutem Medycyny Sądowej w berlińskiej klinice Charité i Krajowym Instytutem Medycyny Sądowej i Społecznej w Berlinie.

Służył w Bundeswehrze w jednostce dalekiego rozpoznania, pracował w specjalistycznej klinice psychiatrycznej. Był wzywany do byłej Jugosławii do identyfikacji zwłok pochodzących z masowych grobów, a w 2004 po klęsce tsunami – do Azji. W roku 2014 założył w Berlinie ośrodek pierwszej pomocy ofiarom gwałtów i przemocy.

 

 

Patron medialny:

onet

Smak śmierci to jedna z tych przerażająco fenomenalnych powieści, które sprawiają, że po przeczytaniu podchodzi się do drzwi i sprawdza, czy z pewnością zostały zamknięte na klucz. Po tej lekturze człowiek uważniej obserwuje otoczenie, zwraca uwagę na każdy niepokojący sygnał nienaturalnego zachowania innego człowieka. 

Ta książka to niekwestionowany hit tegorocznej jesieni! Idealna na długi i emocjonujący wieczór. Możecie być pewni, że Michael Tsokos i Fred Abel zabiorą Was w naprawdę przerażającą podróż śladami szaleńca, który wzbudza autentyczny strach.

Fragment recenzji z bloga Porozmawiajmy o książkach

 

 

Jednym ze „smaczków” powieści jest sam morderca. Nie jest to typowy zimny psychopata, który zabija zgodnie z konkretnym planem ułożonym we własnej głowie. Oj nie! Tsokos stworzył przestępcę niezorganizowanego, szalonego.  Po lekturze książki przez chwilę trzeba odpocząć, tak jest nasycona emocjami buchającymi od sprawcy, jego dziką energią, skierowaną w złą stronę. Pierwszy raz czytałam książkę z takim mordercą – niezapomniane przeżycie!

Jeśli już przeczytacie Smak śmierci, to koniecznie zajrzyjcie do podziękowań, w których autor ujawnia wiele ciekawostek. Można się z nich między innymi dowiedzieć, że pierwowzór zabójcy z książki rzeczywiście istniał.

Fragment recenzji z Portalu Kryminalnego

 

Smak śmierci to znakomity thriller psychologiczny. Wciąga już od pierwszej strony i trzyma w napięciu do samego końca. Naprawdę ciężko się oderwać od lektury. 
Michael Tsokos stworzył głównego bohatera na swoje podobieństwo, a opisując przypadki przedstawione w książce czerpał ze swojego doświadczenia. Dlatego cała ta historia wydaje się być taka prawdziwa, a tym samym bardziej przerażająca. Bo to nie hektolitry krwi tryskającej z wyrwanych flaków napawają lękiem, tylko realność zdarzeń przedstawionych w danej historii.

Fragment recenzji z Subiektywnego Bloga o Książkach

Abel nie był niespokojny ani zdenerwowany, ale czuł, że zdarzy się coś niezwykłego. Intuicja rzadko go myliła, jednak czasem wyrazistość przeczucia pozostawiała nieco do życzenia.

Coś niezwykłego, pomyślał. To może znaczyć dosłownie wszystko.

– Jaki jest scenariusz? – zapytał Hindricha.

– Bardzo prosty – wtrącił się znów Holzberg. – Idzie pan do namiotu i grzebie pan w zwłokach. Moi ludzie dbają o to, żeby nie spadł panu włos z głowy. Gdy tylko porywacz wyjrzy zza zasłony, natychmiast zarobi kulę między oczy.

Abel wzruszył ramionami.

– Jak dla mnie wystarczy, że wytrącicie mu strzałem pistolet z ręki – powiedział. – Zakładając, że w ogóle ma jakąś inną broń poza swoją słynną motyką.

Timo Jankowski położył dłoń na ramieniu Abla.

– Jeśli to jest Löwitsch, to nie ma broni palnej – rzucił. – Chodźmy, Fred. Idę z tobą.

Abel pokręcił głową.

– Doceniam twoją propozycję, ale odmawiam. Masz dwoje małych dzieci, Timo. A sprawca stanie się tylko bardziej nerwowy, gdy pójdziemy tam we dwóch.

Przechylił się w bok i rozsunął drzwi mercedesa. Chwyt ręki Jankowskiego na jego nadgarstku rozluźnił się i Abel wysiadł.

Jankowski to prawdziwy przyjaciel, pomyślał. Nie zdarzało się zbyt często, żeby proponował koledze przejście na ty, ale do Jankowskiego od razu poczuł sympatię.

Na zewnątrz przywitał go potworny upał. Było wpół do pierwszej, słońce stało w zenicie na bezchmurnym niebie. W tej temperaturze proces gnicia zaczynał się po zaledwie kilku godzinach. A porywaczowi i zakładniczce też nie było łatwo utrzymać nerwów na wodzy, kiedy w niemożliwym do zniesienia upale siedzieli zamknięci w powojennym betonowym budynku.

Młody antyterrorysta przyniósł mu kuloodporną kamizelkę. Spokojnie przyglądał się, jak Abel mocuje się ze stawiającymi opór częściami ubioru i zapina rzepy. Potem ubrany w czarny mundur mężczyzna odprowadził go za ścianę utworzoną przez policyjne transportery na odległość dwudziestu metrów od budynku, w którym zabarykadował się porywacz.

W końcu osłaniający go policjant zatrzymał się i pokazał na szary namiot służby zabezpieczania śladów.

– Proszę iść dalej, możliwie jak najciszej – nakazał. – I proszę nie wyłączać telefonu.

– Wielkie dzięki – powiedział lakonicznie Abel.

Ludzie z oddziałów specjalnych, jak ten policjant czy jego szef Holzberg, uważali wszystkich pozostałych za nieporadnych głupków, którzy bez ich pomocy nie potrafiliby przejść na drugą stronę ulicy. A Abel w młodości odsłużył dwa lata w Bundeswehrze jako zwiadowca. Ich mały oddział specjalny ćwiczył wtedy walki w mieście na wypadek całkiem prawdopodobnego zagrożenia atakiem wojsk bloku wschodniego. Co prawda Abel swój wojskowy mundur powiesił na kołku już jakieś dwadzieścia pięć lat temu, ale chłopak z jednostki specjalnej nie musiał mu tłumaczyć, jak poruszać się na terenie zajętym przez wroga. W końcu nie minął nawet rok, odkąd musiał samotnie przemaszerować prawie bezkresny obszar leśny w południowo-zachodniej części Naddniestrza, żeby przebić się do granicy z Mołdawią. W rzeczywistości jego naddniestrzańska „przygoda” całkowicie wymknęła się spod kontroli i pod koniec była dużo bardziej niebezpieczna, niż do tej pory przedstawiał ją w swoich relacjach.

Wydawało mu się, że okno z wąską szparą pomiędzy zasuniętymi zasłonami obserwuje go jak monstrualne oko, kiedy szybkim krokiem szedł do namiotu ze służbową walizką w ręku.

Jeśli mężczyzna tam na górze to Löwitsch, przeszło mu przez myśl, być może nawet mnie pozna.

W żadnym wypadku nie zależało mu na oglądaniu swojego wizerunku w mediach, ale nie zawsze można było tego uniknąć. Trzy lata termu Jankowski i on udzielali wywiadów na temat „wyrywacza serc” praktycznie wszystkim dużym gazetom.

Hanowerska gazeta zamieściła nawet jego półstronicowy portret za stołem sekcyjnym i nazwała Abla „wielkim synem naszego miasta”. A przecież tak naprawdę Abel nie urodził się i nawet nie dorastał w Hanowerze, lecz w pobliskiej wsi Lenthe.

Wydało mu się, że widzi za zasłoną szczupłą, ubraną na czarno postać, ale nie był tego stuprocentowo pewny. Oczywiście Jankowski i on nigdy nie zdradzili publicznie, ile naprawdę dowiedzieli się o „wyrywaczu serc”. Jego nazwiska, motywów działania, ostatniego miejsca pracy i adresu zamieszkania, zanim zniknął jak kamfora. Tak więc Löwitsch właściwie nie miał powodu, aby chcieć się zemścić akurat na nim. Ale to wcale nie znaczy, że ten facet tutaj uważa tak samo.

Ablowi lekko przyśpieszyło tętno, kiedy dotarł do namiotu i odrzucił na bok plandekę zasłaniającą wejście. We wnętrzu przywitał go spodziewany skwar i gryzący trupi odór. Z rozszarpanej klatki piersiowej zmarłego wzbiły się muchy, by zaraz potem wrócić do wcześniejszego zaję-
cia.

W namiocie nie było oświetlenia, ale przez odsłoniętą plandekę wpadało wystarczająco dużo światła słonecznego. Namiot miał powierzchnię dwa na dwa metry i był na tyle wysoki, że mógł się w nim wyprostować mający metr dziewięćdziesiąt człowiek. Ale w tej pracy Abel i tak przeważnie kucał na ziemi w pozycji, w której kuloodporna kamizelka maksymalnie utrudniała mu ruchy.

Ukląkł obok zmarłego i otworzył swoją walizkę. Nożyczkami i pęsetą ostrożnie usuwał porwaną górę od piżamy, aż niemal całkowicie odsłonił górną część ciała, a przynajmniej to, co jeszcze zostało z tułowia Georga Pausewanga. W lewej stronie klatki piersiowej wśród potrzaskanych kości i strzępów ciała widniał krater. W ten krater sprawca wcisnął rzeczny kamień wielkości piłki tenisowej.

– To podpis „wyrywacza serc” – powiedział do siebie Abel. – Bezspornie.

Również w przypadku czterech pozostałych zabójstw uderzał motyką w tak samo brutalny i jednocześnie kontrolowany sposób, że prawa jama płucna i cała tylna ściana klatki piersiowej pozostawały nienaruszone. „Kamienne serce” leżało jak w okratowanej muszli, z której oderwano pokrywę i usunięto pierwotną zawartość.

Ale coś tu nie pasuje.

Z kieszeni na piersi Abel wyłuskał smartfon, który był połączony bezprzewodowo z zestawem słuchawkowym. Otworzył zdjęcia z wcześniejszych zabójstw „wyrywacza serc” które przysłała mu Renate Hübner, i porównał charakterystyczne szczegóły. Jego zdaniem brzegi ran przy wcześniejszych morderstwach były podobne do rany, którą miał przed oczami, jak dwie krople wody. Sprawca również z identyczną precyzją wyciął w klatce piersiowej dziurę, która miała nie więcej niż dziesięć centymetrów średnicy i ponadto była w przybliżeniu okrągła.

– Jeden i ten sam sprawca, ponad wszelką wątpliwość – powiedział znów do siebie Abel.

Ale dlaczego tym razem miał złe przeczucie? Jakby gdzieś głęboko w nim włączył się alarm – dokładnie jak wtedy, kiedy wraz ze swoim oddziałem w ciemnych piwnicach koszarów Bundeswehry ćwiczyli uzbrajanie min pułapek. Oby tylko nie zrobić fałszywego ruchu. Najmniejsze drżenie palców może okazać się śmiertelne.

Dotknął przycisk nawiązywania połączenia i z powrotem schował telefon w kieszeni.

– Hindrich? – odezwal się tak cicho, że nadkomisarz ledwo go zrozumiał. – Dwie sprawy. Po pierwsze, to jest podpis Löwitscha. Po drugie, coś tutaj nie… O cholera, niech pan zaczeka.

Kiedy rozmawiał z Hindrichem, końcem nożyczek obskrobał kamień w piersi zmarłego, aby odsłonić jego powierzchnię. Bardziej kierowała nim intuicja niż racjonalny plan, a to, co teraz zobaczył, odebrało mu mowę.

Przeczucie go nie myliło. To, co zobaczył, było w najwyższej mierze inne niż dotąd.

– Doktorze? – zapytał Hindrich. – Wszystko w porządku? Jest pan tam?

– Wyjmuję mu serce – wyszeptał Abel. – Wydaje się, że jest w środku puste i…

– Puste? – powtórzył Hindrich. – Co pan ma na myśli, mówiąc, że „jest w środku puste”?

– Kamień. Jego serce to wydrążony kamień. Rozumie pan?

Hindrich sapnął głośno. Najwidoczniej w dalszym ciągu nic nie rozumiał. Abel nie mógł mieć mu tego za złe.

Dookoła okrągłego kamienia biegła poziomo, ledwo widoczna gołym okiem, cienka linia. Jak wytatuowany wokół szyi Holzberga łańcuch przedstawiający drapieżne ptaki, pomyślał Abel.

Całkiem niedawno byli z Lisą na przyjęciu u bogatego kolekcjonera sztuki w willi w Dahlem. W gablocie w holu wejściowym były wystawione jajka Fabergé, przebogato zdobione złotem i klejnotami dzieła sztuki w formie wydrążonych jaj, które dawały się otworzyć i zawierały wewnątrz kolejne miniaturowe dzieła sztuki.

To jajo z pewnością zawiera zupełnie wyjątkowe dzieło sztuki, pomyślał Abel. Idę o każdy zakład.

Ze zręcznością mistrza gry w bierki włożył prawą dłoń do klatki piersiowej Georga Pausewanga i wyjął kamienne serce. Teraz widział dokładnie. Cienka jak włos linia, która biegła jak pasek wokół środka kamiennej kuli, była wąską szczeliną.

Jak w złotych cackach Fabergé. Albo jak, bardziej banalnie, w czekoladowych jajkach niespodziankach, tak uwielbianych przez małe dzieci. O tym Abel wiedział bardziej ze słyszenia, ponieważ Lisa i on od początku zgadzali się co do jednego: w ich życiu nie ma miejsca na dzieci. Oboje bardziej chcieli robić kariery i cieszyć się życiem. Czasem Abel zastanawiał się, czy podjęli właściwą decyzję. Kiedy te myśli przelatywały mu przez głowę, trzymał kamień w rękach tak ostrożnie, jakby faktycznie było to kosztowne dzieło sztuki, które można zgruchotać przy trochę silniejszym dotyku.

– Doktorze, niech pan mówi! – Głos Hindricha zabrzmiał w słuchawce Abla. – Co pan tam robi? Co pan znalazł?

– Jeszcze chwilę – szepną? Abel.

Nabra? g??boko powietrza i?wstrzyma? oddech. Jedn? r?k? unieruchomi? doln? po??wk? kuli, a?drug? pr?bowa? zdj?? g?rn? po?ow?.

Jedno uderzenie serca wcze?niej nie potrafi?by jeszcze powiedzie?, co spodziewa si? ujrze? we wn?trzu kuli. Oczywi?cie w?pierwszej kolejno?ci pomy?la? o?minach pu?apkach, w?kt?rych rozbrajaniu ?wiczy? si? w?jednostce specjalnej Bundeswehry. Ale w?gruncie rzeczy liczy? raczej na kolejn??? pisemn? albo symboliczn??? wiadomo??, co psychopaci cz?sto preferowali. Przest?pca w?sprawie Markwitza nabazgra? na ofierze ?Respectez Asia?. By? mo?e L?witsch zdeponowa? w?wydr??onym kamieniu kartk? z?napisem ?Zemsta za dzieci wychowywane w?rodzinach zast?pczych??

Ale kiedy g?rna po?owa niespodziewanie ?atwo oddzieli?a si? od dolnej i?zawarto?? kamiennej kuli wysz?a na jaw, Abel nie by? specjalnie zaskoczony.

Mimo to zesztywnia? i?na kr?tk? chwil? znieruchomia? przy zw?okach, jakby sam od st?p do g??w zmieni? si? w?kamie?.

Dopiero kiedy nie m?g? ju? d?u?ej wstrzymywa? oddechu, ockn?? si? z?bezruchu. Niezwykle ostro?nie po?o?y? doln? po??wk? kamiennej kuli obok siebie na ulicznym bruku.

Zawiera?a elektroniczny zdalny zapalnik, kt?ry na jego oko wygl?da? na jak najbardziej profesjonalny. 00:02:58. Cyfrowy timer z?osza?amiaj?c? szybko?ci? odlicza? wstecz.

ł Abel.

Nabrał głęboko powietrza i wstrzymał oddech. Jedną ręką unieruchomił dolną połówkę kuli, a drugą próbował zdjąć górną połowę.

Jedno uderzenie serca wcześniej nie potrafiłby jeszcze powiedzieć, co spodziewa się ujrzeć we wnętrzu kuli. Oczywiście w pierwszej kolejności pomyślał o minach pułapkach, w których rozbrajaniu ćwiczył się w jednostce specjalnej Bundeswehry. Ale w gruncie rzeczy liczył raczej na kolejną – pisemną albo symboliczną – wiadomoś?, co psychopaci cz?sto preferowali. Przest?pca w?sprawie Markwitza nabazgra? na ofierze ?Respectez Asia?. By? mo?e L?witsch zdeponowa? w?wydr??onym kamieniu kartk? z?napisem ?Zemsta za dzieci wychowywane w?rodzinach zast?pczych??

Ale kiedy g?rna po?owa niespodziewanie ?atwo oddzieli?a si? od dolnej i?zawarto?? kamiennej kuli wysz?a na jaw, Abel nie by? specjalnie zaskoczony.

Mimo to zesztywnia? i?na kr?tk? chwil? znieruchomia? przy zw?okach, jakby sam od st?p do g??w zmieni? si? w?kamie?.

Dopiero kiedy nie m?g? ju? d?u?ej wstrzymywa? oddechu, ockn?? si? z?bezruchu. Niezwykle ostro?nie po?o?y? doln? po??wk? kamiennej kuli obok siebie na ulicznym bruku.

Zawiera?a elektroniczny zdalny zapalnik, kt?ry na jego oko wygl?da? na jak najbardziej profesjonalny. 00:02:58. Cyfrowy timer z?osza?amiaj?c? szybko?ci? odlicza? wstecz.

ć, co psychopaci często preferowali. Przestępca w sprawie Markwitza nabazgrał na ofierze „Respectez Asia”. Być może Löwitsch zdeponował w wydrążonym kamieniu kartkę z napisem „Zemsta za dzieci wychowywane w rodzinach zastępczych”?

Ale kiedy górna połowa niespodziewanie łatwo oddzieliła się od dolnej i zawartość kamiennej kuli wyszła na jaw, Abel nie był specjalnie zaskoczony.

Mimo to zesztywniał i na krótką chwilę znieruchomiał przy zwłokach, jakby sam od stóp do głów zmienił się w kamień.

Dopiero kiedy nie mógł już dłużej wstrzymywać oddechu, ocknął się z bezruchu. Niezwykle ostrożnie położył dolną połówkę kamiennej kuli obok siebie na ulicznym bruku.

Zawierała elektroniczny zdalny zapalnik, który na jego oko wyglądał na jak najbardziej profesjonalny. 00:02:58. Cyfrowy timer z oszałamiającą szybkością odliczał wstecz.

 

Aktualności
2018-10-31

Upoluj bestseller

Łapcie okazję!

Teraz wszystkie nasze książki kupicie z rabatem -35%*.

Promocja trwa do 06.11!

 

* Promocja dotyczy książek kupionych w księgarni Ravelo

czytaj więcej
2018-10-23

Na targach we Frankfurcie...

Małgorzata Cebo-Foniok i Zbigniew Foniok  z Sebastianem Fitzkiem na targach we Frankfurcie.

Sceneria nawiązuje do najnowszej powieści mistrza.

czytaj więcej
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej

Inne książki autora

Identyfikacja Smak śmierci

Identyfikacja TSOKOS MICHAEL

39.80 PLN 26.63 PLN
Odcięci

Odcięci FITZEK SEBASTIAN TSOKOS MICHAEL

39.80 PLN 26.63 PLN