Facebook
Projekt „Nighthawk”

Projekt „Nighthawk”

Tytuł oryginału: From the NUMA Files #14: Nighthawk
Ilość stron: 400
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-11-06
EAN: 9788324165810
44.80 PLN
22.15 PLN
Kryminał/thriller/sensacja
Największy mistrz powieści przygodowych świata
Nowy bestseller
Cykl Z archiwów NUMA

 

Kurt Austin i Zespół Specjalny NUMA – Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych - walczą z czasem, by najnowsze niebywałe odkrycie naukowe nie stało się zarazem ostatnim dokonaniem ludzkości.

 

Najnowocześniejszy statek powietrzny, jaki kiedykolwiek zbudowano, zdolny do lotu na granicy kosmosu, znika nad Pacyfikiem. USA wzywa zespół NUMA. Ale Nighthawka szuka też Rosja i Chiny – i nie cofną się przed niczym, by zdobyć najnowszą technologię. Lecz prawdziwą stawką w tej śmiertelnie niebezpiecznej grze jest tajny ładunek samolotu. Jego eksplozja może zetrzeć z powierzchni ziemi całe kontynenty...

Od wysp Galapagos, poprzez południowoamerykańską dżunglę, po lodowate wody legendarnego górskiego jeziora Inków, Kurt Austin i NUMA usiłują zapobiec kataklizmowi. Może się jednak okazać, że uczestniczą w wyścigu, który dla wszystkich zakończy się przegraną...

 


CLIVE CUSSLER – najpopularniejszy i najbardziej lubiany autor powieści przygodowo-sensacyjnych świata. Podróżnik, badacz historii katastrof morskich, poszukiwacz zatopionych wraków, sam jest uosobieniem przygody, tak jak jego najsłynniejszy bohater, Dirk Pitt.
Clive Cussler to jedyny autor, który od ponad 40 lat nie schodzi ze szczytu list bestsellerów. W każdym tygodniu jego książki są w Top 10 „New York Timesa”. Są tłumaczone na 60 języków i publikowane w 105 krajach. Na każdą jego powieść czekają niecierpliwie wierni fani.

Baza Sił Powietrznych USA Vandenberg, Kalifornia

czasy współczesne

 

Steve Gowdy siedział w wygodnym fotelu na górnym poziomie pogrążonej w półmroku sali operacyjnej bazy Vandenberg. Wyposażenie przypominało centra kontroli lotów kosmicznych NASA w Houston i na Przylądku Canaveral, z tym, że pomieszczenie było  mniejsze, a jego obsługę, zamiast cywilów, stanowił wyłącznie personel wojskowy.

Gowdy dobiegał pięćdziesiątki. Miał na sobie szarą koszulkę polo i luźne, czarne spodnie, a cienka warstwa rzadkich ciemnoblond włosów nie była w stanie ukryć łysiejącej skóry głowy. Wyglądał jak golfista, szykujący się do pokonania osiemnastu dołków w lokalnym country clubie, turysta na jednodniowej wycieczce albo znudzony dyrektor średniego szczebla podczas ciągnącej się w nieskończoność nasiadówki. Tylko liczne drobne zmarszczki wokół przymrużonych oczu i mimowolne bębnienie palcami po podłokietniku zdradzały jego wzmożoną uwagę.

Gowdy przyjechał do Vandenberg nie po to, aby zwiedzać bazę czy podziwiać najnowocześniejszą technologię, lecz w celu nadzorowania ostatniej fazy ściśle tajnej operacji, o której wiedziało zaledwie czterdziestu ludzi na całej kuli ziemskiej.

Projekt nosił kryptonim „Rubinowy śnieg”, co samo w sobie nie oznaczało niczego konkretnego, ale miało poetycki wydźwięk, który podobał się Gowdy’emu. Chodziło o samolot, sfinansowany przez Agencję Bezpieczeństwa Narodowego, którego użytkownikiem i dysponentem miały być Siły Powietrzne oraz członkowie Departamentu Obrony.

Gowdy napomniał się w duchu, że w tym przypadku użycie słowa „samolot” było nie na miejscu. Nighthawk” był hybrydowym pojazdem latającym, połączeniem samolotu oraz statku kosmicznego, najnowszym przedstawicielem długiego szeregu konstrukcji pochodzących od wahadłowców. Najbardziej zaawansowania machina latająca, która kiedykolwiek wzbiła się w przestworza, właśnie wracała na Ziemię po trzyletnim locie orbitalnym.

Potężny sztorm formujący się nad Pacyfikiem zmusił NSA do przyspieszenia wejścia w atmosferę o cały tydzień, ale poza tą drobnostką wszystko szło zgodnie z planem.

Gowdy obserwował procedurę powrotną w wysokiej rozdzielczości na ogromnych ekranach, tworzących przednią ścianę pomieszczenia. Na jednym z nich pojawiały się liczby i symbole, o których nie wiedział kompletnie nic ponad to, że wszystkie wyświetlały się na zielono.

Drugi ekran przedstawiał układ współrzędnych z naniesioną linią, opadającą ostro w dół od lewego górnego rogu, która mniej więcej pośrodku przechodziła do poziomu, a potem znów opadała ku prawej krawędzi. Na wykresie oznaczonym jako „Nighthawk - profil zniżania” była odwzorowana wysokość, prędkość i odległość samolotu. Jednak Gowdy skupiał uwagę na środkowym ekranie, na którym był wyświetlony satelitarny obraz obszaru Pacyfiku oraz zachodniego wybrzeża obu amerykańskich kontynentów.

Ikony reprezentujące Nighthawka oraz linia oznaczająca jego kurs wyróżniały się jaskrawymi kolorami. Ponieważ pojazd krążył po specyficznej orbicie okołobiegunowej, ścieżka powrotnego wejścia w atmosferę rozpoczynała się nad Antarktyką i biegła na ukos nad powierzchnią globu. Przechodziła nad Nową Zelandią, w odległości niecałych stu sześćdziesięciu kilometrów od jej wschodniego brzegu, następnie wiodła nad Wyspami Cooka i Tahiti. Omijała od południa Hawaje, a dalej jej przedłużenie prowadziło ku Vandenberg i pustynnym wyżynom Kalifornii. Do celu pozostawało jeszcze kilka tysięcy kilometrów, ale wobec prędkości lotu wynoszącej ponad osiem tysięcy kilometrów na godzinę przyziemienie miało nastąpić już za niecałe czterdzieści minut.

- Pojazd minął Max Q - rozbrzmiał echem anonimowy głos, dobiegający z systemu nagłaśniającego, potocznie nazywanego węzłem. - Osłona termiczna szczelna. Temperatura spada.

Max Q - ten termin Gowdy akurat znał. Był to punkt krytyczny, w którym naprężenia spowodowane czynnikami aerodynamicznymi w locie atmosferycznym osiągają maksymalną wartość, a najdrobniejsza wada lub uszkodzenie konstrukcji może doprowadzić do zniszczenia i utraty pojazdu.

Niepokój Gowdy’ego zelżał odrobinę po meldunku o minięciu Max Q. Nadal istniało wiele niebezpieczeństw, z których każde groziło katastrofą, ale największa przeszkoda została już pokonana.

Gowdy spojrzał na środkowy poziom przypominającego amfiteatr pomieszczenia, gdzie znajdowało się stanowisko kierownika lotu. Zajmował je pułkownik pilot Frank Hansen, weteran sił powietrznych o stalowym spojrzeniu, mający za sobą trzydzieści lat służby, były wytrawny pilot myśliwski i doświadczalny, który w swoim czasie przeżył jedną kraksę i dwukrotne katapultowanie, a obecnie dowodził 9. Eskadrą Operacji Kosmicznych.

Hansen odwrócił się, pochwycił jego spojrzenie i kiwnął głową. Na razie wszystko idzie jak z płatka.

Spośród wszystkich kontrolerów, specjalistów od systemów oraz ekspertów zgromadzonych w pomieszczeniu tylko on jeden, nie licząc Gowdy’ego, zdawał sobie sprawę z ogromu podjętego ryzyka i, jak słusznie przypuszczał Gowdy, jego także zżerały nerwy.

Hansen nacisnął włącznik interkomu. Z głośników popłynęły jego spokojne słowa:

- Meldować aktualny stan systemów.

Siedzący na najniższym poziomie pomieszczenia operatorzy przystąpili do działania. Każdy zajmował się jednym systemem: sterowaniem, telemetrią, napędem i tak dalej. Podobnie jak w przypadku widzów siedzących w kinie w pierwszym rzędzie, obserwowanie głównego ekranu z ich stanowisk groziłoby nadwerężeniem mięśni karku, jednak wszelkie niezbędne informacje były wyświetlane na ustawionych tuż przed nimi monitorach, dlatego nie odrywali od nich wzroku aż do chwili wykonania zadania.

Gowdy odchylił się na oparcie fotela i nie przestawał bębnić palcami, słuchając kolejnych meldunków płynących z węzła.

- Telemetria: sprawna.

- Elektryka: sprawna.

- Urządzenia sterownicze: sprawne.

I tak dalej, jeden po drugim męski lub żeński głos potwierdzał prawidłowe działanie systemów, aż wreszcie zgłosili się wszyscy operatorzy, z wyjątkiem jednego.

Nastąpiła irytująca przerwa w meldunkach. Hansen odczekał chwilę, po czym nacisnął przełącznik nadawania.

- Sterowanie, podaj aktualny stan.

Nie było odpowiedzi.

- Sterowanie?

Zapadła martwa cisza. Gowdy już nie bębnił palcami po pulpicie. Podczas żadnej z wielu symulacji nic takiego się nie zdarzyło, nie występowały nawet kilkusekundowe opóźnienia. Zerwał się z fotela i popatrzył w dół nad barierką na stanowisko operatora sterowania.

Młody, krótko ostrzyżony lotnik z szaleńczą prędkością przebierał placami po klawiaturze, przełączając kolejne ekrany.

- Sterowanie! - zawołał Hansen. - Melduj natychmiast!

- Sterowanie jest sprawne - odpowiedział wreszcie operator - ale występuje opóźnienie sygnału odpowiedzi.

NighthawkNighthawk był pojazdem bezpilotowym, sterowanym zdalnie z Vandenberg, dlatego system został skonfigurowany tak, aby przed wykonaniem manewru przesyłał zwrotnie każdą otrzymaną instrukcję do ośrodka kontroli lotu, podobnie jak pilot samolotu, który w celu weryfikacji powtarza polecenia kontroli ruchu powietrznego.

Gowdy klepnął swój przycisk interkomu  i połączył się bezpośrednio z Hansenem, z pominięciem węzła.

- Co jest grane? Co to ma znaczyć?

- Przyczyną opóźnienia sygnału odpowiedzi może być cokolwiek - odparł Hansen z wyćwiczonym spokojem w głosie. - Może to wskazywać na problemy w przetwarzaniu poleceń, jakiś błąd po naszej stronie, a nawet…

Nie dokończył, bo odezwał się operator telemetrii.

- Telemetria: alarm żółty. Okresowe zaniki sygnału.

Na ekranie z rzędami liczb dwa pola błyskały kolorem żółtym, a po chwili trzecie zaczęło migać na czerwono.

- Wykryto odchylenie kursowe - zameldował operator śledzenia. - Dwa stopnie na południe i rośnie… Pięć stopni na południe i rośnie…

Gowdy poczuł gwałtowny ucisk w gardle. Ponownie połączył się z Hansenem.

- Co się dzieje?!

Hansen był zbyt zajęty, by odpowiedzieć, więc Gowdy znów spojrzał na ekran. Linia przedstawiająca kurs Nighthawka uległa zakrzywieniu, a jej przedłużenie nie celowało już w Kalifornię, lecz w jakiś punkt w Ameryce Środkowej.

- Jedenaście stopni na południe i nadal rośnie - kontynuował operator śledzenia. - Redukcja prędkości, wstrzymanie zniżania. Lot poziomy, wysokość dwadzieścia osiem tysięcy metrów.

Gowdy nie wierzył własnym oczom. Zamiast zniżać się zgodnie z planem, NighthawkNighthawk wyrównał na dwudziestu ośmiu tysiącach i w efekcie wytracił prędkość. W tej fazie lotu statek zachowywał się jak szybowiec, dlatego konieczne było utrzymywanie właściwego profilu zniżania. W przeciwnym razie, na skutek utraty prędkości, nie zdoła dolecieć do Kalifornii.

Gowdy poczuł drżenie nóg. Jedną ręką chwycił się barierki, a drugą wsadził do kieszeni, przebierając palcami w poszukiwaniu klucza.

- Ponowić komendy kierunkowe - rzucił krótko Hansen.

- Brak reakcji - odpowiedział operator.

- Zrestartować program sterujący.

- Restart w toku… Oczekiwanie na uruchomienie.

Gowdy zszedł po schodach na poziom Hansena i stanął przy swoim stanowisku. Pocił się jak mysz, drżały mu ręce, a palce zacisnęły się na kluczu, którego miał nadzieję nigdy nie użyć.

Dlaczego nagle wszystko się popsuło? Dziesięć lat badań naukowych i trzy lata w kosmosie. To niemożliwe, żeby całe przedsięwzięcie na samym końcu wzięło w łeb.

- Dwadzieścia jeden stopni na południe - powiedział operator sterowania. - Wysokość dwadzieścia osiem tysięcy, prędkość zmalała do sześciu i pół tysiąca.

- Co się dzieje?! - Gowdy wrzasnął do Hansena, nie bawiąc się w interkomy i zachowywanie pozorów spokoju.

- Utraciliśmy kontrolę.

- To widzę - warknął Gowdy. - Dlaczego?

- Przyczyna nieznana - odparł Hansen. - Wykonuje prawy zwrot o stałym promieniu. Być może uszkodzeniu uległo skrzydło lub statecznik pionowy. To jednak nie tłumaczy problemów z telemetrią i opóźnienia sygnału odpowiedzi.

Gowdy obracał w palcach klucz trzymany w kieszeni. To on odpowiadał za przerwanie operacji w przypadku zagrożenia, to było jego zadanie. Jeśli zrobi to zbyt wcześnie, przed wyczerpaniem wszelkich możliwości, popełni błąd, jeśli się jednak spóźni… może dojść do niewyobrażalnej katastrofy.

Zrobił krok w przód. Już nie zważał na to, że narusza przestrzeń osobistą Hansena.

- Ustaw to piekielne ustrojstwo z powrotem na kursie.

Hansen naparł na niego, niemal popychając go na fotel. Panowie od początku szczerze się nie znosili. Hansen uważał, że ktoś nie znający się na fizyce i astronautyce w ogóle nie powinien uczestniczyć w programie. Z kolei Gowdy zarzucał pułkownikowi arogancję i ciągłe podważanie swojego autorytetu. Góra zmusiła ich do współpracy, więc jakoś to ciągnęli, aż do teraz.

- Otrzymujemy niepełne dane z transpondera - zameldował operator telemetrii. - Tracimy sygnał.

- Zrestartować transponder - rozkazał Hansen. - Jeśli padnie transponder, nie będziemy znali pozycji Nighthawka. Jest poza zasięgiem radaru pierwotnego.

Gowdy siedział bez ruchu. Czuł dziwne odrętwienie w całym ciele i jak w transie przysłuchiwał się nerwowej wymianie zdań. Zasięg radaru nie miał żadnego znaczenia. NighthawkNighthawk został skonstruowany zgodnie z najbardziej zaawansowaną technologią stealth. W odróżnieniu od innych statków kosmicznych był całkiem czarny, a więc niewidoczny dla teleskopów, ponadto jego powłokę wykonano z najnowocześniejszego materiału, całkowicie pochłaniającego fale radiowe w paśmie wykorzystywanym przez radary.

Podniósł wzrok. Pojazd zmierzał teraz ku wybrzeżu Ameryki Południowej z prędkością pięciu i pół tysiąca kilometrów na godzinę. Zataczał coraz łagodniejszy łuk, prędkość nadal spadała. Półprzezroczyste, pomarańczowe koło na mapie, oznaczające przewidywany obszar przyziemienia, z każdą sekundą miało coraz mniejszą średnicę, wciąż przesuwało się na południe i znajdowało się już poza terytorium Stanów Zjednoczonych.

Wobec takiego rozwoju sytuacji Gowdy musiał zrobić to, co do niego należało. Dalsza zwłoka byłaby bezcelowa.

Wyciągnął z kieszeni czerwony klucz i włożył go do otworu w pulpicie. Po jego obróceniu cześć pulpitu tuż nad nim otworzyła się i spod spodu wysunął się niewielki panel, który wypełnił powstałe puste miejsce. Panel był oznaczony schodzącymi się pod kątem czarno-żółtymi liniami. Z jego środka sterczał czerwony przycisk, zabezpieczony od góry metalowymi sztabkami przed przypadkowym naciśnięciem.

Gowdy popatrzył na ekran. Otrzymywali teraz nieprawidłowe dane dotyczące pozycji Nighthawka, tak jakby znajdował się jednocześnie w kilku miejscach. Echa błyskały tu i tam, ale generalnie pojazd zachowywał kurs południowy, zmierzając ku wyspom Galapagos i leżącemu za nimi wybrzeżu Ekwadoru.

- Restart systemu sterowania zakończony - zameldował operator.

- I co?! - spytał nerwowo Hansen.

- Brak reakcji.

- Wystarczy - szepnął Gowdy. Przekręcił klucz w prawo. Czerwony przycisk się zaświecił.

- System autodestrukcji uzbrojony - rozległ się syntetyczny, komputerowy głos.

Gowdy puścił klucz i sięgnął do przycisku.

Silna dłoń zacisnęła mu się na nadgarstku, powstrzymując jego ruch.

Obok niego stał Hansen.

- Oszalałeś?! - warknął pułkownik.

- Zszedł z kursu - odparł Gowdy. - Nie możemy dopuścić, by spadł na zaludniony obszar. Zbyt wielkie ryzyko, że wydarzy się najgorsze.

Hansen nie puszczał ręki Gowdy’ego.

- Najgorsze już się wydarzyło, w momencie, w którym sprowadziliśmy Nighthawka wraz z jego ładunkiem z powrotem w atmosferę. Zniszczenie go w tej chwili będzie miało katastrofalne skutki.

Oszołomiony Gowdy zamrugał oczami. Czuł zamęt w głowie. Rzeczywiście niczego nie rozumiał. Nie bez powodu Hansen od samego początku wytykał mu brak jakiegokolwiek przygotowania naukowego.

Nagle NighthawkNighthawk zniknął z ekranu, podobnie jak linia na wykresie profilu zniżania. Wszystkie liczby, wyświetlające się na ekranie po lewej, zastygły i zaczęły migać na czerwono.

- Brak danych telemetrycznych - zameldował inny operator obojętnym głosem. - Utrata kontaktu z Nighthawkiem.

Szmer przeszedł po pomieszczeniu. Zabrzmiało to jak strach. Gowdy gapił się w ekran z nadzieją, że linia oznaczająca kurs pojawi się na nowo. Nie odezwał się ani słowem aż do chwili, gdy ostatnia z wielu prób przywrócenia łączności z Nighthawkiem zakończyła się porażką.

Nagle na ekranie pojawiła się nowa liczba, a jej wartość zaczęła szybko maleć.

- Co to? - spytał Gowdy.

- Czas do zetknięcia się z ziemią - powiedział Hansen z ponurą szczerością. - Maksymalny czas utrzymywania się w powietrzu do osiągnięcia wysokości zero.

Licznik bił nieubłaganie, z minut zrobiły się sekundy, aż wreszcie zastygł na wartości 0.00.00.

- Co teraz? - W głosie Gowdy’ego słychać było bezradność.

- Dajcie mi bezpośredni obraz satelitarny - rozkazał Hansen. - Szeroki kąt, południowy Pacyfik i zachodni brzeg Ameryki Południowej.

Operatorzy bez pytania zastosowali się do rozkazu. Na ekranie, jeden po drugim, pojawiały się obrazy z satelitów. Gowdy zapatrzył się na przepełnioną spokojem scenerię. Chmury unosiły się nad Pacyfikiem. Zachodnie wybrzeże Ameryki Południowej ostro odcinało się od błękitnych wód oceanu. Tropikalny niż nad obszarem Pacyfiku wirował majestatycznie, jak kręcąca się w zwolnionym tempie karuzela.

Panował całkowity spokój.

- Czego szukasz? - spytał Gowdy.

Groźny pułkownik lotnictwa zwrócił twarz w stronę gryzipiórka z NSA, którego obecność musiał znosić od tak dawna, po czym zaczerpnął głęboko powietrza i wypuścił je z płuc. Wyglądało to raczej na westchnienie ulgi niż objaw zdenerwowania.

- W razie braku łączności z ziemią NighthawkNighthawk przechodzi w autonomiczny tryb sterowania. Po określeniu aktualnej pozycji i skalkulowaniu, że dotarcie do Vandenberg jest niemożliwe, statek uruchamia awaryjne procedury zniżania, zwalnia do odpowiedniej prędkości, a następnie bezpiecznie ląduje… na spadochronie.

- Skąd ta pewność, że już nie uległ zniszczeniu? - zaatakował Gowdy, próbując ratować swój nadszarpnięty autorytet. - Skąd wiesz, że system automatycznego lądowania nie zawiódł tak samo jak cała reszta?

- Bo wciąż jeszcze żyjemy - odparł Hansen.

Trwało to chwilę, ale wreszcie do Gowdy’ego zaczęła docierać powaga sytuacji. Spojrzał jeszcze raz na bezpośredni obraz satelitarny, na którym nie widać było niczego niepokojącego.

- Ile mamy czasu?

Hansen wykonał szybkie obliczenie w pamięci.

- Siedem dni - oznajmił. - Mniej, jeśli doszło do uszkodzenia ogniw paliwowych, paneli słonecznych lub akumulatorów.

Gowdy popatrzył na rozciągający się na ekranie rozległy przestwór południowego Pacyfiku. Siedem dni na przetrząśnięcie tego obszaru to jak szukanie igły w stogu siana na czas. Siedem dni na znalezienie i rozbrojenie tykającej bomby, która może ruszyć z posad bryłę świata.

Aktualności
2018-10-31

Upoluj bestseller

Łapcie okazję!

Teraz wszystkie nasze książki kupicie z rabatem -35%*.

Promocja trwa do 06.11!

 

* Promocja dotyczy książek kupionych w księgarni Ravelo

czytaj więcej
2018-10-23

Na targach we Frankfurcie...

Małgorzata Cebo-Foniok i Zbigniew Foniok  z Sebastianem Fitzkiem na targach we Frankfurcie.

Sceneria nawiązuje do najnowszej powieści mistrza.

czytaj więcej
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej

Inne książki autora

Snajper Projekt „Nighthawk”

Snajper CUSSLER CLIVE

44.80 PLN 29.97 PLN
Klątwa Salomona

Klątwa Salomona CUSSLER CLIVE

44.80 PLN 29.97 PLN
Burza nad Hawaną

Burza nad Hawaną CUSSLER CLIVE CUSSLER DIRK

39.80 PLN 26.63 PLN
Złoto cara

Złoto cara CUSSLER CLIVE CUSSLER DIRK

44.80 PLN 27.73 PLN
Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

44.80 PLN 29.97 PLN
Wir Pacyfiku

Wir Pacyfiku CUSSLER CLIVE

39.80 PLN 26.63 PLN
Pirania

Pirania CUSSLER CLIVE

42.80 PLN 28.63 PLN
Afera śródziemnomorska

Afera śródziemnomorska CUSSLER CLIVE

37.80 PLN 25.29 PLN
Przemytnik

Przemytnik CUSSLER CLIVE

44.80 PLN 29.97 PLN
Oko Niebios

Oko Niebios CUSSLER CLIVE

42.80 PLN 28.63 PLN
Sabotaż

Sabotaż CUSSLER CLIVE

42.80 PLN 27.80 PLN
Złodziej

Złodziej CUSSLER CLIVE

42.80 PLN 28.63 PLN
Piąty kodeks Majów

Piąty kodeks Majów CUSSLER CLIVE

42.80 PLN 28.63 PLN
Statek widmo

Statek widmo CUSSLER CLIVE

39.80 PLN 26.65 PLN
Punkt zero

Punkt zero BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

44.80 PLN 29.12 PLN
Wyścig

Wyścig CUSSLER CLIVE SCOTT JUSTIN

44.80 PLN 29.12 PLN
Miraż

Miraż CUSSLER CLIVE DU BRUL JACK

44.80 PLN 29.97 PLN
Lodowa pułapka

Lodowa pułapka CUSSLER CLIVE

39.80 PLN 25.85 PLN