Zielona Burza, część 1

Zielona Burza, część 1

Tytuł oryginału: A Darkling Plain
Tłumaczenie: Katarzyna Przybyś-Preiskom
Ilość stron: 304
Rodzaj: miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2019-12-06
EAN: 9788324171149
Fantastyka

Pierwsza część czwartego tom Zabójczych maszyn, światowego bestsellera zekranizowanego przez twórców HobbitaWładcy Pierścieni

Wyniszczający konflikt między ruchomymi miastami a fanatycznymi wojskami Zielonej Burzy dobiega końca, dzięki wysiłkom pokojowo nastawionych stronnictw.

Wren wraz z ojcem mogą więc bezpiecznie wędrować podniebnymi szlakami, starając się zapomnieć o zdradzie Hester. W ruinach Londynu odkrywają coś niezwykłego, co zmieni oblicze świata.

Nie wiedzą jednak, że w pobliskich górach ukrywa się ktoś, kto również pragnie odmienić świat – ale w zupełnie inny sposób, niż jowialni londyńczycy!

PHILIP REEVE, wybitny brytyjski autor kilkunastu książek dla dzieci i młodzieży i ilustrator. Światową sławę zyskał powieścią Zabójcze maszyny. Książka została przetłumaczona na 30 języków i obsypana nagrodami. Zdobyła m.in. Złoty Medal prestiżowej nagrody Nestlé Smarties Book Prize.

Rozdział 1

SUPERKOMARY NAD ZAGWĄ

Theo wspinał się od samego rana po górskich drogach i wąskich ścieżkach. Potem, gdy znalazł się daleko od miasta, po śladach wydeptanych przez owce i wreszcie po nagich, ruchomych piargach. W końcu dotarł do skalnej stromizny i wędrował dalej, starając się trzymać rozpadlin i wąwozów, gdzie wciąż zalegał błękitny cień. Gdy dotarł na sam wierzchołek, słońce stało już wysoko na niebie. Zatrzymał się na chwilę, by złapać oddech i napić się wody. Szczyty górskie wokół niego drgały w ciepłym powietrzu unoszącym się nad rozpalonymi skałami.

Powoli, ostrożnie wspiął się na wąską skalną ostrogę odchodzącą od szczytu. Po obu stronach otwierała się przepaść; urwiska opadały na tysiąc metrów w dół, ku gruzowisku kamieni. Niżej zieleniły się drzewa; tu i ówdzie błyskała biała piana górskich potoków. Strącony stopą kamień spadał w ciszy niemal bez końca. Nad głową miał czyste niebo i nic poza tym. Wyprostował się, wziął głęboki oddech, podbiegł kilka kroków do skraju przepaści i skoczył.

Koziołkował w powietrzu, a widok nieba i gór, wirujących jak w kalejdoskopie, przyprawił go o zawrót głowy. Echo jego pierwszego krzyku ucichło i teraz słyszał tylko przyśpieszone bicie własnego serca i świst powietrza w uszach. Wciąż koziołkując na wietrze, wydostał się z cienia rzucanego przez rozpadlinę i znalazł się w pełnym słońcu. W ułamku sekundy dostrzegł daleko w dole swój dom – statyczne miasto Zagwę. Z tej wysokości miedziane kopuły i malowane domy wyglądały jak zabawki, a startujące i lądujące sterowce przypominały płatki kwiatów niesione wiatrem; rzeka wiła się w głębokim wąwozie, błyszcząc jak srebrna nitka.

Przyglądał się temu wszystkiemu z upodobaniem, aż widok zasłoniło mu skaliste zbocze. Był taki czas, gdy myślał, że już nigdy nie wróci do Zagwy. W obozie rekruckim Zielonej Burzy wbijano mu do głowy, że miłość do własnego domu i rodziny to luksus; lepiej o nim zapomnieć, jeśli zamierza odegrać rolę w wojnie, dzięki której świat zazieleni się na nowo. Później, gdy go schwytano i sprzedano do niewoli w pływającym mieście Brighton, śnił o domu całymi nocami, ale obawiał się, że rodzina go odepchnie. Rodzice byli antymobilistami starej daty. Myślał, że jego ucieczka w szeregi Burzy sprawi, że się go wyrzekną na zawsze. A jednak wrócił i znów znalazł się wśród rodzinnych, afrykańskich gór. Teraz snem wydawał mu się krótki pobyt na północy.

Wszystko to dzięki Wren, pomyślał, spadając. Wren… ta dziwna, odważna, zabawna dziewczyna, którą spotkał w Brighton. Też dostała się do niewoli. „Wracaj do rodziców”, powiedziała, gdy udało im się uciec. „Oni wciąż cię kochają. Będą szczęśliwi, gdy wrócisz. Ja to wiem”. Miała rację.

Zaskoczony ptak śmignął z lewej strony, przypominając mu, że skały w dole są twarde i nieprzyjazne, a on spada ku nim, i to z wielką szybkością. Otworzył wielki latawiec, który miał przypięty na plecach, i wydał okrzyk triumfu, gdy uprząż szarpnęła, skrzydła uniosły go ku górze i jego szaleńczy skok w dół zmienił się w pełne wdzięku szybowanie w przestworzach. Ryk wiatru w uszach ucichł, zastąpiony łagodniejszą muzyką: szeptem szerokich płacht z silikojedwabiu, skrzypieniem szkieletu i bambusowych rozpórek.

W dzieciństwie często przychodził tu z latawcem, by sprawdzić, czy starczy mu odwagi, żeby powierzyć się wiatrom i prądom termicznym. Wielu młodych Zagwańczyków tak robiło. Od chwili, gdy sześć miesięcy temu powrócił z północy, nie raz z zazdrością patrzył na kolorowe skrzydła unoszące się na tle gór, ale nie odważył się na lot. Ucieczka z domu bardzo go zmieniła. Czuł się starszy od swoich rówieśników, ale wolał ich unikać. Wstydził się tego, co mu się przydarzyło: był pilotem załogowej bomby-wirówki, potem jeńcem i wreszcie niewolnikiem. Ale tego ranka wszyscy jeźdźcy chmur zostali w Cytadeli, by przysłuchiwać się rozmowom z cudzoziemcami. Theo wiedział, że tego dnia będzie miał całe niebo dla siebie, więc już w chwili przebudzenia zatęsknił znowu za lataniem.

Spłynął niżej, niesiony powietrznym prądem jak jastrząb, i obserwował swój cień, wędrujący po nasłonecznionych blankach górskich zboczy. Prawdziwe jastrzębie, wiszące niżej, w szklistym powietrzu, odlatywały w bok, krzycząc przenikliwie ze zdziwienia i zaskoczenia, gdy przepływał nad nimi – szczupły czarny chłopak pod błękitnym skrzydłem – intruz w ich żywiole.

Wykręcił pętlę i pożałował, że Wren tego nie widzi. Ale Wren była teraz daleko. Przemierzała podniebne szlaki w sterowcu należącym do swojego ojca. Po ucieczce z Siódmego Nieba, napowietrznego pałacu burmistrza Brighton, gdy dotarli do mobilnego miasta Kom Ombo, Wren pomogła Theo zaokrętować się na frachtowiec, który zmierzał na południe. Gdy sterowiec przygotowywał się do odlotu, żegnali się na pomoście. Pocałował ją wtedy. I choć całował już inne dziewczęta, niektóre o wiele ładniejsze od niej, pocałunek Wren został razem z nim. Przypominał mu się w różnych niespodziewanych momentach, tak jak teraz. Gdy ją całował, opuściła ją cała wesołość i kąśliwa ironia. Stała, dygocąc, poważna i tak milcząca, jakby wsłuchiwała się z napięciem w coś poza zasięgiem jego uszu. Przez chwilę chciał powiedzieć jej, że ją kocha, i poprosić, by mu towarzyszyła, albo zaproponować, że z nią zostanie. Tylko że ona wtedy bardzo niepokoiła się o ojca, który miał jakiś atak, i była wściekła na matkę, która została w Siódmym Niebie, a potem ruszyła na pustynię. Miałby poczucie, że ją wykorzystuje. Zapamiętał ją, jak patrzy na sterowiec, który uniósł się w niebo, i macha ręką na pożegnanie, coraz mniejsza i mniejsza… aż wreszcie zniknęła.

Sześć miesięcy temu! To już pół roku… Najwyższy czas przestać o niej myśleć.

Przez chwilę nie myślał więc o niczym, tylko szybował i śmigał na falach powietrza, kierując się na zachód, aż między nim a Zagwą wyrosła góra. Zielona góra, nad którą powiewały poszarpane sztandary i chorągwie mgły, która unosiła się nad baldachimem chmurnego lasu.

Pół roku. Ależ świat się zmienił przez ten czas. To były nagłe, gwałtowne zmiany, jak ruch płyt tektonicznych. Napięcie, które narastało przez długie lata wojny z Zieloną Burzą nagle się rozmyło. Przede wszystkim zniknęła Łowczyni Fang. W Nefrytowej Pagodzie zasiadł nowy władca – generał Naga, znany jako twardogłowy przywódca. Jego pierwszym ruchem było odwrócenie ofensywy Traktionstadtsgesellschaft, związku mobilnych gigantów na Rdzawych Bagnach, i rozgromienie słowiańskich miast, które od lat atakowały północne granice Burzy. Ale potem, ku zdumieniu całego świta, odwołał napowietrzne armie i zawarł pokój z mobilnymi miastami. Po pewnym czasie rozeszły się pogłoski, że Zielona Burza wypuszcza więźniów politycznych i łagodzi drakońskie prawa. Mówiono nawet, że Naga planuje rozwiązać Burzę i ponownie powołać do życia dawną Ligę Antymobilistów. W końcu wysłał delegację na rozmowy z Królową i Radą Zagwy. Na jej czele stanęła żona generała, lady Naga.

Właśnie dlatego Theo poczuł, że musi wstać o świcie, wziąć swój stary latawiec i pójść w góry, wysoko ponad miasto. Rozmowy właśnie się zaczynały, i jego ojciec wraz z matką i siostrami poszli do Cytadeli, żeby popatrzeć na cudzoziemców. Wszyscy byli podekscytowani i pełni nadziei. Zagwa wystąpiła z Ligi Antymobilistów, kiedy do władzy doszła Zielona Burza. Powodem była doktryna wojny totalnej i armie trupów przywróconych do życia. Ale teraz (jak słyszał ojciec Theo) generał Naga zaproponował zawarcie formalnego pokoju z barbarzyńskimi miastami i powiadano nawet, że zamierza zdemontować Łowców. Gdyby tak postąpił, Zagwa i inne afrykańskie miasta mogłyby znowu przyłączyć się do Ligi i stanąć w obronie zielonego świata. Ojciec Theo bardzo chciał, żeby jego żona i dzieci byli świadkami tej historycznej chwili, a przede wszystkim chciał zobaczyć lady Nagę, która podobno była bardzo młoda i piękna.

Ale Theo dowiedział się już o Zielonej Burzy więcej, niżby chciał, i nie ufał zapewnieniom Nagi i jego wysłanników. W związku z tym, gdy cała Zagwa tłoczyła się w ogrodach Cytadeli, on szybował i nurkował w złocistym powietrzu i myślał o Wren.


Nagle dostrzegł jakiś ruch w dole, gdzie nic oprócz ptaków nie powinno się poruszać. To coś było większe od ptaka. Z białych mgieł nad chmurnym lasem wystartowały dwa malutkie statki powietrzne. Ich komory pomalowano na żółto i czarno, jak odwłoki os. Theo natychmiast rozpoznał miniaturowe gondole i zgrabne silniki. Nie na darmo podczas szkolenia w Zielonej Burzy uczył się na pamięć wglądu nieprzyjacielskich jednostek. To były superkomary „Cosgrove”, używane przez miasta z Traktionstadtsgesellschaft jako bojowe bombowce.

Tylko co tu robiły? Do tej pory miasta nigdy nie wysyłały swoich jednostek do Afryki, a już na pewno nie tak daleko na południe, do Zagwy.

Nagle zrozumiał. Są tu z powodu tych rozmów. Rakiety, które lśniły w wyrzutniach jak długie noże, za chwilę polecą w stronę Cytadeli, gdzie jest żona Nagi. A z nią królowa. I rodzina Theo.

Trzeba je zatrzymać.

To dziwne, że ogarnął go taki spokój. Kilka chwil temu też był spokojny. Cieszył się słońcem i czystym powietrzem. Teraz czekała go pewna śmierć, a jednak wszystko wydawało się takie normalne, jakby śmierć była częścią tego poranka, na równi z wiatrem i słońcem. Przechylił latawiec i zaczął opadać w stronę drugiego superkomara. Piloci jeszcze go nie zauważyli. Te sterowce były dwuosobowe; pewnie nikt na pokładzie nie spodziewał się ataku. Po chwili znalazł się tak blisko sterowca, że widział farbę złuszczającą się z osłon silników. Na sterach wytrawiono symbol Traktionstadtsgesellschaft: pięść w zbrojnej rękawicy, na tle koła. Theo był pod wrażeniem odwagi pilotów, którzy dotarli tak daleko na terytorium antymobilistów na sterowcach, które można było tak łatwo zidentyfikować.

Szarpnął latawiec do tyłu i zawisł nieruchomo w powietrzu. Nauczył się tej sztuczki w dzieciństwie, latając z kolegami w prądach powietrznych nad jeziorem Liemba. Tym razem nie chodziło jednak o nurkowanie do wody, ale o skok na twardą, obłą obudowę sterowca. Wdawało mu się, że wylądował z okropnym hałasem, ale wytłumaczył sobie w duchu, że piloci w gondoli niczego nie słyszeli, bo ryk potężnych silników na pewno zagłuszył jego skok. Wyswobodził się z uprzęży latawca. Próbował go wcisnąć między linki na powierzchni komory powietrznej, ale wiatr pochwycił go z taką siłą, że puścił tkaninę, bo porwałaby go ze sobą. Przywarł do linek i patrzył bezradnie, jak znika po zawietrznej.

Właśnie stracił jedyną szansę ucieczki, ale zanim zdążył się tym przejąć, tuż obok otworzył się luk, wyjrzała z niego głowa w skórzanym hełmie i spojrzała prosto na niego przez przyciemnione lotnicze gogle. Ktoś jednak go usłyszał. Rzucił się do luku i razem z pilotem spadli w dół z niskich schodków, lądując ciężko na metalowym pomoście między dwiema komorami powietrznymi statku. Theo wstał, ale pilot nawet nie drgnął. Widocznie stracił przytomność. To była kobieta, sądząc z wyglądu Tajka albo Laotanka. Theo nie miał pojęcia, że Azjaci walczą teraz po stronie mobilnych miast. A jednak jedna z nich znalazła się tu, odziana w mundur, na pokładzie sterowca lecącego ku Zagwie z wyrzutniami pełnymi rakiet.

To było co najmniej dziwne, ale nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać. Zakneblował ją jej chustką, a potem odciął kawałek linki od sieci oplatającej komory i przywiązał kobietę za ręce do poręczy. Oprzytomniała, gdy zaciskał ostatnie węzły, i zaczęła się szarpać, rzucając mu gniewne spojrzenia zza popękanych gogli.

Zostawił ją tam i pośpiesznie ruszył do drabinki. Znalazł się w cieniu między komorami. Ryk silników rozdzierał mu uszy, zagłuszając stłumione przekleństwa dobiegające z góry. Gdy wsunął się do gondoli, oślepił go blask słońca, wpadający przez okna. Zamrugał. Drugi pilot stał przy pulpicie sterowniczym, tyłem do niego.

– Co to było? – zapytał w lotniczym esperanto.

W lotniczym esperanto? Fakt, to był język powszechnie używany przez pilotów, ale Theo myślał, że językiem Traktionstadtsgesellschaft był wyłącznie niemiecki.

– Jakiś ptak? – spytał tamten, manipulując przy pulpicie. Też był Azjatą. Theo pchnął go na przegrodę i zagroził nożem.

W dole, zza górskiego zbocza wychynęło już miasto. Załoga drugiego komara, nie mając pojęcia, co się dzieje z tyłu, na siostrzanym sterowcu, przestawiła stery i zaczęła lot nurkowy ku Cytadeli.

Theo zmusił pilota, by usiadł w fotelu i wymacał przełącznik radia. Był taki sam jak w jego bombie-wirówce, kiedy walczył w szeregach Burzy. Krzyknął do mikrofonu:

– Zagwa! Zagwa! Jesteś pod ostrzałem! Dwa sterowce! Jestem w drugim! – Pośpiesznie dodał ostatnie zdanie, gdy wokół niego zaczęły rozkwitać wybuchy działek przeciwlotniczych, a od opancerzonej gondoli odbił się granat, roztrzaskując szybę w oknie.

Pilot wybrał ten moment, by rzucić się na niego. Zerwał się z fotela i głową uderzył go w żebra. Theo puścił mikrofon, a pilot złapał go za drugą rękę, w której trzymał nóż. Siłowali się, walcząc o broń, ale po chwili wszędzie było pełno krwi. Ze zdziwieniem zorientował się, że to jego krew. Pilot dźgnął go znowu. Theo krzyknął z bólu i zaskoczenia, próbując odepchnąć ostrze. Wpatrzony w napiętą, gniewną twarz przeciwnika nawet nie zauważył, że pierwszy sterowiec zniknął w smudze żółtego płomienia. Fala uderzeniowa zaskoczyła ich obu i wybiła wszystkie okna gondoli. Po pancerzu załomotały odłamki. Śmigło przecięło gondolę jak ostrze kosy. Pilot wypadł przez olbrzymią dziurę w miejscu, gdzie była boczna ściana. Theo na zawsze zapamiętał niebotyczne zdumienie w jego szeroko otwartych oczach.

Zatoczył się w stronę radia i złapał dyndający na kablu mikrofon. Nie wiedział, czy jeszcze działa, ale i tak wykrzykiwał do niego, aż wyczerpanie, przerażenie i utrata krwi wzięły górę. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał, zanim osunął się na pokład, były głosy powtarzające, że pomoc jest już w drodze. Z Cytadeli wzniosły się w niebo dwie bliźniacze smugi dymu. Nad nimi, błękitne jak ważki, wznosiły się w złociste niebo sterowce Floty Powietrznej Zagwy.