W ramionach miłości

W ramionach miłości

Tytuł oryginału: Angel in a Devil’s Arms
Tłumaczenie: Ewa Ratajczyk
Ilość stron: 304
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 135x205
Data wydania: 2020-11-30
EAN: 9788324172016
Romans historyczny
Bestseller

Drugi tom bestsellerowej romantycznej serii „Wielki Pałac nad Tamizą"

Ona ma za sobą zbyt wiele bolesnych przeżyć i stara się zbudować życie na nowo.
On doznał zbyt wiele zła i szuka zemsty.

Wielki Pałac nad Tamizą to pensjonat stworzony przez dwie damy, które połączyła miłość, zdrada i śmierć jednego mężczyzny. Teraz oczekują nowego gościa. Nie mogą uwierzyć, gdy wreszcie się zjawia.

To cieszący się złą sławą nieślubny syn księcia Brexford, Lucien Durand, lord Bolt, który - jak sądzono - dziesięć lat temu utonął w Tamizie. Lord zawsze dostaje to, czego chce. A chce zemsty i namiętnej nocy z Angelique Breedlove.

Angelique skrzętnie skrywa swoje uczucia, by uchronić serce przed zranieniem. Serce, które niebezpieczny i tajemniczy lord przyprawia o szybsze bicie.

Czy zaufanie i miłość zwyciężą, a Wielki Pałac nad Tamizą i tym razem stanie się miejscem szczęścia, które wyleczy wszelkie rany?

JULIE ANNE LONG to jedna z najbardziej lubianych amerykańskich autorek romansów z epoki regencji, z wartką akcją i uroczymi bohaterami. Jej pełne polotu i namiętności, tłumaczone na 14 języków powieści zdobywają nagrody, w tym najwyższą: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara). Są wśród najlepszych romansów historycznych wybranych przez czytelniczki Amazonu i bestsellerów Top 5 „New York Timesa”.

1

Angelique Breedlove wpatrywała się w niewielki żeton w dłoni mężczyzny, przypominający pół-jednorożca, pół-lwa. Ogień w kominku przyćmiewał blask sygnetu połyskującego na jednym z długich palców gościa.

Takich, z jakich słyną poeci i muzycy.

I świetni kochankowie.

I zapewne także dusiciele i złodzieje.

Na miłość boską. Palce to tylko palce. Po prostu łatwiej było patrzeć na żeton niż w twarz temu mężczyźnie. Nadal kręciło jej się w głowie po tym, jak spojrzała na nią pierwszy raz – trzydzieści sekund temu.

– Nie wiem, kto to, pani Breedlove, ale chyba nigdy nie zapomnę, że go zobaczyłam. – Tak opisała tego mężczyznę ich służąca Dot, która parę minut wcześniej wpuściła go do Wielkiego Pałacu nad Tamizą.

Angelique i Delilah potencjalnych gości podejmowały na ogół w saloniku przy wejściu, ale w bawialni po drugiej stronie holu trwało przyjęcie weselne trzech par, i wszyscy byli na tyle pijani, żeby popisy gry na pianinie i śpiewu uznać za dobry pomysł. Odwróciła głowę i jej oczom ukazał się widok przepastnej ciemności szeroko rozwartych ust pana Delacorte’a, z których wydobywał się zaskakująco przyzwoity, acz głośny, baryton. Subtelności brakowało wszystkiemu, co robił.

Miała za to pewność, że stojący przed nią mężczyzna jest jedną wielką subtelnością.

Czarno-biała marmurowa podłoga w holu, dzieląca ją od przyjęcia w bawialni, wydała jej się nagle oceanem.

Odkaszlnęła.

– Przyznaję, że żeton wykazuje bliskie podobieństwo do połowy tego, który pani Hardy i ja posiadamy u siebie, w Wielkim Pałacu nad Tamizą, sir. Oczywiście, biorę pod uwagę możliwość, że zamordował pan naszego tajemniczego gościa i ukradł połowę jego żetonu, a następnie udał się prosto do Wielkiego Pałacu, żeby zająć nasz najlepszy pokój.

Cóż. Zabrzmiało to nieco bardziej uszczypliwie, niż zamierzała. Jej oszołomione zmysły najwyraźniej próbowały się bronić.

– Czy wyglądam, jakbym był zdolny do czegoś podobnego?

Zabrzmiało to tak, jakby naprawdę chciał się tego dowiedzieć.

Angelique podniosła wzrok, a jego spojrzenie wydało jej się dziwnie poważne. Oczy miał krystalicznie zielone, jak omszały agat albo mgła nad wrzosowiskiem. Jego spojrzenie było równie trudne do zniesienia jak trzymanie rozpalonego węgla. Zdawało się zdecydowanie zbyt… ożywione… i skomplikowane. Wzrokiem celował w jej kości policzkowe, które przywodziły na myśl parę tarcz bitewnych ułożonych po przeciwnych stronach. Jego wargi tworzyły długą, zmysłową krzywiznę. Nie była to twarz o klasycznej urodzie. Wydawała się lepsza, a może gorsza: fascynująca.

Oderwała myśli od tej konstatacji tak, jak wyrwałaby spódnicę z płomieni.

– Raczej tak – odparła zwięźle. – Ale przypuszczam, że chyba każdy byłby do tego zdolny, w odpowiednich okolicznościach – dodała. – Ludzie są zdolni do wielu rzeczy.

– Zaczyna mnie pani interesować, pani…

Przechyliła głowę z politowaniem.

– Zaczynam?

Czyżby flirtowała? Z pewnością nie. Prędzej weszłaby pod rozpędzoną dwukółkę. Konsekwencje dla jej życia byłyby identyczne, przynajmniej w przenośni.

Ale nagle poczuła, że jego uwaga nabrała innego charakteru. Jakby ktoś zapalił świeczkę w zupełnie ciemnym pokoju.

Gdy zaczął się uśmiechać, skierowała wzrok w bezpieczniejsze miejsce, jakim okazały się kwiaty w wazonie na kominku, zwisające, jakby podano im laudanum. Poczuła przyjemną irytację na Dot, której zadaniem było dbać o to, żeby zawsze były świeże.

Gdzie, u licha, jest Dot?

A, już ją słyszała, wraz ze zbliżającym się pobrzękiwaniem czajniczka i filiżanek na tacy. Dla Dot była to za każdym razem niebezpieczna wyprawa. Grawitacja nie należała do jej sprzymierzeńców.

W końcu stanęła w drzwiach.

I rozpoczęła powolną, uważną podróż, żeby postawić tacę na stoliku między kanapami.

Mężczyzna przyglądał się temu zafascynowany.

– Wydaje mi się, że nie wspomniał pan swojego nazwiska, panie…

– Lordzie, obawiam się.

– Och, oczywiście. Któż inny, jak nie lord, wpadłby na wymyślny sposób porozumiewania się przy pomocy żetonów.

– Nieodzowny – poprawił stanowczo tym samym wyniosłym tonem, co mały mężczyzna, który zjawił się z połową żetonu pewnego wieczoru przed paroma tygodniami i zapłacił im trzy gwinee za zatrzymanie pokoju dla tajemniczego gościa. – Kontakt przy pomocy żetonu był nieodzowny. Nazywam się Lucien Durand. Wicehrabia Bolt.

Taca z herbatą z głośnym brzękiem znalazła się na miejscu.

Zdradzieckie buty Dot już stukały pośpiesznie przez hol.

Zostawiając Angelique sam na sam z szaleńcem.

– Zgadzam się, w pewnych okolicznościach ludzie są zdolni niemal do wszystkiego – przyznał swobodnie, jakby przed chwilą wcale nie oznajmił, że jest kimś, kogo cała elita od dekady uważała za martwego, i kto wcześniej dostarczał gazetom powodów do wymyślania histerycznych przymiotników. – Choć morderstwo, z pewnością, wydaje się sporą fatygą w zamian za możliwość zatrzymania się tutaj w…

Lekka zmarszczka zaskoczenia pojawiła się pomiędzy jego oczami, kiedy przyglądał się ładnym, ale podniszczonym kanapom stojącym naprzeciw siebie przed kominkiem na grubym, lecz wyblakłym dywanie (z przetarciami zręcznie ukrytymi pod nóżkami mebli) – w odcieniach różu; portalowi kominkowemu modnemu dziesiątki lat temu, stolikowi ze szczerbą w jednej nodze, również zmyślnie ukrytą.

Odkąd Angelique i Delilah kilka miesięcy temu połączyły swoje talenty, widziały wielu ludzi rozglądających się dookoła w ten właśnie sposób: z zakłopotaniem, ale niekoniecznie krytycznie. Jakby zastanawiali się, na czym polega urok tego pokoju. Nie można było wskazać jego źródła, zupełnie tak samo, jak do butelki nie dało się wcisnąć słońca czy powietrza. Urok salonu brał się stąd, że go kochano, i on o tym wiedział.

Szaleniec, czy nie, wyglądało na to, że duma Angelique była co najmniej tak silna, jak jej instynkt samozachowawczy. Nie miała zamiaru siedzieć bezczynnie, gdy ktoś krytykuje jej ukochany pokój.

– Lordzie… – Odkaszlnęła.

Na wypadek, gdyby przypadkiem źle usłyszała go za pierwszym razem.

– Bolt – potwierdził z zadowoleniem.

Do kroćset. Wzięła głęboki oddech.

W najlepszym razie jest szarlatanem.

Wspaniałym, wspaniałym szarlatanem.

– Komfort i bezpieczeństwo naszych gości jest w Wielkim Pałacu nad Tamizą sprawą nadrzędną, dlatego pani Hardy i ja – jesteśmy właścicielkami – na ogół przeprowadzamy z potencjalnym gościem rozmowę, żeby upewnić się, że nie mamy do czynienia z szaleńcem, lub że z innego względu nie nadaje się, żebyśmy zaprosiły go w nasze progi.

Przyjrzał się jej.

– Zaprosiły? – Jego ton był sceptyczny. Ale jego głos stał się nagle niepokojąco łagodny.

Raptem, ku jej przerażeniu, bez trudu mogła wyobrazić sobie ten głos przy uchu, z sąsiedniej poduszki, szepczący, co on chciałby z nią zrobić.

– Tak. – To słowo zabrzmiało niedorzecznie obcesowo. Jakby dawała mu na coś przyzwolenie. – Tak – powtórzyła stanowczo. – Od niedawna starannie rozważamy, kogo zaprosić pod nasz dach, ponieważ chcemy, żeby wszyscy nasi goście czuli się komfortowo i bezpiecznie. A interes kwitnie, z czego ogromnie cię cieszymy. Zastanawiamy się nawet nad małą rozbudową. Na wypadek, gdyby miał pan jakiekolwiek wątpliwości: nie tak dawno siedział tu sam król.

Jego wzrok powędrował za gestykulującą dłonią do różowej kanapy.

Przyglądał jej się przez chwilę.

Po chwili odwrócił się do Angelique.

– To jakieś szaleństwo – skwitował łagodnie.

 

– Przepraszam, lady Der… pani Hardy.

Delilah – dawna lady Derring, od niedawna pani Hardy – przestraszyła się, kiedy Dot gorączkowym scenicznym szeptem odezwała się do jej ucha. Dyszała, jakby biegła.

– Co się stało, Dot?

– Jakiś mężczyzna przyszedł spytać o pokój i pani Breedlove z nim rozmawia, ale…

Z przejęciem wbiła zęby w dolną wargę i nie powiedziała nic ponadto.

Brwi Delilah uniosły się gwałtownie, ponaglając Dot, żeby powiedziała coś więcej.

– Chyba powinna pani do niej pójść.

Delilah wymieniła z mężem przelotne spojrzenie. Za jakąś godzinę wybierał się z porucznikiem Masseyem załatwić pewną drobną sprawę w Dover, i chciała się nacieszyć jego obecnością.

Ale Dot nie miała w zwyczaju udzielać rad. Jej mocną stroną było ochocze, czasem nawet należyte, wykonywanie poleceń.

Jej opisy gości okazywały się jednak dość trafne.

– Czy on się zachowuje… nie po dżentelmeńsku, Dot?

– Oj, nie. To jeden z najbardziej dżentelmeńskich dżentelmenów, jakich widziałam, ale nie w tym sensie, w jakim by się człowiek spodziewał. Strój ma bardzo elegancki, a buty, cóż, są od Hoby’ego, a stoi bardzo…. No, wie pani, jacy oni są, lady Derring, chciałam powiedzieć, pani Hardy. Dżentelmeni, znaczy się.

– Rzeczywiście, wiem, jacy są.

– Właściwie niewiele powiedział. Głos ma bardzo szlachetny i niski. Tylko tam stoi, w zasadzie.

– Więc problem w tym… – nagabywała Delilah. Czuła, że struny jej cierpliwości trzeszczą jak guziki kamizelki pana Delacorte’a.

– Problemy są dwa. Pani Breedlove się zarumieniła.

Hm.

To było fascynujące.

– Gdzie się zarumieniła? – spytała szybko Delilah.

– Tu i tu. – Dot wskazała miejsca wysoko na kościach policzkowych.

Angelique na ogół płynęła poprzez dni jak łabędź, z pełną dystansu mądrością i opanowaniem nabytymi wraz z życiowym doświadczeniem. Niewiele rzeczy było w stanie doprowadzić do zmiany koloru na jej twarzy, nie licząc kuchni w dniu wypieków.

– Rozumiem. A druga sprawa, Dot?

– Oj, weźmie mnie pani za głupią…

– Nigdy nie przyszłaby mi do głowy taka myśl – skłamała Delilah.

– Zdaje mi się, że na jego sygnecie widziałam literę „B”! – odparła z przejęciem. – Och, lady Der… znaczy się, pani Hardy – myśli pani, że to może być… – Ściszyła głos do jeszcze większego szeptu, przyciskając kostki palców do warg. – … Lord Bolt? Bo wygląda tak… tak…

Złożyła ręce i wpatrywała się w nią bez słowa, mrużąc wielkie jasnoniebieskie oczy.

Najwyraźniej nawet gazety – które Dot czytała z religijną żarliwością – nie były w stanie wyposażyć jej w dostatecznie entuzjastyczne słowo.

Delilah w milczeniu policzyła do trzech, żeby uzbroić się w cierpliwość. Lepiej byłoby do dziesięciu, ale zdawało się, że nie ma czasu do stracenia.

– Ten biedny zbłąkany młody człowiek utonął w Tamizie dekadę temu. Zmarnowane życie. No, nie dla gazet handlujących plotkami, bo one nadal czerpią z niego korzyści.

– Ale gazety pisały, że ktoś, kto wyglądał dokładnie jak on, wszedł w zeszłym tygodniu do Mantonsa, strzelił po kolei do każdego celu i wyszedł bez słowa. Śmiertelnie wszystkich przestraszył, pisali!

– Ależ, Dot…

– I że ten ktoś, kto wyglądał dokładnie tak jak on, zjawił się u jego ulubionego rękawicznika w pasażu i zapłacił za parę rękawiczek, którą lord Bolt zamówił tuż przed śmiercią, czarnych z brązowymi nadgarstkami, i znów wyszedł! Też się śmiertelnie przerazili.

– Dot…

– I że lady Wanaker powiedziała, że zaczęło ją palić w lędźwiach, jak zawsze, kiedy Bolt był…

– Dot, proszę!

– …i że w księgach bukmacherskich u White’a pojawił się tajemniczy zakład, podpisany i datowany, ze słowem „Bolt”, i pisało: „Stawiam każdego pensa, jaki mam, że się zemszczę”. Poważnie! Aż mnie ciarki przeszły, naprawdę! I nikt nie widział, kto to zrobił. Przycisnęła kostki palców do zębów.

– Dot!

Pokojówka uniosła brwi, jakby powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia.

Delilah westchnęła.

– Och, Dot. Czy nie rozmawiałyśmy o tym, jak nierozsądnie jest wierzyć we wszystkie przeczytane plotki? Podziwiam twój zapał do czytania, ale zalecałabym ci spokojniejszą lekturę. Książka pana Milesa Redmonda o Morzach Południowych zwykle od razu mnie usypia. Może to jest rozwiązanie.

Dot wyglądała na przybitą.

– Tak, pani Hardy. Oczywiście, ma pani rację. Ale on właśnie powiedział pani Breedlove, że nazywa się lord Bolt, rozumie pani. Dlatego tak pomyślałam.

Delilah zamarła.

Rzuciła kolejne spojrzenie mężowi. A on uniósł brew.

– Zajmie mi to tylko chwilę – usprawiedliwiła się.

A jeśli nie byłoby jej dłużej, kapitan Hardy znalazłby się przy niej w oka mgnieniu, bo posiadał wyjątkowy dar i wyczuwał, kiedy żona go potrzebuje.

Inne książki autora