Złoto Inków (ebook)

Złoto Inków (ebook)

Tytuł oryginału: Inca Gold
Ilość stron: 576
Rodzaj: ebook
Data wydania: 2022-02-21
EAN: 9788324176304
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

NAJWIĘKSZE BESTSELLERY Z DIRKIEM PITTEM WIELKIEGO MISTRZA PRZYGODY PO RAZ PIERWSZY I WYŁĄCZNIE W NOWEJ KOLEKCJI EBOOKÓW!

Clive Cussler to jedyny pisarz na świecie, który od 50 lat nie schodzi z czołówki list bestsellerów „New York Timesa”. Jest wydawany w milionowych nakładach w 105 krajach i 60 językach. Stworzył kanon literatury sensacyjno-przygodowej, która stała się współczesną klasyką i fascynuje kolejne pokolenia czytelników.

Podróżnik, badacz historii katastrof morskich, poszukiwacz zatopionych wraków – sam był uosobieniem przygody tak jak jego najsławniejszy bohater Dirk Pitt. Niewiarygodne przygody szefa Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych NUMA są tak prawdziwe i wciągające, bo Clive Cussler czerpał inspirację z własnych przeżyć, a Dirka Pitta traktował jako swoje alter ego.

Wydawnictwo Amber rozpoczyna kolekcję największych bestsellerów z Dirkiem Pittem tytułem Złoto Inków. Kolejność wydawania podyktowana jest popularnością książek w Polsce oraz ich kilkunastoletnią nieobecnością na polskim rynku. W przygotowaniu: Zabójcze wibracje, Atlantyda odnaleziona, Potop i inne.

Premierze 1. tomu towarzyszy wydanie papierowe najnowszego bestsellera z Dirkiem Pittem Królowa Celtów.

Rok 1533 – Tajemnicza flotylla ukrywa w podziemnej grocie wysepki śródlądowego zapomnianego morza gigantyczny ładunek. Na straży pozostawia rzeźbę jaguara z wężowym łbem…

Rok 1578 – Wybrzeże Peru pustoszy straszliwe tsunami. Porywa w głąb dżungli zdobyczny galeon angielskiego korsarza Francisa Drake’a ze zrabowanymi przez Hiszpanów skarbami z inkaskich świątyń i pałaców. Tylko jeden członek załogi uchodzi z życiem…

Rok 1998 – Dirk Pitt ratuje przed śmiercią grupę amerykańskich archeologów prowadzących badania w peruwiańskich Andach.

To początek wyścigu ze zbrodniczym syndykatem złodziei dzieł sztuki o skarb Inków wart miliard dolarów. Żeby wygrać i uratować życie swoje i swoich przyjaciół z NUMY, Dirk musi odnaleźć mapę prowadzącą do miejsca ukrycia skarbu, która zaginęła wraz z galeonem podczas tsunami. A potem zmierzyć się w dramatycznej walce z bezlitosnymi zbirami syndykatu i jako pierwszy człowiek dotrzeć nad brzeg podziemnej rzeki prowadzącej do legendarnego skarbu Inków.

 

CLIVE CUSSLER to nie tylko najpopularniejszy na świecie autor powieści przygodowo-sensacyjnych – napisał ich ponad 80 w 5 seriach (Dirk Pitt, Z archiwów NUMA, Oregon, Fargo, Isaac Bell) – ale i człowiek legenda.

Był międzynarodowym autorytetem w podwodnym poszukiwaniu wraków, założycielem Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych NUMA, zajmującej się badaniami morza i marynistyki, która w jego książkach stanowi oceaniczny odpowiednik NASA. Clive Cussler i zespół NUMY odnaleźli ponad 60 wraków o znaczeniu historycznym: między innymi pierwszego statku zatopionego przez łódź podwodną w 1865 roku, U-Boota, który zatopił „Lusitanię”, i wreszcie wrak „Carpatii”, statku, który uratował część załogi i pasażerów „Titanica”.

New York University po raz pierwszy w swojej historii uhonorował doktoratem z dziedziny literatury autora książki niebeletrystycznej „Podwodni łowcy”, w której Clive Cussler opisał autentyczne dokonania NUMY.

Clive Cussler był również członkiem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego (Royal Geographic Society) w Londynie i Klubu Odkrywców (The Explorers Club) w Nowym Jorku.

Tajemniczy intruzi

Pełnomorski statek Inków
A.D. 1533
Zapomniane morze

Nadciągnęli z południa wraz z porannym słońcem, a kiedy sunęli po roziskrzonej wodzie, sprawiali wrażenie migotliwych zjaw w pustynnym mirażu. Kwadratowe bawełniane żagle flotylli tratew zwisały bezwładnie pod łagodnym lazurem nieba, wiosła rytmicznie pogrążały się w wodzie, chociaż ani jeden okrzyk komendy nie zburzył niesamowitej ciszy. Wysoko w górze sokół to wznosił się, to opadał, jak gdyby wiodąc sterników ku jałowej wysepce, sterczącej w samym środku śródlądowego morza.

Tratwy były skonstruowane z powiązanych i podgiętych na obu końcach wiązek sitowia; sześć takich wiązek składało się na jeden kadłub, wzmocniony więźbą i kilem z bambusa. Wygięte dzioby i rufy miały kształt węży o psich pyskach, które szczerzyły kły ku niebu, dlatego mogło się zdawać, że wyją do księżyca.
Na zaostrzonym dziobie tratwy płynącej przodem, w fotelu przypominającym tron, siedział dostojnik dowodzący flotyllą. Nosił bawełnianą tunikę, zdobną turkusowymi cekinami, i wełniany płaszcz haftowany w wielobarwny wzór. Głowę okrywał mu pióropusz, twarz zaś – złota maska; żółtawo migotały w słońcu także jego kolczyki, masywny naszyjnik i naramienne bransolety, ba, nawet trzewiki wielmoży wykonano ze złota. Członkowie załogi, i to czyniło widok jeszcze bardziej zdumiewającym, byli wystrojeni z nie mniejszym przepychem.
Tubylcy z trwogą i podziwem przyglądali się intruzom, którzy wtargnęli na ich wody. Nie podejmowali prób obrony swych terytoriów, byli bowiem prostymi myśliwymi i zbieraczami, 
którzy chwytali w paści króliki, łowili ryby i wypełniali kosze zerwanymi lub wygrzebanymi z ziemi darami natury. Prymitywni, w zastanawiającym kontraście do tworzących rozległe imperia sąsiadów z południa i wschodu, żyli i umierali, ani myśląc o wznoszeniu olbrzymich świątyń. Teraz jak zahipnotyzowani przyglądali się sunącemu po wodzie niewiarygodnemu bóstwu, jednomyślnie postrzegając wydarzenie jako cudowne przybycie z zaświatów wojowniczych bogów.
Zagadkowi przybysze, całkowicie ignorując lud okupujący brzegi, nieznużenie wiosłowali ku celowi swej podróży; spełniali uświęconą misję, nie zwracali zatem uwagi na sprawy mało istotne – w stronę tubylców nie padło ani jedno spojrzenie.
Zmierzali wprost ku stromym skalistym zboczom góry, której szczyt, wznoszący się na dwieście metrów ponad powierzchnię morza, tworzył niezamieszkaną i prawie pozbawioną roślinności wysepkę, zwaną przez tuziemców Martwą Olbrzymką, długi bowiem i niski grzbiet wzniesienia przypominał ciało kobiety pogrążonej w kamiennym śnie. Złudzenie to zwiększała jeszcze nieziemska aureola, skrzesana ze skał przez słoneczne promienie.
Wnet świetliście wystrojeni żeglarze osadzili tratwy na usianej kamykami niewielkiej plaży, przechodzącej w wąski kanion; spuścili z masztów bawełniane płachty, zdobne – co skutecznie potęgowało lęk i szacunek tubylczych gapiów – wielkimi haftami wyobrażającymi fantastyczne zwierzęta, i przystąpili do wyładunku ogromnych trzcinowych koszy oraz ceramicznych dzbanów.
Przez cały dzień układali ładunek w stos potężny wprawdzie, lecz uładzony, wieczorem natomiast, kiedy słońce skrywało się za zachodnim horyzontem, utonęli w mroku przewiercanym tylko migotliwymi płomykami. Gdy zaczął wstawać nowy dzień, okazało się, że tratwy wciąż spoczywają na brzegu jak martwe ryby, ładunek zaś leży na poprzednim miejscu.
Tymczasem kamieniarze, nie szczędząc potu, z pasją zaatakowali skalisty szczyt góry mosiężnymi dłutami i łomami, i przez sześć najbliższych dni tak uporczywie kuli i obłupywali kamień, że przybrał wreszcie przeraźliwą postać skrzydlatego jaguara o wężowym łbie. Kiedy dobiegły końca ostatnie prace rzeźbiarskie i polerownicze, odnosiło się wrażenie, iż groteskowa bestia gotuje się, by dać susa ze skały, w której ją wykuto. Przez cały ten czas kosze i dzbany stopniowo znikały z plaży, aż wreszcie ani jeden nie pozostał.
Potem, gdy pewnego ranka starym już zwyczajem miejscowi ponad wodą sięgnęli wzrokiem ku wyspie, znaleźli ją pustą. Tajemniczy lud, przybyły tu z południa na tratwach, rozwiał się jak sen, a o tym, że nie był ułudą, zaświadczał jaguar z wężowym łbem, który obnażał kły i szczelinami oczu omiatał wzgórza, ciągnące się aż po horyzont na brzegu śródlądowego morza.
Ciekawość rychło przemogła strach i już nazajutrz po południu czterech śmiałków z największej wsi, dodawszy sobie odwagi krzepkim miejscowym piwem, zepchnęło na wodę czółno wydłubane z jednego pnia drzewa i, machając wiosłami, popłynęło na wyspę. Widziano z lądu, jak dobijają do brzegu i znikają w wąskim kanionie prowadzącym w głąb góry.
Do późnej nocy i przez cały następny dzień krewni i sąsiedzi oczekiwali ich powrotu – daremnie. Zaginął po nich wszelki ślad i zniknęła nawet dłubanka.
Pierwotny lęk tubylców zwielokrotnił się jeszcze, kiedy nagle na małe morze spadł straszliwy sztorm, zmieniając je we wrzący kocioł. Słońce raptownie zgasło, niebo okryło się czernią, jakiej nie pamiętali najstarsi ludzie; owym przejmującym zgrozą ciemnościom towarzyszył świszczący wiatr, co spienił fale i dokonał spustoszeń w nabrzeżnych wioskach. Mogło się zdawać, iż żywioły toczą ze sobą wojnę, smagając przy okazji ląd, bądź też – i w tej kwestii mieszkańcy tamtejszych okolic żywili zupełną pewność – że wiedzeni przez jaguara o wężowym łbie bogowie nieba i ciemności wywierają zemstę na pobratymcach zuchwalców, którzy poważyli się wtargnąć w ich domenę. Poszeptywano o klątwie rzuconej na intruzów.
A potem sztorm zniknął za horyzontem równie nagle, jak zza niego napłynął, wiatr zamarł zupełnie, pogrążając świat w ciszy, która wydawała się aż nienaturalna, słońce roziskrzyło powierzchnię morza równie spokojnego jak dawniej. Nad­leciały mewy i jęły zataczać kręgi nad czymś, co podczas burzy fale cisnęły na wschodni brzeg. Zaciekawieni ludzie ostrożnie ruszyli w tę stronę, przystanęli niepewnie, podeszli bliżej – i wtedy zbiorowe westchnienie wyrwało się z ich ust, pojęli bowiem, że na piasku plaży spoczywają zwłoki jednego z cudzoziemców przybyłych z południa. Miał na sobie tylko ozdobną, haftowaną tunikę; po złotej masce, pióropuszu i bransoletach nie było śladu. W przeciwieństwie do ciemnoskórych i kruczowłosych tuziemców, topielec miał jasne włosy i białą skórę, jego niewidzące oczy były błękitne. Stojąc, byłby o dobre pół głowy wyższy od najroślejszego z ludzi, którzy przyglądali mu się teraz w bezbrzeżnym zdumieniu.
Dygocąc ze strachu, ostrożnie zanieśli go i złożyli do czółna, wytypowali ze swego grona dwóch najśmielszych, ci zaś dowieźli zwłoki na wyspę, spiesznie położyli je na plaży i, wściekle machając wiosłami, wrócili na ląd. Długo jeszcze po śmierci najstarszych świadków niezwykłego zdarzenia grzęznący w piasku szkielet słał swe złowróżbne ostrzeżenie, by trzymać się od wyspy z daleka…
Krążyły słuchy, że skrzydlaty strażnik złotych wojowników, jaguar z wężowym łbem, pożarł wścibskich intruzów; nikt zatem nigdy nie podjął ryzyka, by stawiając nogę na wyspie, narazić się na jego gniew. Wyspa zresztą roztaczała aurę tak niesamowitą, a nawet upiorną, że stała się niebawem miejscem świętym, o którym zwyczajowo mówiło się przyciszonym głosem.
Kim byli odziani w złoto wojownicy i skąd przypłynęli? Dlaczego skierowali swe tratwy w głąb śródlądowego morza i co tu robili? Świadkowie pogodzili się z faktem, że nie znajdą żadnego wyjaśnienia dla tego, co ujrzeli; z niewiedzy rodzą się mity – urodziły się zatem, a nawet zdążyły okrzepnąć, zanim okolicę nawiedziło potężne trzęsienie ziemi, obracając w perzynę wszystkie pobliskie wioski. Kiedy po pięciu dniach wstrząsy wreszcie ustały, śródlądowe morze zniknęło, a jedynym po nim śladem był szeroki pas muszel wzdłuż dawnej linii brzegowej.
Z legend wnet przeniknęli tajemniczy intruzi do wierzeń religijnych, zyskując status bogów. Zrazu gadki o ich cudownym objawieniu i zniknięciu krążyły szeroko, potem, coraz uboższe w fakty, wracały rzadziej, aż wreszcie stały się przekazywaną z pokolenia na pokolenie cząstką folkloru ludu zamieszkującego prześladowaną przez duchy krainę, nad którą niepojęte rozumem fenomeny wiszą jak dym nad obozowym ogniskiem.

 

Kataklizm

 

1 marca 1578 roku
U zachodnich wybrzeży Peru

Kapitan Juan de Anton, posępny Kastylijczyk o starannie przystrzyżonej czarnej brodzie i zielonych oczach, raz jeszcze spojrzał na podążający za nim zagadkowy statek i w zadumie zmarszczył czoło. Przypadek, zapytał sam siebie, czy też zaplanowane przechwycenie?

Na ostatnim odcinku trasy z Callao de Lima nie spodziewał się spotkań z innymi galeonami zdążającymi w stronę Panamy, gdzie ich ładunek – przeznaczone dla króla skarby – miał trafić na grzbiety mułów, które przeniosą go przez międzymorze do atlantyckich portów, skąd na pokładach innych statków wyruszy w swą docelową podróż ku składom i kufrom Sewilli.
De Anton miał wrażenie, iż w takielunku i kształcie kadłuba statku odległego jeszcze o półtorej mili dostrzega cechy właściwe jednostkom floty francuskiej… Żeglując po Morzu Karaibskim, byłby się zapewne wystrzegał podobnych spotkań, tu jednak czuł się zdecydowanie pewniej; jego podejrzliwość zmalała jeszcze bardziej, gdy dostrzegł ogromną flagę, powiewającą na rufie tamtego galeonu, dokładnie taką samą jak jego własna bandera – z czerwonym krzyżem na białym tle.
Wciąż jednak odrobinę zbity z pantałyku zapytał swego zastępcę i pierwszego nawigatora, Luisa Torresa:
– No i co o nim sądzisz, Luis?
Torres, gładko wygolony Galisyjczyk, wzruszył ramionami.
– Za mały jak na galeon ze złotem. Handlarz winem, na moje oko, co z Valparaiso płynie, jak i my, ku Panamie.
– Tedy nie sądzisz, że jakimś cudem jest wrogiej bandery?
– Rzecz wykluczona. Żaden nieprzyjacielski okręt nie odważył się dotąd opłynąć Ameryki Południowej zdradzieckim labiryntem Cieśniny Magellana.
Uspokojony de Anton skinął głową.
– Skoro zatem nie obawiamy się, iż to Anglicy albo Francuzi, zróbmy zwrot i przekażmy im pozdrowienia.
Torres wydał rozkaz sternikowi, który z pokładu skrzyniowego, spoglądając nad działowym, pilnował kursu i korygował go ruchami pionowego drążka połączonego długim trzonem z piórem steru. „Nuestra Señora de la Concepción”, największy i najpyszniejszy z galeonów tworzących pacyficzną armadę, przechylił się na bakburtę, a kiedy zatoczywszy krąg, wszedł na przeciwny do tymczasowego kurs południowo-wschodni, rześka bryza od brzegu wypełniła jego dziewięć żagli i pchnęła pięćsetsiedemdziesięciotonową masę z przyzwoitą prędkością pięciu węzłów.
Mimo majestatycznej sylwetki i delikatnej snycerki oraz kunsztownej polichromii, zdobiącej wysoki kasztel i dziobówkę, stanowił twardy orzech do zgryzienia. Niezwykle solidnie skonstruowany i łatwy w nawigacji, był pośród jednostek oceanicznych owych czasów prawdziwym koniem pociągowym, a w razie potrzeby potrafił obnażyć zęby, aby przed najwaleczniejszymi nawet korsarzami, jakimi mogłoby go poszczuć łupieżcze państwo morskie, obronić skarby w swojej 
ładowni.
Na pierwszy rzut oka „Concepción” sprawiała wrażenie uzbrojonego po zęby okrętu wojennego, bliższy jednak ogląd zdradzał jej naturę statku handlowego. Wprawdzie na pokładach działowych było niemal pięćdziesiąt furt dla cztero­funtowych armatek, skoro jednak Hiszpanie żywili wiarę, iż Morza Południowe są czymś w rodzaju ich prywatnej ogrodowej sadzawki, a ponadto nie zdarzyło się dotychczas, by któraś z ich jednostek została napadnięta i zdobyta przez wraży okręt, uzbrojenie galeonu „Nuestra Señora de la Concepción” sprowadzało się do dwóch zaledwie dział, co ograniczyło tonaż i pozwoliło przewozić cięższe ładunki. Kapitan de Anton zatem, przekonany, że jego statkowi nie grozi niebezpieczeństwo, przysiadł na niewielkim taborecie, obserwując przez lunetę gwałtownie przybliżającą się jednostkę. Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby – chociaż ot tak, na wszelki wypadek – postawić załogę w stan gotowości.
Skąd mógł wiedzieć, skąd mógł mieć choćby niejasne przeczucie, że wykonał zwrot tylko po to, aby ruszyć na spotkanie „Złotej Łani”, dowodzonej przez niestrudzonego „psa morskiego” Anglii, kapitana Francisa Drake’a, który teraz, stojąc na pokładzie rufowym, również przyglądał się przez lunetę de Antonowi zimnym wzrokiem rekina zdążającego śladem świeżej krwi.

Inne książki autora

Furia tajfunu Złoto Inków (ebook)

Furia tajfunu CUSSLER CLIVE

Diabelskie Morze

Diabelskie Morze CUSSLER CLIVE

Bunt morza

Bunt morza CUSSLER CLIVE

Królowa Celtów

Królowa Celtów CUSSLER CLIVE CUSSLER DIRK

Wektory władzy

Wektory władzy CUSSLER CLIVE

Okup za Romanowów

Okup za Romanowów CUSSLER CLIVE

Rwący lód

Rwący lód CUSSLER CLIVE

Skarb Czyngis-chana

Skarb Czyngis-chana CUSSLER CLIVE CUSSLER DIRK

Plan Colossus

Plan Colossus CUSSLER CLIVE

Gray Ghost

Gray Ghost CUSSLER CLIVE

Tajemnica Titanica

Tajemnica "Titanica" CUSSLER CLIVE DU BRUL JACK

Ocean chciwości

Ocean chciwości CUSSLER CLIVE

Zemsta cesarza

Zemsta cesarza CUSSLER CLIVE