Iwan Groźny. Krwawy twórca Carstwa Rosyjskiego

Iwan Groźny. Krwawy twórca Carstwa Rosyjskiego

Ilość stron: 252, ilustracje czarno-białe
Rodzaj: miękka
Format: 165x235
Data wydania: 2024-08-14
EAN: 9788324183975
Biografie historyczne
Bestseller

Iwan IV – osierocony przez ojca i matkę, oddany pod opiekę wydzierających sobie władzę bojarów – od dzieciństwa uczy się przebiegłości i okrucieństwa. W 1547 roku koronuje się i ogłasza pierwszym carem Wszechrusi. Ma wtedy siedemnaście lat. Od razu staje się władcą despotycznym.
Skłonność do przemocy i rozwiązłości łączy z chorobliwą wręcz pobożnością. Sadysta i mistyk zarazem, ma się za namiestnika Boga na ziemi i z góry rozgrzesza się z wszelkich występków, bo święcie wierzy, że zło czyni w tajnym porozumieniu ze Stwórcą.
Wybujała podejrzliwość każe mu wszędzie dostrzegać szpiegów i zdrajców. Jego najwierniejsi dworzanie giną jeden po drugim okrutnie torturowani. Kocha przelewać krew, ale kocha też kobiety. Żeni się osiem razy, nie bacząc na dezaprobatę Kościoła.
Jednocześnie jest wybitnym reformatorem. Gorliwie pracuje nad reorganizacją kraju i poszerzeniem jego granic w nieustannych walkach, ze zmiennym szczęściem, z Polakami, ze Szwedami, z Tatarami...

I tak, rozdarty między wizjonerską błyskotliwością i przenikliwością umysłu a okrucieństwem, między dewocją a rozpustą, car Iwan Groźny pozostaje nieodgadnioną zagadką. Kim był naprawdę krwawy twórca carstwa rosyjskiego?

HENRI TROYAT – wybitny francuski pisarz, historyk i biograf pochodzenia rosyjskiego, laureat Nagrody Goncourtów, członek Akademii Francuskiej, znawca dziejów Rosji, autor wielu powieści oraz biografii, m.in. Piotr Wielki, Katarzyna Wielka, Aleksander I, w zapierającej dech w piersi opowieści ożywia fascynującą i kontrowersyjną postać, a wokół niej zgiełk bitew, barbarzyński przepych dworu, mroczną atmosferę izb tortur.
Odkładamy tę książkę oszołomieni zawartą w niej namiętnością, drapieżnością i tajemnicą...

1.
Rodzice

Dwadzieścia lat małżeństwa i żadnych widoków na dziecko. To próba cięższa dla książęcej pary niż dla zwykłych śmiertelników. Tak przynajmniej mniema w roku 1526 wielki książę moskiewski Wasyl III. Zatroskany brakiem potomstwa stawia sobie pytanie, czy mimo czułości i szacunku do swojej małżonki, pięknej Salomei Juriewnej, nie powinien jej zastąpić inną, nim z wiekiem – a ma już 47 lat – utraci męskie siły. Podzielając troskę męża, Salomea często pielgrzymuje, odbywa narady ze znachorami i naciera miksturą z miodu i oliwy intymne części ciała, co ma być, jak powiadają, pewnym środkiem na zapłodnienie. Wynik tych zabiegów jest żaden. Zdesperowany Wasyl nie może patrzeć na ptasie gniazdo na gałęzi bez łez w oczach. Zwracając się do swej świty bojarów, wzdycha: „Ptaki są szczęśliwsze ode mnie. Mają przynajmniej dzieci!… Kto zostanie moim dziedzicem i dziedzicem mocarstwa rosyjskiego? Moi bracia są tego niegodni. Potrafią dbać tylko o swoje korzyści”.
Przy tych słowach bojarzy sądzą, że nadeszła chwila, by wysunąć śmiałą propozycję. „Panie – powiada jeden z nich – wycina się drzewo, które nie przynosi owoców, aby na jego miejsce posadzić inne”. Dokładnie to pragnie usłyszeć Wasyl. Być może zresztą bezpłodność Salomei jest tylko pretekstem, by dopuścić do łoża władcy jakąś młodszą kobietę. Bez cienia skrupułów książę doradza małżonce, by poszła do klasztoru. Ona się sprzeciwia, woła, że nie zasłużyła na taką pokutę po całych latach wiernej miłości. Wobec jej odmowy Wasyl ucieka się do bardziej drastycznych środków. Wywieziona z pałacu Salomea zostaje zamknięta w klasztorze w Suzdalu, gdzie obcinają jej włosy. Podczas obłóczyn walczy tak zajadle, że pewien oficer wielkiego księcia pałką przywołuje ją do porządku. „Bóg mi świadkiem; On się zemści na moim prześladowcy!” – woła Salomea między dwoma szlochami. Stary książę Siemion Kurbski oraz mnisi Maksym Grek i Wasjan Patrikiejew ośmielają się wstawić za nieszczęsną i zostają natychmiast wygnani. Ale większość bojarów i duchowieństwa, z metropolitą Danielem na czele, przyklaskuje temu postanowieniu.
Pozbywszy się małżonki, Wasyl troszczy się tylko o jedno: by jak najszybciej pojąć nową. Wprawdzie według reguł Cerkwi prawosławnej mężczyzna, który odtrącił żonę, nie może się ożenić, póki ona żyje, ale prawa, które rządzą postępowaniem maluczkich, nie obowiązują koronowanych głów. Tak przynajmniej twierdzi metropolita Daniel. Dla pewności władca postanawia jednak zasięgnąć rady patriarchy greckiego w Jerozolimie. Ten jednak, zawzięty rygorysta, bynajmniej go nie pochwala i ostro gromi: „Wasylu – pisze – jeśli zawrzesz drugie małżeństwo, będziesz miał niegodziwego syna; twoje ziemie ogarnie groza i zaleją łzy; popłyną strugi krwi; spadną głowy możnych; miasta padną pastwą płomieni!” Metropolita Daniel, bynajmniej nieporuszony tym proroctwem, oświadcza z pychą: „A zatem obejdziemy się bez jego błogosławieństwa”. Jego pewność siebie dodaje ducha Wasylowi. Przekonany, że nie musi się obawiać gniewu niebios, przyspiesza przygotowania do wesela. W istocie już dokonał wyboru.
Według zwyczaju władca moskiewski powinien zaprosić do pałacu wszystkie panny na wydaniu z całego kraju, by wyznaczyć podczas ceremonii oględzin tę, która będzie odtąd dzieliła z nim łoże. Wasyl jednak postanawia zrezygnować z tego konkursu piękności i oświadcza z nagła, że pragnie pojąć za żonę Helenę Glińską, córkę litewskiego zdrajcy, który przeszedł na jego stronę. Osłupienie wśród bojarów! Oblubienica pochodzi z rodziny katolickiej. Czy nie byłoby lepiej obdarzyć tak wielkim zaszczytem jakąś dziewczynę ich rodu i ich wyznania? Wasyl jest głuchy na te szemrania. Helena jest piękna, inteligentna, namiętna. Wychowana „po niemiecku”, kulturą i swobodą zachowania góruje nad rosyjskimi pannami, pogrążonymi w ciemnocie, pruderii, zabobonach i pielęgnującymi jedynie cnoty domowe. Władca jest tak w niej zakochany, że aby wydać się młodszym, bez wahania każe ściąć sobie brodę, co w oczach bogobojnych ludzi jego czasów graniczy ze świętokradztwem.
Uroczystości weselne trwają trzy dni. Przed ceremonią w cerkwi oblubieńcy zatrzymują się przed stołem nakrytym obrusem, na którym stoi talerz z chlebem i solą. Ich siedziska są pokryte 80 skórkami czarnych kun, których futra miały odganiać złe duchy. Także świece ślubne są owinięte w skórki kun. Pewien dostojnik wachluje narzeczonych skórkami kun zebranymi w pęczek. Małżonka innego dostojnika wygładza im włosy grzebyczkiem unurzanym w pitnym miodzie. Na głowę Heleny wkładają czepiec i biały welon. Obrzucają parę chmielem, zapowiedzią płodności. I wszyscy ze świecami, latarniami, ikonami i słodkim ciastem udają się do soboru Wniebowstąpienia. Tam oblubieńcy kroczą po dywanie z adamaszku i sobolowego futra. Metropolita podaje im szklankę napełnioną włoskim winem. Wypiwszy, monarcha rozgniata szklankę nogami. Po błogosławieństwie nowożeńcy, siedząc na poduszkach ze szkarłatnego aksamitu, odbierają gratulacje od duchownych i dworzan przy śpiewie chóru: „Niech żyją długie lata!” W sypialni, do której się następnie udają, są porozwieszane ikony, stoją dzbany z miodem pitnym, świece tkwią w baryłkach z ziarnem, leżą stosy futer kunich i sobolich, a na łożu ślubnym 27 snopów zboża. Żona kapitana straży dworskiej, ubrana w dwie futrzane pelisy, z których jedna musi być koniecznie obrócona do góry włosiem, jeszcze raz posypuje nowożeńców chmielem, a świadkowie podają im pieczonego kap-
łona.
Koniuszy księcia na koniu czuwa całą noc z obnażoną szpadą pod oknami sypialni. Nazajutrz oboje małżonkowie, każde z osobna, udają się do łaźni, a po powrocie do swego pokoju w łóżku zjadają kaszę. Ponieważ małżeństwo zostało uznane za skonsumowane – czego dowodem jest koszula splamiona krwią – bojarzy gratulują swemu władcy. Zaczyna się dalsze świętowanie.
Mimo chmielu obficie rozsypywanego podczas rozmaitych uroczystości Helena okazuje się tak samo bezpłodna jak Salomea. Tak jak z Salomeą ani modłom, ani relikwiom, ani czarodziejskim zabiegom, ani włoskim czy niemieckim maściom nie udaje się przezwyciężyć przekleństwa, które ciąży nad jej łonem. Wśród ludu już się szepce, że Bóg, potępiający drugi związek Wasyla, postanowił nie dać im dziecka. Natomiast niewinna Salomea miała ponoć urodzić potajemnie syna w klasztorze, do którego ją zesłano. Na szczęście modły mnicha, Pafnucego Borowskiego, w końcu przebłagały gniew niebios. Helena zachodzi w ciążę. Wasyl nie posiada się z radości. Za jego plecami złe języki rozpowiadają, że splendor tego dokonania przypada nie temu, który się z niego oficjalnie cieszy, ale pewnemu znajomemu księżnej, księciu Obolenskiemu-Tielepniewowi. Nieważne. Wasyl ma się za ojca, pragnie być ojcem, obsypuje Pafnucego darami, ogłasza go cudotwórcą i każe kanonizować. Inny mnich, imieniem Domicjan, wróży Helenie, że będzie „matką Tytusa o wielkim geniuszu”.
Dwudziestego piątego sierpnia 1530 roku wydaje na świat mocnego i krzykliwego syna. W chwili narodzin grzmot przetacza się po niebie, grom uderza w Kreml: dworscy wróżbici głoszą, że zapowiada się wielki władca. Dziesięć dni później Iwan zostaje ochrzczony w klasztorze Świętej Trójcy, a jego ojciec ze łzami w oczach kładzie na znak wdzięczności spowite w pieluchy ciałko na grobie świętego Siergieja, aby uprosić dla noworodka opiekę Bożego męża. Upojony szczęściem, obsypuje darami cerkwie, otwiera bramy więzień, udziela przebaczenia możnowładcom, którzy zasłużyli sobie niegdyś na jego niełaskę, i nieznużenie przyjmuje delegacje poddanych, od najskromniejszych po najmożniejszych.
A bardzo daleko stamtąd chan Kazania, dowiedziawszy się o narodzinach Iwana, oświadcza rosyjskim bojarom, którzy przyjechali go odwiedzić: „Narodził się wam władca, który już ma dwa zęby. Jednym zgryzie nas, Tatarów, ale drugim zgryzie was!”
Dwa lata później Helena, zdecydowanie faworyzowana przez Najwyższego, rodzi drugiego syna, Jerzego. Ciągłość dynastii zostaje zapewniona. Wasyl ma przeświadczenie, że wypełnił rolę władcy zarówno na  polach bitewnych, jak i w łożu. Dwudziestego piątego sierpnia 1533 roku z sercem pełnym wdzięczności udaje się z żoną i dziećmi do klasztoru Świętej Trójcy, uzyskuje błogosławieństwo archimandryty, poś­ci i modli się razem z pielgrzymami przybyłymi ze wszystkich zakątków państwa moskiewskiego. Potem jedzie na polowanie, otoczony psami, pieszymi łucznikami i jeźdźcami zbrojnymi w widły. W głębi lasu, nieopodal Wołokołamska, doznaje, jadąc konno, ostrego bólu w lewym biodrze; zbiera mu się ropiejący siny wrzód. Choć cierpiący, postanawia jednak wziąć następnego dnia udział w polowaniu z nagonką. Czuje zawrót głowy. Na noszach transportuje się go do miasteczka Kołp. Zaniepokojona Helena wzywa swego stryja Michała Glińskiego i dwóch niemieckich lekarzy Teofila z Lubeki i Nicolasa Luefa. Ci zaczynają kurację od zastosowania środków rosyjskich: okładów z mąki, miodu i gotowanej cebuli. Na próżno. Ropa tryska strumieniami. Przewieziony przez swoich bojarów do Wołokołamska, Wasyl czuje się stracony. Za każdym razem, kiedy stosuje się kataplazm, wzmaga się wypływ obrzydłej cieczy. Doktorzy, nie wiedząc, jak postąpić, przepisują mu środek przeczyszczający z siemienia, który tylko osłabia chorego. Domaga się, by go odwieziono do Moskwy, gdyż chce umrzeć w swojej stolicy. Pierwszy etap: klasztor Świętego Józefa, gdzie chorego na łóżku wystawiają w cerkwi. Gdy diakon modli się o jego uzdrowienie, Helena z dziećmi, myśliwi, bojarzy, duchowieństwo i zgromadzony lud szlochają, padłszy na kolana. Ruszają dalej w drogę do Moskwy. Pada śnieg. Sanie, na których złożono Wasyla, trzęsą się i podskakują na wybojach. Ponieważ chory chce dostać się do miasta potajemnie, aby uniknąć złośliwej ciekawości obcych ambasadorów, przerzuca się most na rzece Moskwie, rozbijając cienki jeszcze lód. Ledwie konie wkroczyły na prowizoryczną kładkę, ta załamała się pod ciężarem zaprzęgu. Konie ślizgają się w wodzie, ale bojarzy, przecinając uprząż, przytrzymują sanie i wyciągają je na brzeg. Wreszcie o świcie 25 listopada 1533 roku Wasyl znajduje się w swojej komnacie na Kremlu tak wyczerpany, że ledwie jest w stanie podziękować Bogu za doprowadzenie go do cichej przystani. Nieustannie pada śnieg, zasypując cerkwie, pałace i nędzne rudery. Zziębnięci, oślepieni śnieżną zawieją wartownicy kontrolują widma spieszące do głównego wejścia. Wszyscy dworscy dostojnicy już wiedzą, że ich władca umiera. Zbiegają się na jego polecenie: książęta Iwan i Wasyl Szujscy, Michał Zacharin, Woroncow, Kurbski, Gliński, skarbnik Gołowkin, intendent Szigona, pomniejsi bojarzy… Stłoczeni w sieni, oczekują milcząco w białawym świetle padającym przez okna z szybami z miki. Wreszcie sługa otwiera drzwi do komnaty. Przed łożem, na którym spoczywa umierający, palą się świece. Wokół niego mnisi szepczą pacierze. Zebrawszy siły, Wasyl dyktuje swoją ostatnią wolę. Na następcę tronu wyznacza swego syna Iwana, który ma dopiero trzeci rok, i oddaje go do wieku 15 lat pod opiekę jego matki Heleny i bojarów. Te decyzje bynajmniej nie budzą zadowolenia dworzan, którzy wzdragają się przed myślą, że będą mieli nieletniego władcę, a za regentkę cudzoziemkę otoczoną liczną i chciwą rodziną. Ale z szacunkiem uginają się przed wolą umierającego. Ten, domyślając się niezadowolenia, mówi do Michała Glińskiego: „Chociaż jesteś obcy z urodzenia, stałeś się wśród nas Rosjaninem. Powierzam ci zatem swoją żonę i syna”.
Ponieważ jego rana ropieje coraz bardziej, wydzielając wstrętny odór, prosi lekarzy Luefa i Teofila, by go obmyli wódką. Podczas tego zabiegu pyta ich: „Powiedzcie mi szczerze, czy jest w waszej mocy mnie uleczyć?” Luef nie kryje przed nim, że utracił wszelką nadzieję. „No tak – wzdycha Wasyl – słyszeliście, muszę was opuścić”. W komnacie znajdują się metropolita Daniel i pop Aleksiejew, niosący eucharystię. Wasyl dźwiga się nadludzkim wysiłkiem, by przyjąć chleb i wino. Opadając znów na łóżko, każe wezwać żonę i dzieci i błogosławi ich znakiem krzyża. Potem, zwracając się do bojarów, oświadcza: „Służcie mojemu synowi, tak jak służyliście mnie. Zróbcie wszystko, co w waszej mocy, żeby panował nad tym krajem… Nie opuszczajcie Michała Glińskiego, gdyż jest on związany więzami krwi z moją żoną”. Na te słowa wzmagają się szlochy Heleny. Wydaje przenikliwe okrzyki i padłszy na kolana, bije głową o ziemię. Wyprowadzają ją siłą w rozdartej szacie, z rozpuszczonymi włosami. Po jej odejściu Wasyl prosi metropolitę Daniela, by go wyświęcił na mnicha. Dla zbawienia duszy – powiada – chce, żeby go pochowano nie jako wszechwładnego monarchę, ale jak najskromniejszego ze sług bożych. Jego brat Andrzej i Woroncow podnoszą głosy protestu wobec tego prag­nienia, niedającego się pogodzić z dostojeństwem wielkiego księcia Moskwy. Ledwie zrozumiałymi słowami Wasyl obstaje przy swoim. Całuje oblamowanie swojego prześcieradła, niepewną ręką robi znak krzyża i spogląda błagalnie na ikonę Matki Boskiej Włodzimierskiej. Metropolita Daniel każe sobie podać czarny kaptur i woła: „Nie, nikt mi nie odbierze jego duszy! Srebrna waza jest niewątpliwie cenna, ale pozłocona podnosi swoją wartość!” Znów rozlegają się modły. Wasylowi wygalają tonsurę. Staje się mnichem o imieniu Warłam. Na jego piersi zostaje złożona Ewangelia. Oddycha z trudem. Nagle Szigona woła: „Dokonało się. Nie ma już monarchy!” Wkrótce potem będzie głosił, że twarz wydającego ostatnie tchnienie księcia zajaśniała, a cuchnące wyziewy jego rany przemieniły się w rozkoszną woń. Metropolita Daniel obmywa ciało zmarłego, wyciera je szarpiami i ubiera w mnisi habit. Dowiedziawszy się o zgonie Wasyla, Helena traci przytomność i, jak powiadają, odzyskuje ją dopiero po dwóch godzinach.