Facebook
Sekretny portret miłości

Sekretny portret miłości

Tytuł oryginału: A Scot in the Dark
Tłumaczenie: Agnieszka Dębska
Ilość stron: 400
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-07-17
EAN: 9788324167685
39.80 PLN
26.63 PLN
Romans historyczny

Seksowny książę. Niewinna dziewczyna. Skandaliczny sekret. To romans dla kobiet XXI wieku!
„USA Today”


Młoda dama pozowała do aktu! I lada chwila dowie się o tym cały Londyn. Cóż z tego, że padła ofiarą podstępu? Kiedy autor portretu, malarz bez skrupułów, wystawi płótno na wielkiej wystawie, Lilian będzie skompromitowana na zawsze.
Młody książę Warnick od śmierci rodziców Lilian jest jej prawnym opiekunem. Szkot z krwi i kości nienawidzi Anglii i Anglików. Teraz jednak przyjeżdża do Londynu. By uchronić Lilian przed skandalem, zamierza znaleźć jej męża. I wrócić spokojnie do Szkocji. To doskonały plan. Dopóki Lilian nie oświadczy, że wyjdzie za mąż tylko z miłości…


SARAH MACLEAN jest jedną z ulubionych autorek romansów historycznych. Ukończyła historię na Uniwersytecie Harvarda pisze felietony dla „The Washington Post”. Jej wypełnione mrocznymi sekretami i gwałtownymi namiętnościami powieści zdobywają listy bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today” oraz najwyższe nagrody gatunku, m.in. RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara). Są tłumaczone na ponad 20 języków.

Bernard Settlesworth wierzył, że nazwisko to przeznaczenie.

Skoro jest się bowiem trzecim z kolei w rodzinie doradcą prawnym arystokracji, trudno w coś takiego nie wierzyć. Bernard był niesłychanie dumny ze swej pracy, którą wykonywał niemalże przez cały boży rok. W końcu, powiadał sobie, brytyjska arystokracja wspiera się na ciężkiej pracy takich ludzi jak on. Bez różnych Bernardów Settlesworthów, fachowo prowadzących księgi rachunkowe i sprawnie zarządzających olbrzymimi majątkami ziemskimi, Izba Lordów rozpadłaby się i zostałby po niej tylko proch, podobnie jak po wielu dawnych rodach i fortunach.

Pracował więc dla lordów, zapewniając arystokracji przetrwanie. No i wypłacalność.

A chociaż dumny był ze wszystkich aspektów swojej pracy, nic nie cieszyło go bardziej niż kontakty z nowymi spadkobiercami, bo właśnie wtedy robił to, do czego był powołany z racji swego nazwiska: settling worth – wyceniał wartość.

Bernard czuł się zresztą w tej roli jak najlepiej, póki książęcego rodu Warnick nie dotknęła tragedia.

Dwóch markizów. Sześciu różnych hrabiów i baronetów. Właściciel ziemski i jego trzech synów. Proboszcz. Kapitan statku. Kapelusznik. Hodowca koni. I książę.

Straty będące skutkiem tych tragedii nie ograniczały się jedynie do wywróconego powozu, nieszczęśliwego wypadku na polowaniu, pechowego włamania, utonięcia w Tamizie, fatalnego przypadku influency i niezwykle wstrząsającego wydarzenia związanego z kormoranem.

Siedemnastu książąt – Bernard założył, że dobrze porachował – straciło życie. I to wszyscy w ciągu dwóch tygodni.

Taka była to seria siedemnastu wydarzeń nigdy jeszcze nie miała miejsca w brytyjskiej historii. Ale Bernard był z pewnością oddanym, a nawet więcej niż oddanym doradcą, gdy przypadło mu w udziale odgrywanie roli opiekuna równie starego i szacownego tytułu, jego rozległych posiadłości ziemskich (jeszcze rozleglejszych wskutek kolejnych śmierci siedemnastu mężczyzn, z których wielu zmarło bezpotomnie, i wielkich fortun – jeszcze większych z tego samego powodu).

Dlatego właśnie stał teraz w wielkim, kamiennym przedsionku Dunworthy Castle na zimnym, wietrznym pustkowiu szkockim, twarzą w twarz z Alekiem Stuartem, niegdyś siedemnastym w kolejce do tytułu księcia Warnick, a teraz ostatnim jego spadkobiercą.

Stwierdzenie, że stał z nim twarzą w twarz, nie było ścisłe. Bernard najpierw został przywitany przez piękną młodą kobietę, potem zaś pozostawiono go, by czekał wśród wielkich tapiserii i kilku sztuk starej broni porozwieszanej tu i ówdzie na ścianach.

Czekał tak i czekał.

Po trzech kwadransach pojawiły się dwa wielkie psy, większe niż inne kiedykolwiek przezeń widziane, szare i dzikie. Podeszły do niego w podejrzanie powolny sposób. Bernard przywarł do kamiennej ściany w nadziei, że znajdą sobie jakąś inną, atrakcyjniejszą ofiarę. One natomiast siadły tuż przy nim, sięgając mu włochatymi łbami niemal do piersi, i wyszczerzyły zęby, bez wątpienia uważając go za wcale smaczny kąsek.

Bernardowi było to obojętne, lecz po raz pierwszy w swojej karierze zaczął się zastanawiać, czy bycie doradcą prawnym nie jest przypadkiem niezbyt przyjemną profesją.

A potem pojawił się mężczyzna o wyglądzie jeszcze dzikszym niż psy. Miał ciemne włosy i był wielki jak góra – Bernard nigdy nie widział kogoś tak ogromnego. Mierzył, jak się doradcy zdawało, blisko sześć i pół stopy, a jego potężne, muskularne ciało mogło ważyć dobre dwadzieścia kamieni[1], choć wcale nie był otyły. Bernard mógł coś o tym powiedzieć, bo mężczyzna nie miał na sobie koszuli.

Nie miał też na sobie spodni.

Nosił kilt. A także miał u boku pałasz.

Przez chwilę Bernard zastanawiał się, czy nie został przeniesiony w czasie i przestrzeni, Szkot wyglądał bowiem tak, jakby pochodził z epoki o trzysta lat wcześniejszej.

Olbrzymi mężczyzna, nie zwracając wcale na niego uwagi, rzucił swoją broń na ścianę, do której pałasz przylgnął jakby samą siłą woli właściciela. A ów właściciel odwrócił się do Bernarda plecami i najwyraźniej miał zamiar odejść.

Bernard odchrząknął, a dźwięk ten zabrzmiał w rozległej kamiennej sali dużo donoś-niej, niżby sobie życzył. Na tyle donośnie, że mężczyzna odwrócił się i zmierzył wzrokiem postać doradcy, w porównaniu z nim zaskakująco drobną. Po długim milczeniu spytał:

- Kim pan jest?

A przynajmniej coś takiego powiedział, bo Bernard ledwie rozumiał jego bełkotliwy szkocki dialekt.

- Ja… ja… – Bernard nieco oprzytomniał i chciał zapanować nad jąkaniem, mimo że znalazł się wśród istnych bestii – zarówno ludzkich, jak i psich. Czekam na audiencję u pana tego domu.

Mężczyzna wydał głuchy pomruk, który, jak Bernard mógł przypuszczać, świadczył o rozbawieniu.

- Ciszej. Te kamienie nie lubią, kiedy ktoś gada, że mają pana.

Bernard zamrugał ze zdumienia. Słyszał o zbzikowanych Szkotach, ale nie spodziewał się spotkać kogoś takiego. Może nie zrozumiał, co ten człowiek mówi, bo twardo wymawiał „r” i połykał niektóre sylaby.

- Przepraszam, że co?

Mężczyzna przyglądał mu się uważnie przez dłuższą chwilę.

- Mnie pan przeprasza czy te ściany?

Bernard nie był pewien, co ma powiedzieć. Przecież nie przepraszał wcale zamku? Spytał więc:

- Czy pan Stuart jest w domu?

Olbrzym zakołysał się na piętach, a Bernard wyraźnie poczuł, że jego zakłopotanie bawi wielkiego brutala. Tylko że właśnie ów brutal powinien był okazać zakłopotanie, skoro chodził na wpół nago po zamku.

- Aye. To znaczy – jest.

- Czekam na niego prawie od godziny.

Psy wyczuły jego irytację i zerwały się na nogi, najwyraźniej nią urażone. Bernard z trudem przełknął ślinę.

- Angus, Hardy! – Po tym okrzyku psy natychmiast cofnęły się ku swemu panu.

Dopiero wtedy Bernard wszystko zrozumiał.

Spojrzał na półnagiego mężczyznę i powiedział:

- To pan?

- A jakże, ale ciągle nie wiem, kim pan jesteś.

- Alec! – Głos młodej kobiety rozległ się echem w zamku. – Ktoś tu przyszedł do ciebie. Mówi, że jest doradcą prawnym z Londynu!

Nowy książę Warnick nie spuszczając wzroku z Bernarda odparł donośnie:

- Mówi też, że czeka na mnie od godziny!

- Chyba nic nam dobrego nie przyjdzie z jakiegoś tam londyńskiego doradcy! – rozległ się ponownie kobiecy głos. – Po co sobie w ogóle zawracasz głowę sporem z tym człowiekiem?

- Sam nie wiem, po co – odparł Szkot. – Wybaczy pan, ale moja siostra nie lubi Anglików.

Bernard skinął głową i spytał:

- Czy moglibyśmy gdzieś porozmawiać bardziej prywatnie?

- Jeszcze mniej dbam o Anglików niż moja siostra – odparł książę – więc po co te ceregiele? Możesz pan wszystko powiedzieć tu i teraz. A potem się wynieść stąd.

Bernard uznał, że opinia tego człowieka o Anglii może ulec pewnej zmianie, gdy się dowie, że został parem królestwa. I to niezmiernie bogatym.

- Oczywiście. Z wielką przyjemnością oznajmiam, że od dwudziestu dni jest pan księciem Warnick.

W swojej karierze zawodowej Bernard obserwował już różne reakcje na odziedziczenie tytułu. Stykał się z rozpaczą po stracie ukochanych ojców, widział ulgę na twarzach ludzi uwolnionych od nielubianych krewnych. Był świadkiem zaskoczenia dalekich spadkobierców i radości tych, których los odmieniał się w mgnieniu oka. A w najgorszych przypadkach dostrzegał obezwładniające brzemię dziedzictwa, gdy świeżo mianowany arystokrata odkrywał, że wraz z tytułem nie dostaje mu się nic oprócz przygniatającego długu.

Ale przez ponad dwadzieścia lat, odkąd służył najwyższej arystokracji, nigdy nie spotkał się z obojętnością.

Dopiero teraz, gdy Szkot, którego szukał po całym tym kraju, odparł spokojnie: „a tam” i odszedł, z psami podążającymi tuż za nim.

Settlesworth nie zdołał ukryć zmieszania.

- Ależ… Wasza Wysokość!

W odpowiedzi usłyszał donośny wybuch śmiechu.

- Mam w nosie angielskie tytuły. A już na pewno nie chcę słyszeć, że jestem jakąś tam wysokością!

I po tych słowach osiemnasty książę Warnick, ostatni z czcigodnego rodu oraz dziedzic iście królewskiej fortuny, poszedł sobie.

Bernard czekał przez kolejną godzinę w przedsionku i trzy dni w jedynej oberży najbliższego miasta, ale książę ani myślał mówić z nim po raz drugi.

Podobnie działo się przez następne pięć lat. Książę rzadko pokazywał się w Londynie, a kiedy już to robił, unikał wszystkiego, co arystokratyczne. Przez całe miesiące londyńska socjeta doświadczała jego wzgardy i w końcu zadecydowała, że to w istocie ona nim pogardza, a nie odwrotnie.

Niechciany Książę, jak utrzymywano, nie był wart niczyjego czasu ani energii. W końcu osiemnasty z kolei książę praktycznie wcale nie był księciem.

Taki pogląd odpowiadał Alecowi Stuartowi, dumnemu Szkotowi, jak najbardziej i zaczął żyć nie dbając o przywileje związane z jego tytułem. Ale że nie był żadnym potworem, zarządzał swymi nowymi, rozległymi posiadłościami skrupulatnie i starannie, tak że jego dzierżawcom wiodło się dobrze i cieszyli się powodzeniem. Sam książę unikał Londynu, uważając, że jak długo Anglia ignoruje jego, tak długo on może ignorować Anglię.

Anglia zaś ignorowała go, póki tylko on nie przestał tego robić.

Póki nie otrzymał listu, ujawniającego, że prócz ziem, służby, malowideł i dywanów, które odziedziczył, i prócz tytułu, którym wcale nie był zainteresowany, księciu Warnick dostało się też w spadku coś całkiem innego.

Kobieta.

 

[1] Czyli około 197 cm i 127 kilogramów

Aktualności
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej
2018-10-10

-40% na drugą książkę

Romans, thriller, horror, literatura dla pasjonatów historii i tajemnic, a nawet bestsellerowe książeczki dla dzieci. Tylko teraz wszystkie nasze książki  z rabatem -40%

czytaj więcej
2018-09-21

Weekend z "Ciemnością" Ragnara Jónassona

Razem ze Zbrodniczymi Siostrzyczkami rozpoczynamy weekend (21-23 września) z pierwszym tomem nowej trylogii Ragnara Jónassona „Ciemność”. Jest to początek serii pt

czytaj więcej

Inne książki autora

Dzień księżnej Sekretny portret miłości

Dzień księżnej MACLEAN SARAH

39.80 PLN 26.63 PLN
Uwodziciel bez szans

Uwodziciel bez szans MACLEAN SARAH

39.80 PLN 26.63 PLN
Trzy twarze damy

Trzy twarze damy MACLEAN SARAH

39.80 PLN 26.63 PLN
Nauczka dla księcia

Nauczka dla księcia MACLEAN SARAH

39.80 PLN 26.63 PLN