Sędzia miłości (wyd. 2)

Sędzia miłości (wyd. 2)

Tytuł oryginału: Axel
Tłumaczenie: Aleksandra Januszewska
Ilość stron: 384
Rodzaj: oprawa miękka, wyd. 2
Format: 135x205
Data wydania: 2021-07-21
EAN: 9788324174492
Romans historyczny

BESTSELLER „NEW YORK TIMESA”

„Głębokie uczucia, silne emocje i groźna tajemnica to znak firmowy Grace Burrowes”. „Romantic Times”

Axel Belmont, zamożny i poważany botanik, pełni urząd sędziego pokoju.
Dlatego musi zbadać okoliczności śmierci właś­ciciela sąsiedniego majątku, pułkownika Stoneleigha.

Od pierwszej chwili jest jasne, że pułkownik padł ofiarą morderstwa.
Czy popełniła je jego żona, piękna i tajemnicza Abi­gail? Im bardziej Axel zagłębia się w przeszłość Stoneleigha, tym więcej odkrywa jego zbrodniczych machinacji. Tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że Abby jest niewinna. I tym mocniej bije dla niej jego serce...

Lecz czy zdoła rozwiązać zagadkę, nim zbrodniarz uderzy znowu?

GRACE BURROWES to autorka bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”, uhonorowana najbardziej prestiżowym wyróżnieniem gatunku: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara). Ukończyła nauki polityczne, muzykologię i prawo. Jej powieści, sprzedane w ponad milionie egzemplarzy, są w czołówce list bestsellerów Amazonu (często na 1. miejscach) najlepszych romansów z epoki regencji.

Rozdział 1
Każdemu sąsiadowi, który okazuje się trupem w środku lodowatej, styczniowej nocy, brakuje manier w najwyższym stopniu.
Tezę tę Axel Belmont wygłosił pod adresem swojego konia – a Ivan nie dał się poznać jako ktoś, kto miałby ochotę zaprzeczać opiniom profesora, czego by nie dotyczyły.
– Pod względem rzeczonych złych manier – ciągnął Axel – twego nieszczęśnika przewyższyłby jedynie człowiek, który miałby czelność skarżyć się, że ten sąsiad wybrał niedogodną porę na odejście z tego świata.
Nawet jeśli tego człowieka oderwano by późną nocą od kieliszka wina, sączonego w gronie najserdeczniejszych przyjaciół wywodzących się z jednej rodziny – Rosaceae.
– Tym, czego najbardziej nie znoszę w pracy sędziego pokoju – mruknął Axel, prowadząc Ivana podjazdem do dworku Stoneleigh – to konieczność wglądu w brudy sąsiada. Uważaj, jak stąpasz, koniu. Wieziesz cenny ładunek.
Cenny, trzęsący się z zimna ładunek. Majątek Axela graniczył z posiadłością Stoneleigh, ale i tak oznaczało to dwie mile powolnej jazdy wiejskimi drogami w świeżym, sypkim śniegu. Arktyczny wiatr w żaden sposób nie poprawił Axelowi nastroju, tak samo jak myśl o porzuconych w cieple oranżerii krzyżówkach, niecałe pół godziny wcześniej.
Zatrzymał Ivana na dziedzińcu stajennym Stoneleigh; z drewnianych zabudowań wyłonił się Ambers, naczelny stajenny w majątku.
– Zajmę się koniem, panie Belmont. Bardzo źle się dzisiaj dzieje w dworku. Bardzo źle.
– Próżne narzekania, Ambers. Siana dla mojego dzielnego wierzchowca. Nie wiem, ile czasu tu spędzę. – Dla kogoś przemarzniętego, zmęczonego, dla którego kwiaty są bardziej interesujące niż świat zbrodni, to mogła być przysłowiowa wieczność, co najmniej.
Axel wręczył Ambersowi lejce i ruszył przez dziedziniec, zasypanym śniegiem podjazdem, w stronę fasady imponującego, trzypiętrowego dworku Stoneleigh. Mimo późnej godziny lampy na frontowym tarasie paliły się jasno. Drzwi otworzyły się, zanim Axel zdążył użyć wycieraczki, żeby usunąć błoto ze swoich najstarszych butów do konnej
jazdy.
– Proszę wejść, panie Belmont. – Shreve, lokaj Stoneleigh, skłonił się. – Bardzo proszę. Na zewnątrz zimniej dzisiaj niż w Hadesie, można się przeziębić na śmierć… och, dobry Boże… Co to ja chciałem powiedzieć… Najmocniej pana proszę o wybaczenie. – Mężczyzna skłonił się ponownie, choć pozostało mu jeszcze zamknięcie przeklętych drzwi.
– Dobry wieczór, Shreve. – Sam zamknął drzwi za sobą. – Poradzę sobie z płaszczem, kapeluszem i rękawiczkami. Gdzie jest zmarły i gdzie jest pani Stoneleigh?
Shreve machnął lekko dłonią bez rękawiczki.
– Jest w bibliotece z… eee… z pułkownikiem. Ze zmarłym pułkownikiem. – Zamrugał, po czym utkwił wzrok w jakimś punkcie przed sobą, jakby usłyszał dziwny hałas, w rodzaju tych, na które naczelni kamerdynerzy nie zwracają żadnej uwagi.
– Czy moglibyśmy dostać herbatę w salonie? – zapytał Axel.
Pytanie wywołało dalsze mruganie i ukłony.
– Doskonale, sir. Herbata w salonie. Natychmiast się tym zajmę. – Pewnie zapomni, zanim dotrze do kuchni. Ale Axel i tak miał w nosie jakąś tam herbatę.
Axel w przeszłości bywał w dworku Stoneleigh, nie potrzebował więc asysty, żeby trafić do gabinetu. Zapukał raz i wszedł.
Zauważył dwie rzeczy, ledwie zrobił parę kroków.
Niedający się pomylić z niczym innym zapach śmierci na skutek strzału z bliskiej odległości – metaliczny, gryzący zapach krwi i dominująca, słaba, siarkowa woń wypalonej amunicji. Drugą, niedającą się zignorować rzeczą było lodowate styczniowe powietrze, które wpadało do pokoju przez otwarte drzwi balkonowe.
Axel przemierzył już prawie połowę pokoju, myśląc o tym, żeby zamknąć balkon, kiedy zatrzymało go jedno słowo:
– Nie.
Pani Stoneleigh trwała w takim bezruchu w cieniu przy kominku, że Axel nie zauważył jej obecności. Podniosła się, szeleszcząc spódnicami, i wysunęła się z mroku.
– Jeśli mój mąż ma spoczywać tutaj, pokój musi pozostać nieogrzewany. Dziękuję, że odpowiedział pan na moje wezwanie.
– Pani Stoneleigh. – Axel ujął jej zimną dłoń, skłonił się nad nią i przyjrzał właścicielce na tyle uważnie, na ile pozwalały dobre maniery i słabe światło z kominka. Była całkiem wysoka jak na kobietę, chociaż i tak o pół stopy niższa niż liczący prawie dziewięćdziesiąt cali wzrostu Axel. Zielonooka i ciemnowłosa Abigail Stoneleigh miała także urodę niewątpliwą, choć spokojną.
Ponieważ była – kiedyś była – żoną innego mężczyzny, Axel nigdy nie starał się oceniać jej urody szczegółowo; gdyby nie jej wyniosłość, gdyby się czasem uśmiechnęła, można by ją uznać za piękną, jakkolwiek dla Belmonta nie miało to żadnego znaczenia.
Musiała przemarznąć do kości.
– O ile przypominam sobie pani list – powiedział Axel – prosiła pani, abym zjawił się tutaj najwcześniej, jak zdołam. Trudno to nazwać wezwaniem. – Miała elegancki charakter pisma, ale sługa, który dostarczył list, omal nie wypaplał wieści o śmierci Stoneleigha.
Axel podprowadził ją do kominka, gdzie zamierający ogień przegrywał walkę z zimowym chłodem.
– Powinienem panią ostrzec, pani Stoneleigh, że przyjechałem tu jako sędzia pokoju, a nie jedynie sąsiad.
– Jednak przybycie o tej porze to i tak uprzejmość z pana strony.
Współmałżonek tej kobiety spoczywał jakieś cztery metry dalej, przy biurku, zwaliwszy się połową ciała na jego blat; przed dojmującym zimnem chronił ją jedynie zwykły brązowy szal, a ona wymienia z nim uprzejmości?
Każdy radził sobie ze śmiercią inaczej. Tego nauczyła Axela śmierć Caroline.
Zdjął kubrak i zarzucił go na ramiona pani Stoneleigh.
– Może przejdziemy do salonu? Prosiłem Shreve’a, żeby podano nam herbatę.
Wzrok pani Stoneleigh powędrował w ciemność za drzwiami balkonowymi.
– Mój… Pułkownik nie chciałby zostać sam.
Gdzieby się dusza pułkownika nie udała, życie opuściło jego ziemskie szczątki. O tym, żeby czegoś chciał, czy nie chciał, nie mogło już być mowy. Axel miał jednak dość rozumu, żeby nie dyskutować w takiej sytuacji o logice.
– Niczego w tym pokoju – w tym ciała – nie wolno ruszać, póki nie rozejrzę się tu bliżej, pani Stoneleigh. Wolałbym zająć się tym na osobności.
– Może pan przebywać tutaj w pojedynkę, ale później przyślę Ambersa, żeby tu posiedział. Poczekam na pana w salonie.
Wyniosła, jak jakaś piekielna królowa – blada, piekielna królowa.
– Nie chce pani, żeby Shreve posiedział z pułkownikiem, albo może jego kamerdyner?
– Pan Spellmen wziął urlop i odwiedza rodzinę w Hampshire. Wystarczy Ambers. Shreve jest na skraju wytrzymałości nerwowej.
Natomiast dama pozostawała lodowato spokojna. Pachniała także leciutko olejkiem różanym i Axel ponownie zatęsknił za swoją oranżerią.
Odprowadził ją do drzwi, a potem zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią na pytanie, jak to się stało, że człowiek dość lubiany, w dobrym stanie zdrowia, bardzo zamożny, pozbawiony, jak się wydaje, szczególnych wad, zginął od kuli w serce z bliskiej odległości, we własnym domu.
Abigail poczekała, aż drzwi zamknęły się ze szczękiem zamka, po czym owinęła się ciaśniej wełnianym kubrakiem Axela. Pachniał przyjemnie, kwiatami i świeżą zielenią z oranżerii, poza tym zachował jeszcze miłe ciepło jego wielkiego ciała.
Pan Belmont i Gregory zawsze traktowali się życzliwie, choć z dystansem, więc w ciągu paru minionych lat Abigail miała okazję obserwować sąsiada.
Sędzia pokoju stanowił miły obraz dla oka: wysoki, jasnowłosy, przystojny w taki sposób, jak bywają mężczyźni przebywający dużo na świeżym powietrzu. Uważano go za dobrą partię, jako wdowca z dziećmi i sporym majątkiem, i zawsze ubiegano się o jego towarzystwo czy partnerowanie na miejscowych balach. Na jego korzyść przemawiało także, że był oddanym ojcem dla swoich synów, Daytona i Phillipa, a także spokojnym, niekłopotliwym sąsiadem.
Jak również to, że przybył w odpowiedzi na list Abby w środku zimowej, śnieżnej nocy.
Z punktu widzenia Abby lista jego pozytywnych cech na tym się kończyła. Pan Belmont posiadał tę nieznośną cechę, że zupełnie nie brał pod uwagę opinii innych osób, a jego głębokie przekonania czyniły go, w jej oczach, zimnym jak lód. W sąsiedztwie cieszył się opinią niezwykle inteligentnego – wykładał na Oxfordzie! – i uzdolnionego naukowca, ponieważ opublikował wiele traktatów dotyczących botaniki.
W obecności pana Belmonta Abby zawsze miała wrażenie, że poślubienie zamożnego mężczyzny o trzydzieści lat starszego od siebie to przekleństwo.
Ale co, na Boga żywego, co innego mogła zrobić? I co miała robić teraz?
Zjawił się Shreve z herbatą na tacy – wyjątkowo podnoszący na duchu dowód troski. A potem Abby przypomniała sobie, że to pan Belmont prosił o to w jej imieniu.
Tak czy inaczej, filiżanka gorącej, słodkiej herbaty koi nerwy, a nerwy Abby były… jak napięte do granic możliwości, bliskie zerwania postronki. Przełknęła z trudem ślinę; to było poważne niedopowiedzenie. Nie mogła pozwolić, żeby w takim stanie zobaczył ją Pan Jestem Tutaj Jako Sędzia Pokoju z Głębi Piekieł Belmont.
– Shreve – powiedziała, kiedy kamerdyner odwrócił się, żeby odejść – ponieważ pan Belmont wkrótce się do mnie przyłączy, może byś przyniósł karafkę z biblioteki.
– Czy mogę czymś jeszcze służyć, proszę pani?
Musiał być stale zajęty, dostawać drobne zadania do wykonania, inaczej mógłby się załamać.
Jakiekolwiek drobne zadania.
– Czy mógłbyś przynieść moje przenośne biureczko? Trzeba zawiadomić rodzinę; napiszę listy, zanim położę się spać. Kiedy przyjdzie pani Pritchard, może ułożyć pułkownika w gabinecie, pod warunkiem że pan Belmont skończy swoją pracę. Sąsiedzi mogą złożyć wizytę w czwartek po południu między drugą a piątą, wyślę w tej sprawię pisemko do proboszcza.
– Będą nam potrzebne czarne zasłony – ciągnęła Abby, choć zmuszanie umysłu do skupienia się na rzeczach praktycznych wymagało nadludzkiego wysiłku. – Krepę znajdziesz na strychu nad galerią. Cała służba, która jeszcze nie śpi, może spożyć zdrowotną miarkę trunku, bo wszyscy musimy odpocząć pomimo tego strasznego wydarzenia. Zasłonięcie okien, luster i portretów może poczekać do jutra.
Podobnie jak płacz, chodzenie tam i z powrotem i uleganie zgryzotom. O omdlewaniu, jakkolwiek kuszącym, nie mogło być mowy.
– Tak, proszę pani. – Kiedy Shreve wrócił z brandy i przyborami do pisania, Abby odesłała go, pociągającego nosem i mrugającego, z powrotem do kuchni. Shreve służył jej mężowi, odkąd tamten wrócił z Indii przed jedenastu laty.
Kamerdyner, w przeciwieństwie do pani domu, mógł sobie pozwolić na załamanie nerwowe.
Abby zajęła się pisaniem nekrologu na potrzeby miejscowego tygodnika.
Ona sama też nie mogła pozostać bezczynna albo znowu w jej uszach rozbrzmiałby okropny huk wystrzału we własnym domu, w porze, kiedy wszyscy powinni kłaść się do łóżek.
W trzecim podejściu do pierwszego zdania przeszkodziło jej krótkie, energiczne pukanie do drzwi, po którym do salonu wkroczył Axel Belmont. Jego wzrost i zdecydowanie sprawiły, że salon wydawał się mniejszy i jeśli Abby przedtem czuła do niego pewną niechęć, to teraz wzbudził w niej niemal odrazę.
Wstała z kanapy, zrzucając z siebie jego kubrak.
– Spodziewam się, że zostawił pan Ambersa na stanowisku? – zapytała, podając gościowi jego własność.
Chociaż dzisiejszej nocy był sędzią pokoju, a nie żadnym gościem.
Pan Belmont wsunął się w kubrak z łatwością człowieka, który często obywał się bez kamerdynera.
– Zostawiłem Ambersa w gabinecie z panią Pritchard. Usiądziemy? Mamy parę rzeczy do omówienia, pani
Stoneleigh. Rzeczy, które panią zaniepokoją. Mogę przełożyć tę rozmowę na jutro, ale wiadomości nie staną się lepsze z czasem.
Innymi słowy, Gregory i tak będzie martwy.
– Mój mąż się zastrzelił – powiedziała Abby na tyle spokojnym tonem, na ile zdołała. W paru słowach opisała brutalną rzeczywistość, ale nie dlatego, że chciała oszczędzić delikatne uczucia pana Belmonta, jeśli on w ogóle takowe miał.
Abby wypowiedziała te okropne, przerażające słowa, ponieważ musiała wyrwać prawdę z mroku korytarza, gdzie ją po prostu przerażała.
– Pułkownik cieszył się dobrym zdrowiem – ciągnęła. – Miał po co żyć, na ogół był w dobrym nastroju, a jednak odebrał sobie życie? Co może być bardziej niepokojącego?

Inne książki autora

Pakiet (Szalone pocałunki, Zakazana miłość, Tajemnica damy) Sędzia miłości (wyd. 2)

Pakiet (Szalone pocałunki, Zakazana miłość, Tajemnica damy) BURROWES GRACE JAMES ELOISA JORDAN NICOLE

Tajemnica damy

Tajemnica damy BURROWES GRACE

Przeznaczeni miłości

Przeznaczeni miłości BURROWES GRACE

Wierni miłości

Wierni miłości BURROWES GRACE

Więźniowie miłości

Więźniowie miłości BURROWES GRACE

Sir John

Sir John BURROWES GRACE

Miłość barona

Miłość barona BURROWES GRACE