Nieznana miłość

Nieznana miłość

Tytuł oryginału: Lady Derring Takes a Lover
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 145x207
Data wydania: 2019-10-08
EAN: 9788324170449
Romans historyczny

Pierwszy tom nowej romantycznej serii Wielki Pałac nad Tamizą bestsellerowej autorki z Top 10 „New York Timesa”
 

Ona nie zaznała prawdziwej miłości…
On uznawał miłość za mit…
Lady Delilah Derring przez całe swoje małżeństwo była wierną, choć zdradzaną żoną. Śmierć hrabiego zderzyła ją z ponurą rzeczywistością: z powodu długów męża zostaje bez środków do życia i musi przeprowadzić się z rezydencji w centrum Londynu do zrujnowanego domu w okolicy portu. Niespodziewanie ta sytuacja daje Delilah szansę na inne życie: prawdziwą wolność, w której nie ma miejsca na łaskę i niełaskę mężczyzny.

Razem z dawną kochanką męża zmieniają opustoszały budynek w pensjonat o dumnej nazwie Wielki Pałac nad Tamizą. Wszystko byłoby na dobrej drodze, gdyby nie kłopotliwy gość –kapitan marynarki Tristan Hardy, tropiący przemytników. Dla mężczyzny tak poświęconemu swojej pracy uwiedzenie pięknej arystokratki, żeby dopaść przestępców, wydaje się nic nieznaczącą błahostką.

Ale los zadrwi tym razem z kapitana i postawi go przed dramatyczną decyzją: czy zdradzi swój kodeks honorowy… czy wybierze prawdziwą miłość, jakiej dotąd nie znał?!

1


Lady Derring została wychowana w przekonaniu, że pochodzenie i dobre maniery chronią przed całym złem tego świata. Tak więc, kiedy przez czarny welon zerkała na radcę prawnego męża, plecy miała proste, brodę wysoko uniesioną, a czoło tak gładkie jak porcelanowa chińska waza, którą wyjęła z rąk człowiekowi, który tego ranka usiłował ją zabrać z jej domu.
– Ale ja mam listę! – wykrzyknął, podając jej papier gwałtownym ruchem. – I wielu ludzi, którym przyrzekłem wypłacić dniówkę!
Miał w istocie listę.
Można by ją kartkować jak książkę.
Niczym w pamiętniku dałoby się w niej znaleźć wzmiankę o każdym pięknym przedmiocie, który jej mąż zakupił w tym czy innym momencie.
Poza nią samą rzecz jasna.
Pod koniec lektury pierwszej strony (kończyła się na: „rzeźba, naga, Leda z łabędziem”) zaczęła odczuwać śmiertelny chłód. Miała wrażenie, że jej serce to jakiś przedmiot, który niechcący połknęła. Lodowata bryłka o ostrych krawędziach.
Wciągnęła powietrze.
Potem jeszcze raz.
Dopiero wtedy zdołała spojrzeć na mężczyznę przez rzęsy.
– Przyjrzę się temu uważniej, dobrze? – odezwała się stanowczym, hrabiowskim tonem.
A potem, używając jedynej broni, jaką dysponowała – poczuciem winy, żałobnym strojem, spojrzeniem jasnych, brązowych oczu – zdołała jakoś wyprosić go za drzwi.
Skierowała gniewny wzrok na perfidnego kamerdynera, który wpuścił tamtego, przyjmując łapówkę.
Miał na tyle przyzwoitości, żeby spojrzeć w bok.
Potem wezwała powóz i złożyła pierwszą, niezapowiedzianą wizytę radcy prawnemu męża – cztery dni po pogrzebie męża i jeden dzień przed terminem, jaki wyznaczył jej Tavistock cichym, współczującym tonem.
Pan Tavistock, okrąglutki, łysiejący, zdumiał się na jej widok, ale zniósł to dzielnie. Bez wątpienia doliczał sobie dodatkową opłatę z tytułu takich nieprzewidzianych, trudnych sytuacji.
– Och, tak. Bardzo trudno się w tym połapać w tak krótkim czasie po pogrzebie – oznajmił zamyślonym tonem. – Ale wygląda na to, że nasz Derring nie miał grosza przy duszy, kiedy wybrał się na tamten świat. Siedział w długach po uszy. Jego posiadłość trzymała się jako tako tylko dzięki pożyczkom.
Serce tłukło jej się w piersi, jak schwytane w potrzask zwierzątko. Nie czuła nic innego poza tym. Ciasno splecione dłonie w czarnych, skórkowych rękawiczkach spoczywały na jej kolanach, dziwnie oddzielone od ciała, niczym jakieś obce stworzenie, które zakradło się tam, szukając schronienia.
Ta zdumiewająca otępiałość miała wkrótce stać się rodzajem luksusu; z tego jasno zdawała sobie sprawę. Musiała jednak skupić myśli i wysilić umysł.
Nikt, a już zwłaszcza jej zmarły mąż, nie cenił jej dotąd za bystrość umysłu.
Och, ale to nie znaczy, że nie był bystry.
– To wszystko, co zostało z majątku, jeśli zechce pani spojrzeć. – Otworzył szufladę i wyciągnął garść papierów. – Z pewnością zgadza się z listą, która znajduje się w pani posiadaniu.
Wzięła papiery skwapliwie.
Podczas gdy Tavistock przyglądał jej się w milczeniu, przeczytała trzy rachunki.
Pierwszy wystawiono za: „rzeźbę, nagą, z kamienia, przedstawiającą Ledę z łabędziem”. Z podpisem kamieniarza z Sussex.
Trzeci przysłała Madame Le Fleur.
„Rękawiczki z czarnej koźlej skórki”.
Te, które nosiła.
Przestała czytać. Odłożyła rachunki na nienagannie czyste, uporządkowane biurko Tavistocka, a jej dłonie wróciły w bezpieczne miejsce na kolanach.
Tavistock nie powiedział ani słowa. Bawił się piórem. Wydawało się, że toczy heroiczną walkę z potrzebą spojrzenia na zegar.
Odchrząknęła.
– Ale Derring był zamożny…
– Był – powtórzył lakonicznie Tavistock.
– Może jest jakiś bardziej aktualny testament, panie Tavistock, który wzmiankuje o najnowszych nabytkach. – Własny głos dobiegał do niej jak przez poduszkę. – Może zechciałby pan poprosić młodego, miłego urzędnika za drzwiami, żeby jeszcze raz przejrzał…
– Był tylko jeden testament i jeden hrabia Derring, ten, którego oboje znaliśmy i kochaliśmy; pokój jego duszy.
Pan Tavistock skłonił głowę.
Delilah patrzyła na niego zafascynowana i pełna obrzydzenia. Smród świętoszkowatości przylgnął do niego jak dym z paskudnych cygar Derringa – tych, które przywodziły na myśl zgniły zapach z pyska mięsożercy, zmieszany z zapachem szczątków, które ogrodnik palił po całym dniu przycinania róż, z silną nutą palonej skóry.
Jedyną rzeczą, którą Tavistock „kochał” były koneksje Derringa i te obrzydliwe cygara.
Najgorętszym z uczuć, jakimi ona darzyła Derringa, była wdzięczność.
Próbowała go kochać. Niczego więcej nie pragnęła. Marzyła o domu pełnym dzieci i śmiechu, przyjaciół, muzyki, domu, gdzie wszyscy czuli się dobrze i gdzie panowała radość. Usiłowała znaleźć jakiś punkt zaczepienia – jakiś ujmujący nawyk, jak nucenie podczas czytania gazety – jej ojciec to robił – jakąś iskierkę wdzięku czy wrażliwości, którą dałoby się rozdmuchać w płomień miłości. Derring był od niej piętnaście lat starszy. Kiedy się poznali, miał już w pełni ukształtowaną osobowość i nienaruszalne, niezmienne przyzwyczajenia – jak te rzeźby, które lubił kolekcjonować.
Noc poślubna – którą zapamiętała jako szamotaninę spoconych ciał, szeptane polecenia (Czy zechciałabyś się przesunąć w lewo, Delilah?) oraz jękliwe: przepraszam, przepraszam i dziękuję – została odarta z wszelkiego romantyzmu. Romantyczna miłość była widocznie mitem, jak jednorożce i krasnoludki, do którego odwoływano się, żeby zwabić młode kobiety w małżeństwo, tak by przedłużyć gatunek i zapewnić dziedziców; dzięki temu przyszłe pokolenia mogły się cieszyć życiem arystokratów.
Otoczyła Derringa ciepłem i serdecznością. Miała nadzieję, że nie odczuje chłodu, jaki się pod tym krył. Może wina, w istocie, leżała po jej stronie.
Tavistock odchrząknął.
– Jest pani nadal młoda, proszę wybaczyć śmiałość, i może pani wyjść… – urwał. – Cóż, może mogłaby pani poślubić wdowca z dziećmi, które potrzebują matki, jeśli znajdzie pani takiego…
Cieszyła się, że ma welon. Wstyd i wściekłość przeplatały się ze sobą, mdlące i palące na przemian. Skoro nie była w stanie dać Derringowi dziedzica w ciągu sześciu lat małżeństwa, to doprawdy, komu była potrzebna?
Będzie teraz krążyła między krewnymi, jak mały rzeźbiony stołeczek z Indii, który Derring kupił nie wiadomo po co, który przenoszono z pokoju do pokoju, z domu do domu; nigdzie właściwie nie pasował, zawsze trochę przeszkadzał. Ostatnio widziała go w bibliotece, gdzie otarła sobie o niego skórę na łydce.
– Dzięki Bogu, że mam w panu doradcę, panie Tavistock.
– Żaden kłopot, lady Derring – odparł, ulegając pokusie spojrzenia na zegar.
– Czy opóźniam pańskie kolejne spotkanie?
Zdziwił się wyraźnie.
– Mam właśnie wyruszyć na wakacje z żoną i rodziną. Należały nam się od dawna. Od dawna. Nigdzie tak dobrze jak nad morzem, nieprawdaż? – zauważył radosnym tonem.
Tylko popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
Jednocześnie odwrócili głowy, kiedy w przedpokoju, gdzie siedział młody asystent Tavistocka, rozległy się głosy – kobiecy, melodyjny i przymilny, ale zdecydowany oraz urzędnika – uprzejmy, lecz równie stanowczy.
Delilah odchrząknęła.
– Może coś przeoczono w księgach. Gdyby zechciał pan je przejrzeć jeszcze jeden, ostatni raz…
– Zapewniam panią, lady Derring, że nie popełniamy błędów w firmie Tavistock, Urqhardt, Ramsey i Donne.
Fałszywa ropucha nie sądziła najwyraźniej, że warto posłuchać jej zdania w całości.
– Czyż to nie dziwne, że zapewnienia o niezawodności tak mało dają mi pewności co do pomyślnego załatwienia spraw powierzonych państwa firmie?
Zamrugał gwałtownie, jakby prysnęła mu wodą w oczy.
Jakby słyszała pełen przygnębienia głos matki: Ironią nie zdobędziesz męża, Delilah.
To miało być jej podstawowe zadanie, od kiedy okazało się, że zapowiada się na ładną kobietę: złapać męża. Wszystkim ulżyło, włącznie z Delilah. Dzięki temu mogła być zbawieniem, a nie ciężarem dla rodziny. Jej ojciec był pomniejszym lordem, ale gilotyna biedy wisiała nad całym jej dzieciństwem; rodzina wydawała się żyć na wciągniętym oddechu, w stałym napięciu, jakby jeden fałszywy ruch mógł ich wtrącić w przepaść.
To, że hrabia Derring zadurzył się w Delilah, uznano za znak opatrzności oraz triumf starannego wychowania, jakie zapewniła jej matka. Bądź słodka, posłuszna, wniebowzięta. Dostosuj się do jego potrzeb i humorów. Schlebiaj jego próżności. Mów łagodnym, melodyjnym głosem.
Gdyby tylko matka uprzedziła ją, jaką pułapką może się okazać całkowite zaufanie mężczyźnie.
Zabawne. W myślach Delilah nigdy nie mówiła „łagodnym, melodyjnym” głosem.
A w swoich fantazjach nigdy nie dostosowywała się do niczego i nikogo.
– Nie powinna się pani martwić, lady Derring. Kobiety z pani wyglądem nigdy nie głodują, jeśli nie chcą.
Jeszcze parę dni wcześniej Tavistock nie pozwoliłby sobie na podobną insynuację. Wewnątrz nieopłaconych rękawiczek jej dłonie nagle zwilgotniały.
Teraz zrozumiała, że jedynie mąż może dać ochronę przed złem tego świata.
Wyobraziła sobie, jak Tavistock gramoli się na swoją biedną, nieszczęsną żonę, a potem z niej złazi. Coś z jej myśli widocznie promieniowało przez welon, bo Tavistock nagle przestał się uśmiechać.
Odchrząknął.
– Zdaje sobie pani sprawę, że posiadłości w Devonshire i Sussex przejdą teraz na następnego dziedzica w linii męskiej, bratanka, jako że pani małżeństwo nie rozwiązało kwestii męskiej…
„Kwestia” brzmiała groteskowo.
– Ale… – Zamarł, coś sobie przypomniawszy. Tavistock nagle otworzył szufladę i rzucił coś z brzękiem na biurko między nimi. Zestaw kluczy na obręczy.
– Niemal zapomniałem. Derring miał jeden budynek nieobjęty dziedziczeniem. Sądzę, że wygrał go w karty czy w podobny sposób. Lovell Street 11, koło portu. Teraz należy do pani.
Zerknęła na klucze.
– Lovell Street koło portu – powtórzyła powoli.
Derring nigdy o nim nie wspominał. Stłumiła niemal histeryczny śmiech. Tylko dranie i łajdacy kręcili się w okolicy portu. Hrabiny trzymały się od portu z daleka.
– To ruina, jak przypuszczam – ciągnął beztrosko Tavistock. Zerknął znowu na zegar. Zajęci mężczyźni mogli poświęcić jedynie odrobinę swojego czasu, żeby uświadomić katastrofę, w jaką zamieniło się jej życie.
Delilah pociągnęła klucze w swoją stronę.
– Co to za budynek?
– Prawdę mówiąc, nie wiem. Wiem tyle, że musi pani opuścić londyńską rezydencję w ciągu tygodnia, bo Derring zalegał z opłatami.
Rozmowa za drzwiami zamieniła się w kłótnię.
Zaskrzypiała klamka.
Drzwi uchyliły się na parę cali.
Wydawało się, że ktoś je znowu bezceremonialnie zamknął.
A potem otworzyły się nieco szerzej niż poprzednio. Delilah ujrzała kobietę i młodego urzędnika, który zajmował biurko za drzwiami – szamoczących się przy klamce.

Inne książki autora