Mój raz na zawsze książę

Mój raz na zawsze książę

Tytuł oryginału: My Once and Future Duke
Tłumaczenie: Agnieszka Kowalska
Ilość stron: 320
Rodzaj: miękka
Format: 145x207
Data wydania: 2020-02-04
EAN: 9788324170746
Romans historyczny

Bestseller USA Today
Tom pierwszy nowej serii – Grzeszne zakłady

Sophie Campbell postanowiła zostać panią swojego losu. Utrzymuje się z gry w karty, do czego ma nadzwyczajny talent, ale nigdy nie gra o sumy, na których stratę nie mogłaby sobie pozwolić. Jednak kiedy książę Ware proponuje skandaliczną stawkę w grze, nie potrafi odmówić. Jeśli wygra, dostanie pięć tysięcy funtów – dość, by mieć niezależność do końca życia.
Jack Lindeville, książę Ware, wmawia sobie, że przyszedł do klubu Vega tylko po to, by uchronić swego lekkomyślnego brata przed utratą fortuny, ale doskonale wie, że to nieprawda. Nie może oderwać oczu od Sophie i aby ją zdobyć, łamie swoją żelazną zasadę unikania hazardu. Jeśli wygra, chce dostać ją – na tydzień.
Tydzień spędzony z Jackiem może zrujnować resztki reputacji, jakie Sophie jeszcze zachowała. Może jej nawet złamać serce. Ale jeśli w grę wchodzi miłość, wszelkie stawki są możliwe.

„Caroline Linden daje wszystko, czego oczekuję od dobrej książki.“
JULIA QUINN, autorka bestsellerów „New York Timesa“
 

CAROLINE LINDEN ukończyła matematykę na Harvardzie i pracowała jako programistka. Wkrótce odkryła, że pisanie powieści jest o wiele lepszą zabawą niż pisanie oprogramowania komputerowego. Jak się okazało, podjęła dobrą decyzję. Jej błyskotliwe, wypełnione humorem, zmysłowością i akcją romanse historyczne zostały przetłumaczone na siedemnaście języków. Zdobyły najbardziej prestiżowe nagrody gatunku: Daphne du Maurier Award, nagrody czytelników i najwyższą –RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara).

Prolog

1807

Krótko po popołudniowej herbatce po Akademii dla Młodych Dam pani Upton rozeszła się szeptana wiadomość. Przybyła nowa uczennica, która musi pochodzić z wyjątkowej i niezwykle zamożnej rodziny. Jedna z dziewcząt zauważyła czekający na zewnątrz powóz – lśniąco czarny, z tarczą herbową na drzwiach – i wkrótce szepty się nasiliły: to musi być ukochana córka jakiegoś księcia albo nawet cudzoziemska księżniczka.

Myliły się. Dwunastoletnia Sophie Graham była sierotą i wnuczką wicehrabiego Makepeace, nie żadnego księcia ani zagranicznego dygnitarza. Poza tym nie chciała mieć z nim nic wspólnego, a wicehrabia w pełni odwzajemniał to uczucie. Nie minął tydzień, odkąd znalazła się w jego ponurej rezydencji w Lincolnshire, kiedy oznajmił, że będzie musiała jak najszybciej wyjechać do szkoły. Teraz stała milcząca w biurze pani Upton, słuchając, jak jej dziadek usiłuje zmusić dyrektorkę, by przyjęła Sophie.

– Rzecz w tym, milordzie, że zwykle nie przyjmujemy nowych uczennic w połowie roku – tłumaczyła. Była kobietą średniego wzrostu, ubierała się modnie, lecz w stłumione kolory, bez żadnych ozdób, i zupełnie nie bała się Makepeace’a. Natychmiast zdobyła tym szacunek Sophie.

– Musi pani. Jej rodzice umarli na jakąś rynsztokową gorączkę. – Zmierzył wzrokiem Sophie, która wytrzymała jego spojrzenie z niewzruszonym wyrazem twarzy. – Nie odziedziczyła po nich niczego, zostawili ją pod moją opieką. Ona potrzebuje kobiecej ręki i jakiegoś porządnego zawodu.

– Sir, to jest akademia dla młodych dam – odparła pani Upton, z lekkim naciskiem na ostatnie słowo. – Nie kształcimy dziewcząt w zawodzie, uczymy sztuk pięknych i dobrych manier…

Makepeace machnął lekceważąco rękę

– Nie obchodzi mnie, czego ją nauczycie. To dzikuska, zaniedbana przez swoich nic niewartych rodziców. Niepotrzebna mi chłopczyca.

Dyrektorka spojrzała na Sophie, która stała spokojnie i milczała. Nie była chłopczycą, a rodzice jej nie zaniedbywali. Ale bardzo chciała, żeby pani Upton ją przyjęła, więc nie protestowała przeciwko ohydnym kłamstwom dziadka.

– Milordzie, nasze uczennice pochodzą z najlepszych brytyjskich rodzin. Nasza reputacja opiera się na moim osobistym zapewnieniu, że każda młoda dama tutaj wykazuje się nieskazitelnym charakterem i zachowaniem, które są niezbędne dla opanowania umiejętności, które im przekazujemy,

Wicehrabia parsknął ze złością.

– Rozumiem, co chce pani powiedzieć. Mój syn uciekł ze śpiewaczką operową… do tego Francuzką! To chciała pani wiedzieć? Dobra krew nigdy nie miesza się z pospólstwem. Cóż, dziewczyna jest na wpół dzika i nic na to nie poradzę, ale nosi moje nazwisko, a to, szanowna pani, znaczy więcej, niż moglibyście tu oczekiwać. – Rozejrzał się po pokoju z wyraźną pogardą. – Polecono mi waszą szkołę i chcę wszystko załatwić jak najszybciej. Proszę podać cenę.

W czasie tej tyrady twarz pani Upton stawała się coraz bardziej nieruchoma. Teraz jednak dyrektorka przyjrzała się jeszcze raz – uważniej – Sophie. W końcu coś, albo w wyglądzie Sophie, albo w słowach jej dziadka, przełamało wątpliwości pani Upton. Sophie nie miała wątpliwości, że chodziło o pieniądze. Nie miała o to żalu; prawdę mówiąc, miała nadzieję, że dyrektorka poda zawrotną sumę. Makepeace zapłaci każdą cenę, żeby się jej pozbyć, o czym przekonała się w ciągu trzech tygodni, które z nim spędziła, a nienawidziła go wystarczająco, by z satysfakcją patrzeć, jak jest łupiony.

– Trzydzieści procent, milordzie – powiedziała dyrektorka. – Sądzę, że za trzydzieści procent dopłaty do czesnego znajdę dla niej miejsce.

– Załatwione. – Makepeace sięgnął po laskę i ciężko podniósł się z krzesła. – Jej kufer jest na zewnątrz.

– Czy chciałby pan obejrzeć szkołę?

– Nie. – Wicehrabia już był przy powozie.

Służący zdjął jej niewielki kufer i postawił na wysypanym żwirem podjeździe.

Makepeace wściekłym ruchem zdjął rękawiczki; jego krzaczaste siwe brwi najeżyły się gniewnie.

– Będę płacił czesne, dopóki nie dorośniesz – warknął. – Ani chwili dłużej. Lepiej postaraj się nauczyć tutaj czegoś pożytecznego, bo potem nie będę się tobą zajmował.

– Nigdy o to nie prosiłam. – Uniosła dumnie głowę i spojrzała mu w oczy. – Żegnam.

Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, a w końcu prychnął pogardliwie.

– Jesteś dumna, co? Nie masz ku temu podstaw. Gdybyś nie nosiła mojego nazwiska, byłabyś tak samo nic niewarta jak twoja matka.

Wicehrabia wsiadł do powozu i rozkazał woźnicy jechać. Powóz szarpnął i ruszył natychmiast. Lord Makepeace ani razu nie obejrzał się za siebie.

– Zaprowadzę cię do sypialni, panno Graham. – Pani Upton odezwała się po chwili niezręcznej ciszy.

W jej głosie zabrzmiała ledwie wyczuwalna nuta litości. Sophie słyszała to już wcześniej, lecz teraz usłyszała także współczucie.

– Jestem pewna, że dziadek złagodnieje, kiedy zobaczy, jak pilnie się uczysz.

– Nie złagodnieje. Nigdy nie jest z niczego zadowolony i cieszę się, że już pojechał. – Odprowadziła wzrokiem powóz mijający wysoką żelazną bramę, żeby mieć pewność, że rzeczywiście odjechał. – Nie zmartwiłabym się, gdyby został napadnięty przez rozbójników.

Zwróciła szczere spojrzenie na wstrząśniętą dyrektorkę.

– I dziękuję, że mnie pani przyjęła. Obiecuję, że będę bardzo dobrą uczennicą.

Dygnęła z gracją godną najlepszej moskiewskiej baletnicy. – Ona zresztą ją tego nauczyła.

Pani Upton zabrała ją do środka i posłała jedną z nauczycielek po pannę Elizę Cross i lady Georgianę Lucas.

– Będziesz dzieliła z nimi pokój w tym semestrze – poinformowała Sophie. – To bardzo miłe i dobrze wychowane młode damy.

– Czy są w moim wieku, proszę pani? – To ogromnie ją interesowało. Rzadko miała okazję poznać swoje rówieśnice.

– Obie są w drugiej klasie. Dziewczynki w twoim wieku są w czwartej, ale ponieważ dotąd nie miałam okazji ocenić twoich umiejętności, myślę, że najlepiej będzie, jeśli zaczniesz właśnie tak. – Spojrzała niepewnie na Sophie. – Zakładam, że otrzymałaś jakąś edukację, panno Graham?

– Tak, proszę pani. – Uraziło ją nieco umieszczenie w niższej klasie, ale postanowiła nie wspominać, że mówi płynnie po francusku i trochę po włosku, że uwielbia matematykę i geografię, umie tańczyć i od czwartego roku życia gra na pianinie. Zamierzała podbić serca wszystkich w tej szkole i doszła do wniosku, że nie zaszkodzi, jeśli będzie miała w zanadrzu jakieś niespodzianki.

Pierwsza przyszła lady Georgiana, równie wysoka jak Sophie, lecz jasnowłosa i smukła. Panna Cross przybiegła chwilę później, zdyszana i zarumieniona. Była niższa i pulchniejsza niż lady Georgiana, a rysy jej twarzy były równie przeciętne jak Georgiany piękne. Sophie uśmiechnęła się do nich obu.

– Bardzo miło mi was poznać – powiedziała. – Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółkami.

Panna Cross uśmiechnęła się nerwowo, a lady Georgiana obrzuciła ją taksującym spojrzeniem, jakby chciała powiedzieć to się okaże. Sophie nie przejęła się tym. Na ich miejscu też byłaby nieufna. Lecz odziedziczyła urok po swoim ojcu, a zapał po matce, więc postanowiła, że się z nimi zaprzyjaźni.

Musiała się zaprzyjaźnić. W żadnym wypadku nie zamierzała wracać do Makepeace Manor, którym jej dziadek rządził w ponurej ciszy. Spędziła dzieciństwo w stolicach Europy, podróżując drogą podyktowaną przez operową karierę matki. Śmierć rodziców zakończyła to szczęśliwe, choć chaotyczne życie, zdając ją na łaskę dziadka, który postanowił obwiniać ją za wszystkie grzechy i błędy, jakie popełnili jej rodzice – a w jego oczach było ich mnóstwo. Wkrótce Sophie domyśliła się, że śmierć była najcięższą z przewin ojca, ponieważ w swej ostatniej woli powierzył on córkę opiece wicehrabiego. Sophie była pewna, że gdyby tylko istniał jakiś sposób, żeby obalić testament i uwolnić się od niej, lord Makepeace zrobiłby to. Skoro nie mógł, odesłał ją do szkoły.

Akademia dla młodych dam może nie była tak ekscytująca jak Europa, ale dawała jej coś, czego Sophie nie zaznała przez całe dwanaście lat: stały dom. W ciągnącej się w nieskończoność drodze do szkoły pani Upton Makepeace poinformował ją, że wolne dni będzie spędzać w internacie, o ile któraś z dziewcząt nie zaprosi jej do swojego domu. Sophie zniosłaby wakacje w szkole, ale rozpaczliwie pragnęła mieć przyjaciółki.

Wiązała wielkie nadzieje z Elizą i lady Georgianą. Eliza, urocza i nieśmiała, była jedną z tych dziewczynek, które zawsze pozostaną wierne i oddane. Lady Georgiana natomiast, podziwiana przez wszystkich i stawiana za wzór, pociągała bardziej energiczną stronę Sophie. Wkrótce dowiedziała się, że Eliza jest jedyną córką człowieka zamożnego, lecz bez koneksji, zaś Georgiana pochodziła z jednego z najznakomitszych brytyjskich rodów i była o wiele młodszą siostrą hrabiego Wakefielda.

Po kolacji uczennice szły uczyć się w swoich pokojach. Sophie powtarzała francuski – język swojej matki – stwierdzając z ulgą, że przynajmniej z jednego przedmiotu nie ma zaległości – kiedy jej uwagę przykuły szepty koleżanek.

– Spróbuj jeszcze raz – mówiła Georgiana. – Nauczysz się tego.

Próbuję – odparła z udręką Eliza. – Naprawdę, po prostu nie mogę…

– Czy to arytmetyka? – spytała Sophie, zerkając na leżącą przed nimi książkę.

– To jest dla mnie za trudne – szepnęła zawstydzona Eliza.

Sophie uśmiechnęła się. Przetrząsnęła swój kufer i znalazła talię kart.

Lady Georgiana uniosła brwi.

– Hazard?

– Nie hazard, jeśli nie ma zakładu – prychnęła Sophie. – Ale karty to doskonały sposób na ćwiczenie dodawania, odejmowania i wszelkiego rodzaju działań. – Rozdała kilka kart. – W tej grze sumuje się wartość kart. Musisz to zrobić bardzo szybko i cicho i ocenić, czy chcesz dodać jeszcze jedną kartę.

– Damy nie powinny grać w karty. – Lady Georgiana usiadła na brzegu łóżka i przyglądała się kartom z fascynacją.

– Naprawdę? – Sophie była zaskoczona. – W Paryżu wszystkie damy grają. A w Londynie… ojciec mówił, że większą namiętność do hazardu niż angielskie damy żywią tylko angielscy dżentelmeni.

– Nie! – parsknęła Georgiana.

– Ależ tak. – Sophie nie dodała, że jej ojciec wiedział o tym doskonale, ponieważ grywał z nimi wszystkimi. Kiedy matka zaczęła tracić głos z powodu choroby gardła, wrócili z Europy do Anglii, gdzie papa, wykorzystując swój urok i nazwisko, grą w karty zapewniał im utrzymanie. Sophie pomagała mu ćwiczyć sztukę zachowywania pozorów beztroskiej nieuwagi przy pełnym skupieniu na obliczeniach.

Eliza przysunęła się nieco bliżej.

– Czy to naprawdę pomoże mi w rachunkach? Ja… to dla mnie bardzo trudne.

– Oczywiście! – Sophie położyła na stole dwie karty. – Ile są warte te karty? Dodaj liczby.

– Sześć – odparła Eliza, patrząc na czwórkę kier i dwójkę trefl.

– A teraz? – Dołożyła kierową siódemkę.

– Trzynaście – powiedziała powoli dziewczynka.

– Dobrze! Teraz? – Na stole pojawiła się ósemka karo.

– Dwadzieścia… – zawahała się Eliza. – Jeden.

– To o wiele zabawniejsze niż dodawanie liczb na kartce – stwierdziła lady Georgiana, uśmiechając się z zadowoleniem. – Gdzie się tego nauczyłaś?

– Od ojca. – Zauważyła, że koleżanki wymieniły się spojrzeniami. – On i moja mama umarli – dodała. – Dziadek mnie nie chciał, więc przywiózł mnie tutaj.

– Och, to straszne – powiedziała Eliza.

Sophie zdobyła się na uśmiech. Śmierć rodziców była straszna. Jej dziadek był straszny. Pani Upton była najmniej straszna z tego, co jej się przydarzyło.

– Wolę być tutaj niż z nim. A wy wolałybyście wrócić do domu?

– Och. – Eliza sprawiała wrażenie zaskoczonej. – Moja matka też umarła, kiedy byłam dzieckiem. Ojciec przysłał mnie tutaj, żebym nauczyła się być damą. Tęsknię za nim, ale…

– Mój brat też chciał się mnie pozbyć – wtrąciła pospiesznie lady Georgiana. – Ale tak jak ty wolę być tutaj. Mój brat to okropny dziwak. Cieszę się, że mnie nie chce.

Sophie uśmiechnęła się szeroko.

– Akademia pani Upton dla Niechcianych Dziewcząt.

Georgiana wybuchnęła śmiechem, a Eliza wstrzymała oddech.

– To okropne… – Ale usiadła na brzegu łóżka obok Georgiany.

Sophie rozdała kolejne karty i w przyjaznej atmosferze ćwiczyły dodawanie. Sophie stopniowo nauczyła je reguł gry, a potem obliczania wyników. Eliza robiła to coraz pewniej, aż w końcu sumowała karty niemal tak szybko jak Georgiana.

– Co powinnaś zrobić z tymi kartami? – spytała Sophie.

Eliza spojrzała na swoje karty – dziesiątkę trefl i piątkę kier.

– Dobrać jedną, ponieważ połowa kart ma wartość sześć lub mniej?

– Właśnie! Świetnie sobie radzisz – zapewniła ją Sophie, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły.

– Młode damy. – Pani Upton była wstrząśnięta. – Co to ma znaczyć?

Eliza pobladła. Georgiana skrzywiła się i westchnęła głośno. Wszystkie trzy stanęły na baczność.

– Hazard – powiedziała z wyraźnym niezadowoleniem – nie jest zachowaniem odpowiednim dla młodych dam.

– To nie jest hazard – odparła Sophie. – Żadna z nas nie ma pieniędzy.

Ta odpowiedź nie rozbawiła dyrektorki.

– To bardzo subtelna różnica, panno Graham, i nie przekonuje mnie. Hazard jest nie tylko niemoralny, ale też wpędza w nieodpowiednie towarzystwo, a także niszczy reputację i pozbawia majątku. Żaden szanujący się dżentelmen nie będzie chciał wiązać się z damą uprawiającą hazard. Rozpozna w niej niebezpieczną skłonność do niegodziwości i nie będzie chciał być odpowiedzialny za jej przegrane.

– A jeśli ona będzie wygrywać? – szepnęła Sophie.

Pani Upton posłała jej ostrzegawcze spojrzenie.

– Każdy hazardzista, który tak myśli, zmierza wprost ku katastrofie. Złuda wygranej skłania ludzi do stawiania w grze coraz większych sum, aż w końcu rujnują siebie i swoje rodziny. Jakie są szanse wygrania za każdym razem, panno Graham?

Sophie nie odpowiedziała. Nazbyt dobrze pamiętała te noce, kiedy Papa wracał do domu późno, przybity tym, że za mało wygrał.

– Hazard zniszczył wielu porządnych mężczyzn – kontynuowała pani Upton. – Nie potraficie sobie wyobrazić, o ile gorsze jest to dla kobiet. Zapamiętajcie moje słowa, młode damy: hazard to prosta droga do ruiny. Unikajcie go za wszelką cenę.

– Tak, proszę pani – odparła ze łzami w oczach Eliza.

– Tak, proszę pani – powtórzyła jak echo Georgiana.

Pani Upton uniosła brwi.

– Panno Graham?

Sophie już miała coś powiedzieć, ale powstrzymała się w porę.

– Tak, proszę pani.

Dyrektorka przyjrzała im się uważnie.

– Ponieważ nie zna pani jeszcze obowiązujących tu reguł, panno Graham, tym razem wam daruję. Ale to się nie może powtórzyć.

Zabrała karty i wyszła, wcześniej gasząc lampę.

– Będę ćwiczyła dodawanie w inny sposób – powiedziała Eliza, gdy już leżały w łóżkach. – Papa byłby wstrząśnięty, gdyby pani Upton napisała mu, że grałam w karty. Liczy na to, że poślubię jakiegoś dżentelmena, a to znaczy, że muszę być damą. Gdyby tylko arytmetyka nie była tak ważna dla dżentelmenów…

– Nie jest – odezwała się Georgiana ze swojego łóżka. – Żaden z dżentelmenów, których znam, nie umie liczyć. Nie lubią nawet rozmawiać o tym ze swoimi sekretarzami, którzy zajmują się tym za nich.

– Kilka rozdań nie robi nikomu krzywdy. I nie uprawiałyśmy hazardu.

Sophie pomodliła się w duchu, dziękując, że pani Upton zabrała jej stare karty, a nie talię papy. Walczyłaby jak dzikie zwierzę, żeby ją zachować – podobnie jak każdą z nielicznych pamiątek po rodzicach – a za to mogłaby zostać wyrzucona ze szkoły i być znowu zdana na łaskę lorda Makepeace’a.

Serce jej się ścisnęło na myśl o rodzicach. Jeszcze cztery miesiące temu żyli i mieli się dobrze; z finansami było krucho, ale mieli szczęśliwy dom. A potem wszystko przepadło. Suchoty, powiedział doktor; miała szczęście, że nie zachorowała.

Szczęście. Nie cierpiała tego słowa.

Sophie zmusiła się, żeby oddychać równo i głęboko. Wszystko w życiu było dziełem przypadku. Można liczyć tylko na własne starania, ponieważ los rzadko bywa łaskawy. Sophie nauczyła się tego bardzo wcześnie i nigdy, przenigdy nie zapomni. Nigdy nie można liczyć na szczęście.

– Ale pani Upton uczy nas arytmetyki, jakby była niezbędna damom – mówiła Eliza, nieświadoma wzburzenia Sophie. – Będę musiała znaleźć jakiś inny sposób, żeby się tego nauczyć… Chociaż mam nadzieję, że nie będę musiała robić skomplikowanych rachunków…

Georgiana zachichotała.

– To dlatego, że możesz liczyć na znalezienie przystojnego i czarującego męża, Elizo, który będzie cię traktował jak księżniczkę, nie zważając na to, czy radzisz sobie z rachunkami.

– Mam nadzieję – powiedziała smętnie Eliza. – Nie jestem tak piękna jak ty ani tak mądra jak Sophie, więc nie mogę ryzykować.

Sophie przytuliła się do poduszki, słuchając ich rozmowy. To krótkie zdanie, w którym Eliza nie tylko uznała ją za mądrą, ale wymieniła jej imię, sprawiło jej nieoczekiwaną przyjemność. Już nie była sama na tym świecie, mimo że mama i papa nie żyli, dziadek okazał się ogrem, a rodzina matki była gdzieś daleko, na kontynencie. Wiedziała, że ma jednego, a może dwóch wujów i zapewne jakichś kuzynów, ale żaden z nich nie przyszedł jej nigdy z pomocą.

Mogła nie mieć żadnej rodziny godnej wspomnienia, ale szczere i zaufane przyjaciółki byłyby dobrym początkiem. A coś jej mówiło, że ona, Eliza i Georgiana zostaną wspaniałymi przyjaciółkami.

 

 

1

1819 Londyn

Klub Vega zajmował dziwne miejsce w Londynie. Ukryty w ślepej uliczce niedaleko St. James Square, leżał dokładnie w połowie drogi między bogactwem i blichtrem Mayfair a nędzą slumsów Whitechapel. Bez ceregieli obsługiwał obie te skrajności; mówiło się, że każdy – książę i portowy robotnik, dama i ulicznica – może starać się o przyjęcie. Od szczęśliwców, którzy zdobyli srebrny żeton członka, oczekiwano spełnienia tylko dwóch warunków.

Spłacaj swoje długi. Trzymaj język za zębami.

Jak głosiła plotka, członkowie musieli złożyć przysięgę, że nie wyjawią niczego, co działo się w murach klubu Vega. Była to tylko pogłoska, ponieważ nikt nie mógł ani nie chciał jej potwierdzić. Zapytani wprost członkowie twierdzili, że nic na ten temat nie wiedzą, po czym pospiesznie się oddalali. Ale nawet najbardziej zdeterminowanym łowcom plotek nigdy nie udało się dowiedzieć niczego więcej o tej jaskini hazardu i przysięga milczenia stała się nieodłączną częścią legendy klubu Vega, niezależnie od tego, czy istniała naprawdę. Wszystko to sprawiało, że o rzeczach, które działy się jego murach, krążyły najdziwniejsze opowieści.

Jack Lindeville, książę Ware, wiedział wszystko o klubie Vega. Był jego zmorą, chociaż nigdy nie odwiedził tego miejsca. Jego młodszy brat Philip był tam stałym bywalcem, wraz z gronem przyjaciół. Czasami zapraszali i jego, ale Jack zawsze odmawiał. Wiedział, dlaczego pragnęli jego towarzystwa, i zdawał sobie doskonale sprawę, że nie zawdzięczał tego swojemu urokowi ani poczuciu humoru. Młodzi mężczyźni o stałych dochodach zawsze szukali zamożnych partnerów do gry, a księstwo Ware – o czym często przypominał mu Philip – należało do najbogatszych w Anglii.

Jack rozumiał, że stanowi łakomy kąsek dla spłukanych przyjaciół Philipa. Na ich nieszczęście nie był jednak na tyle głupi, by ulec. Wystarczy, że raz nie dopisze szczęście, żeby zrujnować sobie życie.

Uśmiechnął się ponuro, myśląc o tym, kiedy siedział w powozie jadącym St. Martin’s Lane w kierunku klubu Vega. Pech, jak twierdził Philip, był przyczyną jego ostatniego niepowodzenia: dwójka trefl, podczas gdy, żeby wygrać, potrzebował jakiejkolwiek karty wyższej od trójki. Philip był pewien, że prawidłowo ocenił swoje szanse, a rozdający się pomylił, chociaż nie zaryzykował powiedzenia tego na głos, żeby nie stracić członkostwa. W efekcie jednak podpisał weksel na prawie dwa tysiące funtów, których nie mógł spłacić.

Philip był skruszony. Przepraszał, prosząc o tę przysługę. Przysięgał, że to się nigdy więcej nie powtórzy, chociaż powtarzało się już kilka razy. Ale zwierzył się też swojej matce, która wpadła jak burza do gabinetu Jacka i nalegała, by uregulował dług brata, by uchronić go przed poniżeniem i nędzą.

Początkowo Jack się nie przejął. Philip sam ściągnął na siebie kłopoty i skoro był wystarczająco dorosły, by podpisać weksel na taką sumę, to powinien sam znaleźć sposób na jego wykupienie. Ale matka przekonywała, potem prosiła, a w końcu zaczęła płakać i zarzucać mu bezduszną obojętność na obowiązki wobec rodziny. Wtedy Jack ustąpił. Kiedy księżna na coś się uparła, nie było sposobu, żeby ją od tego odwieść.

Powóz nagle się zatrzymał. Służący otworzył drzwi i Jack wysiadł. Spłaci dług Philipa, ale nie obejdzie się bez konsekwencji. Jego brat miał niezależny dochód – dzięki swojej matce – ale dostawał też pensję z posiadłości Ware, którymi zarządzał Jack. Od siedmiu lat dbał o te posiadłości i niech go diabli, jeśli pozwoli, by ciężka praca poszła na marne z powodu pecha Philipa przy karcianym stoliku.

Z zaciśniętymi ustami wkroczył do klubu. Przysadzisty gość w nieskazitelnie białym ubraniu pojawił się, zanim Jack zdążył zrobić kolejny krok.

– Dobry wieczór, sir. W czym mogę pomóc?

– Przyszedłem zobaczyć się z Dashwoodem – odparł Jack, wymieniając nazwisko właściciela klubu. Wyjął wizytówkę i podał ją mężczyźnie.

– Czy on pana oczekuje?

Jack uśmiechnął się ponuro.

– Powiedziałbym, że nie będzie zaskoczony moim przybyciem.

Philip bez wahania posługiwał się nazwiskiem brata.

Jeśli pan Dashwood jest choć w połowie tak sprytny, jak sugerowała jego reputacja, zapewne oczekiwał wizyty Jacka od chwili, gdy Philip nabazgrał swój podpis na wekslu.

Menedżer obrzucił go taksującym spojrzeniem.

– Być może nie. Czy mógłby pan zaczekać w jadalni?

Wielkie nieba, nie. Mógłby spotkać kogoś znajomego i dać się wciągnąć w rozmowę. Jack chciał mieć to jak najszybciej za sobą, najchętniej tak, żeby nikt się nie zorientował, że w ogóle tu był.

– Zaczekam tutaj – odparł tonem dającym jasno do zrozumienia, że nie zamierza długo czekać.

Menedżer skinął głową.

– Może chciałby pan tymczasem zagrać partyjkę?

Ponad jego ramieniem Jack mógł zajrzeć do głównego salonu klubu. Nie był tandetny ani kiczowaty, jak oczekiwał, lecz urządzony ze smakiem; wyglądał jak normalny klub dla dżentelmenów… tyle że były tu kobiety. Nie dziewki uwieszone u łokci mężczyzn, lecz damy z towarzystwa. Jack uniósł nieznacznie brwi, widząc lady Rotherwood grającą w wista.

– Vega nie wyklucza dam – powiedział menedżer, zauważając jego spojrzenie. – Dla niektórych dżentelmenów może to być odrobinę zaskakujące, ale bardzo szybko dostrzegają zalety.

Jack zacisnął mocniej wargi. Nierozważne damy mogły stracić fortunę równie łatwo jak lekkomyślni młodzieńcy.

– Nie wątpię. – Zaczął się zastanawiać, czy Philip kiedykolwiek przegrał z którąś z kobiet, ale doszedł do wniosku, że nie ma to większego znaczenia. Stracone pieniądze to stracone pieniądze.

A jednak był zaintrygowany. Damy grające na pieniądze z mężczyznami. Jakże postępowe. Menedżer oddalił się poinformować pana Dashwooda, a Jack zrobił krok naprzód, by rozejrzeć się po klubie, bezpiecznie zasłonięty wysoką palmą.

Rozpoznał Angusa Whitleya i Fergusa Frasera, kolegów Philipa. Siedzieli przy stoliku z jeszcze jednym mężczyzną i odwróconą do niego plecami kobietą w soczyście karmazynowej sukni. Jej upięte ciemne włosy odsłaniały jasną skórę. Nosiła na szyi czarną wstążkę zawiązaną w elegancką małą kokardkę na karku; jej luźne końce wiły się intrygująco, kusząc, by za nie pociągnąć.

Jack zatrzymał na niej wzrok. Jaka kobieta chciałaby należeć do klubu hazardowego? Każda szanująca się dama wzdrygnęłaby się na samą myśl o nim. Lady Rotherwood, choć była wicehrabiną, słynęła z nierozwagi. Zastanawiał się, jakie wymagania stawiano tu członkom i czy były inne dla kobiet niż dla mężczyzn. Nie mogły być bardzo restrykcyjne, skoro Philip został przyjęty bez trudu. Philip, którego jedynym atutem było słynne nazwisko, urok i powszechnie znany brak szczęścia w grze.

Inne książki autora