Miłosna kapitulacja (wyd. 3)

Miłosna kapitulacja (wyd. 3)

Tytuł oryginału: Between the Devil and Ian Eversea
Tłumaczenie: Magdalena Ufland
Ilość stron: 320
Rodzaj: oprawa miękka, wyd. 2
Format: 135x205
Data wydania: 2021-03-19
EAN: 9788324174188
Romans historyczny

W niebie może być goręcej niż w piekle…

Delikatne, zmysłowe i absolutnie urocze. „Romantic Times”

Titania Danforth, osierocona dziedziczka fortuny, przybywa z Ameryki do Anglii, gdzie jej wuj, książę, ma znaleźć dla niej kandydata na męża. Titania wkracza na salony i oczarowuje wszystkich kawalerów. Jednak ona dostrzega tylko jednego mężczyznę. Niestety, jej wybranek ma nie tylko zniewalający urok, ale i fatalną reputację…

Ian Eversea ani myśli dać się zakuć w małżeńskie kajdany. Wszak uwodzenie jest tak łatwe i przyjemne. Lecz nie przeczuwa, że oto spotkał godną siebie przeciwniczkę.
A nieśmiały uśmiech i anielskie oczy Titanii mogą rozpalić zmysły i serce z iście diabelską mocą…

JULIE ANNE LONG to jedna z najbardziej lubianych amerykańskich autorek romansów z epoki regencji, z wartką akcją i uroczymi bohaterami. Jej pełne polotu i namiętności, tłumaczone na 14 języków powieści zdobywają nagrody, w tym najwyższą: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara). Są wśród najlepszych romansów historycznych wybranych przez czytelniczki Amazonu i bestsellerów Top 5 „New York Timesa”.

 

Jeśli niewinność miałaby kolor, byłby to spłukany deszczem, srebrzysty błękit oczu panny Titanii Danforth.

Jej plecy dostojnie opierały się o osiemnastowieczne krzesło, dłonie spoczywały spokojnie na kolanach, a biała, muślinowa suknia była nieskazitelna niczym szata anioła. Titania byłaby uosobieniem spokoju, gdyby nie rzęsy. Były czarne, zachwycająco gęste i bardzo ruchliwe. Poruszały się w górę. I w dół. I znów w górę. I znów w dół. Gdyby tylko mogła wytrzymać przenikliwe spojrzenie księcia Falconbridge.

Jak dziewica sącząca dżin, pomyślał szyderczo książę.

Nawet mężczyźni czuli się zakłopotani w jego towarzystwie. To właśnie wychodziło księciu doskonale – wprawianie ludzi w zakłopotanie.

Dwie godziny wcześniej towarzyszka panny Danforth, słusznych kształtów kobieta w średnim wieku, zatrudniona na potrzeby morskiej podróży do Anglii, dostarczyła swoją podopieczną z niemal tuzinem waliz. I z nieco ironicznym „Życzę dużo szczęścia, Wasza Książęca Mość” pospiesznie zniknęła. Nie pożegnała się wylewnie z panną Danforth. Lecz długie rejsy potrafiły nawet świętemu zszargać nerwy, a poufałość łatwo mogła prowadzić do pogardy. Kiedy zobaczył córkę kuzyna, był pewien, że nie potrzebowała szczęścia. Jej nienaganne wychowanie było czuć w każdym jej słowie. Głos miała przyjemny i cichy, a wypowiedzi precyzyjne, choć bezbarwne.

Lecz olśniewała urodą.

Popołudniowe światło, jakby potwierdzając jego wnioski, wlało się przez okno i utworzyło poświatę nad jej jasnymi włosami. Równie dobrze mogłaby mieć cholerną aureolę.

Musiał jednak przyznać, że chowane pod kloszem niewiasty irytowały go. Nigdy nie wiedział, o czym z nimi rozmawiać. Wystawiały na próbę jego cierpliwość. Ale teraz, przez niemal zapomnianą obietnicą, którą złożył wiele lat temu, przyszłość tej konkretnej chowanej pod kloszem niewiasty była w jego rękach.

Przez obietnicę, którą jego kuzyn uznał za stosowne umieścić w testamencie.

Żona dyskretnie musnęła go kolanem, co powtrzymało go przed głośnym westchnięciem, mruknięciem pod nosem i innymi reakcjami, do których miał skłonność. Przez chwilę rozmyślał nad licznymi cudownymi rzeczami, które mogła mu komunikować dotknięciem kolana. Że go dobrze znała i kochała i że miał niezwykłe szczęście, więc mógł zachować się szlachetnie, kiedy piękna, wyjątkowo życzliwa młoda kobieta siedząca u jego boku była jego. Z Genevieve nigdy się nie nudził. W końcu jako Eversea nie miała najmniejszych szans na bycie nudziarą.

Na szczęście wystarczająco się napomstował, gdy dwa miesiące temu otrzymał zwięzły, nieco niepokojący list od prawnika panny Danforth.

– Wiem, że podróż z Ameryki może być… – powiedziała pogodnie Genevieve.

Zamilkła, gdy w drzwiach stanęło dwóch lokajów. Kolana im się trzęsły pod ciężarem wazonu z przepięknymi kwiatami z cieplarni.

– Dla Olivii? – powiedziała Genevieve niemal z rezygnacją.

– Tak, proszę pani.

– Na kominku powinno znaleźć się trochę miejsca.

Lokaje przeszli przez pokój i cicho postękując, podnieśli wazon.

Panna Danforth z żywym zainteresowaniem obserwowała ich poczynania.

Długie łodygi kwiatów wciąż drgały po wyjściu mężczyzn.

– Mówiłam – kontynuowała Genevieve – że wiem, jak męcząca może być podróż statkiem, ale morskie powietrze pani służy. Wygląda pani promiennie, panno Danforth. Cóż za radość poznać tak piękną kuzynkę!

Panna Danforth oblała się rumieńcem.

– Jest pani bardzo miła! Na szczęście podróż upłynęła spokojnie. Mniemam, że pochodzę z wytrzymałej rodziny.

Gdy ponownie podniosła rzęsy, jej oczy były przejrzyste. Miała w sobie tyle wytrzymałości co dmuchawiec. Na tę widoczną próbę przypodobania się lekko się uśmiechnął.

– Oczywiście, panno Danforth, nasza rodzina przetrwała wiele trudności

– … aaaaannnnnnnn...!

Obrócił głowę. Wysoki, niewyraźny i jakże podejrzany dźwięk wypełnił pokój. Nie można było określić kierunku skąd pochodził. Zwiększał się i zmniejszał niemal jak bzyczenie latającego komara.

Spojrzał na żonę, którą z zaskoczenia ściągnęła brwi.

Natomiast panna Danforth pozostała niewzruszona. Poza lekkim wyprostowaniem się nie dała po sobie poznać, że cokolwiek usłyszała,. Jej oczy płonęły ciekawością. Może u mężczyzn w jego wieku – skończył właśnie czterdzieści lat – tiki i drgawki były naturalne. Była przegotowana na wyrozumiałość.

– Państwa dom jest wyjątkowo piękny – powiedziała. – I wytworny.

– Cieszymy się, że pani tak myśli – odparła pogodnie Genevieve. – Spędziłam tu wspaniałe dzieciństwo. Falconbridge chce, żebyśmy kupili kolejny dom w okolicy, abyśmy mogli mieszkać przy mojej rodzinie przynajmniej przez część roku. Ale nie mogę się doczekać, aż pokażę pani całą posiadłość! Choć jestem pewna, że w porównaniu z Ameryką wyda się pani monotonna.

Śmiech panny Danforth był donośny.

– Zaryzykuję stwierdzenie, że Ameryka nie jest tak ekscytująca jak może się pani wydawać, ale z pewnością jest inna niż Anglia. I proszę mówić do mnie Tansy! Przyjaciele się tak do mnie zwracają.

Genevieve i książę zastygli. W jej manierach była nuta amerykańskiej swobody, takiej, którą człowiek czuje, gdy leniwie się rozsiada na fotelu, nie mając komu zaimponować. Książę uśmiechnął się lekko.

– Z przyjemnością przedstawimy cię naszym przyjaciołom, Tansy – oświadczyła jego żona. – Nowy Jork musi być ekscytujący, lecz tutaj też przyjemnie spędzamy czas! Lubisz tańczyć? Zaplanowaliśmy dla ciebie wiele wspaniałych atrakcji.

– No cóż… obawiam się, że ostatnio raczej podpieram ściany. Moje życie było nieco… – odchrząknęła – spokojnie przez ostatni rok.

Spuściła wzrok i na chwilę zapanowało milczenie. Wiedzieli, co ma na myśli. Jej rodzice zginęli w wypadku powozu ponad rok temu, a jej starszy brat na wojnie brytyjsko-amerykańskiej, przez co panna Danforth została sama na świece. Poza księciem, oczywiście, który był odpowiedzialny za wydanie ją za mąż za kandydata godnego jej majątkowi, który to zostanie jej przekazany w całości po ślubie. Jej przyszłość była zasadniczo w rękach księcia.

Tak zdecydował jej ojciec w swoim testamencie.

Jego kuzyn ulotnił się z Sussex i wyjechał do Ameryki, kiedy siedząca przed nim dziewczyna miała zaledwie osiem lat. Książę wierzył, że kiedyś ponownie go zobaczy, ponieważ byli sobie bliscy, a bliskich przyjaciół nie miał wielu.

 – ...aaaaaaannnnforth…!

Jasna cholera. Znów ten dźwięk. Tak niepokojący, prawie upiorny, aż prawie włosy na karku stanęły mu dęba. Znów obrócił głowę. Lecz zanim spojrzał w kierunku okna, z lekki poczuciem winny, zdołał zauważyć zainteresowanie w oczach panny Danforth.

Zmrużył oczy i wbił w nią wzrok.

Jej uśmiech nie drgnął. Dłonie wciąż miała oparte o kolana. Dzielnie znosiła jego spojrzenie.

– Może owca wpadła do rowu? – zasugerowała Genevieve, gdy zaległo milczenie. – Biedactwo.

…ocham panią…!

Tym razem można było rozpoznać głos.

Głos mężczyzny.

– Mo… może to wiatr? – Panna Danforth starała się prowadzić swobodną rozmowę i prawie, choć niezupełnie, jej się to udało. „Wiatr” zabrzmiał bardziej jak pisk niż konkretne słowo.

Panna Danforth poruszyła się nerwowo, kiedy książę raptownie wstał.

– Panie pozwolą, sprawdzę, co się dzieje. – Trzema krokami przemierzył pokój. Otworzył okno, a mocny wiatr wysoko uniósł zasłony niczym łotr wymachujący czapką.

Książę wyjrzał na zewnątrz. Na trawie, znacznie poniżej okna, klęczał mężczyzna. Dłonie miał złączone w uniwersalnym błagalnym geście, a głowę odrzuconą tak mocno do tyłu, że jego usta przypominały mały, ciemny otwór. I z tego właśnie otworu wydobywały się udręczone jęki.

– Panno Daaaaaanfooooorth! Koooocham panią! Proszę tylko o rozmowę, błaaagam! Niechże mnie pani nie opuszcza!

Książę przez chwilę przyglądał się tej żałosnej scenie. A następnie bardzo powoli się odwrócił i spojrzał na milczącą i zaskoczoną pannę Danforth.

Milczał tak długo, że kiedy uniósł brwi w cichym pytaniu, drgnęła.

– Czy rozpoznaje pani ten głos, panno Danforth?

Odchrząknęła.

– O… jejku. Brzmi jak pan Lucchesi. Był pasażerem na statku i obawiam się, że mógł zapłonąć do mnie… – jej twarz nabrała koloru – uczuciem, którego nie odwzajemniłam, mimo iż dołożyłam wszelkich starań, aby moje zachowanie było uprzejme i stosowne. Musiał… musiał śledzić mnie, odkąd zeszłam ze statku.

Pewnie to wina jej amerykańskiej otwartości. Chociaż Lucchessi nie krzyczał „Tansy!”.

– … prooooooszęęęęęęę… – żałosny jęk zawitał do pokoju.

– Jest Włochem – dodała panna Danforth, gdy nadal zalegało milczenie.

– Ach – powiedziała ze zrozumieniem Genevieve, jakby to wszystko wyjaśniało.

Panna Danforth posłała jej pełne wdzięczności spojrzenie.

– Takie rzeczy się zdarzają – zapewniała Genevieve, na co jej mąż uniósł brwi. – Oczywiście nie mnie – pośpiesznie dodała. – Ale mojej siostrze, Olivii… widziałaś kwiaty. – Machnęła ręką w kierunku kominka. – Mężczyźni zawsze rzucają się do jej stóp. Zawsze wysyłają jej kwiaty. Robią żenujące zakłady u White’a o to, kiedy weźmie ślub i…

Zamilkła, kiedy zobaczyła niedowierzanie na twarzy swojego męża.

– Ostrożnie, kochanie – powiedział. – Zaczynasz brzmieć, jakbyś to aprobowała.

Uśmiechnęła się, na co posłał jej uśmiech. To była jedna z tych krótkich chwil, kiedy cały świat wokół nich znikał.

Głos panny Danforth przerwał im chwilę.

– Najmocniej przepraszam. Za tak uprzejme powitanie odpłacam problemami! – Panna Danforth wyrzuciła ręce w górę. – Nigdy bym nie marzyła… to znaczy nigdy bym nie przypuszczała, że może przyjechać tu za mną! Jestem zbulwersowana, że…

Książę uniósł dłoń.

– Panno Danforth, życzy sobie pani rozmówić się z panem Lucchessim?

Pokręciła głową tak energicznie, że dwa blond loki uderzyły o jej policzki niczym pejcz.

– Czy życzy sobie pani, abym to ja rozmówił się z panem Lucchessim?

– Nie! To znaczy, wolałabym, żeby książę tego nie robił. To znaczy… Po prostu chciałabym, żeby on sobie poszedł. – Znów spuściła głowę i zamilkła.

Westchnął. Matko Boska, dziewczyna stanowiła zagrożenie dla samej siebie. Im szybciej znajdzie dla niej męża, tym lepiej. To powinno być dosyć łatwe, ale do tego czasu musi trzymać ją z dala tarapatów. To też nie powinno stanowić kłopotu. Inteligentni uwodziciele bali się księcia Falconbridge, a głupich było łatwo się pozbyć.

Jednak pewnego uwodziciela trzeba będzie osobiście przestrzec.

Książę zwrócił się do swojej żony.

– Moja droga… – powiedział leniwie – zakładam, że twój brat przebywa obecnie w Pennyroyal Green?

Nie musiała pytać, o którego brata mu chodzi.