Miłość w czasach skandalu

Miłość w czasach skandalu

Tytuł oryginału: Love In the Time of Scandal
Tłumaczenie: Aleksandra Januszewska, Ewa Morycińska-Dzius
Ilość stron: 320
Rodzaj: miękka
Format: 145x207
Data wydania: 2019-04-23
EAN: 9788324169849
Romans historyczny
Nowy bestseller autorki tłumaczonej na 17 języków
 
 
 
 
„Tu jest wszystko, czego chcę od romansu”. Julia Quinn 
 
Penelope Weston nie cierpi lorda Benedicta Lennoxa. Może sobie być czarującym dziedzicem hrabiowskiego tytułu i najprzystojniejszym mężczyzną na ziemi, ale Penelope nie potrafi zapomnieć, co kiedyś zrobił. To ostatni człowiek, za którego by wyszła.
Gdyby tylko tak jej nie pociągał...
Benedict Lennox potrzebuje bogatej narzeczonej, by wyrwać się spod kontroli okrutnego ojca. Pragnie poślubić miłą, układną pannę. Penelope ma co prawda pokaźny posag, ale i ognisty temperament, który może przysporzyć kłopotów. To ostatnia kobieta, którą wziąłby za żonę.
Gdyby tylko nie była taka piękna…
Oboje są całkowicie pewni, że nie spełniają swoich matrymonialnych oczekiwań. Aż połączy ich skandaliczna plotka...
 
„Zmysłowa chemia i błyskotliwa romantyczna intryga przyprawiona odrobiną przygody”. „Booklist”
 
 
CAROLINE LINDEN ukończyła matematykę na Harvardzie i pracowała jako programistka. Wkrótce odkryła, że pisanie powieści jest o wiele lepszą zabawą niż pisanie oprogramowania komputerowego. Jak się okazało, podjęła dobrą decyzję.
Jej błyskotliwe, wypełnione humorem, zmysłowością i akcją romanse historyczne to bestsellery „USA Today”. Zostały przetłumaczone na 17 języków. Zdobyły najbardziej prestiżowe nagrody gatunku: Daphne du Maurier Award, NEC -RWA Reader’s Choice Award, NJRW Golden Leaf Award i najwyższą – RITA Award.
 

Prolog


Stratford Court, Richmond, 1805

Perseusz leżał w kawałkach na podłodze. Jego ręka, oddzielona od tułowia, trzymała uciętą głowę Meduzy, jakby odstraszając napastnika. Benedict Lennox myślał, że mogłaby właściwie zamienić go w kamień.
Zanim upadł, Perseusz unosił ową głowę wysoko, zastygły w pół kroku. Twarz Gorgony wykrzywiała wściekłość, jej oczy wydawały się śledzić obecnych w pokoju. Była odrażająca, nawet przerażająca, ale ojciec Benedicta uważał, że to dzieło sztuki, a ojciec znał się na sztuce. Posąg ustawiono w widocznym miejscu, na półpiętrze głównej klatki schodowej dworu Stratford. Stojące za nim duże lustro ukazywało jego tył. Benedict zawsze unikał patrzenia na rzeźbę, kiedy przechodził obok, ale teraz to nie było możliwe. Postument stał przy tym, co zostało z lustra, podczas gdy Perseusz i jego trofeum leżeli w kawałkach wśród lśniących odłamków szkła.
– Wiesz coś o tym? – Hrabia Stratford mówił lekkim, niemal obojętnym tonem.
Syn przełknął z trudem ślinę.
– Nie, panie.
– Nie? – Hrabia zakołysał się na piętach. – Zupełnie nic? Nawet go nie rozpoznajesz?
Och, nie. To była zła odpowiedź. Rozpaczliwie szukał w głowie tej właściwej.
– Nie, panie. Nie miałem tego na myśli. To posąg Perseusza.
Lord Stratford prychnął cicho, z dezaprobatą.
– To nie jedynie posąg Perseusza. To jedno z najwspanialszych dzieł sztuki, które wyszło spod dłuta wielkiego rzeźbiarza. Spójrz, jak znakomicie oddaje ciało boga, jak obrazuje zło Gorgony! – przerwał. – Ale to cię nie obchodzi, prawda?
Benedict milczał. Wiedział, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi.
Stratford westchnął.
– Jaka szkoda. Miałem nadzieję, że mój jedyny syn będzie przywiązywał większą wagę do studiów klasycznych, ale cóż. Może powinienem się zadowolić tym, że w ogóle rozpoznałeś rzeźbę. Inaczej cała nasza rozmowa byłaby na darmo.
Benedict Lennox zacisnął dłonie tak mocno, że zabolały go knykcie. Stał sztywno na baczność, jak urzeczony widokiem rozbitego szkła i kamienia na podłodze.
Ojciec złożył ręce za plecami; przypominał teraz guwernera Benedicta, kiedy ten wyjaśniał jakieś trudniejsze zagadnienie matematyczne.
– A zatem, co jeszcze możesz mi powiedzieć o tym posągu?
– Stało się z nim coś strasznego, panie.
– Sądzisz, że trafił go piorun? – zapytał hrabia z przesadnym niepokojem.
Niebo za witrażowymi oknami było krystalicznie czyste, błękitne jak jajo rudzika.
– Raczej nie, panie.
– Nie, raczej nie – mruknął ojciec, wpatrując się w niego przenikliwym wzrokiem. Benedict marzył, żeby móc spojrzeć gdzie indziej, ale zdawał sobie sprawę, że to byłby błąd. – A może zbłąkana kula kłusownika?
Dwór Stratford stał w starannie zadbanym parku; otaczały go ogrody, żwirowe alejki, rozległe trawniki. Lasy, w których mogli grasować kłusownicy, rozciągały się za rzeką. Benedict pragnął, żeby te lasy były bliżej. Chciałby biegać po nich teraz, w tej chwili.
– Możliwe, ale również mało prawdopodobne, panie.
– Zatem nie kłusownik – powiedział lord Stratford zamyślonym tonem. – Przyznaję, że zaczyna mi brakować pomysłów? Jakim sposobem bezcenna rzeźba mogła ulec zniszczeniu bez żadnego wpływu z zewnątrz? I to nie tylko rzeźba, także lustro. Stłuczenie lustra przynosi pecha.
Benedict nie odzywał się. Nie był pewien, ale wyglądało na to, że za to także zostanie ukarany. Pech, w istocie.
– Co powiesz, Benediccie? Doszedłeś do jakiejś logicznej konkluzji?
Język miał jak z drewna.
– To musiał być ktoś wewnątrz domu, panie.
– Z pewnością nie! Kto mógłby dopuścić się czegoś podobnego?
Zanim zdołał wymyślić odpowiedź, jego oko wychwyciło jakiś ruch. Próbował powstrzymać odruch, ale ojciec zauważył, jak drgnął, i powiódł spojrzeniem w tę samą stronę. Dwie małe dziewczynki śledziły ich zza balustrady w dole schodów.
– Chodźcie tutaj, moje słodkie córeczki, chodźcie tutaj – powiedział hrabia.
Benedicta przejął mróz w całym ciele. Domyślił się nagle, co się stało z lustrem. Samantha, zaledwie czteroletnia, wydawała się trochę niepewna, ale siedmioletnia Elizabeth zbladła ze strachu. Siostry powoli wspięły się po schodach; dygnęły nieśmiało, kiedy dotarły na półpiętro.
– Oto moje ślicznotki. – Hrabia przyjrzał im się krytycznie. – Lady Elizabeth, twoja szarfa opada. Lady Samantho, ubrudziłaś sukienkę.
– Przepraszam, ojcze. – Elizabeth pociągnęła szarfę, przekrzywiając ją jeszcze bardziej. Samantha złożyła tylko ręce na plecach i wbiła wzrok w podłogę. Dopiero niedawno pozwolono jej wychodzić z pokoju dziecinnego i ledwie znała hrabiego.
– Razem z waszym bratem próbujemy rozwiązać tajemnicę. – Hrabia machnął ręką w stronę szczątków na podłodze. – Czy wiecie, co się stało z tym posągiem?
Elizabeth zbladła, spoglądając na głowę Gorgony.
– Stłukła się – pisnęła Samantha.
– Bardzo dobrze. Czy wiecie, w jaki sposób?
Elizabeth zerknęła z przerażeniem na Benedicta. Benedict zdołał ledwie dostrzegalnie pokręcić głową, zanim ojciec znowu zwrócił się do niego.
– Benedict twierdzi, że nie wie – powiedział hrabia ostrym tonem. – Nie szukaj u niego odpowiedzi, Elizabeth.
W chwili, gdy hrabia odwrócił się do nich plecami, Elizabeth trąciła siostrę łokciem i przyłożyła palec do ust. Brązowe oczy Samanthy zaokrągliły się; dziewczynka przysunęła się do siostry, chwytając ją za rękę.
Stratford ponownie zwrócił się do córek.
– Czy któraś z was coś wie? – Elizabeth zamrugała parę razy, ale pokręciła głową. – Samantho? – naciskał ojciec. – Byłoby grzechem nie odpowiedzieć.
Samantha była przerażona. Benedictowi ścisnęło się gardło, oczy go zapiekły. Wciągnął powietrze, żeby się uspokoić, i przemówił, uprzedzając siostrę.
– To moja wina, ojcze.
– Twoja wina? – Twarz ojca wykrzywiła wściekłość, choć zachował lodowato spokojny ton głosu. – Jak to, Benediccie?
Co należało powiedzieć? Jeśli hrabia nie uwierzy, wychłoszcze go za kłamstwo, siostry poniosą karę, niania straci pracę za to, że nie poświęcała dziewczynkom dostatecznej uwagi, a matce dostanie się za to, że w ogóle zatrudniła niańkę. A wszystko z powodu brzydkiej rzeźby, której nikt nie miał ochoty oglądać.
Pot wystąpił mu na czoło. Chłopcy w szkole kłamali, żeby ukryć swoje psoty, ale jak kłamać, żeby przyznać się do czegoś, czego się nie zrobiło? Musi o to zapytać w przyszłym semestrze. Teraz już nic nie mogło go uratować.
Wypuścił z drżeniem powietrze.
– To była piłka do krykieta, panie. Podrzuciłem ją, poleciała za daleko, więc skoczyłem, żeby ją złapać… – Żołądek ciążył mu nieprzyjemnie. Dostanie za to niezłą chłostę. – Przepraszam, panie.
Przez długą chwilę Stratford wpatrywał się w niego zmrużonymi, twardymi jak krzemień oczyma. Podobnie jak sęp, wydawało się, że nie musi mrugać.
– Kiedy ten bezmyślny uczynek miał miejsce?
– Niedawno, ojcze. – Serce łomotało mu boleśnie w piersi, ale zmusił się, żeby mówić dalej. Elizabeth wyglądała tak, jakby miała się rozpłakać, a to by nie pomogło żadnemu z nich. – Próbowałem znaleźć pokojówkę, żeby wziąć od niej miotłę i pozamiatać.
Uderzenie w tył głowy sprawiło, że się zachwiał.
– Wicehrabiowie nie zamiatają – warknął ojciec. – Wziąć od niej miotłę, coś takiego!
– Nie, ojcze – szepnął.
– Ani nie kłamią! – Drugi cios był silniejszy, ale Benedict był na to przygotowany. Hrabia przechadzał się wokół niego; poły fraka powiewały mu koło nóg. – Elizabeth, gdzie jest twoja niańka?
– W ogrodzie, ojcze. – Jej cienki głosik zadrżał.
– Idź do niej razem z siostrą i nie włóczcie się nigdzie. – Spojrzał na Benedicta. – Chodź ze mną.
Elizabeth rzuciła mu udręczone spojrzenie, chwytając Samanthę za rękę. Benedict widział, jak schyla się, zbiegając po schodach, i podnosi lalkę, leżącą w ukryciu stopień niżej. To była jej ulubiona lalka – w niebieskiej, jedwabnej sukience, z malowaną, drewnianą głową i prawdziwymi włosami. Miał nadzieję, że strząsnęła z niej okruchy szkła.
Długo trwała droga do gabinetu hrabiego. Benedict liczył każdy krok, żeby nie skupiać się na tym, co go czekało; nie odrywał wzroku od pięt idącego przed nim ojca. Dwadzieścia dwa kroki do parteru. Czterdzieści kroków na północ. Jedenaście na zachód. Sześć w gabinecie ojca – i stanął przed szerokim, wypolerowanym biurkiem z ozdobnym piórem i podstawką na przybory do pisania.
– Nie znoszę kłamców, Benediccie. – Ojciec okrążył biurko, podchodząc do wielkich okien, z których rozciągał się widok na rzekę. – Powinieneś to już wiedzieć do tej pory.
Benedict zerknął przez okno. Rzeka lśniła łagodnym blaskiem, zapraszająco. Był piękny, letni dzień, skończył lekcje wcześnie, zamierzając przepłynąć łódką na dziki brzeg. Jego przyjaciel Sebastian siedział teraz pewnie na starym dębie, machając nogami nad wodą i czekając na niego. Ostatnio zaczęli szukać z zapałem dawno zaginionej, legendarnej groty. Powiadano, że została przed laty zasypana, ale lady Burton, właścicielka majątku w czasach, gdy grota jeszcze istniała – mieli nadzieję, że istnieje nadal – pozwoliła im prowadzić poszukiwania. Benedict w skrytości ducha żywił przekonanie, że grota okaże się znakomitą kryjówką przed wściekłością ojca. Gdyby znał jej położenie, wybiegłby teraz z pokoju, zawołał siostry i całą gromadkę przeprawił łodzią przez rzekę. Siedzieliby w grocie bez końca; Sebastian przemycałby im jedzenie z domu i nigdy już nie wróciliby do dworu Stratford. Po jakimś czasie wysłaliby list do matki, i ona także uciekłaby i przyłączyła się do nich w lesie. Cała czwórka zamieszkałaby tam na zawsze. Wspinaliby się na drzewa i kąpali w rzece i nigdy nie musieli się narażać na chłostę z powodu potłuczonej rzeźby czy czegokolwiek innego.
Hrabia uniósł oparty o okno cienki pręcik i wyrwał Benedicta z marzeń.
– Nie tylko kłamca, ale i bezmyślny głupiec. Ta rzeźba jest nie do zastąpienia. A jednak nie przyszedłeś, żeby przyznać się od razu. Jak mogłeś przypuszczać, że to umknie mojej uwagi? – Okrążył biurko. – Nic nie umyka mojej uwagi.
– Nie, panie.
– Więc? – Pręt przeciął ze świstem powietrze, uderzając z trzaskiem o but Jego Lordowskiej Mości. – Na co czekasz?
Rzucił jeszcze jedno tęskne spojrzenie na rzekę i odległe lasy i zamknął oczy. Upłynie co najmniej tydzień, zanim będzie w nich znowu biegać.
Ostrożnie położył dłonie płasko na biurku i spiął się w oczekiwaniu.
– To mnie męczy, Benediccie. Więcej od ciebie oczekuję.
– Wiem, panie – szepnął, zawstydzony drżeniem własnego głosu. Jego ojciec gardził słabymi, strachliwymi ludźmi.
– Nie – powiedział cicho hrabia. – Nie sądzę, żebyś wiedział, na razie. – Podniósł pręt i rozpoczął metodyczną chłostę.

Inne książki autora