Miłość niezwyciężona

Miłość niezwyciężona

Tytuł oryginału: The Legend of Lyon Redmond
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 135x205
Data wydania: 2022-01-04
EAN: 9788324175215
Romans historyczny

BESTSELLER „NEW YORK TIMESA”

„Zmysłowość, humor, wdzięk i pełna polotu błyskotliwa intryga”. „ROMANTIC TIMES”

Lyon i Olivia – ich miłość była tak wielka, że obrosła legendą na londyńskich salonach. Lecz ich rody dzieliła odwieczna waśń…

Ojciec Lyona wybrał mu na żonę inną kobietę. A Olivia bała się przyszłości u boku mężczyzny, który sprzeciwił się woli rodziny. Nie uciekła z nim, choć ją błagał. Wtedy Lyon wyruszył sam w nieznane…

Od tamtej pory wielu kawalerów zabiegało o piękną Olivię. Dlatego teraz jej zaręczyny z pewnym hrabią budzą powszechne zdumienie. Londyn wstrzymuje oddech, czekając na ślub dekady… i robi zakłady, czy Lyon wróci i porwie się na największe ryzyko…

JULIE ANNE LONG to jedna z najbardziej lubianych amerykańskich autorek romansów z epoki regencji, z wartką akcją i uroczymi bohaterami. Jej pełne polotu i namiętności, tłumaczone na 14 języków powieści zdobywają nagrody, w tym najwyższą: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara). Są wśród najlepszych romansów historycznych wybranych przez czytelniczki Amazonu i bestsellerów Top 5 „New York Timesa”.

Rozdział 1

Pierwszy tydzień lutego…

Wychodzi za mąż w drugą sobotę maja.
Siedem słów nabazgranych na pergaminie. Wpatrywał się w nie tak długo, że zlały mu się przed oczami w jedną szarą plamę.
Podniósł głowę, w uszach mu dzwoniło, w głowie szumiało, jakby naprawdę cofnął się przed chwilą w czasie.
Dla Lyona Redmonda od zawsze istniała tylko jedna ona.
Przez chwilę nie mógł zrozumieć, co robi na pokładzie statku zacumowanego w Plymouth, zamiast być na nizinie Sussex, obok podwójnego wiązu, tego z wyrytą w korze literą „O”.
Spoglądało na niego z tuzin par oczu; ich właściciele czekali cierpliwie na rozkaz, który miał, bez wątpienia, paść.
Jego załoga składała się ze starannie dobranych, w stosownych okolicznościach śmiertelnie niebezpiecznych mężczyzn i jednej kobiety, wszechstronnie utalentowanej panny Delphinii Digby-Thorne – władającej wieloma języka i zaskakująco uzdolnionej aktorsko – to ona oblała kiedyś piwem jego siostrę, Violet.
Nie łączyło ich nic z wyjątkiem tajemniczych rodowodów, swobodnego podejścia do zasad moralnych i niezachwianej lojalności. Wobec niego.
W przeciwieństwie, niestety, do Olivii Eversea.
Jednakże do nich wszystkich, do ostatniego, szczęście uśmiechnęło się dopiero wtedy, kiedy spletli swoje losy z jego losem. Był na tyle cyniczny, żeby zdawać sobie sprawę, że jedno wiązało się z drugim – wierność z powodzeniem, ale nie dbał o to.
Posłaniec, który przybył z tą wieścią, mężczyzna w stroju lokaja, uznał milczenie Lyona za pozwolenie, by odejść i aż nazbyt ochoczo odwrócił się, żeby się oddalić.
– Stać – rzucił ostro Lyon.
Szpady jego ludzi uniosły się szybko, zagradzając mężczyźnie drogę.
– Nie mam broni – zapewnił lokaj pospiesznie, podnosząc ręce. – I jestem sam. Masz moje słowo.
Na widok uśmiechu, jaki posłał mu Lyon, wielu mężczyzn zmoczyłoby spodnie. Przypominał zakrzywione ostrze kordelasa.
– Nie wątpię, że twoje słowo jest na wagę złota; tak czy inaczej, nie masz się czego bać. Właśnie wyczyściłem szpadę, więc w ciągu najbliższych paru godzin nikogo nią nie przeszyję.
Załoga zachichotała.
Lokaj uśmiechnął się niepewnie.
Lyon poczuł zniecierpliwienie, a właściwie, nazywając rzecz po imieniu, wstyd. Nie miał zwyczaju zastraszać dla zabawy bezbronnych ludzi, mając w dodatku przewagę liczebną.
Z drugiej strony wobec tego, jak historia traktowała często zwiastunów złych wieści, ten człowiek miał zapewne szczęście, że jeszcze oddychał.
– Jak się zwiesz?
– Ramsey, panie.
– Nic ci nie grozi, póki wierzę, że odpowiadasz na moje pytania zgodnie z prawdą, Ramsey.
– Oczywiście, panie.
Sądząc jednak po jego nagle pobladłej twarzy, zrozumiał ukrytą groźbę.
– Kto cię przysłał, Ramsey?
– Proszę wybaczyć, ale lord Lavay mówił, że będzie pan wiedział, jak przeczyta wiadomość. Służę mu, jestem lokajem, panie. – Wyprostował się i dotknął srebrnego szamerunku na kubraku, jakby na szczęście. – Wygrałem w rzucie monetą.
– A zatem jestem nagrodą, czy tak, Ramsey? – powiedział Lyon przeciągle, wywołując znów śmiech załogi. – Opisz mi, proszę, lorda Lavay.
Ramsey zmarszczył brwi.
– Cóż… To duży dżentelmen. Może taki wysoki, jak pan. Francuz. Często macha rękami, jak mówi. O, tak. – Zaczął demonstrować, ale przerwał, kiedy wycelowane w niego szpady drgnęły ostrzegawczo. – Niedawno odniósł poważną ranę w walce, ale już wydobrzał.
Lyon przyglądał się lokajowi nieruchomymi oczami, szukając dowodów kłamstwa w drgnieniu powieki czy napięciu mięśni.
Wiedział wszystko o tej walce i ranie. Lyon wraz z załogą znaleźli Lavaya wykrwawiającego się na śmierć w Londynie, na schodach Horseleydown.
To w istocie dzięki Lyonowi lord Lavay wciąż chodził po tej pięknej ziemi.
Ale znowu, pośrednio, lord Lavay i jego przyjaciel, lord Ardmay, przyczynili się do tego, że Lyon także jeszcze po niej chodził i obaj poświęcili fortunę, żeby umożliwić mu zniknięcie. Chociaż Lyon przede wszystkim zawdzięczał to swojej siostrze, Violet. Dla kobiet mężczyźni gotowi są na to, czego normalnie, przy zdrowych zmysłach, nie robią.
Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy lepiej niż Lyon.
– Cieszę się – odezwał się w końcu. Krótko. Ale szczerze. Lavay był dobrym człowiekiem, a Lyon przekonał się, że takich jest niewielu i wszyscy tracą, kiedy jednego z nich ubywa.
Lavay był także jedynym człowiekiem na świecie, który wiedział, gdzie można teraz znaleźć Lyona Redmonda. I jednym z niewielu ludzi, którzy znali jego trzy tożsamości. Prawdziwą. Przybraną. I tę, która mogła zaprowadzić go na szubienicę.
Nawet jeśli chciano go zwabić tą wiadomością do Sussex i oddać w ręce Korony, to nie miało większego znaczenia. Lyon stał się człowiekiem, który potrafił uniknąć czy wywinąć się z każdej pułapki, korzystając ze wszelkich sposobów.
Sądził jednak, że Lavay chce w ten sposób spłacić dług honoru.
– Lord Lavay to wspaniały człowiek, najwspanialszy, jakiego znam, sir – oznajmił z mocą lokaj. – Ożenił się ze swoją gospodynią, panią Fountain.
To go zaskoczyło.
– Czy tak? Jakaś epidemia ślubów w Sussex, nieprawdaż?
Lyon powiedział to tak gorzkim tonem, że wszyscy zamrugali, jakby coś żrącego wpadło im w oczy.
Wciągnął głęboko powietrze.
– A gdzie jest w tej chwili lord Lavay, Ramsey?
– Spodziewam się, że nadal przebywa w Pennyroyal ­Green, wsi w Sussex, gdzie go zostawiłem. Widzi pan, jako że niedawno się ożenił i… wieś się bardzo zmieniła. Zrobiło się całkiem ładne miasteczko – ciągnął, promieniejąc z zadowolenia.
– Naprawdę? – W głosie Lyona brzmiała taka brutalna ironia, że wszystkie głowy zwróciły się ku niemu, z szeroko otwartymi oczami.
Załoga poczuła się zaniepokojona.
On sam się zaniepokoił.
Ponieważ po raz pierwszy od lat Lyon sam nie wiedział, co chce zrobić.
Wszystko z winy Olivii Eversea.
Przewróciła jego świat do góry nogami od pierwszej chwili – tej chwili na sali balowej, kiedy odwróciła się do niego, uśmiechnęła i…
Nawet teraz. Nawet teraz wspomnienie tego uśmiechu zapierało mu dech w piersi.
Po raz ostatni widział Pennyroyal Green w środku nocy, przed pięcioma laty. Od tamtego czasu wydarzenia porwały go z taką siłą, jakby był kulą armatnią. I to nie tylko z powodu tego, co usłyszał od Olivii w ogrodzie, po północy, w ulewnym deszczu. Chociaż po tym, jak powiedziała to, co powiedziała, przez jakiś czas przestał dbać o to, co się z nim dzieje.
Nie, ten lont palił się dłużej niż ktokolwiek mógłby podejrzewać.
Nikt z Sussex od tamtej pory go nie widział.
Chociaż ktoś niewątpliwie próbował. Uśmiechnął się lekko na wspomnienie Violet.
I to właśnie było to, co zatrzymało jego szalony pęd.
Miał swoje sposoby, żeby, choć z daleka, śledzić życie tych, których zostawił. Coś sobie udowodnił w ciągu ostatnich pięciu lat. Początkowo myślał, że to wszystko z powodu Olivii. Ale teraz nie był już pewien. Próbował wyrzucić ją ze swego życia, pozbywając się nawet jej miniatury.
Najwyraźniej bez powodzenia.
Ale nikt, nawet jego załoga, nie wiedział, że ta podróż jest jego ostatnią. Zaryzykował wyprawę do Londynu, żeby wyjaśnić pewną tajemnicę, która mogłaby zniszczyć życie Olivii i jej rodziny.
Poznał odpowiedź.
Cóż, wcale go nie zdziwiła.
Nie był jednak przygotowany na to, że będzie musiał tak szybko podjąć decyzję, jak dalej postępować.
Och, Liv, pomyślał.
Nagle samo oddychanie zaczęło sprawiać ból. Urywki wspomnień tłoczyły się przed oczyma jego wyobraźni, każde wyraźne jak witraż w kościele.
Olivia idzie drogą w stronę domu Duffych, rzuca się biegiem, z rozjaśnioną twarzą, kiedy zauważa, że on czeka na nią pod wiązem. Tak jakby żal jej było każdej sekundy spędzonej z dala od niego.
To wspomnienie wracało zawsze, kiedy było mu szczególnie ciężko.
A teraz oddawała się innemu mężczyźnie.
Zacisnął palce. Zapanował jednak nad sobą i nie zgniótł wiadomości tak, jak na to zasługiwała.
Ona. Skoro Lavay napisał te słowa, to może ją widział, może nawet z nią rozmawiał albo…
Nie mógł tego zrobić.
Niech to diabli, nie mógł tego zrobić.
I to przeważyło szalę.
Wsunął kartkę za połę kubraka.
– Możesz odejść, Ramsey – powiedział. – Dziękuję.
Lokaj odwrócił się i niemal rzucił się biegiem; srebrny szamerunek zalśnił w słońcu.
Lyon popatrzył na pełne oczekiwania twarze załogi.
– A my – oświadczył – zostajemy w Anglii.
Nastała pora rozliczeń.


Trzy tygodnie później…

Olivia Eversea westchnęła w zacisznym wnętrzu rodzinnej berlinki, wdzięczna za to, że chociaż w drodze z placu St. James do Strandu może pobyć sama.
Być może to, że rodzina pozwoliła jej udać się w pojedynkę do pani Marceau, świadczyło o tym, jak bardzo ostatnio zrobiła się nieznośna.
Dyskusja, czy jej suknia powinna mieć srebrne wykończenie, jak u biednej księżniczki Charlotte, czy też może należałoby ją obszyć koralikami, co kosztowałoby znacznie więcej, ale czyż nie promieniałaby w tym stroju jak anioł (słowa matki), stała się bezsensownie namiętna; być może padły przy tej okazji subtelne obelgi, a jej opanowana siostra, Genevieve, może nawet trzasnęła drzwiami. Albo raczej zamknęła je demonstracyjnie, co u Genevieve równało się atakowi wściekłości.
Po paru minutach nadąsanego milczenia padły sobie w ramiona, pełne skruchy.
Olivia wiedziała, że bywa trudna i drażliwa i potrafi zręcznie wydobyć z każdego to, co w nim najgorsze, ze sobą w szczególności. To był z jej strony akt miłosierdzia, że zostawiła rodzinę w domu, udając się samotnie do modystki.
I nadal nie miała pojęcia, jakie wykończenie sukni będzie najkorzystniejsze.
Czy nikt nie dostrzegał ironii w wyborze tego samego wykończenia, co u nieszczęsnej księżniczki Charlotte, która poślubiła człowieka, którego sama chciała poślubić, a nie tego, którego wolał jej ojciec? A potem zmarła szybko przy porodzie, w męczarniach, zostawiając Anglię w żałobie.
Ciekawe, myślała Olivia, ilu rodziców w Anglii powołuje się na historię Charlotte w charakterze ostrzeżenia. Widzisz, co cię czeka, jak mnie nie posłuchasz?
Olivia cieszyła się, że ona przynajmniej, po latach, w ciągu których przewinęło się koło niej tylu zalotników, dokonała sensownego wyboru. Cała rodzina mu przyklasnęła.
Wyjrzała przez okno; berlinka toczyła się wśród hałaśliwego, kolorowego tłumu na Strandzie. Wielebni mężowie z książkami do nabożeństwa, kukiełkarze, straganiarze i kieszonkowcy przeplatali się z damami i dżentelmenami w nienagannych strojach, zdradzających bogactwo i świetne pochodzenie. Cudowny chaos i zamęt Strandu doskonale pasowały do jej nastroju i spodziewała się, że ukoją jej nerwy. Poza tym lubiła sklep pani Marceau, naprawdę go lubiła. To był cichy, kobiecy raj. To tylko te niezliczone przymiarki sprawiały, że zaczęła się czuć jak cielę, które ma być podzielone na kotlety.

Inne książki autora