Facebook
Kochanek idealny

Kochanek idealny

Tytuł oryginału: My Fair Lover
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2017-11-30
EAN: 9788324164981
39.80 PLN
26.63 PLN
Romans historyczny

„Uroczy romans kipiący emocjami i zmysłowością”.
„Romantic Times”


Mężczyźni ze słynącego ze skandali rodu Wilde’ów łamią konwenanse i damskie serca. I szukają prawdziwej miłości jak legendarni kochankowie.
A namiętnością ustępują jedynie… kobietom z rodu Wilde’ów.


Lady Katherine Wilde wierzy, że zwalczyła wszelkie romantyczne uczucia, jakie żywiła do Brandona Deverilla, zanim ją odepchnął. Teraz Brandon potrzebuje jej pomocy. Po latach spędzonych w amerykańskich koloniach i na korsarskim statku wraca do Anglii. Odziedziczył lordowski tytuł i majątek, i musi nauczyć się zachowywać jak dżentelmen. I znaleźć odpowiednią dla dżentelmena żonę. A któż potrafi lepiej kojarzyć małżeństwa niż Katherine?
Katherine zgadza się pomóc Brandonowi, ale żąda czegoś w zamian: by wyruszył z nią w niebezpieczną podróż…


NICOLE JORDAN to jedna z najbardziej lubianych amerykańskich autorek romansów historycznych. Jej wypełnione pędzącą akcją błyskotliwe, seksowne powieści z czasów regencji to bestsellery „New York Timesa”. Zostały sprzedane w siedmiu milionach egzemplarzy. Jest laureatką wszystkich najważniejszych nagród gatunku, w tym najwyższej: RITA Award – odpowiednika filmowego Oscara.

 

 

Patronaty medialne:

2534

 

 

 

Londyn, maj 1817

 

Kiedy ostatnim razem odwiedziła Brandona Deverilla w jego hotelowych pokojach, naga wślizgnęła mu się do łóżka – wariacki plan, zakończony kompletną katastrofą.

Lady Katharine Wilde skrzywiła się na to wstydliwe wspomnienie. Już uniosła rękę, żeby zastukać do drzwi numeru siódmego, jednak szybko ją opuściła, bo w brzuchu znów rozszalał się rój motyli. Wtargnięcie na drugie piętro hotelu Fenton’s było tego popołudnia najłatwiejszym etapem tajemnej misji. Kate nie panikowała, że w stroju lokaja może zostać rozpoznana. Nie, jej niepokój brał się stąd, że po sześciu długich latach musiała znowu stanąć przed Deverillem.  

Ale dzisiaj sprawy miały potoczyć się inaczej, przynajmniej taką żywiła nadzieję. Bo poprzednio, kiedy bezwstydnie mu się narzucała, odprawił ją z kwitkiem - grzecznie, ale stanowczo.

- To zaszło za daleko. Kate.

Zamarła, zakłopotana i zrozpaczona, że nie potrafi wyrazić swojej tęsknoty. Całej tej chaotycznej mieszaniny niepewności, pożądania i oczekiwań.

- Myślałam...

Zacisnął zęby z determinacji lub żalu - nie była pewna.

- Myliłaś się.

Wspominając gorzkie upokorzenie tamtego wieczoru, zagryzła wargę i odsunęła się od drzwi. Jakże wówczas pragnęła zaszyć się gdzieś w ciemnym kącie i umrzeć! Po tylu latach zraniona duma nadal nieznośnie jej doskwierała. Podobnie jak głupie serce. 

Odwróciła się i zaczęła spacerować po korytarzu. Usiłowała zebrać się na odwagę. Niezamężne młode damy po prostu nie odwiedzały dżentelmenów w ich hotelowych apartamentach, aczkolwiek ona (jako dwudziestoczterolatka) nie była już taka znowu młoda. A Brandon Deverill - bogaty amerykański kupiec i dawny kaper, którego statki uczestniczyły w bitwach z marynarką brytyjską – z trudem mógł uchodzić za dżentelmena, nawet jeśli ostatnio odziedziczył prawa do wiekowej angielskiej baronii.

Jednak dzisiaj lady Katharine miała liczne powody, by zaryzykować skandal. Po pierwsze, chciała udowodnić Deverillowi, że się pozbierała i nie ma już złamanego serca. Ponadto, chciała udowodnić sobie, że jest odważna i da radę przebywać z tym mężczyzną sam na sam. A wreszcie, chciała stawić czoło uczuciu skrępowania z dala od cudzych oczu i na osobności ujawnić swoją niecodzienną propozycję.

Przed laty  postanowiła nigdy już go nie oglądać, ale jej ciotka, lady Isabella Wilde, poprosiła ją o pomoc przy przeróbce Brandona Deverilla na prawdziwego angielskiego lorda. Ponieważ ciocia Bella była dla niej drogą powierniczką i najwyższym autorytetem, Kate czuła, że nie może odmówić.  A przynajmniej nie bez podania przyczyn.

Co oznaczałoby ujawnienie żenujących szczegółów najbardziej wstydliwego epizodu w jej życiu, kiedy to narzucała się Deverillowi niczym owe więdnące z miłości, naiwne, głupiutkie kobiety, które zawsze budziły w niej litość.

Besztając się za tchórzostwo, wróciła pod drzwi numeru siódmego i kiedy już zdołała opanować drżenie w brzuchu na dość długą chwilę, cicho zastukała. Poprzednio Deverill jednoznacznie odrzucił jej miłosne awanse. Tym razem jednak miała do zaoferowania coś, czego pragnął.

Kiedy w końcu drzwi się otwarły, pierwszym widokiem, który przykuł uwagę Kate, były zuchwałe ciemne oczy. Wyglądały dokładnie tak, jak je zapamiętała – głębokie, o przenikliwym spojrzeniu, otoczone czarnymi rzęsami. Te frapujące oczy zawsze pasowały do jego śmiałej postawy i poczynań, pomyślała oszołomiona.

W ich mrocznych głębinach natychmiast ujrzała błysk rozpoznania, mimo że zjawiła się w liberii i srebrzystej, pudrowanej peruce, pod którą ukryła rudokasztanowe loki.  

Najwyraźniej Kate zaskoczyła gospodarza. Ale sama też osłupiała, widząc, że przyodziany jest jedynie w bryczesy. Stał przed nią z nagim torsem i boso, a jego zbyt długie, kruczoczarne, kędzierzawe włosy były wilgotne. Widocznie właśnie wziął kąpiel i zabierał się do golenia, bo w ręku trzymał brzytwę.

Mocno zarysowaną szczękę porastał mu kilkudniowy zarost, nadając twarzy nieco podejrzany wygląd, który – ku udręce Kate - jeszcze podkreślał urok Brandona Deverilla. Awanturnik (powiedzmy sobie, korsarz) nie powinien być tak diabelnie pociągający. W dodatku pachniał wspaniale, a niech go licho.

Skonfundowana tym, że w tak niepożądany sposób wpłynął na jej zmysły, stała, gapiąc się bez słowa.

Tymczasem Deverill prześlizgnął się wzrokiem po lokajskiej liberii i kiedy uniósł brew, w jego oczach błysnęło rozbawienie.

- Należało oczekiwać, że zachowasz się niekonwencjonalnie – zauważył tym swoim szorstko- aksamitnym głosem, który nadal drażnił kobiece receptory Kate.

Ona mogłaby powiedzieć to samo. Brandon Deverill nie przejawiał ani odrobiny zakłopotania, że przyłapała go niemal całkiem rozebranego. Ale też spośród znanych jej mężczyzn zdołał zdobyć najgorszą reputację, co wiele o nim mówiło, zważywszy na fakt, że Kate pochodziła ze słynącego skandalami rodu Wilde’ów, którego członkowie od wieków okrywali się niesławą.

Obecnie twarz Deverilla tu i ówdzie znaczyły zmarszczki, co czyniło jego urodziwe rysy bardziej dojrzałymi. Ale bez koszuli, z opalonym na brąz, muskularnym torsem był nawet jeszcze  przystojniejszy, niż pamiętała. Jego męska uroda mogła zawstydzić klasyczne posagi ...

O  litościwe niebiosa, weź się w garść, szalona dziewczyno.

A jednak srodze się myliła, sądząc, że pokonała własną słabość. Z całą pewnością czar nie przeminął. Deverill nadal potrafił sprawić, że uginały się pod nią kolana. I nadal zalewała ją fala niewątpliwego, niezaspokojonego pożądania, którą odczuła już w pierwszej chwili, gdy wiele lat temu się poznali.

Kate gwałtownie otrząsnęła się z tych myśli. Jeśli nie zdoła zapanować nad swoim zauroczeniem, czekały ją poważne tarapaty. 

Szczęśliwie Deverill przerwał jej chaotyczne rozważania.

- Jak mnie znalazłaś? – zapytał z nutką ciekawości.

- Na moją prośbę kapitan portu rozglądał się za twoim statkiem i zawiadomił mnie, kiedy tylko przybiłeś do brzegu. Posłałam służącego, żeby go wypytał, gdzie wynająłeś pokoje.

- Podziwiam twoją pomysłowość, czego nie mogę powiedzieć o rozwadze. Co ty, u licha, tutaj robisz?

- Mogę wejść? – naciskała. – Chcę zamienić z tobą parę słów, a wolałabym nie rozmawiać na korytarzu.

Po chwili wahania gospodarz odsunął się, robiąc Kate przejście i zamknął za nią drzwi, chociaż nie wyglądał na uszczęśliwionego jej obecnością.

- Nie mogłaś zaczekać do jutra, aż złożę wam wizytę?

- Byłam pewna, że oboje poczujemy się niezręcznie, więc pomyślałam, że lepiej zobaczyć się na osobności.

- Usiądziesz?

Wodząc wzrokiem po niewielkim pokoju, dostrzegła stolik, obok dwa krzesła, toaletkę z umywalką i wreszcie łóżko, którego widok przywodził na myśl ostatnie – upokarzające -  spotkanie. Lady Katharine uśmiechnęła się uprzejmie, by pokryć konsternację.

- Wolę stać, dziękuję. To nie potrwa długo.

- Dobrze. Lepiej, żeby cię nie widziano, jak składasz wizyty w sypialni mężczyzny.  Czy twój brat ma pojęcie, dokąd poszłaś?

- Nie i nie zamierzam mu nic mówić.

- Beaufort zażądałby mojej głowy, gdyby usłyszał, że u mnie byłaś.

- Bez obaw. Ash wyjechał na wieś i nie spodziewam się jego powrotu wcześniej niż jutro.

Deverill zmierzył bacznym spojrzeniem jej strój.

- A nie martwi cię, że ktoś może rozpoznać piękną lady Katharine Wilde?

- Lokajowi nikt się nie przygląda.

- Ach, więc stąd to przebranie. Całkiem urodziwy z ciebie młodzian.

Komplement wytrącił Kate z równowagi, ale tuż po nim nastąpił krytyczny komentarz.

- Nic a nic się nie zmieniłaś. Odwiedziny w hotelowych pokojach dżentelmenów najwyraźniej weszły ci w krew.

- Nie we wszystkich – odparła figlarnie. – Tylko w twoich.

- Powinno mi to pochlebiać?

Kate obdarzyła go najbardziej czarującym uśmiechem.

- Rzeczywiście, powinno – zażartowała, nim zdołała się powstrzymać. Nie mogła dać się wciągnąć w śmiałą szermierkę słowną, którą niegdyś tak często się zabawiali.

Szczęśliwie Deverill zmienił temat. Pocierając szczecinę na podbródku, zapytał:

- Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli podczas rozmowy skończę się golić? Mój kuzyn Trey powinien zjawić się lada moment, żeby zabrać mnie do miasta. Mam do pomówienia z adwokatem w sprawach spadkowych, a potem planuję zjeść obiad z Treyem i jego żoną, Antonią.

Przed laty Kate poznała Treya Deverilla, jednak ostatnio go nie widywała i dotychczas nie spotkała jego nowo poślubionej żony.

- Nie, nie będzie mi przeszkadzało.

Deverill podszedł do umywalki i sięgnął po mydło.

- Minął kawał czasu, odkąd ostatni raz cię widziałem – rozmarzył się na głos, rozrabiając pianę.

Sześć lat, dwa miesiące i dziewięć dni. Kate opanowała się i skoncentrowała myśli na przyszłości.

- Ciocia Bella przedstawiła mi twoją sytuację w ogólnym zarysie. Z przykrością usłyszałam, że lord Valmere zmarł.

Deverill poważnie skinął głową.

- Podobno bardzo cierpiał, więc może to było błogosławieństwo. W tym tygodniu wybieram się do Kentu żeby złożyć uszanowanie jego bliskim i poczynić ustalenia, jak zabezpieczyć im byt.

Kate wiedziała o pochodzeniu Deverilla. Jego nieżyjący od dawna dziadek, młodszy syn angielskiego barona, dziesiątki lat temu wyemigrował do Ameryki i osiadłszy w Virginii, poślubił pannę ze znacznego kupieckiego rodu właścicieli floty handlowej. W styczniu tego roku ówczesny baron Valmere – Augustus Deverill – odszedł po przewlekłej chorobie, pozostawiając owdowiałą córkę i dwie małe wnuczki. Tak więc tytuł i dobra majoratowe przeszły na Brandona jako najbliższego krewnego w linii męskiej.

Przez chwilę panowała cisza, podczas gdy Deverill namydlał twarz. Przyglądając mu się, Kate uświadomiła sobie, jak bardzo rozprasza ją kuszący widok jego nagiego torsu. Spojrzenie dziewczyny mimo woli musnęło szerokie ramiona, a potem ześlizgnęło się po plecach zwężonych ku szczupłej talii i niżej, aż na zgrabne pośladki i mocne uda w płowożółtych trykotowych bryczesach ...

Szybko odwróciła wzrok, by nie zostać przyłapaną na podziwianiu tego jakże – niestety -  ponętnego ciała.

- Czy mógłbyś założyć szlafrok?

- Żałuję, ale nie wziąłem żadnego ze sobą.

- No to koszulę?

Zawahał się.

- Założę, kiedy tylko skończę się golić. – Zerknął na nią przez ramię. – Czyżbyś niespodziewanie stała się świętoszką?

Leciutki błysk rozbawienia, który tak uwielbiała, znowu zajaśniał mu w oczach. Widząc to,  Kate przypomniała sobie jeszcze jeden nieznośny talent Brandona Deverilla: żaden inny mężczyzna nie potrafił wywołać u niej takich rumieńców wstydu. Zawsze miała uczucie, jakby czytał jej w myślach. I czasami zdawał się śmiać – z niej albo z siebie – zapraszając ją do uczestnictwa w tych osobistych żartach.

Działo się tak od samego początku. Deverill odnosił się do niej z wielką bezpośredniością i nigdy nie traktował ceremonialnie. Wręcz przeciwnie, przekomarzał się z nią poufale, w ten sam sposób co bracia i kuzynowie. Mogła też liczyć, że będzie wobec niej szczery, a nawet brutalnie uczciwy.

Dotychczas nie wadziła jej ta familiarna swoboda, w istocie przyjazna i niekrępująca. Znużona nieustannym nadskakiwaniem pochlebców, chętnych złowić posag bogatej dziedziczki, Kate wysoko ceniła otwartość Deverilla.

Po raz pierwszy spotkała go przed siedmioma laty, gdy zajechał do Kentu odwiedzić rodzinę, a przedstawiła ich sobie lady Isabella, która znała Brandona od czasu, gdy pracował dla brytyjskiego Biura Spraw Zagranicznych. Trzeba przyznać, że jak na Amerykanina było to dość niezwykłe zajęcie. Jednak kariera, którą rozpoczął z powodu swego angielskiego kuzyna Treya została przerwana, kiedy pomiędzy ich krajami wybuchła wojna.

- Nie trzymano mnie całkiem pod kloszem – odparła lekkim tonem Kate. – Dorastałam wśród krewnych płci męskiej, więc zdarzało mi się widywać częściowo rozebranych mężczyzn. Ale nas nie łączy żadne pokrewieństwo. Fakt, że dwukrotnie ośmieliłam się odwiedzić twój hotelowy apartament, nie oznacza, że nie mam świadomości tego co jest stosowne, a co nie.

- Może nie pamiętasz, ale ja też widziałem twoje wdzięki – mruknął Deverill.

Oblewając się czerwienią, Kate spuściła głowę.

- Nie musisz mi przypominać – powiedziała cicho. – Kiedyś głupio się w tobie durzyłam. Dawno mi przeszło.

Wiedziała, jak bardzo nieprzekonująco to brzmi, więc zadarła brodę i odważnie spojrzała  mu w oczy. Lepiej było wziąć byka za rogi.

Deverill wpatrywał się w Kate przenikliwie, jakby znał wszystkie jej sekrety. W ramach samoobrony posłała mu najbardziej uroczy ze swoich uśmiechów.

- Bez obaw, szanowny panie. Nie po to przyszłam, by raz jeszcze się na ciebie rzucić. Obiecuję  cię nie napastować i nie zakradać się do twego łóżka.

Przez chwilę miała wrażenie, że chciał coś powiedzieć, bo drgnęły mu wargi, ale tylko pokręcił głową i wziął się do golenia. 

Kiedy znowu odwrócił się tyłem, zauważyła pod jego prawą łopatką okropną bliznę, długą chyba na trzy cale, jakby nóż albo bagnet wbił się głęboko. To musiało straszliwie boleć, pomyślała Kate, ze współczucia zagryzając wargi. Już chciała spytać, skąd ten ślad, ale zdążyła się pohamować. Stan jego ciała był tematem dalece zbyt osobistym.

Jednak co do tego, by usiąść, zmieniła zdanie. Ostentacyjnie zignorowawszy łóżko, przeszła w drugi koniec pokoju i zajęła jedno z krzeseł tak, by nie mieć gospodarza bezpośrednio przed oczami. Brandon Deverill był czystą fizyczną pokusą. A ponadto miał ten typ osobowości – naturalnej, otwartej, pełnej życia – ogromnie niebezpieczny dla cnoty każdej kobiety. Każdej oprócz mnie, poprawiła się natychmiast. Jej cnocie nic przy nim nie groziło - ku bezgranicznemu żalowi Kate.

Odchrząknęła.

- Ciocia Bella przeprasza, że nie mogła osobiście powitać cię w Londynie, ale niedawno wyjechała do Kornwalii opiekować się leżącą w połogu córką przyjaciółki i musi jeszcze trochę tam pobyć. Prosiła, żebym ja w międzyczasie cię wsparła. Nie znam wszystkich szczegółów waszej korespondencji, ale o ile rozumiem, planujesz w pełni wejść w rolę barona Valmere?  

- Tak.

- Chciałabym od ciebie usłyszeć, co konkretnie zamierzasz.

Odpowiedział jej, nie przestając skrobać brzytwą bokobrodów.

- Wiesz, że kiedy nasilił się konflikt pomiędzy naszymi krajami, na żądanie ojca wróciłem do domu, do Virginii? W rok później ojciec umarł, a ja przejąłem stery rodzinnej kompanii żeglugowej. Ostatnich kilka lat spędziłem odbudowując ją, bo handel znacznie ucierpiał podczas waszych, brytyjskich, blokad amerykańskich portów i część naszej floty została zniszczona. Teraz wreszcie stanęliśmy na nogi na tyle, że mogę przekazać przedsiębiorstwo młodszemu bratu i pełnić swoje obowiązki tutaj.

Kate zmierzyła go pytającym spojrzeniem.

- Rzeczywiście osiedlisz się w Anglii?

- Najprawdopodobniej, chociaż moja matka nie jest tym zachwycona – odparł sucho Deverill.

- Dziwi mnie, że w ogóle bierzesz taką możliwość pod uwagę, zważywszy na to, wobec kogo jesteś lojalny.

- Lojalny?

- Wobec Ameryki. Powszechnie wiadomo, że z oddaniem parałeś się kaperstwem.

W reakcji na jej pełen dezaprobaty ton, wzrok Deverilla stwardniał. Kate zacisnęła wargi. Co za sens spierać się o przeszłość? Nic nie zmieniało faktu, że ten zuchwały amerykański żeglarz skradł jej serce i porzucił złamane, o co najsurowiej go obwiniała.

Niegdyś sądziła, że Brandon Deverill to idealny dla niej kandydat na męża. Jednak wzgardził nią, a potem wyjechał walczyć przeciwko rodakom Kate i tym samym stał się wrogiem. Teraz zaś nie tylko powrócił, ale w dodatku ona obiecała zastanowić się, czy mu pomoże.

- Czego się po mnie spodziewasz? – spytała w końcu.

- Na początek potrzebuję, żeby ktoś wprowadził mnie do towarzystwa. A któż lepiej potrafiłby utorować mi drogę? Czarująca lady Katharine jest bożyszczem wielkiego świata. Z tego, co słyszę, to ty ze swoim wdziękiem i dowcipem wiedziesz tam prym.

Kate roześmiała się.

- Raczej nie. Ale ponieważ Ash jest markizem, a mój kuzyn Quinn hrabią, mam arystokratyczne koneksje, które mogą ci się przydać. – Jej twarz spoważniała. – Ciocia Bella napomknęła też, że chciałbyś znaleźć żonę.

Skinął głową.

- Mam trzydzieści trzy lata. Najwyższa pora, żebym osiadł gdzieś na stałe i poślubił właściwą kobietę.

Potwierdzenie tego, o czym już wiedziała – że on chce się żenić – dziwnie ją poruszyło. Jednak Kate przyrzekła sobie dławić każde buntownicze ukłucie zazdrości i wykorzystać sytuację, w jakiej Deverill się znalazł.

- Interesuje cię małżeństwo z rozsądku? Czy raczej coś głębszego?

Rzucił jej szybkie spojrzenie, chociaż wyraz twarzy miał nieprzenikniony.

- Nic głębszego. Isabella twierdzi, że potrafisz wyszukać mi odpowiednią osobę. Ponoć jesteś urodzoną swatką i odnosiłaś już w tej dziedzinie sukcesy.

- Istotnie, rozwinęłam w sobie umiejętność swatania – przyznała Kate. – Nie chwaląc się, to ja pomogłam większości moich krewnych i powinowatych znaleźć idealnych małżonków. Będę ci doradzać, by oddać przysługę cioci Belli, ale w zamian za to chcę zawrzeć z tobą układ.

- Jakiego rodzaju?

Wzięła głęboki oddech.

- Jeśli znajdę ci narzeczoną, będziesz musiał po zakończeniu sezonu towarzyszyć mi w podróży do Francji.

Deverill opłukał twarz i zaczął wycierać ją ręcznikiem.

- A czemuż to życzysz sobie jechać do Francji?

- Zapewne wiesz, w jaki sposób zginęli moi rodzice?

- Na morzu. W czasie sztormu ich statek zatonął.

- Właśnie tak myśleliśmy. – Kate zmarszczyła brwi. – To dość długa historia, więc nie zagłębiając się w szczegóły ... Być może pamiętasz, że moja ciotka Angelique była Francuzką – córką księcia i księżnej de Chagny, którzy zostali zgilotynowani podczas rewolucji.

- Matka twoich kuzynów, Quinna i Skye?

- Tak. Angelique poślubiła wuja Lionela Wilde’a, hrabiego Traherne. To trochę dalsza gałąź rodziny ... Ale wracając do rzeczy: kiedy Wielka Brytania toczyła wojnę z armią Napoleona, bezcenne kosztowności książąt de Chagny zostały ukryte. Później, za czasów pokoju w Amiens moi rodzice, Angelique i Lionel wyprawili się wspólnie na południe Francji, by odzyskać skarb. I kiedy tuż przed Bożym Narodzeniem ruszyli w drogę powrotną, ponieśli śmierć niedaleko francuskiego wybrzeża. Przez całe lata sądziliśmy, że wszyscy zginęli na miejscu. Jednak niedawno okazało się, że ich statek został specjalnie uszkodzony, a moja matka zdołała jeszcze dotrzeć na brzeg, gdzie po krótkim czasie zmarła od ran.

Kate umilkła ze wzrokiem wlepionym w dłonie, przypomniawszy sobie swój szok i ból, gdy przed dwoma miesiącami poznała prawdę o zatonięciu Zefira. Straciła rodziców, mając dziesięć lat, ale wskutek tych rewelacji znowu pogrążyła się w żalu.

Co więcej, podsuwany przez wyobraźnię obraz cierpień matki i grobu ojca w morskich głębinach tylko nasilił nocne koszmary, które dręczyły Kate stale od dzieciństwa.

Dziewczyna splotła palce, jej głos przeszedł w szept.

- Mamę pochowano jak nędzarkę, a tata i wujostwo w ogóle nie mieli pogrzebu. Chciałabym odwiedzić miejsce spoczynku mamy, postawić nagrobek i skoro już tam będę, poszukać wraku. – Posłała Deverillowi blady, przepraszający uśmiech. – Przyznaję, że to się stało moją obsesją. Może jestem głupia, ale pragnę, żeby moja matka miała porządny grób.

- Nie nazwałbym tego głupotą.

Uniósłszy wzrok, stwierdziła, że Deverill patrzy na nią łagodnie, jakby doskonale rozumiał jej potrzeby. Czuła wdzięczność, że nie wykpił niepewnego – może nawet  ryzykownego – przedsięwzięcia, które było dla niej tak ważne.

- W każdym razie – ciągnęła, - człowiek winien ich śmierci stanął przed sądem, a skarb w dużej mierze został odzyskany, chociaż część klejnotów poszła na dno wraz z Zefirem.

- I chciałabyś odnaleźć tę resztę?

Kate zawahała się.

- To chyba mało prawdopodobne. Minęło już tyle lat. Ale mam nadzieję, że przynajmniej zlokalizuję wrak. Możemy mniej więcej ustalić miejsce w oparciu o relacje z tamtej nocy i wiadomości, gdzie morze wyrzucało szczątki statku. Zefirem wstrząsnęła eksplozja, stanął w płomieniach. Chociaż próbował dowlec się do portu, tylko podpłynął w stronę brzegu. Jednak zatonął być może już na płytkich wodach. Quinn zrobił dokładne obliczenia i wyrysował mapy na potrzeby moich poszukiwań. Jednak problem polega na tym, że najbliższe osady wzdłuż wybrzeża zamieszkują piraci.

- Najwyraźniej nieźle się w tym wszystkim orientujesz. Jak zdobyłaś te informacje?

- Przypuszczam, że znasz Beau Macklina? Kiedyś pracował razem z tobą w Biurze Spraw Zagranicznych, podobnie jak mąż Skye, hrabia Hawkhurst.

- Macky. Znam go.

- Otóż kilka miesięcy temu Macklin udał się do Francji, żeby zbadać tę sprawę dla mojej rodziny.

- Więc po co ja mam ci towarzyszyć? Dlaczego nie możesz poprosić Macky’ego?

- Bo zrobił już wystarczająco dużo. Ale przede wszystkim potrzebuję doświadczonego żeglarza. Kogoś, komu mogę ufać.

Usta Deverilla wygięły się w uśmiechu.

- I mnie ufasz?

Kate podejrzewała, że prowokując ją, usiłował rozładować atmosferę, więc odparła w podobnym tonie.

- Co ciekawe, tak. O morzu wiesz więcej niż ktokolwiek z moich znajomych. W sumie jesteś właścicielem całej floty i teraz masz własny statek tu, w Londynie.  

- Planowałem, że za tydzień czy dwa odprawię go do Ameryki.

Poczuła, że serce w niej zamiera.

- Ooch. Może jakoś ci to zrekompensuję. Stać mnie, żeby solidnie zapłacić.  

- Posiadasz znaczną fortunę, wiem – powiedział, z rozbawieniem przeciągając samogłoski, co lady Katharine kompletnie zignorowała.

- Pewnie bym mogła wynająć statek i kapitana, ale wolałabym nie polegać na obcych. Widzisz ... niespecjalnie lubię żeglować.  

Najoględniej mówiąc, dodała w myślach. Odczuwała paniczny strach przed morską podróżą – czemu trudno było się dziwić, zważywszy na to, w jaki sposób zmarli jej rodzice.

- Umiem nieźle pływać. Pamiętasz jezioro w Beauvoir, gdzie dorastałam? Ale chorobliwie boję się morza.

- I potrzebujesz kogoś do dopieszczania twoich delikatnych uczuć.

Teraz już pewna, że się z nią droczy, Kate odpowiedziała mu uśmiechem.

- Niestety tak. Przyznaję, brak mi odwagi. Jednak również z innych względów ty byłbyś najlepszy. Bo jeśli nawet zatrudnię kogoś do poszukiwania wraku, możemy trafić na piratów. Jestem Angielką. Po dziesięcioleciach walk Francuzi nie są naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Podejrzewam, że piraci czują znacznie większą sympatię do was, Amerykanów, zwłaszcza, że wielu z nich pomagało wam podczas wojny.

Marszcząc brwi, Deverill nałożył lnianą koszulę i zaczął upychać jej rąbek w bryczesy. Szkoda zakrywać takie ciało, pomyślała Kate, po czym w duchu zbeształa samą siebie i znów skoncentrowała się na rozmowie.

- ... mogłaby okazać się niebezpieczna.

- Może i tak, ale mało prawdopodobne, żeby dla ciebie piraci byli specjalnym zagrożeniem.

Brandon Deverill popatrzył na nią cierpko.

- Nie martwię się o własną skórę, tylko o twoją. Młoda dama podróżująca wzdłuż francuskiego wybrzeża potrzebuje ochrony.

- Właśnie o nią proszę.

- A co z twoimi krewnymi? Będą ci towarzyszyć?

- Chociaż wszyscy uznali, że to dobry pomysł, nie mają mojej stanowczości. Poza tym są zajęci zakładaniem rodzin.

Kate obserwowała go, jak owija wokół szyi długi kawał batystu i zaczyna wiązać krawat w prosty węzeł. Biała tkanina atrakcyjnie kontrastowała z ogorzałą skórą. Doprawdy, gładko ogolony, Deverill był nawet jeszcze bardziej pociągający ... Przestań, głupia.

Odetchnęła głęboko, żeby odzyskać panowanie nad sobą.

- Więc rozumiesz, chcę zamknąć wspomnienia o moich najbliższych swego rodzaju prawdziwym pogrzebem. To mój warunek. Pomogę ci znaleźć żonę, jeśli ty pomożesz mnie, towarzysząc mi do Francji.

Deverill wahał się tylko przez chwilę, w czasie, gdy nakładał kamizelkę z solidnego brązowego kaszmiru.

- Dobrze. Zgoda.

Brwi Kate uniosły się powątpiewająco.

- Naprawdę?

- Dlaczego jesteś taka zdumiona? 

- Myślałam, że trudniej będzie cię namówić.

- Przecież jesteś księżniczką Katharine. Zawsze potrafiłaś owinąć sobie mężczyzn wokół palca i przekonać ich, żeby spełniali twoje życzenia.

Rzuciła mu figlarne spojrzenie.

- Niektórych mężczyzn może tak, ale nie ciebie. I nie możesz nazywać mnie księżniczką, skoro nie jestem królewskiej krwi. Najwyraźniej musisz jeszcze sporo się nauczyć o brytyjskich obyczajach, na dokładkę do twoich nowych obowiązków lorda. – Przerwała, bo nagle przyszło jej do głowy, że sytuacja wymaga pośpiechu. – Trzeba ci zapewnić ożenek, a mamy bardzo mało czasu ... Do końca sezonu pozostał ledwie miesiąc. Natychmiast powinniśmy opracować plan.

Deverill przyniósł pończochy i buty, po czym zasiadł na pobliskim krześle i zaczął się ubierać.

Nie spodobało jej się to sąsiedztwo, jednak nie ruszyła się z miejsca, zajęta analizą stroju gospodarza. Doskonała budowa tego mężczyzny – szerokie bary, silna sylwetka – mogła zawstydzić co bardziej zniewieściałych fatygantów lady Wilde. Jednak rozwichrzona, czarna czupryna sprawiała, że wyglądał mało cywilizowanie i chociaż kamizelka leżała na nim zgrabnie, styl całości był przeraźliwie prowincjonalny. 

- Pierwszym punktem programu – oznajmiła Kate – będzie znalezienie ci dobrego krawca. Wszak nie chce pan wyglądać jak osadnik z dzikich ostępów, panie Deverill ... chciałam powiedzieć, lordzie Valmere. Pewnie teraz powinnam zwracać się do ciebie twoim nowym tytułem.

- Broń Boże. Wolę, kiedy nazywasz mnie Deverillem ... albo Brandonem, jak kiedyś.

- Musisz przywyknąć do tytułowania, milordzie.

Amerykanin skrzywił się.

- Nie będzie łatwo.

- Z czasem nabierzesz wprawy. Aczkolwiek mnie czeka mnóstwo pracy, jeśli mam przemienić aroganckiego kupca z Ameryki w znośnego angielskiego szlachcica. 

Do jego oczu powrócił błysk rozbawienia.

-  Rodowód ze strony ojca działa na moją korzyść. Po części jestem Anglikiem.

- Budzącym zgorszenie kaprem – dodała słodko Kate.

- Co mówi dama gorsząco przyodziana w męski strój. O ile sobie przypominam, dotychczas nie żywiłaś specjalnych obiekcji przeciwko zgorszeniu. Ani ty, ani nikt z twojej rodziny. Mając cię za doradcę, powinienem dobrze wpasować się w wyższe sfery.

Jego odpowiedź przypominała docinki, którymi zabawiali się przed laty, ale choć było to miłe, Kate wiedziała, że zachęcając Deverilla, postąpiłaby niemądrze.   

- Ostatnio musiałam okiełznać swoje skandaliczne zapędy i ufam, że zrobisz to samo, jeśli chcesz zdobyć dobrze urodzoną żonę. Powinniśmy zacząć możliwie najszybciej. Jesteś wolny jutro rano?

- O ile mi wiadomo, tak. Dopiero za dzień czy dwa wyjeżdżam do Kentu obejrzeć posiadłość i odwiedzić krewnych

- Mógłbyś wstąpić do mego domu o jedenastej?

- Dlaczego tak późno?

- Rankami zwykle odbywam przejażdżkę po parku.

- Mogę ci towarzyszyć. Od kilku tygodni nie dosiadałem konia. Odkąd opuściłem Virginię.

Spacery w ich dawnych ulubionych miejscach to pomysł z gruntu nierozsądny, uświadomiła sobie Kate. Przynajmniej póki nie do końca panowała nad uczuciami. Lepiej było spotkać się z nim na własnym terenie i w obecności damy do towarzystwa, by wykluczyć jakąkolwiek szansę na bliskość.

- Nie, nie możesz prezentować się publicznie, wyglądając jak zbój. I wypada, żebyśmy mieli odpowiednią przyzwoitkę.

Na tę ostatnią uwagę uniósł brwi.

- Nie mówisz serio.

- Ależ owszem. Kiedy rok temu mój brat się ożenił, zatrudniłam damę do towarzystwa ... starszą wdowę ... Tylko że ona wkrótce wychodzi za mąż, więc muszę poszukać sobie następnej. A swoją drogą, również dla niej znalazłam idealną partię.

- Naprawdę w tak zaawansowanym wieku potrzebujesz przyzwoitki?

Deverill znowu droczył się z nią, ale te żarty trochę bolały, ponieważ głównie z jego powodu była nadal panną. A niech to licho!

Jednak zmusiła się, by odpowiedzieć lekkim tonem.

- Niestety, to jeden z kłopotów, kiedy się jest samotną damą mieszkającą w Londynie. Ash i jego żona, Maura, wolą wieś, a poza tym niedawno urodziło się im dziecko. Więc chociaż jestem wystarczająco leciwa, by nosić czepek, nagięłam się do zasad przyzwoitości, skoro chciałam tu zostać i korzystać z uroków sezonu. Poproszę panią Cuthbert, żeby nam towarzyszyła, kiedy jutro wpadniesz.

Brandon Deverill przyglądał się jej z namysłem.

- Skoro jesteś taką biegłą swatką, dlaczego jeszcze siebie nie wyswatałaś?

Bo nikt nie dorównał moim wspomnieniom o tobie.

- Dotychczas nie znalazłam nikogo odpowiedniego. Nie zamierzam wychodzić za mąż bez prawdziwego uczucia.

Omiatające ją spojrzenie ciemnych oczu nabrało intensywności.

- Jak słyszałem, odrzuciłaś Bóg wie ilu konkurentów. A przecież wiem, że zawsze miałaś pod ręką gromadę wielbicieli. 

I tak faktycznie było. Z racji jej urodzenia i majątku, o względy Kate ubiegało się wielu - od niezdarnych młodzieńców po zatwardziałych rozpustników. Wygląd dziewczyny też przyciągał męską uwagę. Z bujnymi, rdzawymi włosami wyróżniała się urodą na tle ładniutkich debiutantek.

Cóż, kiedy w wieku osiemnastu lat straciła głowę dla Deverilla. Po raz pierwszy czuła się bezbronna wobec mężczyzny i niepewna swoich możliwości. A potem dostała cenną lekcję pokory. W efekcie postanowiła życzliwiej traktować swoich nieszczęśliwie zakochanych fatygantów. Odmawiała im w sposób delikatny i przystawała na przyjaźń z większością z nich.

Jednak rozmowa zboczyła już na grunt zbyt osobisty. Usiłując przywrócić jej zdawkowy ton, Kate podniosła się z krzesła.

- Lepiej już pójdę, skoro niedługo ma się pojawić twój kuzyn Trey. Jutro rano możemy omówić nasz plan i sprecyzować, jakiego rodzaju żony szukasz. Tymczasem zacznę myśleć o ewentualnych kandydatkach. Zapewniłam nam też pomoc Asha. Udzieli ci porad w sprawie zarządzania majątkiem, w kwestiach prawnych i tym podobnych. Szczerze mówiąc, głównie dlatego przyjeżdża jutro do miasta.

Oczy Deverilla zwęziły się, ale dostrzegła w nich rozbawienie.

- Byłaś pewna, że się zgodzę, prawda? Koniec końców zwykle potrafisz dopiąć swego.

Kate uśmiechnęła się smętnie.

- Tam, gdzie chodzi o twoją osobę, nigdy nie mogłam liczyć, że wszystko mi się powiedzie.

Kiedy gospodarz również wstał, podniosła na niego oczy.

- Ufam, że nie wspomnisz Treyowi o mojej wizycie.

- Twój sekret jest u mnie bezpieczny.

- To także twój sekret. Mnie by to zrujnowało reputację, ale jeśli będziesz zamieszany w mój upadek, diabli wezmą wszelkie plany stosownego ożenku.

W ogorzałej twarzy Deverilla błysnęły białe zęby.

- O ile sobie przypominam, to ty zorganizowałaś obie schadzki.

- Tym razem to nie schadzka. Zresztą poprzednio też nie była ... a przynajmniej, niezupełnie. Faktycznie, durzyłam się w tobie. Jestem zbyt wielką romantyczką. To moja najgorsza wada. Albo jedna z najgorszych. Ale tamtej nocy początkowo nie zamierzałam cię uwodzić. Wmówiłam sobie, że potrafię przemówić ci do rozumu, żebyś został w Anglii.  

- Podczas balu rozmawialiśmy o tym, dlaczego nie mogę.

- Rzeczywiście. – Kate zdobyła się na beztroski śmiech. – Wybacz, ale wpadłam na pomysł, że spróbuję uratować ci życie. 

- To znaczy mój bezwartościowy tyłek?

Na jej policzkach pojawiły się dołeczki.

- Tego nie powiedziałam. Tego nawet nie pomyślałam.

- Wyobrażam sobie, że byłaś na mnie zła.

Była wściekła, miała złamane serce i bała się o niego. Deverill ją zranił, chociaż nie do końca mogła go za to winić. Widocznie nigdy nie darzył jej takimi uczuciami, jak ona jego.

- Już całkiem zapomniałam o tym niefortunnym zdarzeniu – skłamała. – Prawdziwy dżentelmen starałby się zrobić to samo.

Deverill uśmiechnął się kpiąco.

-  To jest jedyne zdarzenie, którego nigdy nie mógłbym zapomnieć.

- No cóż, ja wyraźnie pamiętam swój wstyd.

Śmiech zniknął z jego oczu. 

- Przyznaję, w dużej mierze to moja wina. Sprowokowałem cię, całując poprzedniego wieczoru. Ale odmowa była dla mnie jedynym honorowym wyjściem.

Kate opuściła wzrok na guzik przy brązowej kamizelce.

- Widocznie mnie nie chciałeś.

- Nieprawda. Po prostu nie mogłem dopuścić, żebyś popełniła nieodwracalny błąd.

Te słowa, choć mile łechczące jej dumę, nieszczególnie podniosły Kate na duchu.

- Twój sposób okazał się nader skuteczny – powiedziała cicho.  

- Kate ... – Deverill urwał i zmienił zdanie, cokolwiek zamierzał jej wyznać. – Jaki ze mnie byłby człowiek, gdybym odebrał ci niewinność? Wzywał mnie obowiązek wobec kraju. Musiałem wyjechać i nie wiedziałem, kiedy wrócę. Czy w ogóle wrócę.

Znowu popatrzyła mu w oczy.

- Chciałeś powiedzieć: „czy nie polegnę”.

- Tak. Gdybym cię posiadł, byłbym zobowiązany zostać.

I o to właśnie chodziło. Pragnęła przekonać go, by został, by nie odpływał walczyć przeciwko jej rodakom.

Na swoją obronę mogła tylko powiedzieć, że myślała, że ma szanse. Wszak dzień wcześniej, podczas balu, znienacka pocałował ją na pożegnanie. Tamten porywający, skradziony pocałunek przeszył Kate dreszczem aż po satynowe pantofelki i wywrócił jej świat do góry nogami. A w dodatku dał początek marzeniom.

Chciała powiedzieć Deverillowi, co czuje i błagać, by pozostał w Anglii. Więc przemknęła się do hotelowych pokoi, gdzie mieszkał i wyglądała jego powrotu. Uwiedzenie naprawdę nie leżało w jej planach. Jednak im dłużej czekała, tym większa ogarniała ją pokusa, by użyć kobiecych sztuczek, które dobrze się sprawdzały. Wiedziona impulsem, Kate zrzuciła odzież i położyła się do łóżka.

Przypominała sobie wszystko szczegółowo: palący wstyd, który napełniał jej ciało i ostry ból serca, kiedy Deverill bezceremonialnie odesłał ją z kwitkiem. Po raz pierwszy w życiu zachowała się tak nieprzyzwoicie – i przysięgła sobie, że nigdy więcej nie zaryzykuje równie przykrej sytuacji. 

Odsuwając wspomnienia, Kate zdobyła się na pogodny uśmiech.

- Jak sądzę, ucieszy cię wiadomość, że pokonałam obsesję na twoim punkcie. Po raz drugi już się nie wygłupię.

Ponieważ nie odpowiedział, uważnie popatrzyła mu w twarz.

- Na pewno odetchnąłeś z ulgą, milordzie. Nie będziesz musiał mnie odprawiać jak poprzednim razem. Nie grożą ci już z mojej strony niepożądane zaloty.

- Wielka szkoda – mruknął pod nosem.

Ten komentarz zbił ją z tropu.

- Co powiedziałeś?

- Nic ważnego. – Spojrzenie Deverilla dziwnie złagodniało. – Jeśli to dla ciebie jakaś pociecha, twoja propozycja niezmiernie mi pochlebiła. Szalenie mnie pociągałaś. Po prostu nie mogłem postąpić zgodnie ze swoimi pragnieniami.

Ostatnie słowa przykuły uwagę Kate. 

- Pragnąłeś mnie?

W jego stłumionym śmiechu zadźwięczała ironia.

- Oczywiście, że cię pragnąłem, podobnie jak niezliczona ilość innych nieszczęśników.

Przyjemnie było usłyszeć, że jej szalony pociąg do tego mężczyzny nie okazał się całkowicie jednostronny. Chociaż to głupie, ale przez te wszystkie lata zżerało ją zwątpienie, ukryte pod cienką warstewką pewności siebie.

Kate lekko wzruszyła ramionami.

- To już bez znaczenia. Minęło tyle czasu. Byłam bardzo młoda. Młode panienki mają skłonność do niemądrych postępków.

- A teraz stałaś się piękną kobietą.

- Niepotrzebnie mi pochlebiasz.

- To nie jest czcze pochlebstwo. – Ku jej zdumieniu, Deverill wyciągnął rękę i delikatnie odsunął rdzawy kosmyk, który wymknął się spod peruki. – Mam nadzieję, że nie zaczęłaś nosić czepków. Szkoda byłoby zakrywać takie śliczne włosy.

Przelotny dotyk oprzytomnił Kate i sprawił, że mimowolnie się cofnęła. Jeżeli ten mężczyzna zamierzał wytrącić ją z równowagi, w pełni mu się udało. Tymczasem, o dziwo, on zaczął baczniej się w nią wpatrywać.

- A gdybym chciał zdobyć jeszcze jeden pocałunek? – szepnął.

Sugestia padła tak nieoczekiwanie, że dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze.

- Byłoby to bardzo nie na miejscu.

- Nie jesteś ciekawa?

- Ciekawa? – powtórzyła bez tchu.

- Nie masz ochoty się przekonać, czy nadal czujemy do siebie pociąg?

Co za absurdalny pomysł. Oczywiście, że czuli. I to silny. A przynajmniej ona czuła.

- Nie, nie chcę. To znaczy ... z mojej strony niczego nie ma. Nie muszę cię całować, żeby o tym wiedzieć.

- Może ja muszę.

Przysunął się. Serce Kate podskoczyło, z trwogi czy oczekiwania, sama nie była pewna. 

- Deverill, co ty wyprawiasz?

- Odpowiadam na pytanie.

Zatopił spojrzenie w jej oczach. Serce Kate łomotało coraz mocniej. Widziała, że usta Deverilla są blisko, jego ciało coraz bliżej ...

Aktualności
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej
2018-10-10

-40% na drugą książkę

Romans, thriller, horror, literatura dla pasjonatów historii i tajemnic, a nawet bestsellerowe książeczki dla dzieci. Tylko teraz wszystkie nasze książki  z rabatem -40%

czytaj więcej
2018-09-21

Weekend z "Ciemnością" Ragnara Jónassona

Razem ze Zbrodniczymi Siostrzyczkami rozpoczynamy weekend (21-23 września) z pierwszym tomem nowej trylogii Ragnara Jónassona „Ciemność”. Jest to początek serii pt

czytaj więcej

Inne książki autora

Spisek serc Kochanek idealny

Spisek serc JORDAN NICOLE

39.80 PLN 26.63 PLN
Tajniki uwodzenia

Tajniki uwodzenia JORDAN NICOLE

39.80 PLN 26.63 PLN
Zakazana miłość

Zakazana miłość JORDAN NICOLE

39.80 PLN 26.63 PLN
Księżniczka z bajki

Księżniczka z bajki JORDAN NICOLE

39.80 PLN 25.02 PLN