Facebook
Jeden pocałunek

Jeden pocałunek

Tytuł oryginału: Because Of Miss Bridgerton
Tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-09-25
EAN: 9788324167982
39.80 PLN
26.63 PLN
Romans historyczny
Bestseller mistrzyni gatunku tłumaczonej na 29 języków

 

„Szaleńczo zabawne i cudownie romantyczne.”
„Romantic Times”


Czasami znajduje się miłość w najmniej spodziewanym miejscu…
Ale nie tym razem.

Wszyscy oczekują, że Billie Bridgerton poślubi jednego z braci Rokesby. Ich rody od wieków mieszkają w sąsiedztwie, w dzieciństwie Billie łaziła po drzewach razem z Edwardem i Andrew. Jeden z nich będzie dla niej idealnym mężem...
Czasami można się zakochać dokładnie w takiej osobie, o jakiej się marzy…
Albo i nie.

Co prawda jest jeszcze jeden brat. George Rokesby - najstarszy syn i dziedzic tytułu hrabiowskiego. Nadęty, arogancki, irytujący, i – czego Billie jest absolutnie pewna - nie znosi jej tak samo jak ona jego.
Czasami jednak los miewa przewrotne poczucie humoru…
Bo oto nieznosząca się para zostaje uwięziona w najmniej romantycznym miejscu, jakie można sobie wyobrazić. Nadciąga noc… Aż strach pomyśleć, jaki będzie ciąg dalszy…


JULIA QUINN, absolwentka uniwersytetów Harvardu i Yale, to jedna z największych gwiazd romansu historycznego. Jej powieści są tłumaczone na 29 języków, wydawane w blisko milionowych nakładach i wyróżniane najważniejszymi nagrodami, w tym wielokrotnie najbardziej prestiżową: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara).
Błyskotliwe dialogi i niezapomniane bohaterki – energiczne, odważne kobiety, gotowe łamać konwenanse epoki – nadają nieodparty urok powieściom Julii Quinn, nazywanej współczesną Jane Austin.

Dach opuszczonej wiejskiej chaty

W połowie drogi pomiędzy Aubrey Hall a Crake House

Kent, Anglia

1779

 

To nie znaczyło, że Billie Bridgerton brakowało zdrowego rozsądku. Przeciwnie, była zupełnie pewna, że jest jedną z najrozsądniejszych osób w całym otoczeniu. Jednak, jak każda myśląca istota, czasami naumyślnie nie zwracała uwagi na cichutki głos rozsądku, szepczący jej coś do ucha…

Tego – była pewna – nie można by uznać za lekkomyślność. Kiedy zignorowała ten ostrzegawczy głos, podjęła świadomą decyzję – co prawda już po dokładnej analizie własnej sytuacji. A trzeba przyznać, że kiedy Billie podjęła decyzję – którą zresztą większość ludzkości uznałaby za kompletnie bez sensu – zazwyczaj lądowała całkiem zwinnie na obydwu nogach.

Chyba że… nie.

Na przykład tak, jak teraz.

Zerknęła w dół na swego towarzysza.

- Powinnam cię udusić!

Jej towarzysz wydał z siebie raczej niefrasobliwe „miau”.

Billie natomiast wydała z siebie raczej mało wytworne warknięcie.

Kot wysłuchał tego, uznał za niegodne uwagi i najspokojniej zaczął sobie wylizywać łapki.

Billie rozważyła obie zasady zachowania: godność i przyzwoitość; jedną i drugą uznała za przesadzone i odwdzięczyła mu się niegrzecznym spojrzeniem.

To jej jednak nie poprawiło humoru.

Jęknęła ze znużenia i spojrzała na niebo, próbując zgadnąć, która może być godzina. Słońce było dosyć dokładnie przesłonięte grubą warstwą chmur, co utrudniało zadanie, ale musiała już być co najmniej czwarta… Doszła do wniosku, że tkwi tu już co najmniej godzinę, a z miasteczka wyszła o drugiej. Jeżeli obliczyć czas, jaki jej zajął spacer…

O, do diabła! Jakie to ma znaczenie, która godzina? To jej nie pomoże zejść z tego cholernego dachu.

- To wszystko twoja wina – zwróciła się do kota.

Jak należało przypuszczać, kot nie przejął się jej słowami.

- Nie wiem, co sobie myślałeś, włażąc na to drzewo – ciągnęła. – Każdy głupi by wiedział, że nie umiałbyś z niego zejść!

Każdy głupi by go zostawił tam na drzewie… ale nie ona. Billie usłyszała miauczenie i już była w połowie drogi na szczyt, kiedy jej przyszło na myśl, że właściwie nawet nie lubi kotów.

- Naprawdę cię nie lubię – powiedziała mu.

Rozmawiała z kotem. Do tego doszło. Poprawiła się, skrzywiła, kiedy nadziała się pończochą na jeden z zardzewiałych gwoździ. Hak szarpnął jej stopą na bok, a już bardzo obolała kostka aż zawyła w proteście. 

A może to ona tak zawyła? Nic na to nie mogła poradzić. To bolało!

Zastanowiła się: właściwie mogło być gorzej. Była już całkiem wysoko na drzewie, o dobre dwa i pół metra nad dachem wiejskiej chałupy, kiedy nagle kot na nią fuknął, wysunął łapę z ostrymi pazurami… i w rezultacie oboje spadli na wspomniany dach.

Nie trzeba mówić, że kot uczynił to z wdziękiem akrobaty, lądując bez szkody na czterech łapach.

Billie właściwie nie była pewna, w jaki sposób wylądowała ona; tyle, że bolał ją łokieć, kłuło w biodrze, kurtkę podarła – prawdopodobnie zahaczyła nią o gałąź, która się złamała pod jej ciężarem, kiedy była już w dwóch trzecich drogi w dół.

Ale w najgorszym stanie była kostka nogi i stopa: bolały koszmarnie!

Gdyby była teraz w domu, ułożyłaby sobie nogę na poduszkach. Bywała już świadkiem czegoś gorszego, niż zwichnięta kostka – czasem sama tego doświadczała, częściej widziała u innych – i wiedziała, co robić w takich wypadkach. Zimny kompres, noga w górze, siostra, która musi czekać, aż jej ręka czy noga…

Gdzie była ta oddana służba teraz, kiedy ich potrzebowała?

Ale w tej chwili dostrzegła w oddali jakiś ruch – i chociaż miejscowe zwierzaki ostatnio często stawały na dwóch łapach, tym razem to niewątpliwie był człowiek.

- Haloooooooo! – zawołała, a po chwili namysłu zaczęła wołać głośno – Pomooocyyy!!!

O ile wzrok Billie nie mylił – a tak nie było, naprawdę nie było; nawet jej najlepsza przyjaciółka Mary Rokesby twierdziła, że oczy Billie są po prostu doskonałe – ta postać w oddali, to był mężczyzna. I to nie taki mężczyzna, jak się jej wydało, który mógłby zignorować kobiece wołanie o pomoc.

- Pomocy! – zawołała ponownie i poczuła wielką ulgę, bo mężczyzna się zatrzymał. Nie potrafiłaby z całą pewnością stwierdzić, czy się odwrócił w jej stronę – doskonały wzrok nie sięgał aż tak daleko – zatem wydała kolejny krzyk, najgłośniejszy, na jaki ją było stać i omal się nie rozszlochała, tak bardzo jej ulżyło, kiedy ten dżentelmen – och, błagam, niech to będzie dżentelmen, jeśli nie z urodzenia, to przynajmniej z charakteru – zaczął iść w jej kierunku.

Tyle, że się nie rozszlochała. Bo ona nigdy nie szlochała. Nigdy nie była tego rodzaju kobietą.

Natomiast gwałtownie wzięła głęboki oddech – zaskakująco głośny i wysoki, ale jednak tylko oddech.

- Tutaj! – wykrzyknęła, powiewając w powietrzu ściągniętą z ramion kurtką. Nie miało sensu w takiej chwili się starać o „godny” wygląd. W końcu tkwiła teraz na jakimś dachu, ze skręconą kostką i w dodatku z wyleniałym kociskiem!

- Sir! – wrzasnęła jeszcze raz. – Pomocy! Proszę!

Jej krzyk spowodował, że mężczyzna zmienił nieco rytm marszu, spojrzał w górę – i mimo, że jeszcze nadal był zbyt daleko, żeby doskonały wzrok Billie mógł go dokładnie obejrzeć, już wiedziała.

Nie. Nie. Nie! Każdy, tylko nie on!

Ale oczywiście to był on. Bo któż inny mógłby akurat przechodzić obok, kiedy się znalazła w najbardziej przykrej, najbardziej krępującej i kłopotliwej sytuacji, kiedy akurat teraz, w tej cholernej chwili to ona potrzebowała pomocy?

- Dzień dobry, George – mruknęła, kiedy był już na tyle blisko, żeby ją słyszeć.

Oparł dłonie na biodrach i zerknął na nią zezem.

- Billie Bridgerton… - stwierdził.

Niemal czekała, aż doda „Mogłem się tego spodziewać”.

Nie zrobił tego i to ją w pewien sposób jeszcze bardziej zirytowało. Świat chyba stanąłby na głowie, gdyby nie potrafiła przewidzieć każdego nadętego, pompatycznego słowa z ust George’a Rokesby.

- Korzystasz ze słonka? – spytał niewinnie.

- Taaak… myślałam po prostu, że warto sobie sprawić parę nowych piegów – parsknęła.

Nie odpowiedział od razu. Zdjął natomiast trójkątny kapelusz, odsłaniając niepudrowaną głowę, pokrytą gęstą, złotawo-brązową czupryną i obrzucił Billie spokojnym, krytycznym spojrzeniem. W końcu, dokładnie odłożywszy kapelusz na murek, który kiedyś był kamienną ścianą domu,  znowu popatrzył w górę i rzekł:

- Nie mogę powiedzieć, żeby mi się to nie podobało. W każdym razie… trochę.

Na końcu języka Billoie już tańczyło mnóstwo ostrych odpowiedzi, kiedy sobie przypomniała, że George Rokesby jest w tej chwili jedynym człowiekiem w pobliżu, i że jeśli chce postawić stopę na ziemi przed nadejściem wiosny, będzie musiała być dla niego uprzejma.

Przynajmniej do czasu, aż ją uratuje…

- A właściwie… jakim cudem się tam znalazłaś? – spytał.

- Kot… - odpowiedziała głosem, który można by najdelikatniej opisać, jako „kipiący z gniewu”.

- Ach…

- Był na drzewie – wytłumaczyła, zresztą diabli wiedzą po co. Co nie znaczy, żeby George prosił o dalsze wyjaśnienia.

- Rozumiem…

Czyżby? Przypuszczała, że raczej nie.

- Płakał – bąknęła. – Doskonale mogłam na to nie zwrócić uwagi.

- Nie, jestem pewien, że nie mogłaś – zaprzeczył i mimo że mówił głosem pełnym prawdziwej życzliwości, była przekonana, że się z niej w duchu śmieje. 

- Niektórzy z nas – wyszczerzyła zęby w uśmiechu, po czym dodała – to takie współczujące, wrażliwe istoty…

Przechylił głowę na bok.

- … i dobre dla małych dzieci i zwierzątek?

- Właśnie.

Jego prawa brew wygięła się w łuk w ten tak piekielnie denerwujący, typowy dla Rokesbych, sposób.

- Niektórzy z nas – powiedział przeciągle – są też dobrzy dla dużych dzieci i zwierząt.

Ugryzła się w język – najpierw w przenośni, a następnie dosłownie. „Bądź miła”, napominała siebie samą. „Choćby cię to miało kosztować życie…”.

Uśmiechał się zdawkowo. No… gdyby nie to małe skrzywienie w rogu ust…

- Czy ty mi w końcu, do cholery, pomożesz zejść? – wybuchnęła wreszcie.

- Co to za słownictwo! – skarcił ją.

- Nauczyłam się go od twoich braci.

- O, wiem – zgodził się. – Nigdy nie można ich było w pełni przekonać, że w końcu jesteś dziewczyną.

Billie zmilczała. Tak, naprawdę była pewna, że nie zdoła się opanować, tylko zeskoczy z tego dachu i spróbuje go udusić.

- Nigdy nie mogłem sam  się w pełni przekonać, że w końcu jesteś człowiekiem – dodał George, raczej bez zastanowienia.

Billie wygięła palce rąk, jak szpony. Co, biorąc wszystko pod uwagę,  rzeczywiście było niewygodne.

- George… – odezwała się, słysząc we własnym głosie tysiące rozmaitych uczuć: błaganie, ból, rezygnację, wspomnienia… Łączyła ich wspólna przeszłość – i niezależnie od wszystkich różnic on był z rodu Rokesbych, a ona z Bridgertonów i w najgorszym razie mogliby być nawet rodziną.

Ich domy: Crake House, siedziba rodu Rokesby i Aubrey Hall, dwór Bridgertonów leżały zaledwie o pięć kilometrów od siebie, w zacisznym, pełnym zieleni zakątku hrabstwa Kent. Bridgertonowie mieszkali tu dłużej: przybyli już w początkach XVI wieku, kiedy to James Bridgerton otrzymał tytuł wicehrabiego i ziemię, nadane mu przez króla Henryka XIII; natomiast ród Rokesbych, choć przybył później, bo dopiero w 1672 roku, przewyższał Bridgerstonów urodzeniem.

Wyjątkowo przedsiębiorczy baron Rokesby (jak głosi wieść) był postacią niezbędnie konieczną w służbie króla Karola II i w podzięce został mianowany pierwszym hrabią Manston.  Szczegóły wyniesienia go na to zaszczytne stanowisko giną w pomroce dziejów, ale generalnie pamiętano, że miało to jakiś związek z dyliżansem, sztuką tureckiego jedwabiu i dwiema królewskimi metresami.

Billie była w stanie w to uwierzyć. Przecież wdzięk – to coś, co się dziedziczy, prawda? George Rokesby mógłby sobie być typem nudziarza, (czego można się było spodziewać po dziedzicu hrabiowskiego tytułu), za to Andrew, jego młodszy brat, odznaczał się rodzajem diabelskiej joie de vivre[1], co mogłoby mu zyskać opinię notorycznego kobieciarza, takiego samego, jakim był Karol II. Inni bracia Rokesby nie byli może aż takimi łobuzami (chociaż Billie przypuszczała, że najmłodszy, zaledwie czternastoletni Nicolas przejął, a może nawet udoskonalił zdolności brata), ale wszyscy bez trudu przewyższali George’a urokiem i miłym usposobieniem.

George.

Właściwie nigdy się nie lubili. Billie jednak przypuszczała, że nie miał powodu, by się na nią skarżyć. Cóż, kiedy w tej chwili jedynym dostępnym bratem Rokesby był właśnie George. Edward wyjechał daleko, na wojnę w koloniach, walczyć mieczem i pistoletem, czy diabli wiedzą czym tam jeszcze; mały Nicholas tkwił w Eton, prawdopodobnie również walcząc mieczem lub pistoletem (chociaż pewnie z odpowiednio mniejszym skutkiem). Andrew był w tej chwili tutaj, w Kent i miał tu pozostać jeszcze przez następne parę tygodni, gdyż złamał rękę przy jakichś niewątpliwie heroicznych działaniach na okręcie… Raczej nie mógłby jej w tej chwili przyjść z pomocą.

Że też to akurat musiał być George! Ale cóż, powinna być dla niego uprzejma…

Uśmiechnęła się do niego. No… w każdym razie rozciągnęła wargi.

Westchnął.

- Zobaczę, czy za domem nie ma drabiny.

- Dziękuję – powiedziała sztywno, chociaż chyba tego nie słyszał. Zawsze chodził szybko, długimi krokami i zniknął za rogiem, zanim zdążyła się zachować odpowiednio grzecznie.

Po jakiejś minucie znów się pojawił, niosąc na ramieniu drabinę, wyglądającą, jakby jej ostatni raz używano podczas Chwalebnej Rewolucji[2].

- Co się właściwie stało? – spytał, opierając drabinę o krawędź dachu. – To nie w twoim stylu, tak utknąć.

Było to tak bliskie komplementu… nigdy nie słyszała nic podobnego z jego ust.

- Ten kot nie okazał mi należnej wdzięczności za pomoc… - powiedziała, akcentując każdą spółgłoskę, jakby to był cios w kierunku wrednego małego kociaka.

Drabina zaskrzypiała, i Billie usłyszała, jak George się wspina na górę.

- Czy to nas utrzyma? – spytała. Drewno się wydawało zbutwiałe, poza tym z każdym krokiem George’a wydawało niebezpieczne skrzypienie.

Skrzypienie na chwilę ustało.

- To przecież nie ma większego znaczenia, czy nas utrzyma czy nie, prawda?

Billie przełknęła ślinę.  Ktoś inny może nie byłby w stanie przetłumaczyć tych słów, ona jednak znała tego mężczyznę, od kiedy tylko pamiętała – i jedno, co można było o nim powiedzieć zawsze i z całkowitą pewnością, to że był dżentelmenem. I że nigdy nie pozostawiłby damy w kłopocie, niezależnie od tego, jak słaba byłaby drabina.

A ona w tej chwili była w kłopocie, ergo – George nie miał wyboru. Musiał jej pomóc, niezależnie od tego, jak bardzo go irytowała.

A właśnie takie zdanie miał o niej. Och, wiedziała, że tak jest. Nigdy się nie starał tego ukrywać. Chociaż… aby być szczerą… ona też nie.

Głowa George’a ukazała się nad dachem i jego niebieskie (jak u wszystkich Rokesbych) oczy się zwęziły. Wszyscy Rokesby mieli błękitne oczy. Wszyscy, co do jednego.

- Masz na sobie bryczesy – stwierdził z głębokim westchnieniem. – Naturalnie, włożyłaś bryczesy!

- Raczej nie dałabym rady wchodzić na drzewo w sukni!

- Nie – stwierdził sucho – na to jesteś o wiele za rozsądna.

Billie uznała, że puści to mimo uszu.

- On mnie podrapał – rzekła, wskazując głową kota.

- Naprawdę?

- Spadliśmy razem.

George zadarł głowę do góry.

- Niemała wysokość…

Billie podążyła za jego spojrzeniem. Najniższa gałąź rosła co najmniej półtora metra nad dachem, a ona przecież nie spadła z tej najniższej…

- Zraniłam się w kostkę – poinformowała.

- Tyle, to zrozumiałem.

Spojrzała na niego pytająco.

- Przecież gdyby nie to, zeskoczyłabyś po prostu z dachu na ziemię!

Z zasznurowanymi ustami patrzyła za plecami George’a na stertę śmieci, otaczających ruiny tego, co kiedyś było wiejskim domem. Swego czasu musiał należeć do zamożnego farmera, bo był wysoki, piętrowy. 

- Nie… - stwierdziła, oceniając odległość. – Na to by było za wysoko.

- Nawet dla ciebie?

- George, proszę cię! Nie jestem idiotką.

Nie zgodził się z nią - niemal tak szybko, jak tylko mógł. Czyli w ogóle.

- Doskonale – powiedział. – Wobec tego musimy cię sprowadzić na dół.

Głęboko wciągnęła powietrze. Następnie je wypuściła. Wreszcie powiedziała:

- Dziękuję ci.

Przypatrywał się jej z dziwnym wyrazem twarzy. Może to było niedowierzanie, że Billie użyła słów „dziękuję” i „ci” w tym samym zdaniu?

- Niedługo się zacznie ściemniać – powiedziała, marszcząc nos i patrząc w niebo. – To byłoby okropne, tak tkwić tutaj… - przerwała i odchrząknęła. – Dziękuję ci.

Podziękował także – najkrótszym z możliwych kiwnięciem głową.

- Dasz radę zejść po drabinie?

- Chyba tak… - Wiedziała, że będzie okropnie bolało, ale da radę! - Tak.

- Mógłbym cię znieść.

- Po tej drabinie?

- Na plecach.

- Nie mam zamiaru ci włazić na plecy.

- To nie miejsce, w którym bym cię chętnie widział… – mruknął.

Spojrzała ostro.

- No, dobrze – ciągnął, wchodząc po następnych dwu szczeblach. Kraniec dachu był teraz na wysokości jego bioder. – Dasz radę stanąć?

Patrzyła na niego, oniemiała.

- Chciałbym sprawdzić, jak bardzo jesteś w stanie obciążyć tę kostkę – wyjaśnił.

- Och – wymamrotała. – Naturalnie.

Pewnie nie będzie w stanie tego zrobić. Pochyłość dachu była tak duża, że aby zachować równowagę, musiałaby użyć obu nóg, a w tej chwili prawa stopa była właściwie nie do użytku. Jednak spróbowała: nienawidziła okazywania słabości, zwłaszcza wobec tego mężczyzny; a może po prostu spróbowała, bo nie spróbować byłoby sprzeczne z jej charakterem – nie spróbować czegokolwiek – albo najzwyczajniej nie pomyślała; tak czy owak stanęła, potknęła się natychmiast i z powrotem usiadła.

Tyle, że jeszcze przedtem z jej ust wyrwał się głośny okrzyk bólu.

W ciągu jednej sekundy George zeskoczył z drabiny na dach.

- Ty mały głuptasie… – mruknął, ale w jego głosie było uczucie… w każdym razie tyle uczucia, na ile go było stać. – Mogę to zobaczyć?

Niechętnie wyciągnęła nogę w jego stronę. Już przedtem zdjęła but.

Dotknął kostki ostrożnie, jak lekarz, jedną dłonią obejmując jej piętę, a drugą sprawdzając zakres możliwości ruchu.

- Boli tutaj? – spytał i lekko ucisnął zewnętrzną stronę kostki.

Billie wydała syk bólu, zanim zdołała się powstrzymać. Skinęła głową.

- Dotknął innego miejsca.

- A tutaj?

Znów kiwnęła głową

- Ale nie tak bardzo…

- A co z - ?  

Ból przeszył jej całą stopę; był ostry jak iskra elektryczna. Odruchowo wyrwała mu stopę.

- Rozumiem przez to, że boli – powiedział, marszcząc brwi. – Ale chyba nie jest złamana.

- Oczywiście, że nie jest złamana – parsknęła ze złością.

Śmieszne, że to powiedziała, bo nie było w tym nic oczywistego. Ale George Rokesby zawsze budził w niej najgorsze instynkty, a fakt, że stopa ją piekielnie bolała, bynajmniej nie pomagał.  Do diabła z tym wszystkim!

- Zwichnięcie – stwierdził George, nie zwracając uwagi na ten mały wybuch gniewu.

- Wiem…

Potulnie. Znowu. W tej chwili sama siebie nienawidziła.

Uśmiechnął się sztywno.

- Naturalnie, że wiesz.

Miała ochotę go zabić.

- Ja będę schodził pierwszy – oznajmił George. – W ten sposób, gdybyś się potknęła, będę w stanie cię przytrzymać, żebyś nie zleciała na ziemię.

Billie kiwnęła głową. To był dobry plan, właściwie jedyny, i byłaby niemądra, gdyby zaprotestowała po prostu dlatego, że to właśnie on na to wpadł. Nawet, jeżeli taki był jej pierwszy impuls…

- Gotowa? – spytał.

Znowu przytaknęła.

- Nie zastanowiłeś się, że mogłabym cię zrzucić z tej drabiny?

- Nie.

Żadnych wyjaśnień. Po prostu „nie”. Jakby nawet rozważanie tej kwestii było absurdem.

Znowu spojrzała na niego. Wyglądał na tak masywnego. I silnego! I takiego, na którym można polegać. Nagle zdała sobie sprawę, że zawsze robił na niej takie wrażenie. Tyle, że była zazwyczaj zbyt przejęta tym, że ją irytuje, żeby to w ogóle zauważyć.

Ostrożnie się ustawił plecami do krawędzi dachu, tak, że mógł postawić nogę na najwyższym szczeblu drabiny.

- Nie zapomnij o kocie – zwróciła mu uwagę Billie.

- O kocie… - powtórzył, obrzucając ją spojrzeniem, mówiącym „chyba żartujesz”.

- Nie zamierzam go tu porzucić…  po tym wszystkim.

George zacisnął zęby, mruknął pod nosem coś niemiłego i sięgnął po kota.

Kot natychmiast go ugryzł.

- Ty skur…

Billie się odsunęła. Wyglądał jak ktoś, kto gotów jest w każdej chwili ukręcić komuś kark, a ona była bliżej niż kot.

- Ten kot – burknął George – może sobie zgnić w piekle!

- Masz rację – zgodziła się bardzo szybko.

Aż mrugnął na to błyskawiczne przyzwolenie. Starała się uśmiechnąć i w końcu załatwiła to wzruszeniem ramion.

Miała dwóch braci rodzonych i jeszcze trzech, którzy mogliby równie dobrze być jej braćmi, w posiadłości Rokesbych. Czterech – jeżeli liczyć George’a… chociaż nie była pewna, czy tak by zrobiła.

Ale po prostu dobrze rozumiała mężczyzn i wiedziała, kiedy powinna trzymać buzię na kłódkę.

A poza tym – z tym przeklętym zwierzakiem już skończyła!

Nigdy nie pozwoliła sobie powiedzieć, że Billie Bridgerton ma sentymentalne serduszko. Owszem, próbowała ratować tę wredną bestię, bo tak powinna była zrobić, a potem znów próbowała go ratować, tyle, że to wyglądało na marnowanie jej poprzednich wysiłków, ale teraz…

Spojrzała z pogardą na zwierzę.

- Radź sobie teraz sam.

- Pójdę pierwszy – powiedział George, podchodząc do drabiny. – Chcę, żebyś szła zaraz za mną, cały czas. W ten sposób, gdybyś się potknęła –

- … wtedy oboje spadniemy na dół?

- Wtedy cię złapię – burknął.

Żartowała, choć to w tej chwili nie wyglądało na najmądrzejsze.

George się odwrócił, by zacząć schodzić, ale kiedy postawił nogę na najwyższym szczeblu, kot, któremu najwyraźniej się nie spodobało, że go  zignorowano, wydał mrożący krew w żyłach wrzask i rzucił mu się pod nogi. George się gwałtownie cofnął, wymachując rękoma w powietrzu.

Billie ani chwili nie myślała. Nie zwracała uwagi na swoją stopę, ani na równowagę, w ogóle na nic. Po prostu rzuciła się do przodu i złapała go; ciągnęła George’a w górę, aż znów był bezpieczny.

- Drabina! – wrzasnęła nagle.

Ale już było za późno.

Oboje patrzyli, jak drabina się powoli obraca, skręca, wreszcie z jakimś dziwnym, baletowym wdziękiem pada na ziemię.

 

[1] Joie de vivre (fr.) – radość życia.

[2][2] Chwalebna Rewolucja (Glorious Revolution) – przeprowadzona w 1688 roku przez angielski parlament zmiana panującego: usunięto wówczas z tronu Jakuba II Stuarta i wprowadzono Wilhelma III Orańskiego.  Rewolucja była bezkrwawa.

Aktualności
2018-10-31

Upoluj bestseller

Łapcie okazję!

Teraz wszystkie nasze książki kupicie z rabatem -35%*.

Promocja trwa do 06.11!

 

* Promocja dotyczy książek kupionych w księgarni Ravelo

czytaj więcej
2018-10-23

Na targach we Frankfurcie...

Małgorzata Cebo-Foniok i Zbigniew Foniok  z Sebastianem Fitzkiem na targach we Frankfurcie.

Sceneria nawiązuje do najnowszej powieści mistrza.

czytaj więcej
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej

Inne książki autora

Odważna i zakochana Jeden pocałunek

Odważna i zakochana QUINN JULIA

39.80 PLN 26.63 PLN
Małżeństwo ze snu

Małżeństwo ze snu QUINN JULIA

39.80 PLN 26.63 PLN
Małżeństwo doskonałe
39.80 PLN 26.63 PLN
Oświadczyny

Oświadczyny QUINN JULIA

39.80 PLN 26.63 PLN
Miłosne tajemnice

Miłosne tajemnice QUINN JULIA

39.80 PLN 26.62 PLN
Sekrety małżeństwa

Sekrety małżeństwa QUINN JULIA

39.80 PLN
Wszystkie nasze pocałunki
39.80 PLN 26.63 PLN
Tylko ta noc

Tylko ta noc QUINN JULIA

39.80 PLN 26.63 PLN