Jak zaczyna się miłość (wyd. 4)

Jak zaczyna się miłość (wyd. 4)

Tytuł oryginału: It Started with a Scandal
Tłumaczenie: Agnieszka Kowalska; Katarzyna Przybyś-Preiskorn
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka, wyd. 4
Format: 135x205
Data wydania: 2021-04-22
EAN: 9788324173105
Romans historyczny
Bestseller

Julie Anne Long jak zawsze olśniewa wdziękiem i rozpala zmysły emocjonalnym, gorącym romansem. „Romantic Times”

Książę Philippe Lavay podejmuje się najniebezpieczniejszych tajnych misji, wierząc, że służba dla brytyjskiej korony pomoże mu odzyskać rodowy majątek we Francji. I oto jest bliski celu. Lecz zostaje ranny i musi wrócić do swojej angielskiej posiadłości…

Jedno upojne popołudnie miało dla Elise Fountain katastrofalne skutki. Odtrącona przez rodzinę, okryta skandalem, musi przyjąć niezbyt zaszczytną posadę: gospodyni aroganckiego i niepokojąco pociągającego księcia. Posadę, której dłużej niż kilka dni nie utrzymała jeszcze żadna kobieta...

Teraz mężczyzna, który nigdy nie kochał, i kobieta, która myślała, że już nigdy nie pokocha, będą musieli się zmierzyć z namiętnym i niebezpiecznym wyzwaniem…

JULIE ANNE LONG to jedna z najbardziej lubianych amerykańskich autorek romansów z epoki regencji, z wartką akcją i uroczymi bohaterami. Jej pełne polotu i namiętności, tłumaczone na 14 języków powieści zdobywają nagrody, w tym najwyższą: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara). Są wśród najlepszych romansów historycznych wybranych przez czytelniczki Amazonu i bestsellerów Top 5 „New York Timesa”.

Rozdział 1
Biorąc pod uwagę okoliczności… Pani Foun­tain, z pewnością zdaje sobie pani sprawę, że to jest nieco niezwykłe, że w ogóle zgodzono się z panią rozmawiać. Ale to jest wyjątkowa… sytuacja… i rodzina Redmondów wstawiła się za panią.
Tyle słów wymagających starannego dobierania i opakowania w wymowne pauzy. Okoliczności. Sytuacja.
Elise zacisnęła zęby, znosząc dzielnie je wszystkie, jak to robiła od lat.
– Rozumiem – powiedziała posępnie.
– …nie chcę przez to powiedzieć, że nie będzie się pani wywiązywać z obowiązków, i mam nadzieję, że nie ulegnie pani wpływom pani Gordon, której temperament okazał się nieodpowiedni do tej posady…
Pani Gordon to musiała być ta szlochająca kobieta, którą Elise minęła przed wejściem do domu. Wychodziła, dźwigając walizę, i mamrotała zjadliwie coś o „łajdaku bez serca”.
– …ponieważ odpowiednia osoba powinna mieć jasny umysł i dojrzały wygląd… – kontynuowała pani Winthrop. Na moment przerwała potok słów i przyjrzała się Elise, mrużąc lekko oczy.
Elise włożyła swoją najskromniejszą suknię i bezlitośnie unieruchomiła włosy, spinając je około trzystu szpilkami. Skinęła głową, mając nadzieję, że wygląda dojrzale i żaden frywolny kosmyk nie wymknął się z jej fryzury.
Splecione palce zaciskała kurczowo na kolanach, jakby starała się w ten sposób utrzymać nerwy w ryzach. Przynajmniej pomogło jej to ukryć drżenie.
Gdyby tylko udało jej się tak samo skutecznie zapanować nad gorsetem sześć lat temu.
Niestety, mleko się rozlało i tak dalej.
– …i, jak pani wie, jestem zatrudniona przez hrabiego Ardmaya, który uprzejmie zgodził się, wyświadczając uprzejmość ich rodzinie, żebym wybrała odpowiednią kandydatkę…
Pani Winthrop nie przestawała mówić, odkąd Elise weszła tu przed kwadransem.
– …jeśli chodzi o obecnie zatrudnioną służbę, nie ma zarządcy ani kamerdynera, ponieważ dom jest raczej niewielki i wynajmowany tylko tymczasowo. Zatem będzie pani kierować całą służbą, która składa się z…
Gdzieś w oddali coś bez wątpienia dużego i szklanego spadło ze znaczną siłą i roztrzaskało na tysiące brzęczących kawałków.
Obie kobiety zamarły.
Elise przypuszczała, że jej nerwy zadźwięczą dokładnie tak samo, kiedy w końcu pękną.
Zapanowała zupełna cisza i nagle w okno uderzyły krople deszczu, niczym ostrzeżenie: Uciekaj! Uciekaj stąd, póki możesz!
Ach, gdyby miała jakikolwiek wybór.
W końcu pani Winthrop odchrząknęła.
– Najprawdopodobniej nigdy nie będzie celował w panią. Niemniej rękę ma silną, więc najrozsądniej byłoby schodzić mu z drogi, kiedy uzna pani, że jest w nastroju do rzucania.
Elise miała nadzieję, że to ponury żart. Co można powiedzieć na coś takiego? Spojrzała na swoje zaciśnięte, zbielałe palce, jakby były szklaną kulą. Ale nie znalazła tam żadnej wskazówki.
Doszła do wniosku, że najlepiej będzie po prostu skinąć głową.
– Rozumiem, że szczęśliwie są rzadkie. Takie nastroje – uściśliła pani Winthrop.
– Zawsze powinniśmy liczyć na szczęście.
Wyszło to bardziej pospiesznie i cierpko, niż Elise zamierzała.
Innymi słowy: bardziej szczerze, niż zamierzała.
Zorientowała się, ponieważ brwi pani Winthrop wyskoczyły w górę niczym ptaki wypłoszone z krzaków.
Przez chwilę bacznie przyglądała się Elise.
Elise wstrzymała oddech.
Nagle przez wargi pani Winthrop przemknął lekki uśmiech. Elise poczuła, jakby błąkając się tygodniami po ciemnym lesie, nieoczekiwanie zobaczyła w oddali iskrę z ogniska.
– A zatem, pani Fountain, z przyjemnością przedstawię panią jego lordowskiej mości, lordowi Lavay, który jest księciem z rodu Burbonów. O ile będzie… w odpowiednim nastroju.
Gadatliwa pani Winthrop była dziwnie milcząca, kiedy prowadziła Elise przez labirynt mrocznych korytarzy Alder House. Nikt nie przycinał knotów w świecach, których kilka paliło się, skwiercząc i migocząc, w kinkietach. Zmarszczyła brwi. Dom był całkiem ładny, ale w pokojach, które mijały, ogień w kominkach ledwie się palił lub był całkiem wygaszony. Dyskretnie przesunęła palcem po boazerii; poczuła, że pokrywa ją warstewka 
kurzu.
Nie zobaczyła nawet śladu służby, która rzekomo miała tu pracować.
Wspięły się po marmurowych schodach z gładką, skromną poręczą, aż w końcu pani Winthrop zatrzymała się na progu pomieszczenia, które musiało być gabinetem.
Było ciemne i ponure jak jaskinia, ale płonący w kominku ogień rozświetlał je chwilami, wydobywając z mroku szczegóły, które Elise śledziła wzrokiem: wypolerowane nogi miękko wyściełanej, pikowanej kanapy, dwa ozdobne fotele; intarsjowany blat małego, okrągłego stolika; wisząca na ścianie mapa w złoconej ramie; podstawa eleganckiego globusa; pusta kryształowa karafka; stojąca na kredensie opróżniona do połowy butelka laudanum Sydenhama.
Zamarła, gdy jej spojrzenie padło na wypolerowane jak lustro czubki pary botfortów przed kominkiem.
Przeniosła wzrok w górę.
W botfortach stał mężczyzna.
Bardzo wysoki mężczyzna.
Wyglądał niemal groźnie. W blasku kominka jego cień sięgał prawie do miejsca, w którym przy drzwiach stała Elise.
Bezwiednie cofnęła się o krok, jakby był strumieniem lawy.
Stał z twarzą zwróconą do okna, jakby kogoś wyczekiwał.
Zaciekawiona, podążyła za jego wzrokiem.
Zobaczyła tylko krople zacinającego deszczu, które spływały po szybie i wyglądały jak kraty w okienku więzienia.
Podłoga wokół jego stóp była usiana połyskującymi skorupami. Sądząc na pierwszy rzut oka, były to pozostałości jakiejś wazy.
– Lordzie Lavay…
Elise zerknęła z niepokojem na panią Winthrop. Jej niezmordowany, jak się wydawało, głos ucichł. Jakby zabrakło jej powietrza, by wydobyć słowa.
Voilà! – pomyślała Elise, siląc się na brawurę.
Jednak było już za późno. Wstrzymała oddech i napięła mięśnie niczym zwierzątko, które natknęło się na polanie na drapieżnika i stara się nie rzucać mu w oczy.
Był tak oczywistym okazem tego gatunku, arystokratą w każdym calu, że wręcz mogłaby kupić bilet, żeby go obejrzeć, tak jak kiedyś, gdy była małą dziewczynką i ojciec zaprowadził ją do Królewskiej Menażerii w Londynie.
Nie był młody. W jego twarzy nie było nic miękkiego – ani w układzie ust, ani w palącym spojrzeniu, ani w mocnych, ostrych liniach podbródka. Jego uroda była surowa, emanował siłą, jakby wyskoczył z ziemi niczym potężna góra, za sprawą gwałtownej podziemnej aktywności. Przypomniała sobie wszystko, co o nim słyszała.
Korsarz. Żołnierz. Książę.
Władza, przemoc, zaszczyty.
Wyglądał tak, jak powinien wyglądać.
Czy aż tak bardzo widać po nas naszą przeszłość? – zastanawiała się. Jeśli tak, to znaczy, że będzie miała problem.
Nie ulega wątpliwości, że wzbudził w niej strach.
Po chwili zaczęło ją to złościć. Była tak pewna, że nic jej nie przestraszy po wszystkim, co zdarzyło się w ciągu ostatnich pięciu lat. Nie może sobie pozwolić na strach. Wydawało jej się, że zasłużyła na to, by nigdy więcej się nie bać.
Wyprostowała się.
„Życie jest pełne prób, moje dzieci”, mawiała niegdyś swoim uczniom.
Mawiała tak, zanim sama została poddana próbie.
Kobieta, którą pani Winthrop przyprowadziła do gabinetu Philippe’a, była drobna i bezbarwna. Jej twarz i zaciśnięty węzeł dłoni były takie same – białe i napięte. Miała na sobie skromną suknię o długich rękawach i wysokim kołnierzyku, uszytą z praktycznej szarej wełny. Miała ciemne włosy. Mogła być w każdym wieku.
Spuściła wzrok natychmiast, gdy napotkała jego spojrzenie. To mógł być odruch obrony, strachu lub fascynacji. Przywykł do tego wszystkiego. Nie wzbudzało to już jego zainteresowania.
Jak należało oczekiwać, była pod każdym względem nieciekawa.
Może… poza jej postawą, która wydawała się niemal agresywnie sztywna. Skojarzyła mu się z wydobytą szablą.
Na tę myśl uśmiechnął się lekko.
Uświadomił sobie, że to nie był przyjemny uśmiech, kiedy obie kobiety lekko się wzdrygnęły.
– Chciałabym panu przedstawić panią Elise Fountain, milordzie.
Panna Fountain dygnęła dość zgrabnie.
– Może nas pani zostawić – powiedział do pani Winthrop, nie patrząc na nią.
Pani Winthrop czmychnęła jak królik wypuszczony z pułapki.
Pani Fountain podniosła wzrok, jak człowiek, który usiłuje wspiąć się po klifie, zawahała się i wytrzymała jego spojrzenie.
Elise musiała zebrać całą siłę woli, by nie spojrzeć za uciekającą panią Winthrop.
– Proszę usiąść, pani Fountain.
Zamarła. Cień ojczystego francuskiego wciąż nawiedzał jego spółgłoski i zamieniał samogłoski w istną pieszczotę. Niemal widziała elegancki, niekończący się strumień wody, kiedy wymawiał jej nazwisko.
– Pani Fountain. Czy pani Winthrop przyprowadziła mi kandydatkę, która nie mówi po angielsku?
Ton jego głosu brzmiał jak stal okryta jedwabiem; był nienagannie uprzejmy. A jednak bez najmniejszego trudu mogła sobie wyobrazić, jak tym samym tonem każe ściąć głowę temu, kto przyprowadził mu tak głupią i milczącą kandydatkę.
– Proszę mi wybaczyć, lordzie Lavay. Wiem, co znaczy usiąść.
Zmusiła się do bladego uśmiechu. Wiedziała, że nie brakuje jej wdzięku, choć był to wdzięk nieco zakurzony od długiego nieużywania; sama zadbała o to, by został głęboko ukryty, odkąd wpakował ją w kłopoty.
– Byłbym wdzięczny, gdyby zademonstrowała mi pani tę umiejętność.
Wskazał jej fotel obity aksamitem o kolorze czekolady. Elise sama poczuła się jak mebel wobec uroku, który roztaczał. Poczuła się najzupełniej nijaka. I może tak było najlepiej.
Usiadła ostrożnie, mając nadzieję, że robi to z wdziękiem, na samym brzegu fotela, aby móc łatwiej uciec, jeśli okaże się to konieczne. Złożyła ręce na podołku.
Boże… ten fotel był… taki miękki. Objął jej pupę niemal lubieżnie. Wysokie oparcie, rozszerzało się wachlarzowato ku górze niczym ramiona kochanka. A życie od tak dawna wydawało się ciasne i najeżone kolcami, że niespodziewany komfort omal nie pozbawił jej przytomności. Niepewnie cofnęła się o cal, kiedy siedzący w fotelu naprzeciwko lord Lavay nachylił się ku niej powoli.
Przyjechał do Sussex, żeby dojść do siebie po ataku – tak jej powiedziano.
Zaczęła się zastanawiać, czy to nie był atak apopleksji.
Widziała twarze ich obojga odbijające się w wypolerowanym blacie stołu: jego – gładko ogoloną, jak drewno; jej – drobną i bladą, wyglądającą aż nazbyt niepozornie.
– Wyśmienicie. Zatem ustaliliśmy, że istotnie potrafi pani usiąść. To bardzo dobrze, ponieważ nie toleruję kłamców. – Znowu lekko się uśmiechnął, co, jak przypuszczała, miało odrobinę złagodzić to nieco wyzywające stwierdzenie.
Ona również uśmiechnęła się blado, dowodząc, że potrafi się uśmiechać.
– Jakie sądzi pani, że ma kwalifikacje, pani Fountain?
Cóż za interesujące ujęcie problemu. Jakby tylko on mógł je naprawdę ocenić.
– Nauczono mnie… – Wstrząsnął nią dźwięk własnego głosu, który zabrzmiał jak piskliwy skrzek, przypuszczalnie z powodu gęstej atmosfery, jaką tworzyła jego wyniosła obecność. – Nauczono mnie zarządzania piękną rezydencją, w tym również pilnowania budżetu, podejmowania decyzji o zakupach dla domu, przygotowywania ciast, sporządzania leków i mikstur, zatrudniania i zwalniania…
– Gdzie?
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Przepra…?
– Rezydencja – powiedział powoli i wyraźnie. – Gdzie znajdowała się ta, jak pani mówi, piękna rezydencja?
Spędziła z tym człowiekiem dopiero kilka minut, a już miała ochotę go kopnąć.
– W Northumberland.
– Dla kogo zarządzała pani tą rezydencją?
Zawahała się. Serce zaczęło jej bić szybciej.
– Dom należał do moich rodziców. Tam się wychowałam.
Nie powiedziała, że nie była tam już mile widziana.
Jeśli zechce poznać całą historię, będzie musiał ją z niej wyciągnąć, pytanie za pytaniem.
Przyglądał się tak intensywnie, że czuła jego spojrzenie na skórze jak czubki dwóch rozpalonych cygar.
A może już o wszystkim wiedział, mimo tego, co powiedziała pani Winthrop? Czasami wydawało się jej, jakby wiedział cały świat.
Ale przecież nie była kimś aż tak ważnym, żeby o niej plotkować?
Z drugiej strony, zawsze znajdą się jacyś Redmondowie albo Eversea, gotowi w każdej chwili podsycać żar plotek, gdyby zaczął przygasać.
Serce waliło jej tak mocno, jakby ktoś wściekle kopał ją w mostek.
Poddała się i cofnęła o kilka centymetrów, prosto w objęcia fotela. Lavay miał potężne ramiona pod zgrabnym, nienagannie skrojonym surdutem. Zastanawiała się, czy jakakolwiek kobieta znalazła w nich pocieszenie. A może jedynym celem jego istnienia jest sprawianie, żeby kobiety czuły się przerażone i onieśmielone.
– A dlaczego teraz szuka pani posady zarządczyni pięknej rezydencji?
Zawahała się. Ale przynajmniej przydało się jej słowo, którego tak nie cierpiała.
– Od tamtego czasu zmieniły się moje okoliczności.
Uniósł brwi, jakby zaskoczony.
Ponieważ zdążyła już nabrać przekonania, że właś­nie widzą się po raz ostatni, miała odwagę spojrzeć mu w oczy, co nie było łatwe, ponieważ, co dziwne, działał na nią zarazem przerażająco i emocjonująco. Jego oczy miały niezwykły kolor, rdzawozłoty, jak promienie słońca prześwitujące przez brandy. Pomyślała, że być może stają się jaśniejsze, kiedy się uśmiecha.
Jeżeli się uśmiecha.
Pod oczami miał delikatne fioletowawe cienie; jego skóra wydawała się naprężona ze zmęczenia. Blizna wyglądająca na świeżą, bladoróżowa i cienka jak czubek noża, przecinała jego policzek na długości około dwóch cali. To musiało boleć, pomyślała. Ale nie skalało jego urody. Była raczej jak podkreślenie: ten mężczyzna jest piękny oraz niebezpieczny.
Przypuszczała, że rozumie, co oznaczał „atak”. Wezbrało w niej coś, co wydawało się współczuciem. Oczywiście należało się też liczyć z tym, że zaatakowała go poprzednia zarządczyni, ponieważ był nieznośny.
Zapadła cisza. W kominku osunęło się płonące polano i ogień strzelił w górę.
– Okoliczności – powiedział w końcu ironicznie – wykazują taką niefortunną tendencję.
Kącik jego ust uniósł się lekko. Jeśli to miał być uśmiech, to nie dotarł do oczu. Można było odnieść wrażenie, że ironia jest jego drugą naturą.
Była oszołomiona.
W ciszy, jaka zapadła, przyglądała mu się bezmyślnie.
Atmosfera była tak napięta, że kiedy leciutko stuknął palcami w blat, omal nie podskoczyła.
– Obecna służba jest leniwa i krnąbrna, a ponieważ kazałem, żeby mi przysłano kilka rzeczy, które są mi drogie, takie jak srebro i porcelanę, martwię się o kradzieże. Ale zawsze trudno jest znaleźć dobrą służbę, nawet komuś takiemu jak ja. Mam znaczne oczekiwania i niewielkie nadzieje na to, że zostaną zaspokojone. Co daje pani podstawę do wymagania lojalności i skuteczności od służby i dlaczego sądzi pani, że spełni moje oczekiwania?
Nie dodał głośno: „podczas gdy inni odchodzili ze szlochem”.
I jeszcze „ktoś taki jak ja”? Doprawdy, świat nie zniósłby drugiego takiego człowieka.
Odetchnęła głęboko.
– Uczyłam całe klasy niesfornych dzieci o bardzo różnym usposobieniu; wiem, co zrobić, żeby mnie słuchały, uczyły się i lubiły to. Rozumiem politykę zarządzania rezydencją i mam umiejętności potrzebne, by się tym zająć. Doświadczyłam różnych, powiedzmy… warunków ekonomicznych i do każdych umiem się przystosować. Jestem doskonale zorganizowana. I mam rozum. I niczego się nie boję.
Oprócz pana.
Właśnie bezczelnie okłamała człowieka, który powiedział, że nie toleruje kłamstw.
Przypuszczała, że patrzył na ludzi w taki sposób w chwilach, gdy podejmował decyzję, czy powinien ich wykończyć, czy też nie: był to skupiony wyraz łagodnego zainteresowania. Nie była dla niego kobietą; była raczej problemem do rozwiązania, szyfrem do złamania, decyzją do podjęcia na zimno. Kiedyś zraniłoby to jej próżność.
Teraz nie liczyło się nic oprócz tego, co dalej zrobi lord Lavay.
– Może pani dostać tę posadę na próbę, na dwa tygodnie, pani Fountain – powiedział niemal bezmyślnie. – Zacznie pani natychmiast.
Zamarła.
A potem nagle poczuła niemal obezwładniającą ulgę; fala ciepła wypłynęła jej na policzki i zamgliła wzrok. Przez miłosierną sekundę przed oczami miała jego nieporównanie bezpieczniejszą, łagodniejszą wersję. Sięgnął po jeden z tych pomiętych, a następnie rozprostowanych arkuszy papieru i zaczął mu się przyglądać. Jakby całkiem o niej zapomniał.
Uwolniła wilgotne dłonie ze skromnego węzła, z roztargnieniem otarła o suknię i splotła je znowu.
Była dumna, że jej głos zabrzmiał czysto i spokojnie.
– Dziękuję. Nie pożałuje pan tej decyzji, lordzie Lavay.
– Rzadko miewam powód, by żałować swoich decyzji. – Powiedział to spokojnym, niemal nieobecnym głosem, nie odrywając wzroku od korespondencji, ani razu nie popatrzył na nią. – Może pani odejść, pani Fountain.
Wstając, dyskretnie musnęła fotel dłonią, jakby był miłym zwierzątkiem. Podziękowała za komfort.
Philippe podniósł wzrok w samą porę, by zobaczyć, jak pani Fountain, wychodząc, zrobiła dodatkowy drobny kroczek w drzwiach jego gabinetu.
Wyglądało to niemal jak… bryknięcie.
Zmarszczył brwi.
Boże, jakże nużyły go te wszystkie drobne detale zarządzania domem. To dziwne, bo przecież dowodzenie statkiem składało się z podobnych detali, a lubił to. Po prostu jedne zajęcia są odpowiednie dla mężczyzny, a inne dla kobiety.
I tą kobietą miała być pani Fountain.
Dlaczego miałoby się jej udać, skoro trzy inne wcześ­niej zawiodły? Dwie z nich wyrzucił, a trzecia uciekła.
Oczywiście wiedział już o niej to i owo – w każdym razie to, co poczciwa pani Winthrop postanowiła mu wyjawić: że nadaje się na to stanowisko i że tę cechę jej charakteru potwierdzili Redmondowie. Tak się złożyło, że jego najbliższy przyjaciel, hrabia Ardmay, poślubił przedstawicielkę tej szacownej rodziny.
Jeśli wszyscy ci ludzie i zdarzenia, które doprowadziły do tego, że znalazł się na wygnaniu w Pennyroyal Green w angielskim Sussex – królowie i bandyci, romanse i egzekucje, niebiańskie rozkosze i koszmarny ból, pojedynki na miecze i pistolety, walki z piratami, zniszczenie jego stylu życia, aż nie pozostało mu nic oprócz zimnej, bezwzględnej determinacji, by go odzyskać – czegokolwiek go nauczyły, to umiejętności odczytywania ludzi równie płynnie i szybko, jak czytał w pięciu językach. Pytania były tylko sposobem na odwrócenie uwagi rozmówcy, podczas gdy on w milczeniu go rozpracowywał.
Postawa pani Fountain, jej dykcja, to, że umiała patrzeć mu w oczy i składać poprawne, sensowne angielskie zdania, że znała takie słowa jak „polityka”… Wszystko to wskazywało, że otrzymała wykształcenie lepsze niż przeciętna gospodyni. Była dumna. Dumni ludzie często doskonale się wywiązują; dumni ludzie często uważają, że są ponad swoje obowiązki. Dumnym ludziom może być trudno używać schodów dla służby. Intuicja podpowiadała mu, że pani Fountain ma temperament.
Zarumieniła się i pogłaskała fotel, jakby nigdy wcześ­niej nie widziała aksamitu.
Pani Fountain była także, jak podejrzewał, odrobinę zdesperowana.
A on wiedział coś o desperacji.
Ale kiedy mówiła, spiralka lśniących czarnych włosów wymknęła się z uwięzi szpilek i opadła na skroń niczym klucz wiolinowy. Chyba nie zdawała sobie z tego sprawy. Kontrastowało to tak bardzo z jej sposobem mówienia i sztywną postawą, że poczuł pustkę w głowie i niemal zapomniał, co chciał powiedzieć. Niemal zapomniał myśleć.
Westchnął. Zdenerwował ją. Nieważne. Za dwa tygodnie pani Fountain już tu nie będzie. Miejmy tylko nadzieję, że nie zabierze ze sobą reszty jego sreber.
Wobec innych niecierpiących zwłoki spraw urok zaczynał się wydawać czymś zbytecznym. Niewątpliwie nie pomógł mu obronić się przed bandą zbirów, którzy zaatakowali go w Londynie i porzucili uboższego o sporo krwi, jeszcze więcej pieniędzy, za to z kilkoma więcej bliznami i długiem wdzięczności wobec ostatniej osoby na ziemi, której chciałby zawdzięczać ocalenie życia.
Zawsze spłacał swoje długi.
Wstał powoli, sztywno i zwrócił się w kierunku okna.
Deszcz ustał, słońce zaczęło zachodzić i niebo poróżowiało. Rumieniec wypłynął na policzki pani Fountain, kiedy powiedział jej, że może mieć tę posadę. Wyglądało to, jakby słońce wzeszło, oświetlając delikatny krajobraz. Pochylił głowę, udając roztargnienie, by ratować jej godność.
Wcześniej jednak zdążył zauważyć maleńkie zagłębienie, dołek w jej podbródku. Wyobraził sobie, że przykłada do niego czubek palca. Ot, tak sobie.
Może to jeszcze jedna wskazówka, że słusznie postanowił nieco przystopować z laudanum.