Inna panna Bridgerton, czyli rejs ku miłości

Inna panna Bridgerton, czyli rejs ku miłości

Tytuł oryginału: The Other Miss Bridgerton
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 135x205
Data wydania: 2022-03-08
EAN: 9788324175260
Romans historyczny
Bestseller

Rodzina Rokesby – wstęp do serii Bridgertonowie, zekranizowanej jako serial przez Netflixa.

W serii Rodzina Rokesby poznajemy wcześniejsze losy rodziny Bridgertonów.

Ona znalazła się w nieodpowiednim miejscu…
On znalazł ją w nieodpowiednim czasie...
Czy dwa fatalne zbiegi okoliczności mogą dać jeden ideał?

Pełna temperamentu panna Poppy Bridgerton poślubi tylko mężczyznę interesującego, inteligentnego i żądnego przygód, jak ona sama. Niestety w londyńskich salonach jeszcze takiego nie spotkała. I oto podczas wizyty nad morzem natrafia na kryjówkę przemytników. Lecz rozkoszny dreszczyk emocji przeradza się w przerażenie, gdy Poppy zostaje porwana przez korsarzy i dostarczona na pokład ich okrętu – wprost do kajuty kapitana…
Kapitan Andrew Rokesby od początku wie, że piękna dziewczyna w jego kajucie oznacza kłopoty. Nie przeczuwa jednak, że rozpoczyna rejs pełen przygód i niespodzianek. Zwłaszcza że oboje nie mogą wyjawić sobie całej prawdy…

JULIA QUINN, autorka nr 1 na listach bestsellerów „New York Timesa”, nazywana jest współczesną Jane Austen. Jej romanse historyczne są tłumaczone na 29 języków, wydawane w milionowych nakładach i obsypywane nagrodami, w tym wielokrotnie RITA (odpowiednik filmowego Oscara).

Seria Bridgertonowie została zekranizowana przez Netflixa.

1
Wczesne lato 1786
Jak na młodą kobietę, która dorastała na wyspie, a dokładnie w Somerset, Poppy Bridgerton bardzo mało czasu spędziła na wybrzeżu.
Woda nie była jej obca. W pobliżu rodzinnego domu znajdowało się jezioro, a rodzice Poppy pragnęli, by wszystkie ich dzieci nauczyły się pływać. Czy też, dokładniej, by nauczyli się pływać wszyscy ich synowie. Poppy, jedynej dziewczynce w tej wesołej gromadzie, nie spodobało się, że w razie morskiej katastrofy będzie jedyną spośród Bridgertonów, która pójdzie na dno, i poinformowała o tym rodziców – w tych właśnie słowach – na chwilę przed tym, jak pomaszerowała wraz z czterema braćmi na brzeg i rzuciła się do wody.
Pływać nauczyła się wcześniej niż trzej z nich (nie w porządku było porównywać ją z najstarszym – to oczywiste, że był pierwszy) i do dziś była, swoim zdaniem, najlepszą pływaczką w rodzinie. Fakt, że osiągnęła to w równej mierze za sprawą naturalnych zdolności, jak i przekory, nie miał żadnego znaczenia. Ważne było, że nauczyła się pływać. Dokonałaby tego, nawet gdyby rodzice nie kazali jej tamtego dnia czekać cierpliwie na trawie.
Prawdopodobnie.
Dzisiaj jednak nie miała w planach pływania. To był ocean, a w każdym razie kanał, i zimna, nieprzyjazna woda w niczym nie przypominała tamtego łagodnego jeziora. Poppy mogła być przekorna, ale nie była głupia. A że była też zupełnie sama, niczego nie musiała nikomu udowadniać.
Poza tym zbyt dobrze się bawiła, zwiedzając tę plażę. Miękki piasek pod stopami, smak soli w morskim powietrzu – to wszystko było dla niej tak egzotyczne jak czarne serce Afryki, gdyby się w nim nagle znalazła.
No, może jednak nie, pomyślała, skubiąc zabrany na tę wycieczkę kawałek angielskiego sera, którego smak dobrze znała. Jakby jednak na to nie patrzeć, miejsce było dla niej nowe, nieznane, i tylko to się liczyło.
Zwłaszcza że cała reszta jej życia znowu pozostała taka sama jak do tej pory.
Był już prawie lipiec i drugi sezon Poppy – spędzony dzięki arystokratycznej ciotce, lady Bridgerton, w Londynie – właśnie dobiegł końca. Poppy zakończyła go tak samo, jak go zaczynała: niezamężna i z nikim niezaręczona.
I trochę znudzona.
Mogła była pozostać wśród londyńskiej śmietanki towarzyskiej jeszcze trochę, w nadziei, że spotka kogoś, kogo dotychczas nie poznała (raczej nieprawdopodobne). Mogła była przyjąć zaproszenie ciotki na wieś, do Kent, licząc, że naprawdę spodoba jej się któryś z dżentelmenów stanu wolnego, przypadkiem zaproszonych na kolację (jeszcze bardziej nieprawdopodobne). Jednak musiałaby wówczas zaciskać zęby i trzymać język na wodzy, gdyby cioteczka zaczęła dopytywać, co było nie tak z wybranym przez nią ostatnim kandydatem (zupełnie niewykonalne).
Kandydaci ciotki dzielili się na nudnych i nudniejszych; na szczęście Poppy została wybawiona przez przyjaciółkę z dziecinnych lat, Elizabeth, która przeniosła się do Charmouth kilka lat wcześniej wraz z mężem, przemiłym erudytą George’em Armitage’em.
George został właśnie wezwany do Northumberland w niecierpiących zwłoki sprawach rodzinnych, których szczegółów Poppy nie zdołała dotąd pojąć, a Elizabeth, w szóstym miesiącu ciąży, tkwiła samotnie w ich nadmorskim domu. Znudzona bezczynnością zaprosiła Poppy do siebie na dłuższy pobyt, a Poppy z radością jej zaproszenie przyjęła. Przyjaciółki razem, tak samo jak za dawnych lat.
Poppy wrzuciła do ust kolejny kawałek sera. Prawie tak samo, biorąc pod uwagę wielki brzuch Elizabeth. To było nowe.
Oznaczało to też, że Elizabeth nie mogła towarzyszyć jej podczas codziennych wypraw na brzeg morza, choć to akurat nie miało większego znaczenia. Poppy nie uchodziła za nieśmiałą i wiedziała o tym, jednak – choć rozmowna – dość lubiła własne towarzystwo. A po kilku miesiącach rozmów o niczym w Londynie miło było przewietrzyć głowę ostrym morskim powietrzem.
Każdego dnia starała się wybierać inną drogę i była zachwycona odkryciem małego labiryntu grot w połowie drogi między Charmouth i Lyme Regis, w miejscu, gdzie spienione fale uderzały o brzeg. Podczas przypływu większość z nich wypełniała woda, ale Poppy poznała już trochę okolicę i była pewna, że muszą być i takie, których morze nie sięgało. Postanowiła, że musi odnaleźć choć jedną.
Tylko dlatego, że było to wyzwanie, oczywiście. Nie, żeby potrzebowała do czegokolwiek zawsze suchej groty w Charmouth, w Dorset, w Anglii.
W Wielkiej Brytanii, w Europie, na świecie.
Każdy jednak powinien podjąć wyzwanie, gdziekolwiek nadarza się po temu okazja, a ona była akurat w Charmouth, w Dorset, w Anglii, co wydawało jej się teraz bardzo maleńkim zakątkiem świata.
Dokończyła lunch i mrużąc oczy, spojrzała na skały. Słońce miała za plecami, ale dzień był tak jasny, że żałowała, że nie ma parasolki albo przynajmniej rozłożystego, rzucającego cień drzewa gdzieś w pobliżu. Było też cudownie ciepło. Pop­py zostawiła płaszcz w domu i nawet cieniutka chusteczka, która miała chronić dekolt przed słońcem, zaczynała grzać i drażnić jej skórę.
Poppy nie miała jednak zamiaru wracać do domu. Nigdy dotąd nie zawędrowała tak daleko, a tym razem udało jej się to tylko dlatego, że przekonała pulchną pokojówkę Elizabeth, przydzieloną jej w charakterze przyzwoitki, by jednak została w miasteczku.
– Pomyśl o tym, jak o dodatkowym wolnym popołudniu – powiedziała do niej ze zwycięskim uśmiechem.
– Sama nie wiem. – Mary spoglądała na nią z powątpiewaniem. – Pani Armitage powiedziała mi jasno, że…
– Pani Armitage nie myślała jasno ani przez chwilę, odkąd odkryła, że spodziewa się dziecka – przerwała jej Poppy, w duchu prosząc Elizabeth o wybaczenie. – Jest tak w przypadku wszystkich kobiet, jak słyszałam – dodała, żeby oderwać Mary od tematu, to znaczy towarzystwa przyzwoitki na spacerze bądź jego braku.
– Oj, co prawda, to prawda – odparła Mary, lekko przekrzywiając głowę. – Kiedy żona mojego brata spodziewała się swoich chłopców nie usłyszałam od niej jednego słowa do rzeczy, mówię panience.
– W tym właśnie rzecz! – wykrzyknęła Poppy. – Elizabeth wie, że świetnie sama sobie poradzę. Nie jestem w końcu dzierlatką. Od zawsze na półce, jak to powiadają.
Mary już chciała ją pocieszyć, że to na pewno nieprawda, ale Poppy dodała szybko:
– Przespaceruję się tylko brzegiem morza. Wiesz przecież; wczoraj ze mną byłaś.
– I przedwczoraj – powiedziała Mary z westchnieniem.
Kolejna forsowna przechadzka wyraźnie nie wzbudzała jej entuzjazmu.
– I przedprzedwczoraj – zauważyła Poppy. – I każdego dnia w ubiegłym tygodniu, jeśli się nie mylę?
Mary ponuro pokiwała głową.
Poppy nie pozwoliła sobie na uśmiech. Była na to zdecydowanie zbyt mądra. Sukces czekał tuż za zakrętem.
Dosłownie.
– Proszę – powiedziała, ciągnąc lekko pokojówkę w stronę przytulnej herbaciarni. – Może usiądziesz i odpoczniesz sobie tutaj? Bóg jeden wie, że na to zasłużyłaś. Omal cię nie zamęczyłam, prawda?
– Zawsze była pani dla mnie bardzo miła, panno Bridgerton – odparła szybko Mary.
– Miła i męcząca – powiedziała Poppy i poklepała dłoń Mary, a potem otworzyła drzwi herbaciarni. – Tak ciężko pracujesz. Zasłużyłaś na chwilę dla siebie.
Poppy zapłaciła za dzbanek herbaty i talerz ciastek, a potem uciekła – z dwoma ze wspomnianych ciastek w kieszeni – i teraz cieszyła się cudowną, błogosławioną samotnością.
Gdyby jeszcze istniały damskie trzewiczki nadające się do wspinania się na skały. Małe pantofelki Poppy były najrozsądniejszym obuwiem szytym dla kobiet, ale pod względem trwałości nie mogły się równać z tym, co mieli w swojej garderobie jej bracia. Szła więc z wielką ostrożnością, żeby nie skręcić sobie kostki. Do tej części plaży docierało niewielu ludzi, więc gdyby zrobiła sobie krzywdę, Bóg tylko jeden wie, kiedy ktoś by ją tu odnalazł.
Szła i pogwizdywała, ciesząc się okazją do tak złego zachowania (czyż mama nie byłaby przerażona, gdyby o tym usłyszała?!), a potem postanowiła pójść w swej przestępczej działalności dalej i zmieniła pogwizdywaną melodię na piosnkę, której słowa nie nadawały się dla kobiecych uszu.
– „A barmanka ze mną, och, lalala, aż do ranka…” – śpiewała wesoło. – „Aż do ranka…” A co to?
Zatrzymała się, patrząc na dziwną formację skalną po prawej stronie. Grota. Na pewno. I to położona tak daleko od morza, że woda nie zalewa jej nawet podczas przypływu.
– Moja kryjówka, przyjaciele – wymruczała i mrugnęła do siebie, zmieniając kierunek. Miejsce wydawało się idealne dla korsarza, dość daleko od bitego traktu. Wejście do groty zasłaniały trzy wielkie głazy, doprawdy, zakrawało na cud, że w ogóle je dostrzegła.
Poppy wcisnęła się między głazy – z roztargnieniem zauważyła, że jeden z nich nie był tak potężny, jak jej się z początku wydawało – po czym weszła do jaskini. Powinnam była wziąć latarnię, pomyślała, czekając, aż oczy przyzwyczają się do ciemności, choć Elizabeth oczywiście chciałaby wiedzieć, po co jej latarnia. Trudno byłoby to wyjaśnić, biorąc pod uwagę, że wybierała się na plażę w samym środku dnia.
Poppy zrobiła kilka małych kroczków, badając grunt przed sobą czubkami bucików. Szukała nierówności, których nie mogła w mroku zobaczyć. Nie była tego pewna, ale grota wydawała się ciągnąć jeszcze daleko od miejsca, do którego docierało światło dnia. Poppy szła śmiało przed siebie, podekscytowana swoim odkryciem, powoli przesuwając się w gąb… powoli… powoli… aż nagle…
– Au! – krzyknęła i skrzywiła się, uderzając ręką w coś twardego i prawdopodobnie drewnianego.
– Au – powtórzyła, rozcierając bolące miejsce drugą ręką. – Au, au, au. To chyba…
Urwała. Nie wiedziała, w co trafiła ręką, ale na pewno nie było to naturalne skalne wypiętrzenie. Miała wrażenie, że jest to raczej szorstki róg prostej drewnianej skrzyni.
Bardzo ostrożnie wyciągnęła przed siebie dłoń, aż znowu – tym razem delikatnie – dotknęła płaskiej drewnianej deski. Była to skrzynia, bez wątpienia.
Poppy zaśmiała się cicho z radości. Co też tu znalazła? Skarb korsarzy? A może łup przemytników? W grocie czuć było stęchlizną, wydawała się nieużywana, więc czy była to skrzynia, czy nie, musiała tkwić tu od wieków.
– Przygotować się na skarb. – Poppy ze śmiechem zasalutowała w ciemności. Szybko przekonała się, że skrzynia jest zbyt ciężka, by mogła ją podnieść, przesunęła więc dłonią wzdłuż krawędzi, zdecydowana spróbować ją otworzyć. A niech to. Była zabita gwoździami. Będzie musiała tu wrócić, choć nie miała pojęcia, jak wyjaśni, do czego potrzebuje latarni
i łomu.
Chociaż…
Przekrzywiła głowę. Jeśli w tej części jaskini jest skrzynia – a właściwie dwie, jedna na drugiej – to kto wie, co może kryć się w głębi?
Ruszyła w mrok, wyciągając przed siebie ramiona. Nic. Ciągle nic… nic…
– Uważaj!
Poppy zmartwiała.
– Kapitan cię zabije, jeśli ją upuścisz.
Poppy wstrzymała oddech. Niemal osłabła z ulgi, kiedy zdała sobie sprawę, że szorstki męski głos nie mówi do niej.
Ulgę jednak natychmiast zastąpiło przerażenie. Powoli przyciągnęła ręce do siebie i ciasno objęła się ramionami.
Nie była tu sama.
Z niezwykłą ostrożnością przesunęła się tak daleko za skrzynie, jak tylko mogła. Było ciemno, a ona zachowywała się cicho, więc ktokolwiek tu był, jej nie zauważy, jeśli tylko nie ma…
– Zapalisz wreszcie tę cholerną latarnię?
Jeśli tylko nie ma latarni.
Błysnął płomień, oświetlając tylną część jaskini. Poppy zmarszczyła czoło. Czy ci mężczyźni weszli tu z drugiej strony? Ale jak? Dokąd ciągnie się ta grota?
– Nie mamy wiele czasu – powiedział jeden z nich. – Rusz się i pomóż mi szukać.
– A co z resztą?
– Będzie tu bezpieczna do naszego powrotu. To i tak już ostatni raz.
Drugi z mężczyzn zaczął się śmiać.
– Przynajmniej tak mówi kapitan.
– Tym razem mówi poważnie.
– On nigdy nie przestanie tego robić.
– Cóż, nawet jeśli on nie, ja na pewno przestanę. – Mężczyzna stęknął z wysiłku i dorzucił: – Jestem już na to za stary.
– Ty przesunąłeś ten głaz przed wejściem? – spytał pierwszy z mężczyzn i wypuścił powietrze z płuc, stawiając coś na ziemi.
To dlatego musiała przeciskać się między głazami. Zastanawiała się właśnie, jak taka wielka skrzynia zmieściła się w tak wąskim otworze.
– Wczoraj – padła odpowiedź. – Z Billym.
– Tym chudym smarkaczem?
– Yhm. Ma już chyba ze trzynaście lat.
– Nie gadaj!
Dobry Boże, pomyślała Poppy. Siedziała w jaskini z przemytnikami – może nawet korsarzami! – którzy plotkowali jak dwie starsze panie.
– Co jeszcze mamy stąd zabrać? – spytał niższy z dwóch głosów.
– Kapitan mówi, że nie wypłynie bez tej skrzynki brandy.
Poppy miała wrażenie, że cała krew odpływa z jej ciała. Skrzynki?
Drugi z mężczyzn roześmiał się.
– Na sprzedaż, czy do picia?
– Jedno i drugie jak sądzę.
Znowu śmiech.
– Lepiej w takim razie, żeby się podzielił.
Poppy gorączkowo rozejrzała się dookoła. Trochę światła z latarni padało w jej kierunku, widziała więc swoje najbliższe otoczenie. Gdzie, do diabła, miałaby się ukryć? Dostrzegła niewielkie wgłębienie w ścianie jaskini, w które mogłaby się wcisnąć, ale ci dwaj musieliby być ślepi, żeby jej nie zauważyć.
Tak czy inaczej, było to lepsze, niż jej obecne miejsce. Pop­py cofnęła się niezdarnie i zwinęła w kłębek tak ciasno, jak tylko potrafiła. Podziękowała przy tym Stwórcy za to, że nie włożyła rano żółtej sukni, jednocześnie posyłając do nieba pierwszą od miesięcy szczerą modlitwę.

Proszę, proszę, proszę.
Stanę się lepszym człowiekiem.
Będę słuchała matki.
Będę słuchała nawet w kościele.
Proszę, pro…

– Jezusie, Maryjo i Józefie!
Poppy powoli podniosła twarz ku górującemu nad nią mężczyźnie.
– A niech to – mruknęła.
– Kim jesteś? – zapytał mężczyzna, przysuwając latarnię bliżej jej twarzy.
– A ty? – odpaliła Poppy, zanim dotarło do niej, że taka retorta w jej sytuacji nie była zbyt rozsądna.
– Green! – ryknął mężczyzna.
Poppy zamrugała.
– Green!
– Co? – odburknął drugi mężczyzna, który najwyraźniej nazywał się Green.
– Tu jest dziewczyna!
– Co?
– Tutaj. Jest tu dziewczyna.
Green podbiegł do nich.
– Co to za jedna, do diaska? – spytał.
– Nie wiem – odparł ten pierwszy niecierpliwie. – Nie powiedziała.
Green pochylił się i przybliżył do niej swoją ogorzałą twarz.
– Kto ty jesteś?
Poppy milczała. Rzadko zdarzało jej się trzymać język za zębami, teraz jednak poczuła, że to dobry moment, by zacząć.
– Kto ty jesteś? – powtórzył Green, tym razem niemal z jękiem.
– Nikt – odparła Poppy. Fakt, że mężczyzna wydawał się raczej znużony niż rozgniewany, dodał jej trochę odwagi. – Byłam na spacerze. Nie będę wam przeszkadzała. Po prostu sobie pójdę i nikt się nigdy nie dowie…
– Ja już wiem – powiedział Green.
– I ja też, jeśli już o tym mowa – dorzucił jego towarzysz.
– Nie pisnę nawet słówka – zapewniła ich Poppy. – Nie wiem nawet, co…
– Niech to diabli! – zaklął Green. – Niech to wszyscy diabli!
Poppy gorączkowo przenosiła wzrok z jednego mężczyzny na drugiego, próbując ocenić, czy powinna wtrącić się do rozmowy. Trudno było zorientować się, w jakim byli wieku; obaj mieli ogorzałe twarze ludzi, którzy spędzają zbyt wiele czasu na słońcu i wietrze. Ubrani byli prosto, w podniszczone robocze koszule i spodnie wpuszczone w wysokie buty, jakie wkładają mężczyźni, kiedy wiedzą, że mogą zamoczyć nogi.
– A niech to diabli! – powtórzył Green. – Jeszcze tylko tego dzisiaj brakowało!
– Co my z nią zrobimy? – spytał drugi mężczyzna.
– Nie wiem. Nie możemy jej tu zostawić.
Umilkli obaj, wpatrując się w nią tak, jakby była największym ciężarem na świecie, który czeka tylko, żeby zwalić się na ich barki.
– Kapitan nas zabije – westchnął w końcu Green.
– To nie nasza wina.
– Sądzę, że to jego musimy spytać, co z nią zrobić – powiedział Green.
– Nie wiem, gdzie on jest – odparł jego towarzysz. – A ty?
Green pokręcił głową.
– Na statku go nie ma?
– Nie. Powiedział, że spotka się z nami w doku na godzinę przed wypłynięciem. Miał jeszcze jakąś sprawę do załatwienia.
– Niech to diabli.
Poppy usłyszała tu więcej o diabłach niż kiedykolwiek, jednak podzielenie się tą informacją z tą dwójką niewiele by jej dało.
Green westchnął i przymknął oczy z wyrazem, który można było określić tylko jako głęboką rozpacz.
– Nie mamy wyboru – powiedział. – Musimy ją zabrać.
– Co?! – krzyknęła piskliwie Poppy.
– Dobry Boże – burknął Green, zasłaniając uszy. – Czy to wyszło z twoich ust? – Znowu westchnął z bólem. – Za stary jestem na takie rzeczy.
– Nie możemy jej zabrać! – zaprotestował ten drugi.
– Posłuchaj go – wtrąciła Poppy. – Jest bardzo inteligentny.
Przyjaciel Greena wyprostował się i rozpromienił.
– Moje nazwisko: Brown – przedstawił się, uprzejmie pochylając głowę.
– Uch, no cóż, bardzo mi przyjemnie – odparła Poppy, zastanawiając się, czy powinna podać mu rękę.
– Myślisz, że ja chcę ją zabierać? – rzucił Green. – Na statku kobieta zawsze przynosi pecha, a już zwłaszcza taka.
Poppy otworzyła usta, słysząc tę zniewagę.
– Cóż… – zaczęła, ale Brown jej przerwał.
– A co z nią niby nie tak? – zapytał. – Powiedziała, że jestem inteligentny.
– Co tylko dowodzi, że ona taka nie jest. Poza tym ona gada.
– Tak jak i ty – odpaliła Poppy.
– Widzisz? – mruknął Green.
– Nie jest taka zła – powiedział Brown.
– Przed chwilą mówiłeś, że nie chcesz jej na statku!
– Bo nie chcę, ale…
– Nie ma nic gorszego niż gadatliwa baba – burknął Green.
– Jest wiele gorszych rzeczy – zaprzeczyła Poppy. – I masz wielkie szczęście, jeśli dotąd żadnej z nich nie doświadczyłeś.
Green patrzył na nią przez chwilę. Tylko patrzył. Potem jęknął:
– Kapitan nas zabije.
– Nie, jeśli nie zabierzecie mnie ze sobą – powiedziała szybko Poppy. – Nigdy się nie dowie.
– Dowie się – odparł Green złowieszczo. – On zawsze wszystko wie.
Poppy zagryzła wargę, rozważając swoje możliwości. Wiedziała, że nie biega dość szybko, by mogła im uciec, a poza tym Green zagradzał jej drogę do wyjścia. Pewnie mogłaby się rozpłakać w nadziei, że łzy przemówią do łagodniejszej części ich serc, ale tak naprawdę nie wiedziała, czy ich serca taką część mają.
Spojrzała na Greena i uśmiechnęła się z wahaniem, żeby wybadać grunt.
Green zignorował ją i odwrócił się do przyjaciela.
– Która jest go… – Urwał. Browna nie było. – Brown! – ryknął. – Gdzieś ty polazł, do diaska?
Głowa Browna wychynęła zza stosu kufrów.
– Tylko po sznur.
Sznur? Poppy nagle zaschło w gardle.
– Dobrze – mruknął pod nosem Green.
– Nie chcesz mnie chyba związać? – powiedziała Poppy; najwyraźniej nie zaschło jej w gardle na tyle, by nie mogła mówić.
– Nie żebym chciał – odparł – ale muszę to zrobić, tak czy inaczej, więc lepiej nie utrudniajmy sobie tego nawzajem, dobrze?
– Z pewnością rozumiesz, że nie pozwolę się skrępować bez walki?
– Miałem nadzieję, że jednak pozwolisz.
– Cóż, możesz sobie mieć nadzieję, mój panie, ponieważ ja…
– Brown! – ryknął Green.
Z taką siłą, że Poppy zamknęła usta.
– Mam sznur! – odkrzyknął Brown.
– Dobra. Weź jeszcze parę rzeczy.
– Jakich rzeczy? – spytał Brown.
– Właśnie – wtórowała mu Poppy nerwowo. – Jakich rzeczy?
– Innych – odparł Green niecierpliwie. – Wiesz, o czym mówię. I szmatę.
– A, inne rzeczy! – zawołał Brown. – Się robi.
– Jakich innych rzeczy? – nie dawała za wygraną Poppy.
– Nie chcesz wiedzieć – odpowiedział Green.
– Zapewniam cię, że chcę – powiedziała Poppy, choć zaczynała już przypuszczać, że może istotnie nie chce.
– Mówiłaś, że nie poddasz się bez walki – wyjaśnił.
– Tak, ale co to ma do…
– Pamiętasz, jak powiedziałem, że jestem już za stary na takie rzeczy?
Skinęła głową.
– Cóż, te rzeczy to między innymi walka.
Wrócił Brown, ściskając w ręce zieloną butelkę, która kojarzyła się mgliście z lekarstwami.
– Proszę – powiedział, wręczając ją Greenowi.
– Nie, żebym sobie z tobą nie poradził – wyjaśnił Green i otworzył butelkę. – Ale czemu? Czemu sobie tego trochę nie ułatwić?
Poppy nie miała na to odpowiedzi.
– Chcesz mnie zmusić, żebym to wypiła? – wyszeptała. Zawartość butelki miała ohydny zapach.
Green pokręcił głową.
– Masz szmatę? – spytał Browna.
– Niestety.
Green znowu jęknął ze znużeniem i zerknął na lniane fichu, wypełniające dekolt sukienki Poppy.
– Będziemy musieli użyć tej chusteczki – powiedział do Poppy. – Nie ruszaj się.
– Co ty robisz?! – krzyknęła Poppy, odskakując w tył, kiedy wyszarpnął chusteczkę z jej dekoltu.
– Przepraszam – powiedział, co, o dziwo, zabrzmiało szczerze.
– Nie rób tego – wydyszała Poppy, starając się oddalić od niego tak bardzo, jak tylko było to możliwe.
Czyli nie bardzo, bo plecami już dotykała ściany jaskini. Teraz mogła już tylko patrzeć w przerażeniu, jak Green wylewa na cieniutką lnianą chusteczkę sporo płynu z zielonej butelki. Tkanina nasączyła się szybko i kilka kropli spadło na wilgotną ziemię.
– Musisz ją przytrzymać – powiedział Green do Browna.
– Nie – wyszeptała Poppy, kiedy Brown objął ją mocno ramionami. – Nie.
– Przykro mi – odparł Brown, i to też zabrzmiało tak, jakby naprawdę było mu przykro.
Green zgniótł chusteczkę w kulę i przytknął do jej ust. Poppy zakrztusiła się, wciągając w płuca obrzydliwy smród.
A potem cały świat nagle zniknął.