Ich zwycięstwa

Ich zwycięstwa

Tytuł oryginału: The Wallflower Wager
Tłumaczenie: Anna Rogucka, Agnieszka Furkacz
Ilość stron: 336
Rodzaj: miękka
Format: 145x207
Data wydania: 2019-12-06
EAN: 9788324171118
Romans historyczny

Nowy bestseller nagradzanej autorki, trzeci tom serii Dziewczyna spotyka księcia.

Nazywają go Księciem Zniszczenia. Bogaty i bezwzględny Gabriel Duke wspiął się ze społecznych nizin na sam szczyt i znalazł wśród angielskiej śmietanki towarzyskiej. Spotyka tam mieszkającą po sąsiedzku piękną i namiętną lady Penelope Campion, kobietę o sercu przepełnionym miłością i troską, która pod swój dach przyjmie każde zabłąkane stworzenie.

Gdy jej niezwykle atrakcyjny sąsiad żąda, by zrezygnowała z opieki nad swoimi podopiecznymi, Penelope rzuca mu wyzwanie: pozbędzie się ukochanych zwierząt, jeśli on znajdzie im nowe domy i troskliwych opiekunów.

Gabriel Duke zgadza się. Cóż w tym trudnego? A jednak… Los zawsze potrafi zaskoczyć. Mężczyzna, dotąd całkowicie panujący nad sobą i swoim życiem, jest oczarowany kobietą, której nie potrafi się oprzeć. A ona, dotąd ratująca zwierzęta, wkłada całe swe serce, by uratować jego, Gabriela Duke’a, uciekającego przed mroczną przeszłością.

Czy Książę Zniszczenia zrujnuje życie i reputację pięknej lady Penelope? A może to ona, swym troskliwym sercem, uratuje jego duszę i ciało, tak jak dotąd ratowała bezbronne stworzenia?

 

TESSA DARE to jedna z najpopularniejszych i najbardziej lubianych autorek romansu historycznego. Jej pełne wdzięku i humoru, inteligentne, seksowne powieści podbijają serca czytelniczek w 20 krajach. W USA są zawsze na szczycie list bestsellerów. Otrzymują najbardziej prestiżowe nagrody gatunku: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara) i Nagrody Czytelniczek Czasopisma „Romantic Times”, i zdobywają coraz większą popularność.

Rozdział 1

Przez te wszystkie lata, kiedy zajmowała się zwierzętami, których nikt nie chciał, lady Penelope Campion nauczyła się kilku rzeczy: że psy szczekają, króliki skaczą, a jeże zwijają się w kulkę; koty usadawiają się na samym środku salonu i zaczynają się lizać w niestosownych miejscach.

Oraz tego, że zdezorientowane papugi wylatują oknem i siadają na parapecie tak, że nie można ich dosięgnąć. Penny, odziana w nocną koszulę wychyliła się z okna, żeby uratować swoją, nawet jeśli ryzykowała skręceniem karku.

Nie mogła zmienić własnej natury, tak samo jak te zagubione, samotne, zranione i porzucone stworzenia, które pojawiały się w jej domu.

Penny jedną ręką chwyciła się ramy okiennej, a w drugiej trzymała przysmak.

– Chodź tutaj, kochanie, chodź, mam dla ciebie ciasteczko.

Delilah przekrzywiła główkę ozdobioną pióropuszem; ciasteczko ją zainteresowało, ale nie ruszyła się z miejsca.

Penny westchnęła. Pretensje mogła mieć tylko do siebie. Zapomniała, żeby o zachodzie słońca przykryć klatkę i zdecydowanie za długo paliły się świece, gdy tkwiła zatopiona w lekturze niezwykłej powieści. Nigdy by jej jednak nie przyszło do głowy, że Delilah jest na tyle sprytna, by sięgnąć między szczebelkami i otworzyć sobie klatkę.

Papużka, gdy tylko uciekła z klatki, natychmiast wyfrunęła przez okno.

Penny wydęła usta i zagwizdała.

– Widzisz, kochanie, jakie pyszne ciasteczko? Z imbirem!

– Ładna dziewczynka – zaskrzeczała papuga.

– Tak, kochanie, jesteś ładną dziewczynką.

Delilah przesunęła się lekko. Przynajmniej jakiś postęp… Po chwili papużka podeszła jeszcze bliżej.

– Dobrze, kochanie, właśnie tak…

I bliżej…

– Dobra dziewczynka..

Jeszcze kilkanaście centymetrów…

A niech to!

Delilah wyrwała ciasteczko z ręki Penny, szybkim ruchem odsunęła się do tyłu i poderwała do lotu, by po chwili wylądować na parapecie domu obok.

– Nie, proszę, tylko nie to.

Trzepocząc skrzydłami, Delilah frunęła do środka przez otwarte okno.

A żeby to jasna cholera…

Stara rezydencja rodziny Wendlebych od lat stała pusta. Zajmowało się nią kilku służących, mimo że nikt tam nie mieszkał; ostatnio jednak przeszła w kolejne ręce. Tajemniczy nowy właściciel jeszcze się nie pojawił, ale przysłał architekta i zastęp robotników, by dokonali niezbędnych remontów, dość hałaśliwych i brudzących. Dom w czasie remontu to nie miejsce dla bezbronnego ptaka, by latał tam po ciemku.

Penny musiała uratować Delilah.

Przyjrzała się gzymsowi, który łączył oba domy. Gdyby zdjęła kapcie, weszła na gzyms, przytrzymała się cegieł i pomalutku przesunęła, to sięgnęłaby otwartego okna. Dzieliło ją od niego może kilka stóp.

Poprawka: dwadzieścia do okna. I jakieś dwadzieścia do ziemi.

Penny wierzyła w wiele wspaniałych rzeczy: wierzyła, że edukacja jest ważna, że czytanie książek jest istotne, że kobiety powinny mieć prawo do głosowania. I że w głębi duszy ludzie są dobrzy. Wierzyła, że każde nawet najmniejsze stworzenie boże, człowiek czy nieczłowiek, zasługuje na miłość.

Nie była jednak na tyle głupia, żeby wierzyć, że potrafi latać.

Zawiązała pasek od szlafroka, mocniej nasunęła kapcie na stopy i pobiegła na dół do kuchni, gdzie otworzyła górną lewą szufladę szafki z przyprawami. Z tego co pamiętała, z tyłu szuflady powinien być klucz, przyklejony kawałkiem wosku do drewnianej listewki.

Klucz do tylnych drzwi rezydencji Wendlebych.

Penny chwyciła stary klucz; kciukiem zdrapała resztki wosku. Jej rodzina i rodzina Wendlebych lata temu wymienili się kluczami, jak to mają w zwyczaju dobrzy sąsiedzi. Nikt nie może przewidzieć, czy nie przyda się w jakiejś nagłej sytuacji. O tej porze budzenie służby zajęłoby zbyt wiele czasu, a sytuacja z pewnością była nagła. Delilah w każdej chwili mogła z powrotem wyfrunąć tym samym oknem, którym wleciała. Penny mogła mieć tylko nadzieję, że stary klucz będzie pasował.

Wyszła w ciemną noc. W jednej ręce trzymała pustą klatkę dla ptaków, drugą przytrzymywała poły szlafroka, by ochronić się przed zimnem.

Przemknęła obok głównych drzwi i skierowała się ku wejściu dla służby. Niewiele widziała w ciemnościach, ale udało się jej włożyć klucz do zamka i wsunąć go między zapadki. Gdy klucz wszedł do końca, z całej siły go przekręciła.

Zamek szczęknął i drzwi się otworzyły.

Penny zatrzymała się; zaparło jej dech w piersi. Czekała, aż ktoś podniesie alarm, ale panowała cisza; słyszała tylko walenie serca w piersi.

Była tu, w obcym domu, jak jakiś przestępca, który zaraz winien będzie wtargnięcia albo nawet kradzieży. Albo i jednego, i drugiego.

Ciche pogwizdywanie dochodzące z góry tylko podkreś­liło powagę sytuacji.

Penny postawiła klatkę na podłodze, sięgnęła do kieszeni szlafroka i wyciągnęła świeczkę i krzemień, które zabrała, zanim wybiegła z domu. Zapaliła cienką świeczkę, podniosła klatkę i weszła w głąb domu.

Przeszła przez hol w części dla służby, wspięła się po schodach i znalazła się w głównym korytarzu. Od kilku lat nie była w tym domu, który w związku z ograniczonymi możliwościami finansowymi rodziny Wendlebych popadł w ruinę. Teraz jednak mogła podziwiać efekt, jaki przyniósł remont.

Jeśli nowy właściciel chciał mieć dom, którym można się popisać, to mu się to udało. Penny uznała, że dom jest zimny i bez charakteru; ona sama nie była zwolenniczką domów, które błyszczą ostentacyjnym wystrojem. Ten nie błyszczał – on oślepiał. A gdyby chcieć użyć muzycznych porównań, to główny hol byłby fanfarą na dwadzieścia cztery trąbki. Pozłacane wykończenia i lustra odbijały światło świeczki, zatapiając hol w feerii światła i odbijających się kolorów.

– Delilah – wyszeptała, stojąc u podnóża schodów. – Delilah, gdzie jesteś?

– Ładna dziewczynka.

Penny podniosła świeczkę i popatrzyła do góry. Delilah siedziała na poręczy schodów na wysokości półpiętra.

Dzięki Bogu!

Papużka przestąpiła z nogi na nogę i przekręciła główkę.

– Tak, kochanie. – Penny wchodziła po schodach powoli, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. – Jesteś bardzo, bardzo ładną dziewczynką. Wiem, że tęsknisz za swoją panią i za domem. Ale to nie jest twój dom. Tu nie ma ciasteczek. Zabiorę cię z powrotem do domu, tam jest ciepło i przytulnie, i dostaniesz tyle ciasteczek, ile będziesz chciała. Tylko się nie ruszaj, dobrze…?

Gdy Penny miała ją już na wyciągnięcie ręki, Delilah zatrzepotała skrzydłami i pofrunęła wyżej.

– Ładna dziewczynka – zaskrzeczała.

Penny poświęciła ciszę na rzecz prędkości i rzuciła się biegiem na górę schodami, po to tylko, by zobaczyć papugę wlatującą przez otwarte drzwi. Na tyle znała rozkład domu, by wiedzieć, że to ślepa uliczka.

Weszła do pokoju, a była to sypialnia, której ściany niedawno pokryto drogim adamaszkowym jedwabiem i do której wstawiono ogromne łoże z baldachimem, wspieranym na czterech kolumienkach. Łóżko było tak duże, że samo w sobie mogłoby być pokojem, a po jego bokach spływały zwoje szmaragdowego aksamitu.

Penny cicho zamknęła za sobą drzwi.

Delilah, mam cię.

Och, chyba jednak jeszcze nie.

Papużka zaczęła fruwać po całym pokoju, przemykając od kolumienki wspierającej łoże do szafy, potem znów do kolumienki, a potem do gzymsu kominka i z powrotem. Na Boga, dlaczego aż tyle jest tych kolumienek?

Po biegu po schodach i pogoni za papugą, Penny zaczynało już brakować tchu. Gdyby nie to, że była tak oddana porzuconym stworzeniom…

Delilah usiadła na stojaku na umywalkę i Penny rzuciła się w jej kierunku, gdy ptak nieomal strącił miednicę na podłogę. Gdy przytrzymała ją na miejscu, zobaczyła jeszcze kilka przedmiotów na marmurowym stole. Kostkę mydła, ostrą brzytwę, szczoteczkę i proszek do zębów. Dowód na to, że pokój jest zamieszkały.

Przez mężczyznę.

Penny musiała złapać papugę i jak najszybciej stamtąd zniknąć.

Zamiast usiąść na kolumience, Delilah popełniła błąd i przefrunęła pod baldachimem; ucieczkę utrudniały jej suto marszczone draperie. Penny rzuciła się w stronę łóżka, dała wielkiego susa i złapała papugę za małą szponiastą łapkę.

Mam cię!

Samo złapanie ptaka byłoby okazją do świętowania, gdyby nie to, że Penny sama dała się złapać.

Drzwi sypialni otworzyły się gwałtownie i do pokoju wpadło światło świecy. Penny wypuściła z ręki papuzią nogę i Delilah znów odleciała, a Penny została sama, na środku łóżka obcego mężczyzny, odziana jedynie w szlafrok. Gdy odwracała się w stronę drzwi, bezgłośnie się modliła.

Boże, spraw, żeby to była pokojówka.

Oczywiście nie miała tyle szczęścia.

W drzwiach łączących sypialnię z pokojem obok stał mężczyzna. Trzymał w ręce świecę i był kompletnie nagi.

Nie, jednak nie kompletnie nagi, poprawiła się Penny. Miał jednak coś na sobie. To coś to kawałek wilgotnej tkaniny tak niepewnie owinięty wokół jego bioder, że mógł się w każdej chwili zsunąć. Niemniej jednak można to było uznać za jakiś rodzaj odzienia.

Pod ubraniem każdy jednak jest nagi, prawda? I tym razem nie było inaczej. Czym więc się przejmować? Mężczyzna w najmniejszym nawet stopniu nie wyglądał na zawstydzonego.

Nie, wyglądał wspaniale. Irytująco wspaniale.

– Skąd, do licha, się tu wzięłaś? – odezwał się głosem, w którym brzmiało zrozumiałe poirytowanie, a jednocześnie takim, od którego miękły kolana.

Penny wygrzebała się z draperii, ale upadła na podłogę.

– Z domu obok. Mieszkam tam. To mój dom.

– A ja jestem właścicielem tego domu.

– Nie zdawałam sobie sprawy, że nowy właściciel już tu mieszka.

– Owszem, od dziś.

Widziała dużo. Niestosownie dużo, ale nie potrafiła odwrócić wzroku.

Boże, ależ to był postawny, przystojny mężczyzna.

Był potężny. Wysoki, barczysty, muskularny. I całkiem nagi, pomijając cienki kawałek tkaniny owinięty wokół bioder i gęste, czarne włosy. A miał ich sporo, nie tylko na głowie, ale też pojawiały się na mocno zarysowanej linii szczęki i na klatce piersiowej.

Miał sutki. Dwa.

Oczy, Penny, oczu też ma dwoje. Skup się na oczach.

O dziwo, ta strategia niewiele pomogła. Jego oczy wyglądały jak onyksy; jak kawałki onyksów zanurzonych w atramencie, oprawionych w obsydian, wrzuconych w niezmierzoną głębię nocy.

– Kim jesteś? – wyszeptała.

– Jestem Gabriel Duke.

Gabriel Duke.

Ten Gabriel Duke?

– Miło mi cię poznać – powiedziała odruchowo, ale gdyby tylko było to możliwe, usłyszałaby pełne dezaprobaty cmokanie matki dobiegające z samych Indii, dokąd wyjechała.

– Nie powinno być ci miło. Nikomu nie jest miło.

Owszem, to prawda, nie było miło. Gazety wylały oceany atramentu, pisząc o tym mężczyźnie, który pochodził nie wiadomo skąd i miał nieograniczone wpływy. Niektórzy mówili o nim, że jest bezwzględny; inni – bezwstydny. Ale wszyscy zgadzali się co do jednego: że był obrzydliwie wręcz bogaty.

Nazywali go Księciem* Zniszczenia.
*Nazwisko Duke to jednocześnie słowo oznaczające księcia.

Gdzieś u góry Delilah wydała z siebie zuchwały, nieomal sprośny gwizd. Papuga wydostała się spod draperii, przefrunęła na drugi koniec pokoju i usiadła na nieużywanym kinkiecie, dokładnie za nowym, imponująco męskim sąsiadem Penny.

Och, ty zdradziecki ptaku!

Gabriel Duke wzdrygnął się i zrobił unik, gdy papuga przeleciała mu nad głową.

– Co to, u diabła, jest?

– Mogę to wyjaśnić.

Tyle że raczej nie chcę.

 To papuga – odpowiedziała. – Moja papuga.

– Rozumiem. A ty kim jesteś?

– Ja… hm… – Dłonie Penny zdawały się żyć własnym życiem; z trudem panowała nad sobą, by nie pokazać mu, że chciałaby być teraz w zupełnie innym miejscu.

Woda kapała z postawnego ciała mężczyzny, jeszcze bardziej zwiększając zażenowanie Penny.

Kap. Kap. Kap.

– Jestem lady Penelope Campion.

Lady Penelope Campion.

Gabe przechylił głowę na bok, wytrząsając z ucha resztkę wody. Wydawało mu się, że źle usłyszał; na pewno powiedziała, że jest służącą u lady Penelope Campion.

– Nie możesz być lady Penelope Campion.

– Nie?

– Nie. Lady Penelope to stara panna, mieszkająca z kilkoma tuzinami kotów.

– Nie tuzinami – odpowiedziała – tylko nieco ponad jednym tuzinem. I to tylko dlatego, że teraz są kocięta. Jest wiosna, sam rozumiesz.

Nie, nie rozumiał. Nic tu nie miało sensu.

Lady Penelope Campion to główny powód, dla którego kupił tę nieruchomość. Rodziny nuworyszy gotowe były zapłacić skandalicznie dużo, by móc mieszkać przez ścianę z damą, nawet jeśli owa dama to niezbyt miła stara panna.

Jak, u licha, ta kobieta mogła być starą panną? Była córką hrabiego, z pewnością miała ogromny posag. Jeśli żaden tonący w długach obibok, próbujący wżenić się w tytuł i majątek, dotąd się jej nie oświadczył, to prosta logika nakazywała sądzić, że jest w niej coś mocno odstręczającego. Może nieznośnie skrzekliwy głos albo braki w uzębieniu, albo kłopoty z higieną osobistą?

Niczego jednak takiego nie mógł w niej w tej chwili dostrzec. Była młoda i ładna, nie było od niej czuć nieprzyjemnego zapachu. Zęby miała jak perełki, a głos delikatny jak promienie wschodzącego słońca. Nie było w niej nic, absolutnie nic zniechęcającego. Była wręcz w pewien sposób… zachęcająca.

Dobry Boże, zbije majątek na sprzedaży tego domu.

Zakładając oczywiście, że młoda lady nie jest zrujnowana. W jej kręgach nietrudno jest popaść w ruinę. Przykład pierwszy z brzegu: wystarczy, że znaleziono by ją samą i skąpo odzianą w sypialni mężczyzny znienawidzonego przez arystokrację i uważanego za łajdaka, na dodatek chwilowo również w negliżu.

– Musisz stąd wyjść – powiedział. – Natychmiast.

– Nie mogę. Muszę złapać…

– Poczekaj tu, ubiorę się i odprowadzę cię do domu. Dyskretnie!

– Ale…

– Bez dyskusji – warknął.

Gabe zawziął się, zostawił za sobą przeszłość i wydostał z rynsztoka, wykorzystując do tego celu zrujnowanych arystokratów. Ale nie zapomniał, skąd pochodzi. Nauczył się, jak poruszać się wśród ludzi uważających się za lepszych, jednak wciąż w nim żył nisko urodzony łobuziak – choćby w jego szorstkim głosie złodziejaszka, na dźwięk którego szanowane damy przytrzymywały mocniej torebki.

Lady Penelope Campion nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Jej wzrok był skupiony na czymś, co znajdowało się za nim, na wysokości ramienia. Odruchowo poruszył głową w tamtą stronę.

– Stój – powiedziała spokojnie – Nie ruszaj się.

Usłyszał dziwny trzepot i za chwilę się zaczęło: ptak usiadł mu na ramieniu. Mówiła chyba, że to papuga. Poczuł pazurki wbijające mu się w ramię; napiął mięśnie, chcąc ją strącić.

– Nie rób tego – odezwała się lady Penelope. – Zaraz ją zabiorę.

Zazwyczaj Gabe wzdrygnąłby się na samą myśl o wykonywaniu poleceń, które padły z ust kobiety; w ogóle z ust kogokolwiek. Tym razem jednak była to dość niezwykła sytuacja.

– Ładna dziewczynka – zaskrzeczała papuga.

Gabe zacisnął szczęki. Myślisz, że tego nie zauważyłem, ty farbowany gołębiu?

Penny podeszła do niego, stawiając bezgłośne kroki na miękkim dywanie, powoli, krok za krokiem. A potem z jej ust padły słowa słodkie jak miód:

– Tak, kochanie – wymruczała.

Gabe poczuł, jak lekko unoszą mu się włosy na karku.

– Zostań… właśnie… tu.

Włosy na jego rękach także się uniosły.

– Tak – westchnęła Penelope – właśnie tak.

Teraz poczuł włosy na łydkach. Cholera, ma zdecydowanie za dużo włosów. Zanim to wszystko się skończy, będzie miał gęsią skórkę i sterczące włoski na całym ciele. I nie tylko włoski.

– Nie ruszaj się – powiedziała.

Nie mógł odpowiadać za papugę, ale w nim coś się poruszyło. Pewna część jego jestestwa żyła własnym życiem, szczególnie w obecności kobiety w prześwitującej bieliźnie. Już od dłuższego czasu nie miał kobiety, ale jego ciało nie zapomniało co i jak.

Nie mógł się powstrzymać. Spojrzał na jej twarz, właściwie to zerknął przez ułamek sekundy; nie na tyle długo, by uważnie się jej przyjrzeć. Tak naprawdę dostrzegł jedynie jej usta. Usta wydatne i pełne jak płatki kwiatów, delikatnie różowe.

Była teraz blisko, tak blisko, że z każdym oddechem czuł jej zapach. Pachniała smakowicie. Z wolna narastało w nim pożądanie.

– Wiem, że czujesz się zagubiona, ale się nie boisz. Na pewno bardzo za nią tęsknisz, prawda? Ale ja tu jestem kochanie, jestem tu.

Słowa Penelope sprawiły, że od stóp do głów poczuł przeszywający go dziwny ból. Bolesną świadomość istnienia wszystkich tych pustych miejsc.

– Chodź ze mną do domu – wyszeptała – a z całą resztą też sobie poradzimy.

Nie mógł już tego znieść.

– Na miłość boską, zdejmij ze mnie to cholerstwo.

Wreszcie zabrała tego pierzastego potwora.

– Dobrze, właśnie tak – mówiła, trzymające delikatnie papużkę, po czym włożyła ją do klatki i zamknęła drzwiczki.

Odetchnął z ulgą.

– Uspokoiłaby się szybciej, gdybym przykryła klatkę – odezwał się piękny nieproszony gość. – Nie masz przypadkiem ręcznika?

Gabe zerknął na kawałek materiału, który miał zawiązany wokół bioder.

– A jak bardzo jest ci potrzebny?

Zarumieniła się.

– Już nieważne. Wracam do domu.

– Odprowadzę cię.

– Ależ naprawdę nie ma takiej potrzeby. Mieszkam przecież obok, nie więcej niż dwadzieścia kroków stąd.

– To o dwadzieścia kroków za dużo.

Gabe może i nie działał zgodnie z zasadami zachowania obowiązującymi wśród śmietanki towarzyskiej, ale rozumiał jej członków na tyle, by wiedzieć, że cała ta sytuacja pogwałciła co najmniej kilkanaście z owych zasad. A wszystko, co zagroziło reputacji Penelope, mogłoby znacznie zmniejszyć zysk, jaki chciał uzyskać ze sprzedaży domu. Dopóki go nie sprzeda, jej wartość jest powiązana z jego domem.

– Nie mam najmniejszej wątpliwości, że jest pani przyzwyczajona to tego, że wszystko dzieje się tak, jak pani chce, jaśnie pani. Ale zrujnowałem już wystarczająco wielu lordów, baronetów, rycerzy i dżentelmenów, tak że mógłbym nimi wypełnić cały Bloom Square. – Gabe uniósł brew. – Uwierz mi, kiedy mówię, że znalazłaś we mnie godnego przeciwnika.

 

[1]  Nazwisko Duke to jednocześnie słowo oznaczające księcia (wszystkie przypisy od tłum.).

 

Inne książki autora