Facebook
Alfabet miłości

Alfabet miłości

Tytuł oryginału: Earls Just Want to Have Fun
Tłumaczenie: Aleksandra Januszewska; Katarzyna Przybyś-Preiskorn
Ilość stron: 320
Rodzaj: Oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-06-26
EAN: 9788324166961
39.80 PLN
26.63 PLN
Romans historyczny

„Emocje, akcja, humor i upojna love story.”
„Romantic Times Book Reviews”


Marlowe jest piękna jak szlachetnie urodzona dama, lecz daleko jej do salonowych manier. Zna tylko mroczne zaułki Londynu i niebezpiecznych ludzi. Czasem jednak powraca do niej mgliste wspomnienie z dzieciństwa i imię – Elizabeth...
I nagle ktoś wita ją tym imieniem. Marlow to zaginiona przed laty córka markiza. Odnajduje ją słynny detektyw i przywozi do swego brata, hrabiego Dane, by zaopiekował się Elizabeth, dopóki on sam nie wróci z jej rodzicami. Hrabia niecierpliwie czeka, aż brat uwolni go od kłopotu. Ale jego nieobecność się przedłuża, a towarzystwo równie nieokrzesanej, co urzekającej dziewczyny staje się coraz bardziej podniecające. I coraz bardziej ryzykowne…


SHANA GALEN to bestsellerowa autorka wydawanych na całym świecie romansów historycznych wypełnionych zmysłowością, przygodą, tempem i dowcipem. Jej powieści zdobywają najważniejsze nagrody, m.in. RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara dla romansu historycznego), i znajdują się w Top 10 list bestsellerów „New York Timesa” i Amazonu.

 

Miała pięć lat. Lubiła swój wiek, bo kiedy jakiś dorosły pytał ją, ile ma lat, mogła podnieść palce jednej dłoni i rozłożyć je szeroko. Dorośli zawsze pytali, ile ma lat i jak ma na imię. Czasami pytali, jaki jest jej ulubiony kolor. Łatwe pytania. Miała na imię Elizabeth i najbardziej lubiła kolor różowy.

Lubiła kandyzowane fiołki i szczeniaczki, a nie znosiła kłaść się spać i swojej niani. Niania zawsze kazała jej trzymać się prosto, nie brudzić sukienki i szczotkować włosy. Jasnobrązowe włosy Elizabeth łatwo się plątały. Musiała je szczotkować trzy razy dziennie. Co najmniej. Niania zadawała trudne pytania. Kazała Elizabeth literować swoje imię. Elizabeth powiedziała kiedyś mamie, że wolałaby się nazywać Jane, tak jak  niania, bo Elizabeth jest o wiele za długie.

Mama roześmiała się. Mama zawsze się śmiała; Elizabeth chciałaby zawsze być z mamą i nigdy nie musieć widzieć niani. Ale mama i papa musieli chodzić na bale, bo był sezon sezon. A to znaczyło, że wkładali ubrania, których Elizabeth nie mogła dotknąć, chyba że miała ręce wyszorowane do czysta, kładli się bardzo późno i spali cały dzień. Elizabeth musiała być  cichutko.

Nienawidziła być cicho prawie równie mocno, jak kłaść się spać przy niani, która krzyczała, jeśli Elizabeth nie chciała leżeć w łóżku, albo paplała i paplała i buzia jej się nie zamykała. Elizabeth uwielbiała, kiedy to mama tuliła ją do snu, ponieważ mama zawsze śpiewała jej kołysanki. Jej ulubiona zaczynała się od słów: Lawenda jest niebieska, ale mama zmieniła słowa.

 

 Elizabeth ma dziewczynka, zawsze słodka jak rodzynka...

Dam jej buzi na powitanie.

Gdy znów zobaczę moje kochanie.

 

Dzisiaj mamy przy niej nie było. W słoneczny, ciepły dzień niania zabrała ją do parku. Elizabeth nie posiadała się ze szczęścia. Mogła biegać – kiedy niania nie patrzyła –wirować i tańczyć i zrywać polne kwiatki dla mamy. Niania nakrzyczała na nią wcześniej, że ubłociła fartuszek, ale nie dało się przecież tego uniknąć skoro wszystko, co interesujące, znajdowało się obok błota albo w błocie.

Elizabeth schyliła się, żeby popatrzeć na śliczny, różowy kwiatuszek i podskoczyła, kiedypiłka, która toczyła się po trawie, zatrzymała się u jej stóp. Podniosła głowę, szukając właściciela. Chłopiec, mniej więcej w jej wieku, machnął do niej ręką, i zawołał:

- Kopnij ją z powrotem!

Elizabeth zamrugała i zerknęła przez ramię na nianię. Ale niania wcale na nią nie patrzyła. Rozmawiała z jakimś panem, którego Elizabeth nie znała. Niania uśmiechała się i bez przerwy mrugała. Elizabeth zastanawiała się, czy niani coś nie wpadło do oka.

- Kop! – ponaglił ją chłopiec.

Elizabeth chciała kopnąć piłkę, ale nie była pewna, czy niani by się to spodobało. Oczywiście, w tej chwili niania jej nie widziała. Zerknąwszy jeszcze raz przelotnie przez ramię, Elizabeth kopnęła piłkę. Piłka pomknęła po trawie i po niskim zboczu pagórka. Chłopiec wydał radosny okrzyk i pobiegł za nią.

- Chodź! – zawołał, machając ręką. Wyglądało na to, że świetnie się bawi, więc Elizabeth pobiegła. Kopnął piłkę i pozwolił jej kopnąć ją po raz drugi. Potem znowu on, potem znowu ona. Roześmiana dziewczynka biegała, marząc, żeby zabawa nigdy się nie skończyła. Była ciekawa, czy niania widzi, jak wspaniale się bawi, ale kiedy się odwróciła, nigdzie jej nie było widać. Niczego nie poznawała. Nadal była w parku, ale odbiegła daleko od dróżki, gdzie niania i inni spacerowicze cieszyli się pięknym dniem.

- Chodź! – krzyknął chłopiec, i ponownie kopnął piłkę.

Elizabeth potrząsnęła głowa.

- Nie mogę. Muszę znaleźć nianię. – Spojrzała w lewo i w prawo, zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, dokąd pójść. Warga jej zadrżała i poczuła łzy w oczach.

Nagle zza drzewa wyszedł mężczyzna. Chłopiec musiał go znać, bo natychmiast do niego podszedł, ale mężczyzna nie zwrócił na niego uwagi.

- Nie płacz, dziewuszko – powiedział. – Pomogę ci znaleźć nianię.

Wyciągnął rękę i Elizabeth zrobiła krok do przodu. Podniosła głowę, żeby na  niego spojrzeć i zawahała się. Miał małe, dziwne oczy – jedno zielone, drugie niebieskie – i ostre, krzywe zęby, a pomimo porządnego ubrania, czarne włosy wisiały mu w brudnych strąkach. Uśmiechał się, ale oczy pozostały zimne. Elizabeth w milczeniu potrząsnęła głową i cofnęła się.

- Dokąd to, dziewuszko?

Potrząsnęła głową i odwróciła się, żeby odbiec, kiedy jego ręce chwyciły ją powyżej pasa.

 

***

Marlowe patrzyła, jak Gap idzie Piccadilly, jakby nic na świecie go nie obchodziło. Trudna sztuka, w gruncie rzeczy Przez tłum na Piccadilly najsilniejsi mężczyźni przedzierali się z trudem. I ten hałas. Wszyscy mówili naraz, usiłując przekrzyczeć gazeciarzy i wszelkiego rodzaju przekupniów. Gap sprawiał wrażenie, że czuje się jak w domu i tak było. Z rękami w kieszeniach, pogwizdując jakąś melodyjkę przez szparę w zębach, wydawał się błądzić bez celu. Mężczyźni i kobiety zerkali na niego bacznie, podejrzliwie. Wyglądał jak typowy złodziejaszek, gotów lada moment zanurzyć rękę w cudzej kieszeni.

Dlatego tego nie robił.

Zbliżał się powoli do rogu, na którym stała udając na przemian, że przygląda się, jak czyszczą buty dżentelmenowi, albo studiuje ogłoszenia pokrywające wszelkie ściany i rusztowania. Marlowe wsunęła zbłąkany kosmyk włosów pod czapkę. Tak mocno ścisnęła piersi, że ledwie oddychała. Miała szczupłe nogi i biodra, ale długie włosy i pełny biust zdradziłyby ją, gdyby nie uważała. Z piersiami nie dało się nic zrobić, ale żałowała, że Satin nie pozwala jej obciąć włosów. Chciał, żeby je zachowała na okoliczność większego skoku.

Gap dał jej znak, wskazując cel kiwnięciem głowy. Marlowe w oskubywaniu gości nie ustępowała nikomu z gangu, a nawet od wielu była lepsza, dzięki dużej wprawie. Potrafiła mówić z różnym akcentem, i dlatego mogła wydawać się lepiej urodzona, niż była. Z tego powodu i dzięki słodkiej, niewinnej buzi ludzie z klas wyższych jej ufali. Brali ją za swoją, albo kogoś z klasy tylko odrobinę niższej. Swoich nigdy nie podejrzewali.

Stuknęła w daszek czapki, dając znak, że widzi gościa i przyjmuje zadanie. To był wysoki mężczyzna o szerokich ramionach i czystych, jasnobrązowych włosach pod cylindrem. Sprawiał wrażenie nadzianego, ale nie durnia i zawahała się na chwilę – dlaczego akurat ten? To nie była zwykła, łatwa zdobycz. Widocznie za coś płacił i Gapowi wpadły w oko grubsze pieniądze. A jeśli nadarzał się jakiś grosz, to należało go zgarnąć i zanieść do meliny. Nie miała ochoty narażać się na złość Satina.

Odwróciła się od czyścibuta i jego dżentelmena, doskonale zgrywając swoje ruchy w czasie. Kiedy zanurzyła się w tłum, przelewający się Piccadilly, była prawie tuż koło upatrzonej ofiary. Jego oczy, bystre, przejrzysto niebieskie na moment spotkały się z jej oczami i Marlowe przemknęło przez głowę: To błąd. Za późno – właśnie na niego wpadła, a jej zręczne ręce wykonały zadanie.

Z jego portfelem w ręku cofnęła się, skłaniając lekko.

- Pan wybaczy. Taki ze mnie niezgrabiasz.

Jedną ręką pakując pieniądze do kieszeni, drugą uchyliła lekko czapki. Teraz powinien powiedzieć: Nic się nie stało, drogi chłopcze. A potem każde poszłoby w swoją stronę.

Ale nie wypowiedział swojej kwestii. W istocie, nie spojrzał nawet na rękę, którą podniosła do czapki. Jego wzrok powędrował wprost do dłoni, którą chowała pieniądze do kieszeni. Wygiął usta w uśmiechu.

- Dzień dobry, Elizabeth. Czekałem na ciebie.

 

Aktualności
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej
2018-10-10

-40% na drugą książkę

Romans, thriller, horror, literatura dla pasjonatów historii i tajemnic, a nawet bestsellerowe książeczki dla dzieci. Tylko teraz wszystkie nasze książki  z rabatem -40%

czytaj więcej
2018-09-21

Weekend z "Ciemnością" Ragnara Jónassona

Razem ze Zbrodniczymi Siostrzyczkami rozpoczynamy weekend (21-23 września) z pierwszym tomem nowej trylogii Ragnara Jónassona „Ciemność”. Jest to początek serii pt

czytaj więcej

Inne książki autora

Pocałunek miłości Alfabet miłości
Premiera: 2018-10-23

Pocałunek miłości GALEN SHANA

39.80 PLN 26.63 PLN
Tajemnice diamentów

Tajemnice diamentów GALEN SHANA

39.80 PLN 26.63 PLN
Ukoić duszę dżentelmena
39.80 PLN 26.63 PLN
Prawdziwa miłość

Prawdziwa miłość GALEN SHANA

39.80 PLN 26.63 PLN
Na falach uniesień

Na falach uniesień GALEN SHANA

39.80 PLN 26.63 PLN