Zakazana nauka

Zakazana nauka

Tytuł oryginału: Forbidden Science
Ilość stron: 384, zdjęcia kolorowe i czarno-białe
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 165x235
Data wydania: 2020-02-05
EAN: 9788324171606
Historia powszechna

Co ukrywa, przemilcza i odrzuca oficjalna nauka: od archeologii przez medycynę, po fizykę i astronomię


Wielki Wybuch nie był początkiem Wszechświata!
Newton się mylił!
Starożytni konstruowali komputery!
Wielka Piramida nie była grobowcem faraona, lecz generatorem mocy...
Megality w Nabta Playa to prehistoryczne obserwatorium astronomiczne...
NASA konstruuje antygrawitacyjny napęd kosmiczny...
Wirnik radiometru można zatrzymać siłą umysłu...
Huragan Katrina był zaplanowanym atakiem wojny meteorologicznej wymierzonym w USA...
Wynalazcy tranzystora wykorzystali technologię Obcych…


Autorytety akademickie odrzucają lub wyszydzają odkrycia sprzeczne z oficjalną nauką. Ta książka je ujawnia!

W Zakazanej nauce J. DOUGLAS KENYON – pisarz, redaktor i wydawca amerykańskiego magazynu „Atlantis Rising” poświęconego badaniu zagadek przeszłości i współczesności – zebrał czterdzieści dwa artykuły alternatywnych naukowców. Ich autorzy przedstawiają kontrowersyjne odkrycia z różnych dziedzin: od starożytnych technologii, przez telepatię i inne wymiary, po teorię kwantową i podbój kosmosu. Odkrycie przez Teslę nowego źródła energii, tajne eksperymenty agencji wywiadowczych dotyczące kontroli umysłu, wpływ Obcych na współczesną technikę – naukowy establishment pomija milczeniem lub wręcz zakazuje dyskusji na temat tych i wielu innych sensacyjnych teorii niezgodnych z obowiązującym dogmatem. Dlaczego? A przecież te na pozór fantastyczne tezy mogą wkrótce zostać udowodnione.

Wstęp

J. Douglas Kenyon

W tej książce przemierzamy rzadko uczęszczane, najciemniejsze korytarze rozciągające się pod lśniącym gmachem nauki akademickiej. Na następnych stronach znajdziecie dowody na to, że prawdy nie da się albo ujmować w sztywne ramy, albo po prostu odrzucać, i to bez względu na wysiłki prominentów oficjalnej nauki. Przedstawimy tu wiele kontrowersyjnych teorii, które rzekomo zostały obalone po licznych sporach, chociaż tak naprawdę w ogóle nie były przedmiotem żadnej dyskusji. Kiedy jednak poznacie wszystko – od prawdziwego przeznaczenia Wielkiej Piramidy i megalitów Nabta Playa po astronomiczne teorie Immanuela Velikovsky’ego, od energii punktu zerowego i zimnej fuzji do badań Ruperta Sheldrake’a nad telepatią i postrzeganiem pozazmysłowym – zrozumiecie, że fakty różnią się czasami od tego, w co dotychczas wierzyliście. I jeśli w końcu zadacie sobie pytanie, dlaczego oficjalna nauka nie wykorzystuje tych materiałów i, co więcej, dlaczego dyskusja na ten temat została dosłownie „zakazana”, wtedy zapytacie o to samo, o co pytają autorzy tej książki.

Gdy znamy jakiś język obcy, łatwo wyławiamy znaczenie jego wyrażeń, jednak dla tych, którzy się go nie uczyli, wszystko brzmi jak pozbawione sensu dźwięki. Często w dzieciństwie, kiedy usłyszałem czyjąś obszerną wypowiedź w obcym języku, starałem się ją naśladować, wydając z siebie jakiś bełkot. Oczywiście nikt się na to nie nabierał i efektem moich wysiłków były jedynie zdziwione spojrzenia. W końcu zrozumiałem, że elokwencja człowieka to tylko puste dźwięki. Różnica tkwi w zrozumieniu.

Jakiś czas temu grupa studentów MIT (Massachusetts Institute of Technology) doprowadziła do absurdu problem pomieszania języków w świecie akademickim. Jak donosi agencja Reuters, studenci przelali na papier wygenerowany komputerowo bełkot. Wykorzystując napisany przez siebie program, który wyprodukował cały komplet fałszywych badań naukowych z bezsensownymi tekstami, wykresami i tabelami, zgłosili dwa dokumenty na światową konferencję poświęconą układom, cybernetyce i informatyce (WMSCI), która odbywała się w Orlando na Florydzie. Ku ich zaskoczeniu jeden z dokumentów, zatytułowany: Rooter: A Methodology for Typical Unification of Access Points and Redundancy (Wyorywacz: Metodologia typowej unifikacji punktów dostępu oraz nadmiarowości), został przyjęty do prezentacji.

Epizod ten przypomniał mi doświadczenie z czasów młodości. Wiele lat temu, jako świeżo upieczony student uczelni, której nazwy nie wymienię, krytykowałem poziom publikacji w studenckim magazynie poetyckim. Ktoś powiedział mi wtedy, że jeśli jestem taki mądry, powinienem sam coś przedstawić. Odparłem, że tak zrobię. Bezzwłocznie wyprodukowałem coś, co według mnie miało być okropnym wierszydłem, ale w stylu, jakie lubiano drukować w tym piśmie, i posłałem to. Ku mojemu zdziwieniu wiersz nie tylko wydrukowano, ale również wymieniono na okładce. Tym samym udowodniłem swoją rację.

W tej książce mamy nie tylko zamiar udowodnić, że tak zwani luminarze nauki – zajmujący miejsca autorytetów w dzisiejszych twierdzach władz naukowych – mogą być oszustami. Chcemy również wykazać, że do ich krytyki społeczności nauki alternatywnej, której wielu członków naprawdę ma głęboką wiedzę, powinno się podchodzić z głęboką rezerwą.

Zauważyłem, że ludzie uważający się za znawców podstaw nauki alternatywnej często nie docierają do sedna sprawy, za to skupiają się głównie na błahostkach. Tak zwani sceptycy z Komitetu Naukowego Badania Zjawisk Paranormalnych (Committee for Scientific Investigation of Claims of the Paranormal, CSICOP) i podobne organizacje zdają się nie pojmować języka, który starają się tłumaczyć. Czy też, jak lubi mawiać John Anthony West, „w ogóle nie łapią, o co chodzi”. Udaje im się jedynie wykazać swoją ignorancję.

Innym aspektem problemu jest świat biznesu, którego reprezentanci, patrząc na publikacje takie jak nasza, traktują je jako niszowe. Stwierdzają, że równie pomyślny rezultat można uzyskać, kiedy zestawi się kolekcję różnych bredni i da im etykietkę z modnie brzmiącą nazwą. Nieważna jest dla nich podstawowa spójność badań i ukazywanych perspektyw. Uważają, że mogą ją zastąpić własnymi bzdurami. Zdziwią się, odkrywając to, co już wiecie, drodzy czytelnicy – naszym celem jest nadanie sensu, a nie zarabianie pieniędzy, chociaż przy okazji przemawiamy do rosnącej grupy odbiorców.

Media głównego nurtu starają się przekonać każdego, że tematy, które podejmujemy, powinny być nazywane marginesem nauki. Okazuje się jednak, że wszystko, co establishment naukowy określa tym mianem, mieści się tak naprawdę w sferze jego zainteresowań. W raportach Gallupa czytamy, że „trzech na czterech Amerykanów przyznaje się do wiary w sprawy nadnaturalne”. Najbardziej popularne jest postrzeganie pozazmysłowe (ESP). Przynajmniej na tym polu wypowiedziom elit naukowych na temat tego, w co mamy wierzyć lub w co mamy nie wierzyć, można przeciwstawić dowody naszych zmysłów. Stare powiedzenie: „Komu uwierzycie? Mnie czy swoim kłamliwym oczom?”, może nie mieć tu racji bytu. Z pewnością niejeden z nas osobiście doświadczył wielu rzeczy, których ortodoksyjna nauka nie jest w stanie wyjaśnić.

Raporty Gallupa to nie jedyny dowód na słabość współczesnej nauki. Według Instytutu Badań Społecznych i Religijnych imienia Louisa Finkensteina (Louis Finkenstein Institute for Social and Religious Research) ponad 60% naukowców odrzuca teorię Darwina, według której „ludzkość ewoluowała w sposób naturalny, bez żadnych nadprzyrodzonych wpływów”. Michael Gluck i Robert J. Cisak, naukowcy piszący do internetowego „Jewish World Review”, twierdzą, że lekarze wiedzą obecnie o wiele więcej niż kiedyś o funkcjonowaniu ludzkiego ciała, więc nie robią na nich żadnego wrażenia dość uproszczone teorie Darwina. Jednym z podanych przez nich przykładów jest ludzkie oko – zadziwiający skomplikowany układ, wykazujący cechy specjalnie zaprojektowanego systemu, którego nie potrafi wyjaśnić standardowy model ewolucjonizmu. Jednak najbardziej kłopotliwe dla oficjalnej nauki powinny być badania sondażowe przeprowadzone jakiś czas temu przez Fundację Badawczą Health Partners (Health Partners Research Foundation) w Minnesocie. Według raportu opublikowanego w brytyjskim czasopiśmie „Nature” w anonimowym sondażu jeden na trzech amerykańskich naukowców przyznał, że złamał w ciągu ostatnich trzech lat zasady, które mają zapewniać rzetelność przeprowadzanych badań. Grzeszki te, według „Minneapolis Star Tribune”, są różne – od podpisywania się pod dokonaniami innej osoby po zmianę wyników badań pod wpływem nacisku sponsora. „Nasza ankieta potwierdza – podsumowują autorzy – że amerykańscy naukowcy zajmują się sprawami, które przekraczają często pojęcie falsyfikacji, fabrykowania i plagiatów i które mogą zniszczyć integralność nauki”.

Czy program takiej fałszywej nauki jest ważniejszy niż sama nauka? Czy chodzi tutaj o pewnego rodzaju utrzymanie politycznej władzy?

Podczas procesu sądowego w Dover w stanie Pensylwania, który skupił na sobie uwagę świata, rozważano, czy „teoria inteligentnego projektu” (ID) może być nauczana w szkołach. Mogliśmy z fascynacją obserwować klasyczne strategie i metody postępowania mające na celu uzyskanie politycznych korzyści. Jeszcze raz przypomina się znane powiedzenie, że nic nowego pod słońcem.

Weźmy na przykład samo słowo „ewolucja”. Nic w teorii inteligentnego projektu nie zaprzecza teorii ewolucji. Co więcej, jednym z głównych celów prac nad ID jest ustalenie, co jest niezbędne, by ewolucja mogła funkcjonować. Niektórzy potrzebują kury, by mieć jajko, a inni jajka, by mieć kurę, więc jasne jest, że ewolucja może potrzebować czasami pomocy (na przykład inteligentnego projektanta), ale nie oznacza to bynajmniej, że ewolucja (to znaczy postępująca zmiana) nie zachodzi. Wręcz przeciwnie, jest jasne, że zmiana zachodzi, i poważni orędownicy inteligentnego projektu z tym nie dyskutują.

Dla nas – pomimo oskarżeń, że teoria inteligentnego projektu jest antyewolucyjna i antynaukowa – jest oczywiste, że może ona zapewnić nam prawdziwie oświeconą drogę pomiędzy fałszywymi wyborami. Do tej pory wmawiano nam, że musimy wybierać albo biblijny kreacjonizm, albo ewolucję. Jednak w obecnych sporach kwestionowana jest nie sama ewolucja, ale darwinizm – teoria, że ewolucja mogła przebiegać tylko i wyłącznie w wyniku przypadku i działania sił materialnych, bez udziału inteligencji. Jak na ironię, ci, którzy „wierzą” w darwinizm, w rzeczywistości stoją na stanowisku metafizycznym i trzymają się go siłą wiary, bez wsparcia dowodów. Wyznają wirtualną religię własnej roboty, nie uznając żadnej
innej.

Kult darwinizmu, jak nam się wydaje, uzurpuje sobie rolę kapłaństwa, które pozornie obalił, twierdząc, że tylko on może dostarczyć odpowiedzi, których szuka świat. A jednocześnie jego wyznawcy udawali niewiniątka, kiedy kwestionowano spójność teorii i podważano jej autorytet.

Niedowiarkom trudno zrozumieć pracę umysłową elit darwinistycznej religii. Możemy za to poznać wpływ tych elit na niższe, gorzej poinformowane, poziomy ich hierarchii i dokonać wielu pożytecznych obserwacji. Na przykład, kiedy nawołuje się do obrony „świętej” sprawy „nauki”, która ma być zagrożona przez rosnące wpływy ID, większość świeckiej prasy posłusznie chowa się za wał obronny. Ostre, a nawet histeryczne krytykowanie teorii inteligentnego projektu jako zaledwie frontu przeciwko biblijnym fundamentalistycznym kreacjonistom oraz przepowiadanie zagłady – czyli dosłownie powrót do wieków ciemnych – ukazuje jednakże tylko ignorancję oskarżycieli. Płacze nad nieuchronną „śmiercią” nauki są, jak podejrzewamy, odzwierciedleniem malejącej pewności siebie i rosnącego zaniepokojenia o utrzymanie pozycji darwinizmu. W takim stanie spór, w którym jedna ze stron opiera się wyłącznie na dotychczasowych zasługach, jest zbyt groźny i powinno się go zaniechać.

Autorzy niniejszej książki – jak wiele innych osób – mają okazję przyglądać się głębokim podziałom w ortodoksyjnych mechanizmach wykrywania prawdy w naszym społeczeństwie. Nie jest to rezultat spisku, ale raczej schizmy rozdzierającej duszę cywilizacji. Jej efektem jest mnóstwo problemów: wyobcowanie, wojny, zatrucie środowiska i tym podobne. Jednym z symptomów zaburzenia jest wyniesienie ludzi tego niegodnych na pozycje autorytetów, z których mogą oni – w nieskończonych usiłowaniach, by zachować swoje korzyści – manipulować władzą. A kiedy jest okazja do zdeprawowania, nie brak chętnych, by z niej skorzystać. Stan ten jest powszechny i niedopuszczalny. Jednak miejmy nadzieję, że w obecnym konflikcie dotyczącym inteligentnego projektu stajemy się świadkami jednego z najbardziej zadziwiających momentów, kiedy system, dla zachowania własnej równowagi, przystępuje do koniecznej samonaprawy.

Jeśli to właśnie obecnie się dzieje, możemy zaobserwować powstanie gwałtownej opozycji.

Co mamy jeszcze nowego?

W „Chicago Sun Times” po premierze nowego hollywoodzkiego filmu fantasy Eragon ukazała się recenzja Miriam Di Nunzio, krytyka filmowego. Autorka skarży się, że zupełnie nie rozumie, dlaczego czarnoksiężnik Durza „nie może po prostu pomachać rękoma i w ten sposób odzyskać” błękitny kamień poszukiwany przez złego króla i jego służalców. A następnie kwestionuje logikę historii, w której czarny charakter ku swojemu zdziwieniu odkrywa, że istnieją siły wrogie wobec króla, który powinien zostać zniszczony. „Jest dla mnie zadziwiające, dlaczego Durza nie może tego magicznie wywróżyć” – komentuje poirytowana recenzentka. A przecież odpowiedź na protesty Di Nunzio znajdziemy w filmie, kiedy Brom, którego gra Jeremy Irons, mówi: „Magia ma swoje prawa”.

Wspominam o dyskusji dotyczącej Eragona nie dlatego, że uważam ten film za szczególnie wybitny, ale po to, by zobrazować sedno sprawy. Di Nunzio wydaje się jedną z tych osób, które uważają wszystko, co jest związane ze sprawami nadprzyrodzonymi, za dziedzinę niemającą podstaw w rzeczywistości. Według tego sposobu myślenia każda historia o magii jest już z definicji fikcją, w której jedyne prawo to prawo stworzone przez autora. Innymi słowy, kiedy zdecydujesz się opowiedzieć jakąś historię, po co ma cię ograniczać coś takiego jak logika?

Ten uproszczony sposób rozumowania dominuje obecnie w mediach i to nie tylko głównego nurtu. Jak na ironię, właśnie tutaj bardzo często używa się określenia „nadprzyrodzony”. Zgodnie z powszechnie przyjętym myśleniem otacza nas znany nam naturalny świat, który posłuszny jest podstawowym prawom fizyki, tym rozumianym przez nas. Reszta jest już tylko nadprzyrodzona, czyli uwolniona z więzów praw naturalnych, i oczywiście nieprawdziwa. W wyniku takiego myślenia wszystko, czego nie rozumiemy, staje się „nadprzyrodzone”, czyli innymi słowy „zupełnie fikcyjne”. Walka toczy się między tymi, którzy, tak jak religijni fundamentaliści, wierzą, że nadprzyrodzone istnieje (ich Bóg, który stworzył prawa przyrody, nie musi ich przestrzegać, jeśli nie chce), a tymi wojowniczymi sekularystami, którzy wierzą, że nadprzyrodzone nie istnieje i że nasze obecne naukowe rozumienie rzeczywistości nie powinno być kwestionowane. Jedynie nieliczni, jak się wydaje, uważają, że ostatecznie sam rozum zależy od poglądu, że porządek, rozumiany lub nierozumiany, jest najważniejszy, i że wystąpienie jakiegokolwiek niewyjaśnionego zjawiska więcej mówi o ograniczeniach naszego „pojmowania” niż o ograniczeniach porządku naturalnego.

O dziwo, ludzie, którzy sami obwołali się strażnikami naszego współczesnego zbioru zasad obejmującego prawo naturalne – innymi słowy „dozorcy paradygmatów”, fundamentaliści z innego kościoła – nie chcą lub nie potrafią zauważyć możliwości, które istnieją poza ograniczeniami naszego obecnego rozumowania. Ci „wyżsi kapłani” panującej nauki uwielbiają klasyfikować wszystkich, którzy nie zgadzają się z ograniczeniami nałożonymi na rzeczywistość, jako zwolenników „nadprzyrodzonego” albo jeszcze gorzej. Innymi słowy, uważają tych, którzy myślą inaczej niż oni, za ignorantów i ludzi zabobonnych, jeśli nie za amatorów czarnej magii.

A przecież, jak trafnie stwierdził Arthur C. Clarke, „zaawansowanej technologii nie da się odróżnić od magii”. Jasne jest, że wiele obecnych zdobyczy technologicznych daje efekty, które nasi przodkowie uznaliby za magię. Dlaczego więc aroganci nie pozwalają nam widzieć, że rzeczy, które obecnie wydają się niepojęte, nie wydawałyby się takie, gdybyśmy dysponowali większą wiedzą? A może rozsądniejsze byłoby przyjęcie, że zasady, które według naszej obecnej wiary rządzą światem rzeczywistym, powinno się rozszerzyć i poddać rewizji i że nawet nasi dalecy przodkowie mogli rozumieć rzeczy, które wprawdzie teraz uległy zapomnieniu, ale, miejmy nadzieję, pewnego dnia i my będziemy mogli je pojąć?

Do czasów takich jak współczesne świetnie pasuje połączenie dwóch refrenów starych piosenek – „teraz patrzymy w ciemne zwierciadło”, ale „kiedyś zrozumiemy więcej”.

Gdy samozwańczy eksperci objawionej mądrości obecnego porządku wpadają we wściekłość, powinni odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę ich rozsierdziło. Jeśli są tak pewni wiarygodności swojej sprawy, co może ich niepokoić w naszych „tyradach”? Wydaje mi się, że zbytnio protestują, ponieważ mają wątpliwości co do swojego stanowiska, których po prostu nie wyjawiają.

W przeprowadzonej ostatnio w Internecie debacie dotyczącej realności istnienia życia po życiu obrońca pozycji sceptycznej zwrócił się do oponenta: „Nie wiem, czy to [życie po życiu] naprawdę nie istnieje, ale ty nie wiesz, czy istnieje”. Niejeden raz mieliśmy okazję poznać podobne komentarze. Znaczy to tyle, że każdy, kto przypisuje sobie wiedzę przewyższającą wiedzę „sceptyków”, nie może być szczery, musi więc kłamać, kierując się jakimiś ukrytymi pobudkami. Ten rodzaj retoryki wykorzystywanej przez oddziały demaskatorów stał się typową metodą ich działania na wielu polach – od życia po życiu do teorii inteligentnego projektu, od energii punktu zerowego do antygrawitacji – i jest kontynuowany z takim emocjonalnym żarem, że nie da się go ignorować. Ciekawe tylko, skąd bierze się takie zachowanie.

Czy nie jest tak, że instytucjonalna mistyka, która wywołuje wielki strach mediów i części społeczeństwa, to jedynie wyszukany podstęp, który ma zamaskować słabość i ślepotę okopujących się prominentów? Przecież, podobnie jak w przypadku nowych szat cesarza, może to dostrzec nawet dziecko. Sprawy teorii spisku zostawiamy innym, wydaje się jednak oczywiste, przynajmniej na poziomie podświadomości, że ta poza zdradza w najlepszym razie niepewność co do wartości własnych przekonań. Szybkość, z jaką niektórzy najbardziej elokwentni obrażają się na każdą sugestię, że podstawowy paradygmat nauki materialistycznej może być kwestionowany, zdradza, jak sądzimy, głęboko zakorzenione wątpliwości we własne zdolności do postrzegania prawdy i do dyskutowania o niej.

Ujmijmy to inaczej. Przypuśćmy, że tak zwani demaskatorzy i ich współbracia byli daltonistami i zdali sobie sprawę, że są w gorszym położeniu niż ci, którzy nie mieli problemu z odróżnianiem kolorów. Ich potrzeba, by wyrównać szanse – zaprzeczyć istnieniu koloru i zażądać, by ci, którzy właściwie postrzegają przedmioty i ich wzajemne relacje, zostali nazwani szarlatanami lub jeszcze gorzej – może być zrozumiała, ale ma słabe widoki na powodzenie. Taka taktyka nie powiedzie się dopóty, dopóki ci sceptycy koloru nie będą mieć władzy, jeśli jednak ich plemię przejmie stery i podeprze swoją słabość mocą prawa, czy ci wszyscy, którzy potrafią dostrzec tęczę, będą wyjęci spod prawa?

Do tej pory możemy bez problemu propagować świadomość wielu odcieni, które zdobią nasz świat – niektóre z nich trudno dostrzec, jeśli się ich dokładnie nie wskaże. Książki takie jak nasza mogą być groźne dla tych, którzy postrzegają świat tylko w bieli i czerni lub w najlepszym wypadku w odcieniach szarości. Miejmy nadzieję, że nie narzucą nam oni odczuwanej przez siebie niepewności.

Jednocześnie ci, którzy mogą uznać niebezpieczeństwa naszych czasów za nieco przytłaczające, znajdą wiele powodów, by nie upadać na duchu. Odkrycia i wiedza przedstawiane na tych stronach, a także heroiczne wyczyny mogą wskazać nam drogę do wolności, której szukaliśmy. Jeśli zaś droga przed nami wygląda na niebezpieczną, warto pamiętać, że zawsze tak było. Jak powiedział pewien mędrzec: „Zmiany są rezultatem dramatycznych wydarzeń”.

Inne książki autora

Zakazana historia ludzkości Zakazana nauka

Zakazana historia ludzkości KENYON J. DOUGLAS

Zakazana historia ludzkości

Zakazana historia ludzkości KENYON J. DOUGLAS