Facebook
W ślady ojca

W ślady ojca

Tytuł oryginału: In His Father’s Footsteps
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-11-27
EAN: 9788324168408

Dostępny po: 2018-11-27
39.80 PLN
23.87 PLN
Literatura obyczajowa
Zapowiedź

Najnowsza powieść mistrzyni literatury obyczajowej

 

 

 

Rok 1945. Amerykanie wyzwalają niemiecki obóz koncentracyjny. Wśród ocalonych są Jakob i Emmanuelle. Każde z nich straciło w koszmarze wojny wszystko i wszystkich. W sobie znajdują pocieszenie i nadzieję.

W Nowym Jorku rozpoczynają nowe życie. Razem budują swój świat: ciężkiej pracy, dobrobytu, a wreszcie fortuny - dla siebie i swojego syna Maxa.

Dwadzieścia lat później Max jest błyskotliwym biznesmenem, uosobieniem wiary, że Ameryka to kraj nieograniczonych możliwości. Pragnie zostawić za sobą smutek, jaki przeszłość rzucała cieniem na jego rodzinę, i osiągnąć własny sukces, tak jak jego ojciec. Lecz życie pokaże mu, że nie wszystko da się zaplanować. Max będzie musiał zrobić coś, czego nie robił nigdy wcześniej: walczyć, wytrwać i nauczyć się, co to naprawdę znaczy iść w ślady ojca...

 

Od zgliszcz powojennej Europy po bogactwa, sukces i bezgraniczne luksusy Nowego Jorku, najpopularniejsza autorka literatury kobiecej opowiada poruszającą historię trzech pokoleń silnych, odważnych i kochających ludzi. To wspaniały, dający nadzieję hołd złożony rodzinie, która razem przetrwa nawet najcięższe próby


DANIELLE STEEL, mistrzyni literatury obyczajowej osiągnęła oszałamiający sukces wśród czytelniczek w każdym wieku, dzięki temu że każda kobieta może odnaleźć w jej bohaterkach siebie, własne problemy i zmagania, ale zawsze nadzieję, wytchnienie, marzenie i refleksję. I wiarę, że dobro zwycięża. Jej pasją jest pisanie, radością – dzieci, a hobby – zwierzęta. Jej 170 książek wydano w 69 krajach w rekordowym nakładzie 800 milionów egzemplarzy. Ponad 20 z nich sfilmowano.

Szóstego kwietnia 1945 roku naziści zaczęli ewakuować obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie na górze Ettersberg niedaleko Weimaru.  Obóz działał przez osiem lat, od 1937 roku, i od tamtej pory przeszło przez niego dwieście trzydzieści osiem tysięcy więźniów: mężczyzn, kobiet i dzieci. Pięćdziesiąt sześć tysięcy uwięzionych zmarło: Czechów, Polaków, Francuzów, Niemców.

Szóstego kwietnia żołnierze amerykańscy byli już od dwóch dni w pobliżu, a naziści chcieli zanim nadejdą alianci, wysłać z obozu wszystkich więźniów. Był to obóz pracy z krematorium, budynkiem szpitalnym, w którym przeprowadzano przerażające eksperymenty medyczne i bydlęcymi barakami dla więźniów.  W każdej stajni, w której kiedyś trzymano do osiemdziesięciu koni, mieszkało tysiąc dwustu więźniów, po pięciu na pryczę. Były też dodatkowe baraki dla mężczyzn. I jeden barak dla kobiet,  który mógł pomieścić do tysiąca więźniarek.

Szóstego kwietnia większość kobiet wysłano do Theresienstadt, kiedyś uważanego za wzorcowy obóz koncentracyjny, pokazywany gościom i delegacjom Czerwonego Krzyża. Kobiety, które były w stanie chodzić, szły na piechotę lub były wiezione w wagonach. Inne pozostawiono w barakach. Ewakuowano też tylu mężczyzn, ilu zdołano. Mieli być odesłani w głąb Niemiec albo do odleglejszych obozów koncentracyjnych. Ewakuacja trwała już od dwóch dni i więźniowie zastanawiali się, co niesie im najbliższa przyszłość.

Ósmego kwietnia Gwidon Damazyn, polski inżynier, który siedział w obozie od czterech lat, przez zbudowaną przez siebie krótkofalówkę wysłał informację alfabetem Morsa, po niemiecku i angielsku.

„Do aliantów. Do armii generała Pattona. SOS. Potrzebujemy pomocy. Chcą nas wywieźć. SS chce nas pozabijać” . Współpracujący z Damazynem Konstantin Leonow wysłał taką samą depeszę po rosyjsku.

Po trzech minutach otrzymali odpowiedź. „Obóz koncentracyjny Buchenwald. Trzymajcie się. Idziemy wam na pomoc. Sztab Trzeciej Armii.”

Gdy depesza nadeszła, rosyjscy więźniowie zaatakowali wieżyczki strażnicze  bronią, którą mieli w ukryciu, i pozabijali wachmanów. Ci ze strażników, którzy przeżyli, uciekli, żeby nie wpaść w ręce nadchodzącej Trzeciej Armii. Po ewakuacji w obozie zostało dwadzieścia jeden tysięcy więźniów. W tym tylko kilkaset kobiet.

Trzy dni później, 11 kwietnia 1945 roku, żołnierze Dziewiątego Batalionu Piechoty Zmechanizowanej Szóstej Dywizji Pancernej, wchodzącej w skład Trzeciej Armii, weszli do Buchenwaldu. Był to pierwszy obóz koncentracyjny wyzwolony przez wojska amerykańskie. Inne zostały już wyzwolone przez armie sowieckie, posuwające się naprzód przez Polskę.

Tego samego dnia, nieco później, do obozu przybyła Osiemdziesiąta Trzecia Dywizja Piechoty amerykańskiej. Żaden z amerykańskich żołnierzy nie był przygotowany na to, co tam zastali, chodzące szkielety, które na nich patrzyły, ludzi zbyt słabych, by chodzić lub stać i innych, którzy wiwatowali i krzyczeli, a łzy spływały im po policzkach. Ich wyzwoliciele też płakali. Więźniowie próbowali podnieść na ramionach Amerykanów, ale byli za słabi. Niektórzy umarli, w chwili gdy alianci wjechali do obozu albo parę minut później. Przez całe lata ich wrogami byli naziści, głód i spowodowane nim choroby.

Amerykańscy żołnierze weszli do baraków. Przeraziło ich to, co tam zastali, smród, brud i gnijące ciała, zbyt słabe, by wstać z pryczy, ludzie, których wycofujący się Niemcy chcieli zabić, ale nie mieli na to czasu.

Kiedy żołnierze weszli do głównego baraku, wysoki makabrycznie wychudzony mężczyzna potykając się podszedł do nich, machając ramionami. Miał ogoloną głowę, podarty, brudny pasiak, spod którego widać było klatkę piersiową z wystającymi żebrami. Wyglądał jak trup, nie można było określić jego wieku. Wyglądał na zrozpaczonego.

- Kobiety... gdzie są kobiety... wszystkie wywieźli? - zapytał.

- Jeszcze nie wiemy. Nie znaleźliśmy ich. Dopiero co przyszliśmy. Gdzie one są?

Mężczyzna wskazał w stronę innego baraku i potykając się zaczął tam iść.

- Poczekaj – młody sierżant wyciągnął rękę, żeby go powstrzymać. Dzięki temu złapał mężczyznę, kiedy ten zaczął się przewracać. - Ile czasu minęło, odkąd po raz ostatni jadłeś i piłeś?

- Pięć dni.

Sierżant wydał rozkaz dwóm swoim żołnierzom, którzy stali obok niego. Szybko odeszli, żeby go wykonać. Burmistrzowi pobliskiego Langenstein kazano natychmiast dostarczyć do obozu wodę i żywność. Jakiś oficer już wezwał przez radiostację personel medyczny. Wszyscy więźniowie wyglądali jak zombi.

- Zaprowadzę was do baraków dla kobiet – zgłosił się na ochotnika dopiero co wyzwolony więzień, chociaż ledwo stał na nogach. Dwaj żołnierze pomogli mu wsiąść do jeepa. Stwierdzili, że jest lekki jak piórko. Próbowali nie reagować na odór. Buty więźnia miały obcięte noski, ich podeszwy były przetarte na wylot. Zdjął je z trupa człowieka, którego zabili naziści. Pokazał im drogę do baraku dla kobiet. Kiedy tam dotarli, okazało się, że kobiety są w jeszcze gorszym stanie niż mężczyźni. Niektóre Współwięźniarki wyniosły niektóre z nich , a te, które mogły chodzić, same wyszły na zewnątrz, żeby patrzeć, jak amerykańscy żołnierze krążą po obozie. Nie wiedziały, czego się teraz mogą spodziewać, poza tym, że nic nie może być gorsze od tego, co przeżyły. Część z nich przeniesiono z innych obozów, wszystkie były przeznaczone do ciężkiej pracy, a niektóre przeszły niewyobrażalne eksperymenty medyczne. Wiele zmarło.

- Nazywam się Jakob Stein – przedstawił się więzień, który pokazywał żołnierzom w jeepie drogę.  Mówił płynną angielszczyzną z ciężkim niemieckim akcentem. - Jestem Austriakiem. Jestem tutaj od pięciu lat. - Zatrzymali się przy baraku dla kobiet i jeden z żołnierzy wyniósł go z jeepa, bojąc się, żeby nie upadł. Więzień podszedł chwiejnym krokiem do dwóch kobiet i przemówił do nich po niemiecku.

- Emmanuelle? - zapytał z nutą paniki w głosie. Żołnierze patrzyli na kobiety z przerażeniem. Były ledwie żywe. - Odeszła? - zapytał Jakob wykrzywiając z przerażenia wychudzoną twarz. Żołnierze zastanawiali się, czy pyta o swoją żonę, ale nic nie mówili. Próbowali uśmiechać się do kobiet, żeby ich nie wystraszyć.

- Jest w środku – powiedziała ochrypłym głosem kobieta o szaro-sinych wargach, owijając się mocniej podartym kocem. Wyglądał raczej na brudną ścierkę, niż na coś co mogłoby dać ciepło, ale oczy kobiety błyszczały od gorączki. Potknęła się i wpadła w ramiona żołnierza, który zaniósł ją do jeepa.

- Wezwaliśmy medyków – powiedział żołnierz – lekarzy. Była przerażona, kiedy to usłyszała i odsunęła się od niego. Nie mogli wiedzieć, przez co przeszła, ale ropiejąca, otwarta rana biegnąca wzdłuż jej nogi o czymś mówiła. Jakob zdążył już wejść chwiejnym krokiem do baraku, oficer kierujący jeepem wezwał przez radiostację pomoc medyczną dla kilkuset kobiet i wyjaśnił, gdzie są.

Minęło sporo czasu zanim Jakob wyszedł, niosąc kobietę, która wyglądała na bliską śmierci. Potknął się kilka razy, ale nie upuścił jej. Była tylko niewiele większa od dziecka i nie mogła ważyć więcej niż dwadzieścia pięć, trzydzieści kilo. Jeden z żołnierzy wziął ją od Jakoba i umieścił w samochodzie. Próbowała się uśmiechnąć, ale była za słaba.

- Myślałem, że cię wysłali – powiedział Jakob ze łzami w oczach. Zwracał się do niej po francusku.

Nie zauważyli mnie na pryczy – odpowiedziała pocieszającym głosem. - Wszystko będzie w porządku. - Wielkimi, zielonymi oczami popatrzyła na niego, na żołnierzy i uśmiechnęła się. Na wewnętrznej stronie jej przedramienia zobaczyli tatuaż z numerem obozowym. Jakob też taki miał. Wszyscy mieli. Tutaj byli numerami, nie ludźmi. W obozie nikogo nie uważano za człowieka. Mieli zostać unicestwieni. Jakob i Emmanuelle byli Żydami. Ona, Francuzka, została deportowana z Paryża razem z matką i młodszą siostrą. Siostrzyczkę zabito, kiedy przybyli do obozu, parę miesięcy później matka zachorowała i umarła.  Inne kobiety też widziały, jak mordowano ich rodziny i dzieci. Pozostawiono je przy życiu dlatego, że były dość silne, żeby pracować. Emmanuelle miała brudne ręce, połamane, zabrudzone paznokcie. Pracowała w ogrodach i od czasu do czasu, kiedy się spotykali, dawała Jakobowi ziemniaki i rzepę. Mogła zostać za to zastrzelona.

- Chcę zabrać te dwie kobiety do lekarza – powiedział żołnierz stojący obok Jakoba. – Ciebie też. Wezwaliśmy ciężarówki, przyjadą po innych, będą tutaj za parę minut. Nasi lekarze zajmą się wami. Powiesz im to? Niemcy uciekli. Teraz nikt nie zrobi im krzywdy. - Jakob przetłumaczył słowa żołnierza na francuski, dla Emmanuelle, potem na niemiecki  i rosyjski, którym też biegle władał. Kobiety pokiwały głowami i jeep ruszył w stronę głównej części kompleksu obozowego z Jakobem, Emmanuelle i jeszcze jedną kobietą, która zemdlała. Jakob trzymał Emmanuelle za rękę. Żołnierze zauważyli, że wszyscy oni mają martwe oczy. Przeszli przez niewypowiedziane piekło, kiedy tutaj byli. Żaden z Amerykanów nie był w stanie w pełni pojąć tego, co widział, a więźniowie nie mieli siły, żeby to im tłumaczyć. Byli chodzącymi dowodami na to, co zrobili im naziści.

Już rozstawiono namiot medyczny. Jakiś żołnierz wprowadził Jakoba i Emmanuelle do środka. Inny niósł nieprzytomną kobietę. Kiedy wojskowy sanitariusz zaczął udzielać pomocy Emmanuelle, Jakob wykuśtykał z namiotu, żeby powiedzieć żołnierzowi, jak rozmieszczone są biura obozu i baraki. Była tam góra nagich zwłok, które naziści chcieli zakopać przed ucieczką, ale nie mieli czasu, żeby się tym zająć. Za żołnierzami szli sanitariusze z noszami, żeby wynieść chorych i zmarłych. Jakob został z nimi i pomagał, tłumacząc ich słowa. Potem wrócił do namiotu, żeby odszukać Emmanuelle. Była jego przyjacielem, jedzenie, które dla niego kradła, trzymało go przy życiu. Coś więcej byłoby nie do pomyślenia. Mieć przyjaciela to była rzadkość, szczególnie jeśli była nim kobieta. Była bardzo dzielna, że robiła dla niego to, co robiła. Raz omal jej nie przyłapano, bo strażnik podejrzewał, że schowała ziemniaka do kieszeni, ale zdążyła go wyrzucić, a ziemniak był taki mały i zgniły, że strażnik nie zwrócił na niego uwagi. Uderzył ją w kark i poszedł dalej. Zanim odeszła po skończonej pracy, podniosła ziemniak.

Sanitariusz, który się nią zajmował, zapytał, jak się nazywa. Jakob podał jej nazwisko.

- Emmanuelle Berger. Ma dwadzieścia trzy lata, jest z Paryża. Siedzi tutaj prawie od dwóch lat.

- Czy to pańska siostra?

- Nie, jestem Austriakiem. Jesteśmy przyjaciółmi. - Młody żołnierz kiwnął głową i zrobił notatkę. W końcu będą musieli spisać ponad dwadzieścia jeden tysięcy historii, ale Czerwony Krzyż im pomoże. Ci, którzy przetrwali, połączą się z rodzinami. To dopiero początek, w dodatku przez ten krótki czas, kiedy tu byli, więźniowie nadal umierali. Dla niektórych Amerykanie przybyli za późno. Dla innych, takich jak Emmanuelle, w samą porę. Druga kobieta z jej baraku umarła podczas badań. W odpowiedzi na pilne wezwanie z osiemdziesiątej trzeciej dywizji piechoty na teren Buchenwaldu zaczęły przybywać kolejne jednostki medyczne. Nigdy czegoś takiego nie widzieli. Był to obóz pełen żywych trupów, które ledwie trzymały się życia. To, że przetrwały, nie mieściło się w głowie. Wykorzystano wszystkich tłumaczy, żeby porozumieć się z uwolnionymi więźniami, którzy mówili w różnych językach, a Jakob, po pobieżnym badaniu medycznym, pomagał żołnierzom, jak mógł, bo mówił po angielsku, niemiecku, rosyjsku i francusku.

Następnego dnia przyjechały wojskowe czołówki filmowe, kręcili wszystko. Jeden zespół robił materiał do kroniki filmowej o wyzwolonych więźniach. To były twarde dowody, jak nieludzcy są naziści. To nie byli jeńcy wojenni, chociaż takie traktowanie jeńców też byłoby nie do wybaczenia. To cywile zwiezieni z całej Europy i zamknięci w obozie. Wojsko wiedziało już, że były inne, podobne obozy, ale Buchenwald zobaczyli pierwszy.

Burmistrz miasta Langenstein zrobił, co mu kazano. Do obozu przywieziono żywność i wodę dla więźniów. Pracownicy Czerwonego Krzyża i personel medyczny rozdzielali i jedno i drugie ze skrupulatną ostrożnością, bo zbyt duża ilość wody i jedzenia, pochłaniana zbyt szybko, mogła zabić wygłodzonych więźniów. Wojsko pochowało zwłoki, które można było opisać tylko numerami. W biurze obozowym znaleziono księgi z dokładnymi zapisami, bo naziści przed ucieczką nie mieli czasu, żeby je zniszczyć. W szpitalu obozowym były obszerne notatki z eksperymentów. Ale na przejrzenie tego wszystkiego miał jeszcze nadejść czas. Na razie zajmowano się leczeniem więźniów, żeby uratować kogo się da. Wiele osób zmarło w ciągu pierwszych kilku dni, ale była już żywność i lekarstwa, a wytrzymalsi i młodsi przestali przypominać żywe trupy. Obóz odwiedził osobiście generał Patton. Zarówno pracownicy Czerwonego Krzyża, jak ekipy filmowe ściągnęli w wielkiej liczbie. Postawiono szpitale polowe.

W szpitalu Emmanuelle powiedziała, że ma dwadzieścia trzy lata i przeżyła jako jedyna ze swojej rodziny. Jakob miał lat dwadzieścia pięć. Cała jego rodzina została wymordowana. Dziadków i dwie młodsze siostry rozstrzelano po przybyciu do obozu, rodzice zmarli parę miesięcy później, bo nie byli w stanie wytrzymać trudów ciężkiej pracy. Został tylko Jakob.

W ciągu kilku dni po wyzwoleniu najciężej chorych byłych więźniów zabrano ze szpitali polowych do szpitali wojskowych, a część do miejscowych lecznic. Resztę przeniesiono w końcu do innych obiektów, w których zainstalował się także Czerwony Krzyż, żeby pomóc im, o ile to możliwe, wrócić do ich krajów, albo spróbować znaleźć członków ich rodzin w innych obozach, stopniowo wyzwalanych przez aliantów. W każdym obozie warunki były równie przerażające, jak te, które wyzwoliciele zobaczyli w Buchenwaldzie.

Byli więźniowie, którzy przeżyli obóz i nie mogli wrócić do domu  zostali określeni jako przesiedleńcy, displaced persons, czyli dipisi. Niektórzy chcieli jechać do Palestyny, ale nie było to łatwe. Limity wjazdu do innych krajów, włączając w to Stany Zjednoczone, sprawiały, że wyjazd z Niemiec był bardzo trudny.

Jakob poprosił, żeby wraz z Emmanuelle przeniesiono go do ośrodka, który wojsko wybudowało dla byłych więźniów, kilka kilometrów od obozu. Kiedy się tam znaleźli, Emmanuelle, , chociaż jeszcze nie wróciła do zdrowia, i w ubraniu, które dostała, znów wyglądała jak młoda kobieta,  już nie jak umierające dziecko. Żadne z nich nie stanęło w kolejce do namiotu Czerwonego Krzyża, żeby połączyć się z członkami rodziny. Nie mieli kogo szukać i nie mieli do kogo wracać. Byli już w obozie dipisów od miesiąca, kiedy im powiedziano, że organizacja humanitarna amerykańskich Żydów pomaga tym, którzy przetrwali obozy, w zmianie miejsca zamieszkania, a sponsorzy amerykańscy skłonni są zapłacić za transport i pomóc im znaleźć pracę w Stanach.  Imigrację do Stanów utrudniały limity wjazdowe, ale powstałe rok wcześniej Biuro do spraw Uchodźców współpracowało z organizacjami pozarządowymi, które kontaktowały byłych więźniów ze sponsorami, zapewniającymi im nowe miejsca zamieszkania, o ile to było możliwe.

Pewnego popołudnia, siedząc w majowym słońcu, Jakob i Emmanuelle rozmawiali o tym. Oboje nie pojęcia wiedzieli, dokąd pojechać ani co dalej robić. Przed tygodniem skończyła się wojna w Europie, ale Jakobowi nic nie zostało w Wiedniu.  Kiedy ich deportowano, zabrano im wszystko, pieniądze, rodzinny bank, dom, zamek blisko Salzburga, który był własnością rodziny od dwustu lat. Nie miał nic. Po Anschlussie, kiedy Żydom zabroniono studiów, musiał opuścić uniwersytet, a jego ojca zmuszono, żeby oddał bank Trzeciej Rzeszy. Jakob został sam na świecie i nie chciał wracać do Wiednia, stanąć na popiołach tego, co stracił.

Emmanuelle materialnie straciła znacznie mniej. Ojciec umarł, kiedy była małym dzieckiem. Matka była szwaczką w znanym domu mody w Paryżu i brała zlecenia na boku, a Emmanuelle często jej pomagała. Matka straciła pracę na krótko przed deportowaniem, a i prywatni klienci, jeden po drugim, przestawali do niej przychodzić. Za bardzo bali się dawać jej zlecenia, bo była Żydówką. Sąsiedzi, dawniej przyjaciele na całe życie, zwrócili się przeciwko nim. Emmanuelle nie chciała ich więcej widzieć, zresztą ci  sąsiedzi, za pozwoleniem prefektury policji, przejęli mieszkanie Bergerów. Emmanuelle nie miała dokąd jechać, nie miała domu, do którego mogłaby wrócić i nie chciała już nigdy widzieć Paryża. Ale nie mogli zostać na zawsze w wojskowym ośrodku. W końcu musieli dokądś pojechać.

- Nie chcesz wracać do Paryża? - zapytał Jakob, kiedy tak siedzieli w słońcu. Palił papierosa, którego ofiarował mu amerykański żołnierz. Amerykanie byli wobec nich bardzo szczodrzy, dawali im jedzenie i czekoladę. Emmanuelle owinęła się wełnianym szalem z Czerwonego Krzyża. Była taka chudziutka, że zawsze było jej zimno. Pokręciła głową.

- Po co? Sąsiedzi zabrali nam mieszkanie, bo było większe niż ich. Chyba dlatego na nas donieśli. - Pokiwał głową. Wielu Austriaków robiło tak samo, wydawali Żydów, których znali całe życie, Żydów, którzy często byli podporami społeczeństwa, tak jak jego rodzina. Nagle z chciwości i zawiści powstała mentalność tłuszczy, czego nikt się nie spodziewał w cywilizowanym społeczeństwie i nowoczesnym mieście. Z dnia na dzień bycie Żydem równało się wyrokowi śmierci. Jego rodzina nigdy nie była religijna, podobnie jak rodzina Emmanuelle, ale i tak byli Żydami.

- Może wyjazd do Ameryki to coś dobrego – powiedział ostrożnie Jakob po francusku, a ona znów pokręciła głową. Miała przerażoną minę.

- Co bym tam robiła? Nikogo nie znam, nie mówię po angielsku. Nie znalazłabym pracy.

- Pracownicy Czerwonego Krzyża mówią, że sponsorzy pomogą nam znaleźć zakwaterowanie i pracę i wezmą za nas odpowiedzialność, póki nie zaczniemy żyć samodzielnie.

- Chciałabym zostać we Francji, tylko nie w Paryżu. A ty, jedziesz do Ameryki? – Posmutniała, zadając to pytanie, bo był jej jedynym przyjacielem i opiekował się nią przez ostatni miesiąc. Zawsze przebywali razem, a amerykańscy żołnierzy darzyli go szacunkiem. Pomagał, kiedy tylko mógł i potrafił rozmawiać z nimi po angielsku, czego ona nie umiała.

- Bo ja wiem – powiedział – też nie mam tam nikogo. Ale tutaj mam jeszcze mniej. Nie wiem, jaką pracę mógłbym dostać. Miałem pracować w naszym banku albo na uniwersytecie. Nie wiem, co będę robić teraz. Nie skończyłem studiów.

- Przestałam się uczyć po liceum. W szkole nie byłam zbyt dobra – powiedziała wstydliwie ze wstydem. - Umiem tylko szyć.

- No to możesz znaleźć pracę – pocieszył ją. - I jako krawcowa nie musisz mówić po angielsku. - Kiwnęła głową, że się z tym zgadza, ale Ameryka wydawała się jej przerażająca i bardzo odległa. Nigdy nie chciała tam pojechać, a teraz brzmiało to dla niej jak koszmar, chociaż żołnierze byli przecież bardzo mili i okazywali jej szacunek. Jakob też ich lubił.

Przez ten miesiąc wzmocnili się i zdrowieli. Jedząc regularnie pełne posiłki Emmanuelle przybyła kilka kilogramów, chociaż z początku żołądek odmawiał jej posłuszeństwa. Odzwyczaiła się od normalnego żywienia i często miewała bóle brzucha. Jemu też to dolegało. Ale ciało domagało się jedzenia, więc pochłaniał je. Zawsze był chudy i wysoki, więc teraz nie było jeszcze po nim widać, że przybrał na wadze, ale jego twarz nie wyglądała już jak czaszka i nie miał zapadniętych oczu. Włosy trochę mu odrosły, były bardzo ciemne.

Ona miała miękkie, dziecięce jasne loki zamiast ogolonej czaszki, ale oboje wyglądali na ludzi, którzy odbyli podróż do piekieł i z powrotem, chociaż teraz znaleźli się na drodze do zdrowia. Jakob miał problem z odmrożonymi stopami, , bo buty z odciętymi noskami i dziurami w podeszwach spadały mu ze stóp. Zarówno Czerwony Krzyż jak i wojsko zaopatrzyły byłych więźniów w ubrania. Niektóre były trochę dziwne i niezbyt dopasowane, ale mieli przynajmniej  ciepłą, czystą odzież. Wszystkie pasiaki trzeba było spalić. Pełno w nich było wszy i mocno śmierdziały.

Emmanuelle powiedziała, że co noc nadal ma koszmary. Jakob był jedynym człowiekiem, który w pełni rozumiał, przez co dziewczyna przeszła. Amerykańscy żołnierze mimo tego, co zobaczyli po wejściu do obozu, nie mieli pojęcia, jak tam było, gdy prowadzony przez nazistów obóz działał pełną parą. To było piekło na ziemi i Emmanuelle nie jeden raz miała nadzieję, że umrze i nie będzie musiała przeżyć kolejnego dnia. A jednak udało im się przez to przejść, ona przetrwała dwa lata, Jakob pięć. Nie można było przewidzieć, kto przeżyje, a kto nie. Co rano znajdowali na pryczach więźniów, czasem leżących tuż obok, z martwymi, niewidzącymi oczami.

Jakob i Emmanuelle  znowu porozmawiali z jedną z pracownic Czerwonego Krzyża o tym, jakie możliwości otwierają się przed nimi . Mogli wybrać repatriację do rodzinnych krajów, ale obojgu pozostały tylko złe wspomnienia ostatnich dni, które tam spędzili. Emmanuelle, jej matka i siostra, zanim wywieziono je do Buchenwaldu, spędziły trzy dni na stadionie. A Steinowie miesiącami czekali w zamkniętym obozie pod Wiedniem.

- Jeśli chcecie, mamy sponsorów dla was obojga. Skontaktuje was z nimi amerykańska organizacja dobroczynna, o której już wspominałem. A Biuro do spraw Uchodźców Narodów Zjednoczonych robi dla przesiedleńców wszystko, co w jego mocy. Mamy jednego sponsora w Chicago, a drugiego w Nowym Jorku – powiedział uprzejmie pracownica Czerwonego Krzyża. Nie dodała, że muszą mieć mocne poparcie, żeby przedrzeć się przez biurokrację i limity wjazdowe.

- Czy moglibyśmy pojechać razem w to samo miejsce albo mieć tego samego sponsora? - zapytał ostrożnie Jakob, nagle zawstydzony. Nie chciał być arogancki, ale wiedział, że za bardzo będzie się bała, żeby samotnie jechać do Ameryki. Ta dzielna dziewczyna, która przeszła przez najgorsze z wyobrażalnych doświadczenia, teraz obawiała się przepłynąć Atlantyk do nowego domu.

- Jesteście małżeństwem? - zapytała pracownica Czerwonego Krzyża Jakoba. Pokręcił głową.

- Nie, jesteśmy przyjaciółmi.

- Sponsorzy nie zgodzą się na to. Pary muszą być małżeństwami, bo inaczej zostaną zapisani oddzielnie i umieszczeni u każdego, kto będzie w stanie i będzie chciał ich przyjąć. Przepisy są co do tego jasne. Większość ludzi, którzy na ochotnika zgłosili się z pomocą, zrobiła to poprzez swoje synagogi - wyjaśniła. - W innych miastach też mamy sponsorów. Jest pewna liczba współpracujących z nami organizacji w Chicago, Los Angeles i w Bostonie. Czy macie krewnych w którymś z tych miast? - Oboje pokręcili głowami.

- Mamy tylko siebie. - Nie mieli nawet paszportów,  pozbawieni obywatelstwa we własnych  krajach, ponieważ byli Żydami, ale Stany Zjednoczone zaproponowały im, jako przesiedleńcom, paszporty, pod warunkiem, że amerykańscy obywatele wezmą za nich odpowiedzialność. Pracownica dała im kartki z informacjami. Wyszli, żeby jeszcze o tym porozmawiać.

- Nie możemy zostać tutaj na zawsze – Jakob przypomniał to Emmanuelle. Wcześniej, czy później będą musieli się zdecydować, dokąd pojadą. Nie wiedział czemu, ale bardzo pociągało go życie w Nowym Jorku. Później porozmawiał o tym z jednym z żołnierzy, kiedy ten poczęstował go papierosem.

- Jak tam jest? - zapytał Jakob szeregowca, z którym palił. Już wcześniej z nim rozmawiał.

- Ameryka to kraj wielkich możliwości. Jestem z Brooklynu. Mój wujek to rzeźnik, przed wojną pracowałem u niego. Ale po powrocie przeniosę się chyba na zachód. Tam jest dobra praca.

- Gdzie jest Brooklyn? - Jakob nigdy o nim nie słyszał.

- To dzielnica Nowego Jorku. Spodoba ci się, jest ładna. Brooklyn, Queens. Manhattan, Staten Island, Bronx, to wszystko dzielnice Nowego Jorku. Człowieku, co ja bym dał w tej chwili za hot doga i piwo na Times Square i wieczór na mieście. - Uśmiechnął się porozumiewawczo do Jakoba, który się roześmiał. Byli w tym samym wieku.

- Myślę, żeby się zgłosić do jednego ze sponsorów, który proponuje nam pracę i mieszkanie za pośrednictwem żydowskiej organizacji religijnej.

- Czy twoje dziewczyna może z tobą pojechać? - żołnierz zapytał ze współczuciem.

 Raczej nie, chyba że się pobierzemy. Też może się zgłosić, ale pewnie pojechałaby do innego miasta. Do Bostonu, Chicago albo Los Angeles. Nie sądzę, żeby chciała jechać. Boi się, bo to daleko do jej stron rodzinnych, ale nigdzie nie może być gorzej niż tutaj. - Mówiąc to rozejrzał się, a żołnierzowi zrobiło się go żal. Jakob nadal wyglądał na wyniszczonego i starszego na swój wiek. Miał problem z chodzeniem, bito go tak często, że garbił się, chociaż był młody. Ale przynajmniej żył. Tak wielu w ostatnim miesiącu umarło na dur brzuszny, tyfus, gruźlicę, biegunkę i z głodu. A wielu, po tym co przeszli, cierpiało na depresję i zaburzenia urojeniowe.

 

- Może powinniście się pobrać – zasugerował Jakobowi jego amerykański przyjaciel, a Jakob pokiwał głową. Też o tym myślał, ale nie miał pojęcia, co na to powie Emmanuelle. Nie śmiał jej tego zaproponować. Pomysł mu się podobał, ale chyba było za wcześnie, żeby o tym rozmawiać. Jemu też wydawało się to skrajnością, ale zostawianie jej w Niemczech byłoby nie do zniesienia. Mieli też kilka skomplikowanych możliwości wyjazdu do Palestyny, ale nie ochoty chciał tam emigrować. Nowy Jork wydawał mu się lepszy, jeśli dostaliby mieszkanie i pracę od dobroczyńców.

Jak co wieczór poszedł z Emmanuelle do stołówki. Zauważył, że dziewczyna wygląda na zmartwioną i zmęczoną. Większość kobiet także nie wiedziała, dokąd wyjechać, a wiele chciało się dowiedzieć czegoś o swoich krewnych z innych obozów. Musiały zadowalać się plotkami, że ci ludzie gdzieś są, albo informacjami od kogoś, kto ich widział przed paru laty. Po wyzwoleniu w obozach koncentracyjnych nadal panował chaos, a większość uwolnionych więźniów nie miała dokąd pójść.

Poczekał jeszcze kilka dni, żeby z nią porozmawiać i wreszcie odważył się poruszyć temat.

- Tak sobie myślałem, że gdybyśmy się pobrali, to ten sam sponsor zabrałby nas oboje jako małżeństwo. A ja mógłbym się tobą zaopiekować, kiedy dotrzemy do Nowego Jorku. Nie byłabyś sama. - Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

- A jeśli tam będzie nie do wytrzymania? Jak wrócimy do Europy?

- Moglibyśmy oszczędzać – odparł – ale do czego mamy wracać? Nasi rodacy z entuzjazmem nas wydali, żeby się nas pozbyć. I Francuzi, i Austriacy. Nasze kraje były pod okupacją, ale wielu z naszych przyjaciół chętnie kolaborowało z Niemcami. Nie byłoby nam tu łatwo – powiedział, a ona skinęła głową. Też tak myślała.

- Chcesz się ożenić? - zapytała go tak cicho, że mało brakowało, a by jej nie usłyszał. Wziął ją za rękę.

- Emmo, uratowałaś mi życie, kradłaś dla mnie żywność. Mogłaś za to zginąć. Twoje czyny przywracały mi nadzieję, której już mi brakowało. - Uśmiechnęła się.

- Czy to wystarczający powód do ślubu? - Ale oboje wiedzieli, że jeśli się nie pobiorą, prawdopodobnie nigdy już się nie zobaczą. Jakob był jedyną znaną jej twarzą w morzu obcych ludzi, nie licząc kobiet, które znała z baraków, ale i one wkrótce miały wyjechać.

- Ludzie pobierali się z mniej ważnych powodów – powiedział rozsądnie. - I obiecuję, że będę cię chronił. - Teraz mógł to powiedzieć, przed miesiącem jeszcze nie. Teraz mógł być rycerski i przez chwilę przypomniał sobie swoje dawne życie, gdzie mężczyźni opiekowali się kobietami i chronili je. Ale w obozie mogli tylko przetrwać, o ile w ogóle to  mogli.

- A jeśli w Nowego Jorku nie będziesz chciał być moim mężem? Możesz spotkać amerykańską dziewczynę i zakochać się. - Wyglądała na zmartwioną, a on uśmiechnął się i mocniej ścisnął ją za rękę.

- Nie potrzebuję amerykańskiej dziewczyny, już jestem zakochany – powiedział, a Emma zaczerwieniła się. Wyglądała bardzo młodo, choć nadal miała chudą twarz i ciemne koła pod oczami.

- Też cię kocham – powiedziała cicho. - Po prostu myślałam, że uważasz to za przyjaźń.

- Pokochamy się mocniej, kiedy się lepiej poznamy. Możemy rozpocząć nowe życie w nowym miejscu, gdzie są ludzie, którzy chcą nam pomóc. To dobry początek. - Kiwnęła głową, że się zgadza. Przez jakiś czas szli w milczeniu, potem zatrzymała się i i podniosła na niego wzrok.

- Tak – powiedziała, ale on nie odezwał się. Myślał o niej i o wspólnym życiu, które mogło ich czekać.

- Tak? Ale co tak? - Myślami był daleko.

- Zgadzam się z tym, co powiedziałeś... o co mnie przed chwilą poprosiłeś. - Nie chciała sama wypowiadać tych słów. Uśmiechnął się, bo zrozumiał.

- Emmanuelle Berger, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? - Oświadczył się jej uroczyście i mówiąc te słowa ukląkł na jedno kolano na wyboistej ścieżce. Uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

- Tak – powiedziała szeptem. - Zostanę. - Wtedy wstał i delikatnie ją pocałował. Była taka krucha, że bał się ją połamać, kiedy ją obejmie. On sam nie był ona mocniejszy od niej, ale był młody i silny, a jej rany były głębsze niż jego, bo pobito ją za to, że nie dość szybko pracowała. Zanim trafiła do ogrodu, była w komandzie śmierci.

Otoczył jej ramiona ręką i powoli poszedł z nią w stronę jej baraku, który stał niedaleko jego baraku.

- Jutro wrócimy do Czerwonego Krzyża i zobaczymy, co mają nam do zaoferowania. Potem pójdziemy do kapelana i poprosimy, żeby znalazł dla nas rabina. - Po obozie krążyło kilku rabinów, którzy rozmawiali z Żydami. – Dobranoc, Emmanuelle – powiedział i znów ją pocałował. - Dziękuję. - Uśmiechnęła się do niego wstydliwie i wślizgnęła się do baraku, żeby dołączyć do innych kobiet. Jakob uśmiechnął się, włożył ręce do kieszeni i poszedł do swojej kwatery.

Aktualności
2018-10-31

Upoluj bestseller

Łapcie okazję!

Teraz wszystkie nasze książki kupicie z rabatem -35%*.

Promocja trwa do 06.11!

 

* Promocja dotyczy książek kupionych w księgarni Ravelo

czytaj więcej
2018-10-23

Na targach we Frankfurcie...

Małgorzata Cebo-Foniok i Zbigniew Foniok  z Sebastianem Fitzkiem na targach we Frankfurcie.

Sceneria nawiązuje do najnowszej powieści mistrza.

czytaj więcej
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej

Inne książki autora

Obsada W ślady ojca

Obsada STEEL DANIELLE

39.80 PLN 26.63 PLN
Jak w bajce

Jak w bajce STEEL DANIELLE

39.80 PLN 24.64 PLN
Wbrew przeciwnościom

Wbrew przeciwnościom STEEL DANIELLE

39.80 PLN 26.63 PLN
Nagroda

Nagroda STEEL DANIELLE

39.80 PLN 26.63 PLN
Apartament

Apartament STEEL DANIELLE

39.80 PLN 26.63 PLN
To, co bezcenne

To, co bezcenne STEEL DANIELLE

39.80 PLN 26.63 PLN
Nadzieja

Nadzieja STEEL DANIELLE

39.80 PLN 26.63 PLN
czysta radość

czysta radość STEEL DANIELLE

29.80 PLN 19.94 PLN
Pegaz

Pegaz STEEL DANIELLE

39.80 PLN 25.02 PLN
Bezpieczna przystań

Bezpieczna przystań STEEL DANIELLE

39.80 PLN 26.63 PLN
Zwycięzcy

Zwycięzcy STEEL DANIELLE

29.80 PLN 26.82 PLN
Wysłuchane modlitwy

Wysłuchane modlitwy STEEL DANIELLE

Tata

Tata STEEL DANIELLE

37.80 PLN
Grzechy matki

Grzechy matki STEEL DANIELLE

34.80 PLN
Porwanie

Porwanie STEEL DANIELLE

Hotel Vendôme

Hotel Vendôme STEEL DANIELLE

Światła Południa

Światła Południa STEEL DANIELLE