Mój Alex

Mój Alex

Tytuł oryginału: Alex, Approximately
Tłumaczenie: Olga Gałek
Ilość stron: 336
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2017-11-14
EAN: 9788324164776
Literatura dla młodzieży

Autorka powieści Miłosne graffiti nagrodzonej RITA Award


Masz wiadomość w wydaniu młodzieżowym


Blisko 9000 wysokich ocen czytelniczek portalu Goodreads w ciągu 6 miesięcy!


Znalazła chłopaka swoich marzeń. Jedyny problem? Jeszcze nigdy się nie spotkali…
Bailey Rydell woli stare filmy od plotkowania z koleżankami. I czatowanie na forum dla takich jak ona kinomaniaków. Zwłaszcza że tu spotyka się z „Alexem”. Nie wie o nim dużo. Zna tylko jego internetowe przezwisko. Wie, że jest mądry i dowcipny. I że chyba się w nim zakochała…
Powinna się więc cieszyć, że przeprowadza się do Kalifornii, do leżącego wśród słonecznych plaż miasteczka surferów, gdzie mieszka jej tata i… Alex. Ale Bailey ma mnóstwo wątpliwości (a co jeśli on jest paskudny?) i nie przyznaje się Alexowi, że tu jest. Ani że dostała pracę w tutejszym muzeum. Ani że codziennie czepia się jej mega wkurzający i mega atrakcyjny chłopak, Porter Roth.
Lecz życie jest o wiele bardziej pogmatwane niż filmy i wkrótce Bailey odkrywa tę zwodniczą cienką linię pomiędzy nienawiścią, miłością i czymkolwiek jeszcze, co zaczyna czuć do Portera. Czy pozostanie przy idealnej fantazji – Alexie? Czy zaryzykuje nieidealny real z Porterem?
Wybór jest trudniejszy, niż jej się wydaje…


Znana i nagradzana pisarka JENN BENNETT zadebiutowała jako autorka dla młodzieży powieścią Miłosne graffiti . Książka otrzymała prestiżową RITA Award 2016 dla najlepszego młodzieżowego romansu i nagrodę „Romantic Times Review” dla najlepszej bohaterki powieści młodzieżowej. Powieść Mój Alex została równie entuzjastycznie przyjęta przez czytelniczki w USA, Europie i Ameryce Południowej.

 

 

Patronaty medialne:

25574

 

 

 

 

 

    Nie ulega wątpliwości, że liczne instytucje okołoksiążkowe biją na alarm co do słabego czytelnictwa w Polsce. A jeśli chodzi o popularność książek wśród dzieci i młodzieży - podobno nie istnieje takie zjawisko. Z tego powodu wydawnictwa prześcigają się w prezentowaniu książek dla młodych czytelników – chcąc między innymi zachęcić ich do sięgnięcia po słowo pisane. 
     Jaka w takim razie powinna być „dobra”, kusząca i zadowalająca książka dla młodego człowieka? Wydaje mi się, że nie może być nudna czy monotonna, ani z bohaterami zbytnio rozbudowanymi psychologicznie, powinna opisywać ciekawą intrygę, w którą bohaterowie zaplątują się coraz bardziej, nie zaszkodzi spora dawka humoru (nawet czarnego). Zakończenie powinno być jednoznacznie (no chyba, że ma się do czynienia z serią) i może nawet szczęśliwe (lub pozytywne). Ciekawym pomysłem jest również nutka budującej napięcie tajemniczości czy seria pomyłek, niedomówień, które tworzą swoistą sieć wokół głównego tematu.
      Niektóre z tych cech zawiera opublikowana całkiem niedawno powieść „Mój Alex”. I by rozwiać wątpliwości, należy od razu zaznaczyć, ze to powieść bardziej dla dziewczyn niż chłopców. W tym prowadzonym w pierwszej osobie tekście jest sporo z tego, co dzisiejsza młodzież lubi i ceni – porozumiewanie się za pomocą komunikatora internetowego, próba usamodzielnienia się, walka o niezależność, ochrona własnej przestrzeni, ostrożność w nawiązywaniu nowych znajomości, zatracanie się w hobby i potrzeba szczerej bliskości. 
     Bohaterką książki jest Bailey – córka rozwiedzionych rodziców, która w obliczu kolejnego rozstania matki przenosi się do ojca. Chce również być bliżej swego wirtualnego przyjaciela, z którym już od dłuższego czasu omawia w sieci swoją pasję do starych filmów a teraz przyszła pora, by spotkać się w realu i wspólnie obejrzeć jeden z kultowych filmów Hitchcocka. Tylko, że nastolatka ta ma jeden problem – chroniczną niechęć (lub nieumiejętność) do budowania głębszych relacji, jakichkolwiek więzi, nie mówiąc już o otwieraniu się przed drugim człowiekiem. A najlepiej odczuwa to Porter – chłopak sezonowo pracujący z nią w muzeum, który (przez swoje bezpośrednie i dość złośliwe komentarze) już od pierwszego dnia staje się jej wrogiem numerem jeden. Takim sposobem przeprowadzka, nowe miejsce, nowi ludzie, nowe sytuacje i wyzwania wymuszą na Bailey zajęcie konkretnego stanowiska wobec nowej rzeczywistości, która ma szansę stać się niekoniecznie szarą rzeczywistością. 
      Czytający znajdzie w tej książce pierwsze zauroczenie, pierwsze wybory, dylematy, mniej i bardziej poważne konflikty. Wraz z bohaterką spróbuje rozszyfrować, co jest prawdą a co udawaniem – a wśród niedomówień i lakoniczności informacji otrzymywanych przy pomocy sieci może się to okazać dość trudne.
      Może i jest to naiwna powieść, zbyt prosta, prowadzona językiem na wskroś młodzieżowym, ale to książka zdecydowanie dla młodych (również duchem) i słusznie, że w takim duchu została oddana do rąk potencjalnych czytelników.

5


Recenzje ukazały się także na portalach:

Mógłby być każdym z tych ludzi. W sumie nie wiem, jak Alex wygląda. Nawet nie wiem, jak się naprawdę nazywa. To znaczy, rozmawiamy w sieci już od miesięcy, więc coś tam o nim wiem. Jest mądry i słodki i zabawny, i oboje skończyliśmy właśnie nasz pierwszy rok. Łączy nas ta sama obsesja – stare filmy. Oboje lubimy być sami. Gdybyśmy mieli tylko to jedno wspólne, to bym teraz nie wariowała. Ale Alex mieszka w tym samym mieście co mój tata, a to wszystko jeszcze bardziej… komplikuje.

Ponieważ teraz, kiedy zjeżdżam ruchomymi schodami na lotnisku w centralnej Kalifornii, w okolicy Alexa, obserwowanie obcych ludzi, jak mnie mijają, wywołuje w mojej głowie niekończące się możliwości. Czy Alex jest niski? Wysoki? Czy przeżuwa zbyt głośno, czy ma jakieś irytujące powiedzonko? Czy dłubie przy wszystkich w nosie? Czy może ma bioniczne protezy zamiast rąk? (Notka dla siebie: to nie jest przeszkodą).

No więc tak, spotkanie Alexa w realu mogłoby być wspaniałą sprawą, ale mogłoby być też ogromnym rozczarowaniem. I dlatego nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć o nim jeszcze coś więcej.

Wiecie, nie czuję się dobrze w spotkaniach nos w nos. I nigdy się nie czułam. To, co teraz robię, jadąc przez kraj, tydzień po moich siedemnastych urodzinach, żeby zamieszkać z tatą, to nie jest akt odwagi. To mistrzostwo uniku. Nazywam się Bailey Rydell i jestem notorycznym uciekinierem.

Kiedy moja mama wymieniła mojego tatę na Nate’a Catlina z Kancelarii Catlin LLC – przysięgam na wszystkie świętości, że tak właśnie się przedstawił – nie wybrałam życia z nią zamiast z tatą, bo obiecywała mi to wszystko: nowe ciuchy, samochód dla mnie, podróż po Europie. Superrzeczy, ale to nie miało znaczenia. (A nawet się nie zdarzyło. Tak między nami). Zostałam z nią tylko dlatego, że byłam zażenowana moim tatą, a myśl o dogadywaniu się z nim, kiedy musi się pozbierać po takim ciosie, była dla mnie czymś nie do udźwignięcia. I nie dlatego, że on mnie nie obchodzi. Właściwie to wręcz odwrotnie.

Ale w ciągu roku wiele się zmienia, i teraz, kiedy mama kłóci się z Nate’em non stop, to czas dla mnie, żeby urwać się z tego obrazka. Tak to jest z uciekinierami. Musisz być elastyczny i wiedzieć, kiedy się poddać, zanim zrobi się dziwnie.

Tak jest lepiej dla wszystkich, naprawdę.

Mój samolot wylądował pół godziny temu, ale ja idę dookoła, mam nadzieję, że na tyły bagażowni, gdzie ma mnie odebrać tata. Kluczem do unikania niewygodnych sytuacji jest uderzenie wyprzedzające: upewnij się, że widzisz je pierwszy. I zanim oskarżycie mnie o tchórzostwo, pomyślcie raz jeszcze. To nie jest proste być tak załatwionym. Wymaga planowania i szybkiego refleksu. Przebiegłego umysłu. Moja mama mówi, że mogłabym być świetnym kieszonkowcem, bo znikam szybciej, niż możesz wypowiedzieć: „Gdzie jest mój portfel?” I oto proszę: macie prawdziwego Artfula Dodgera.

I oto proszę: jest mój ojciec. Artful Dodger starszy. Tak jak powiedziałam, minął rok, kiedy ostatnio go widziałam, i ten ciemnowłosy mężczyzna, stojący pod promieniem słońca wczesnego popołudnia, jest zupełnie inny, niż go pamiętam. W lepszej formie, na pewno, ale to nie zaskoczenie. Cieszyłam się jego nowym, wyćwiczonym ciałem, każdego tygodnia, kiedy pokazywał ramiona podczas naszych nocno niedzielnych rozmów wideo. Ciemniejsze włosy też nie były nowością; Bóg jeden wie, jak drażniłam się z nim na temat farbowania pojawiającej się siwizny, żeby odjąć sobie kilka lat od końcówki czterdziestki.

Ale kiedy obserwuję go tak z ukradka, ukryta za znakiem „Marzyciele Kalifornii”, zdaję sobie sprawę z jednej rzeczy, której się po tacie nie spodziewałam… że będzie taki szczęśliwy. Może to nie będzie takie bolesne. Głęboki wdech. Uśmiech wypływa mu na twarz, kiedy wyłaniam się ze

swojej kryjówki.

– Mink – mówi, nazywając mnie moim głupim, nastoletnim przezwiskiem.

Nie bardzo mi to przeszkadza, ponieważ tylko on nazywa mnie tak w prawdziwym życiu, a reszta ludzi w bagażowni jest zbyt pochłonięta witaniem się ze swoimi rodzinami, żeby zwracać na to uwagę. Zanim udaje mi się tego uniknąć, przyciąga mnie i przytula tak mocno, że pękają mi żebra.

Oboje ronimy kilka łez. Przełykam gulę w gardle i zmuszam się, żeby się uspokoić.

– Jezu, Bailey – przygląda mi się zawstydzony. – Właściwie dorosłaś.

– Możesz przedstawiać mnie jako siostrę, jeśli przez to będziesz wyglądał młodziej wśród twoich przyjaciół, maniaków SF – żartuję, żeby pokryć zakłopotanie, i szturcham robota z Zakazanej Planety na jego T-shircie.

– Nigdy. Jesteś moim największym osiągnięciem.

Uff. Jestem zmieszana, że tak łatwo dałam się tym uwieść, i nie mogę wymyślić dowcipnej riposty. Kończę wreszcie na kilku westchnięciach.

Jego palce trzęsą się, kiedy zatyka mi za ucho moje rozjaśnione na platynowy blond pasemka długich włosów, w stylu Lany Turner.

– Tak się cieszę, że tu jesteś. Zostajesz, prawda? Nie zmieniłaś zdania podczas lotu?

– Jeśli myślisz, że zamierzam wrócić z własnej woli do tych walk MMA, które oni nazywają małżeństwem, w ogóle mnie nie znasz.

Nie wychodzi mu ukrycie szaleńczego triumfu, a ja się uśmiecham. Przytula mnie raz jeszcze, ale teraz jest już OK.

Najgorsza część naszego przywitania już minęła.

– Zabierzmy twój bagaż. Wszyscy z twojego lotu już to zrobili, więc nie powinno być trudno go znaleźć – mówi, wskazując porozumiewawczo wzrokiem w kierunku karuzeli z bagażami.

Ups. Powinnam wiedzieć. Nie da się wymigać uciekinierowi.

Dorastając na Wschodnim Wybrzeżu, nigdy nie byłam dalej na zachód niż pojedyncza wycieczka szkolna do Chicago, więc dziwnie jest wchodzić w jasne światło słoneczne i patrzeć na tak wielkie błękitne niebo. Wydaje się bardziej płaskie, pozbawione tych skupionych, środkowoatlantyckich czubków drzew, które zasłaniają horyzont – tak płaskie, że mogę zobaczyć szczyty gór opasujące całą krawędź Doliny Krzemowej.

Doleciałam do San Jose, najbliższego lotniska i prawdziwego dużego miasta, więc mamy czterdzieści pięć minut jazdy samochodem do nowego domu taty na wybrzeżu. Niezbyt męcząca podróż, szczególnie gdy widzę, że będziemy jechać lśniąco niebieskim, mocnym wozem, z szeroko otwartym dachem.

Mój tata jest księgowym. Zwykle jeździł najbardziej nudnymi samochodami na świecie. Podejrzewam jednak, że Kalifornia to zmieniła. Co jeszcze zmieniła?

– Czy to twój samochód na kryzys wieku średniego? – pytam, kiedy otwiera bagażnik i wrzuca mój bagaż.

Śmieje się cicho. Z pewnością tak jest.

– Wsiadaj – mówi, sprawdzając telefon. – I wyślij , proszę, mamie esemes, że nie zginęłaś w katastrofie lotniczej, to przestanie mnie męczyć.

– Tak jest, kapitanie.

– Głupota.

– Dziwactwo.

Trąca mnie ramieniem, ja mu oddaję, i ot tak po prostu wpadamy w starą rutynę. Dzięki Bogu. Jego nowy (stary) samochód pachnie sprayem do czyszczenia skóry, a na podłodze nie walają się papiery księgowe, więc zaczynam czuć się traktowana wyjątkowo. Kiedy zapala niesamowicie głośny silnik, włączam telefon po raz pierwszy, odkąd wylądowałam.

Wiadomości od mamy: cztery. Odpowiadam jej najspokojniej, jak mogę, kiedy wyjeżdżamy z lotniskowego parkingu.

W końcu dochodzę do siebie po szoku, co zrobiłam – jasna cholera, właśnie się przeprowadziłam. Przypominam sobie, że to nic wielkiego. Wreszcie już zmieniałam szkoły, kilka miesięcy temu, dzięki Nate’owi LLC i mamie, przeprowadzających nas z New Jersey do Waszyngtonu, co właściwie oznacza, że nie zostawiłam za sobą jakichś znaczących znajomych.

Odkąd odszedł tata, nie spotykałam się też z nikim, a więc brak również jakichś zaangażowanych chłopców.

Ale kiedy sprawdzam niepilne wiadomości w telefonie, zauważam odpowiedź na temat aplikacji filmowej od Alexa i znów zaczynam się denerwować, że jestem w tym samym mieście co on.

 

@alex: Czy to złe nienawidzić kogoś, kto był twoim najlepszym przyjacielem? Proszę powstrzymaj mnie od planowania jego pogrzebu.

Znów.

Wysyłam szybką odpowiedź.

@mink: Po prostu opuść miasto i znajdź nowych przyjaciół. Mniej krwi do posprzątania.

Przyznaję. Mimo wątpliwości, jakie mogę mieć, na myśl o tym, że Alex nie wie, że jestem tutaj, czuję dreszczyk emocji. Z drugiej strony, on nigdy nie wiedział dokładnie, gdzie jestem. Wciąż myśli, że mieszkam w New Jersey, ponieważ nigdy nie zaprzątałam sobie głowy zmianą swojego profilu po przeniesieniu się do Waszyngtonu.

Kiedy Alex poprosił mnie po raz pierwszy, żebym przyjechała i obejrzała z nim Północ, północny zachód, nie byłam pewna, co myśleć. Nie jest to ten rodzaj filmów, na który zapraszasz dziewczynę, jeśli chcesz zdobyć jej serce – przynajmniej serce większości dziewczyn. Mówię o jednym z najlepszych filmów Alfreda Hitchcocka – z Cary Grantem i Evą Marie Saint. To thriller o pomyłce co do tożsamości bohatera.

Zaczyna się w Nowym Jorku, a kończy na zachodzie, gdzie Cary Grant jest ścigany w górach Rushmore. Scena pościgu to jedna z ikon historii kina. Ale teraz za każdym razem, kiedy myślę, by go zobaczyć, wyobrażam sobie siebie jako uwodzicielską Evę Marie Saint i Alexa jako Cary Granta, jak szaleńczo się w sobie zakochujemy. Nieważne, że właściwie w ogóle się nie znamy. I oczywiście wiem, że to tylko fantazja, a rzeczywistość może być dużo dziwniejsza. Dlatego mam plan: po cichu wyśledzę Alexa, zanim pokażą Północ, północny zachód na letnim festiwalu.

Nie powiedziałam, że to dobry plan. Albo łatwy plan.

Ale to lepsze niż kłopotliwe spotkanie z kimś, kto wygląda super na papierze, ale w prawdziwym życiu może zburzyć moje marzenia. A więc zrobię to na sposób Artfula Dodgera – z bezpiecznego dystansu, tak by żadne z nas nie zostało zranione. Mam spore doświadczenie ze złymi  nieznajomymi.

To najlepszy sposób, wierzcie mi.

– Czy to on? – pyta tata.

Szybko chowam telefon.

– Kto?

– Jak-mu -tam. Twoja filmowa bratnia dusza.

Niewiele tacie mówiłam o Aleksie. To znaczy wie, że Alex mieszka w tej okolicy, i nawet żartobliwie wykorzystał to jako przynętę, żebym tu przyjechała, kiedy wreszcie uznałam, że nie da się dłużej mieszkać z mamą i Nate’em.

– On rozważa morderstwo – mówię tacie. – Więc prawdopodobnie spotkam go w ciemnej alejce dziś wieczorem i wskoczę do jego nieoznakowanego vana. Tak może być, prawda?

Na ułamek sekundy pojawia się między nami ukryte napięcie.

Wie, że się z nim tylko droczę, że nigdy bym tak nie ryzykowała, nie po tym, co zdarzyło się w naszej rodzinie cztery lata temu. Ale to przeszłość, a tata i ja jesteśmy teraz przyszłością. Nic, tylko słońce i palmy przed nami.

Parska.

– Jeśli ma vana, nie licz na to, że uda się go wyśledzić. – Cholera, czy wie, że rozważałam taki pomysł? – Tam, dokąd jedziemy, wszyscy mają vany.

– Przerażające vany molestujących?

– Bardziej jak vany hipisów. Zobaczysz. Coronado Cove jest inne.

Pokazuje mi dlaczego, kiedy zjeżdżamy z międzystanowej – przepraszam, „autostrady”, według miejscowych. Tak twierdzi tata. Coronado Cove, kiedyś lokalizacja historycznej misji w Kalifornii, teraz jest turystycznym miastem pomiędzy San Francisco i Big Sur. Dwadzieścia tysięcy mieszkańców i dwa razy tyle turystów. Przyjeżdżają z trzech powodów: lasu sekwojowego, prywatnej plaży nudystów i surfingu.

Och, tak, powiedziałam „las sekwojowy”.

Przyjeżdżają z jeszcze jednego powodu, co niedługo zobaczę na własne oczy i co skręca mi żołądek, kiedy tylko o tym myślę. A więc nie. Nie teraz. Ponieważ miasto jest jeszcze ładniejsze niż na zdjęciach, które przesłał mi tata. Pagórkowate, obsadzone cyprysami ulice. Stiukowe, w hiszpańskim stylu, budynki z terakotowymi dachówkami. Przydymione, purpurowe góry w oddali. I nagle wjeżdżamy na Gold Avenue, dwupasmową krętą drogę, która otacza kręte wybrzeże, i wreszcie to widzę: Pacyfik.

Alex miał rację. Plaże na Wschodnim Wybrzeżu są beznadziejne.

To… zapiera dech w piersiach.

– Jest taki niebieski – mówię, choć wiem, jak głupio brzmię, ale nie jestem w stanie lepiej opisać wody w kolorze jasnej akwamaryny, omywającej piasek. Jej zapach czuję nawet w samochodzie. Słony i czysty, i zupełnie nie taki, jak na plażach w dawnym domu. Tam było pełno jodu, o posmaku gotującego się metalu. Nie zachęcało do odsłonięcia okna.

– Mówiłem, prawda? Tu jest raj – odzywa się tata. – Teraz wszystko pójdzie lepiej. Obiecuję, Mink.

Odwracam się do niego i uśmiecham. Chcę wierzyć, że może mieć rację.

I wtedy jego głowa leci na przednią szybę, a samochód skrzeczy, gwałtownie hamując.

Mój pas bezpieczeństwa zamienia się w metalowy pręt wbijający się w moją klatkę piersiową, kiedy lecę do przodu i opieram ręce na desce rozdzielczej. W ustach czuję delikatny ból i smak miedzi. Wysoki pisk, który wydobywa się ze mnie, z czego zdaję sobie sprawę, jest zdecydowanie zbyt głośny i dramatyczny; poza moim przygryzionym językiem, nikt nie ucierpiał, nawet samochód.

– Wszystko w porządku? – pyta tata.

Bardziej zażenowana niż wystraszona, kiwam głową, że tak, a potem zauważam powód naszej kraksy: dwóch nastoletnich chłopaków na środku jezdni. Obaj wyglądają jak chodząca reklama olejku kokosowego do opalania – potargane, jasne od słońca włosy, szorty do surfingu i napięte mięśnie. Jeden ciemny, drugi jasny. Ale blondyn jest jak cholera wkurzony i uderza w dach samochodu pięścią.

– Patrz, jak jedziesz, dupku – krzyczy, wskazując na kolorowy, ręcznie malowany znak o przejściu dla surferów niosących swoje deski przez Abbey Road. Na górze widnieje napis: „Witamy w Coronado Cove”. A na dole: „Bądź miły – ustąp pierwszeństwa surferom”.

Hm, aha, nie. To nie jest żaden oficjalny znak, a nawet jeśliby nawet był, nie ma tutaj prawdziwego przejścia, a ten białowłosy koleś z nagą klatą nie ma deski. Ale za Chiny tego nie powiem, bo (A) krzyczałam jak żona z lat pięćdziesiątych, (B) nie wdaję się w konfrontacje. Zwłaszcza z gościem, który wygląda, jakby nawąchał się czegoś wyprodukowanego w brudnej przyczepie.

Jego brązowowłosy znajomek ma chociaż na tyle przyzwoitości, że nosi T-shirt podczas tego nielegalnego przechodzenia przez jezdnię. Poza tym jest niezwykle przystojny (dziesięć punktów) i próbuje odciągnąć swojego w gorącej wodzie kąpanego kumpla z drogi (dwadzieścia punktów). A kiedy to robi, zauważam brzydką, poszarpaną bliznę, ciągnącą się od rękawa wyblakłego T-shirta do jasnoczerwonego zegarka na nadgarstku, jakby jakiś Frankenstein dawno temu przyszył mu ramię. Może nie pierwszy raz usuwa przyjaciela z drogi. Wygląda na tak samo zażenowanego jak ja, wśród tych wszystkich trąbiących samochodów za nami, a kiedy wreszcie odciąga kolegę, unosi dłoń do mojego taty i mówi:

– Sorry, człowieku.

Tata grzecznie odmachuje i czeka, aż obaj znikną, nim ostrożnie znów naciska pedał gazu. Jedź szybciej na miłość boską. Przyciskam bolący język do zębów, żeby sprawdzić, gdzie się ugryzłam. A kiedy odurzony blondas nadal na nas krzyczy, chłopak z blizną na ramieniu patrzy na mnie, jego włosy rozwiewa wiatr, a słońce podświetla loki. Na ułamek sekundy wstrzymuję oddech i zerkam na niego, a potem znika mi z oczu.

Czerwone i niebieskie światła migają na drodze. Świetnie.

Czy coś takiego traktowane jest jako wypadek? Z pewnością nie, bo samochód policyjny nas mija. Odwracam się na siedzeniu i widzę policjantkę. Wystawionym przez okno i zabarwionym na purpurowo ramieniem przesyła ostrzeżenie tym dwóm chłopakom.

– Surferzy – mówi tata pod nosem, jakby to było najgorsze przekleństwo na świecie. A kiedy policjantka i chłopcy znikają za szerokim pasem złotego piasku, nie mogę powstrzymać się od obaw, że tata trochę przesadził z tym rajem.