Facebook
Wołanie grobu

Wołanie grobu

Tytuł oryginału: Dr David Hunter #4: The Calling of the Grave
Ilość stron: 368
Rodzaj: Oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2017-08-18
EAN: 9788324164356
39.80 PLN
26.65 PLN
Kryminał/thriller/sensacja
światowy bestseller
Powieści z doktorem Davidem Hunterem to światowe bestsellery przetłumaczone na 29 języków!
Sprzedane w 9 000 000 egzemplarzy!


Osiem lat wcześniej:
Odnaleziono grób ofiary bestialskiego mordu. Doktor David Hunter – młody antropolog sądowy – bada zwłoki. Odrażający fizycznie mężczyzna o straszliwej sile przyznał się do zabójstw czterech dziewcząt.
Miał wskazać, gdzie je pogrzebał. Ale uciekł. Mogił nie znaleziono.
Dochodzenie przerwano.
A potem był tragiczny wypadek, który odmieni doktora Huntera na zawsze.
Teraz:
Morderca znowu jest na wolności. Doktor Hunter znowu zostaje wezwany do Dartmoor. Te same ponure torfowiska i wrzosowiska. Ta sama wilgotna mgła. Ten sam morderca. I ci sami ludzie, z którymi wtedy Hunter pracował. Ta sama kobieta – psycholog policyjny, która teraz boi się… Bardzo się boi.
Wokół gęstnieją przeszłość i strach. Narastają, obezwładniają. Znowu każdy może być ofiarą i każdy może być mordercą.


SIMON BECKETT, dziennikarz najważniejszych brytyjskich gazet („The Times”, „The Observer”), w 2002 roku zbierał materiał do artykułu w Ośrodku Badań Antropologicznych przy Uniwersytecie Tennessee, zwanym Trupią Farmą, gdzie policjanci śledczy szkolą się w medycynie sądowej na ludzkich ciałach w stanie rozkładu. To stało się inspiracją do napisania w 2006 roku Chemii śmierci. Kolejne powieści z doktorem Hunterem, jednym z  najciekawszych bohaterów literackich ostatnich lat, zapewniły mu światową sławę. Wyjątkowe, wywołujące dreszcz powieści to misterne studium wszechogarniającego strachu. Budzą najgłębsze emocje, obezwładniają mroczną, przejmującą poetyką pięknej i strasznej prozy.

Jeden. Dwa. Osiem.

Liczby rozkładu. Określają, jak szybko rozpadają się wszystkie organizmy, duże i małe. W wodzie, w powietrzu, w ziemi. W takich samych warunkach klimatycznych ciało zanurzone w cieczy rozkłada się dwukrotnie dłużej niż pozostawione na powierzchni. Pod ziemią – osiem razy dłużej. Jeden, dwa, osiem. Prosta wyliczanka, niezaprzeczalna prawda.

Im coś jest głębiej, tym dłużej przetrwa.

Zakop zwłoki, a ukryjesz je przed padlinożernymi owadami pasącymi się na martwym ciele. Bez powietrza mikroorganizmy nie mogą rozkładać tkanek miękkich, postęp rozkładu hamuje też chłodna otulina ziemi. Niska temperatura opóźnia reakcje biochemiczne, które w zwyczajnych warunkach prowadzą do samozniszczenia komórek.

Proces, jaki w innych okolicznościach zająłby dni albo tygodnie, trwa miesiącami. Czasem latami.

Czasem jeszcze dłużej.

Martwe ciało odcięte od światła, powietrza i ciepła może trwać prawie wiecznie. Schowane w kokonie chłodnej jamy niemal się nie zmienia, obojętne na mijające pory roku.

Jednak tak jak wszędzie i tu obowiązuje zasada przyczyny oraz skutku. W naturze nic naprawdę nie ginie i nic też nie pozostaje całkiem ukryte. Martwe ciało zawsze może się jakoś objawić, nieważne jak głęboko leży.

Jeden. Dwa. Osiem.

Nic nie pozostaje ukryte na zawsze.

 

****

 

Ze środka ścieżki do namiotu techników kryminalistycznych utworzono korytarz z policyjnej taśmy. Ustawiczne tupanie wielu stóp przemieliło wrzosowisko, zmieniając je w czarne błoto, które chlupotało mi pod butami, kiedy szedłem między łopoczącymi taśmami. Ogrodzono przestrzeń wokół namiotu, a wejścia pilnował umundurowany policjant z psem. Podskakiwał raz na jednej nodze, raz na drugiej, chcąc się rozgrzać, a gdy się zbliżałem, przyglądał mi się razem ze swoim wilczurem.

– Przyszedłem zobaczyć się z nadinspektorem Simmsem – oznajmiłem nieco zdyszany.

Zanim zdołał odpowiedzieć, odchylono połę namiotu, a w powstałej szczelinie pojawił się jakiś mężczyzna. Był po czterdziestce, ale wyglądał, jakby chciał być starszy. Miał na sobie kombinezon technika kryminalistycznego, który jednak jakoś źle na nim leżał. Twarzy w zadziwiający sposób brakowało zmarszczek i jakby po to, aby zrównoważyć gładkość rysów, nieznajomy zapuścił wąsy nadające mu nieco wojskowy wygląd. Zdjął ochronny kaptur, zaś czarne włosy pod spodem nadal pozostały gładko zaczesane, wyglądały jak kask.

– Doktor Hunter? Nazywam się Simms.

Tyle sam bym się domyślił, nawet nie rozpoznając głosu. Jego ton był stanowczy i oficjalny, jak u kogoś pewnego swojej władzy. Przyjrzał mi się czarnymi oczami, poczułem, że właśnie mnie oceniono.

– Spodziewaliśmy się pana już pół godziny temu – powiedział Simms, zanim zniknął wewnątrz namiotu.

Mnie też miło pana poznać. Policjant z psem odsunął się, aby mnie wpuścić, skracając przy tym smycz. Kiedy ich mijałem, cały czas miałem nieprzyjemną świadomość, że owczarek bacznie mnie obserwuje.

Po otwartej przestrzeni torfowiska pod plandeką wydawało się ciasno. Tłoczyły się postacie w kombinezonach. Rozproszone światło, przechodząc przez niebieskie ściany, nadawało wszystkiemu jakiś taki nieziemski wygląd. Było wilgotno i zimno, czułem woń stęchlizny typową dla namiotów.

Skrywał się pod nią jeszcze inny zapach: świeżo wykopanej ziemi i czegoś znacznie mniej przyjemnego.

Grób był pośrodku.

Wokół niego ustawiono przenośne reflektory, delikatnie parujące w wilgotnym powietrzu. Wokół prostokąta ciemnego torfu obramowanego sznurkową siatką ułożono metalowy chodnik. Klęczał na nim ktoś, kogo uznałem za pracownika laboratorium kryminalistycznego. Duży mężczyzna, z zastygłymi w powietrzu dłońmi w gumowych rękawiczkach.

Przypominał chirurga, któremu przeszkodzono w trakcie operacji. Przed nim z ziemi wystawało coś ubłoconego.

Na pierwszy rzut oka mogło to być cokolwiek – kamień, korzeń – dopóki nie przyjrzało się uważniej.

To była gnijąca dłoń, kości przebijały strzępy ciała.

– Obawiam się, że brakuje tu panu patologa, ale wróci, kiedy tylko zwłoki będą gotowe do wydobycia – oznajmił Simms, odwracając moją uwagę od grobu. – Doktorze Hunter, oto profesor Wainwright, archeolog sądowy. Będzie nadzorował wydobycie ciała. Może pan o nim słyszał.

Po raz pierwszy uważnie przyjrzałem się postaci klęczącej przy mogile. Wainwright? Poczułem, jak ściska mi się żołądek.

Jasne, że o nim słyszałem. Leonard Wainwright, nauczyciel akademicki z Cambridge, który został konsultantem policji, był jednym z najlepszych ekspertów od kryminalistyki w kraju, postacią niezwykłą, a jego nazwisko natychmiast dodawało wiarygodności każdemu śledztwu.

Jednak Wainwright miał także reputację osoby bezlitosnej dla każdego, kogo uznawał za rywala. Ostro krytykował to, co nazywał „modnymi technikami kryminalistycznymi”, a co w gruncie rzeczy dotyczyło przedstawicieli każdej innej dyscypliny naukowej. Niechęć budziła w nim antropologia sądowa, parweniuszowska dziedzina badań, pod wieloma względami pokrywająca się z jego dziedziną. Zaledwie rok wcześniej opublikował w jakimś czasopiśmie naukowym artykuł wyśmiewający pomysł, że rozkład ciała może stanowić rzetelny wskaźnik czasu, jaki upłynął od śmierci.

Tytuł brzmiał Totalna zgnilizna. Przeczytałem tekst bardziej z rozbawieniem niż ze złością. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę musiał z Wainwrightem pracować.

Profesor wyprostował się z trudem, zatrzeszczały mu kolana dotknięte artretyzmem. Miał około sześćdziesięciu lat, był olbrzymim mężczyzną w ubłoconym kombinezonie, ciasno opinającym jego ciało. Kiedy zdejmował z twarzy maseczkę chirurgiczną, jego mięsiste palce w białych lateksowych rękawiczkach przypominały parówki. Maska odsłoniła rysy, które z pewną dozą pobłażliwości można by nazwać arystokratycznymi.

Uśmiechnął się obojętnie.

– Doktorze, jestem pewien, że praca z panem będzie przyjemnością.

Mówił dudniącym barytonem urodzonego oratora. Mnie także udało się uśmiechnąć.

– Ja również.

– Grób znaleźli turyści wczoraj późnym popołudniem – wyjaśniał Simms, spoglądając na rękę wystającą z ziemi. – Jak panowie widzicie, jest płytki. Sondowaliśmy i wychodzi na to, że mniej niż sześćdziesiąt centymetrów pod powierzchnią jest tu warstwa granitu. Niezbyt dobre miejsce do ukrycia zwłok, ale na szczęście zabójca tego nie wiedział.

Przyklęknąłem, by przyjrzeć się zmarzniętej ciemnej ziemi, z której sterczała ręka.

– Torf sprawia, że różne rzeczy robią się ciekawsze.

Wainwright przytaknął ostrożnie, jednak się nie odezwał. Jako archeolog lepiej ode mnie znał problemy związane z torfowymi mogiłami.

– Wygląda na to, że deszcz zmył z ręki górną warstwę gleby, a resztę wykopały zwierzęta – kontynuował Simms. – Turyści znaleźli tę rękę wystająca z ziemi. Niestety, nie wiedzieli na początku, co to jest, więc żeby się upewnić, wykopali trochę ziemi.

– Boże, strzeż nas przed amatorami – zaintonował Wainwright.

Może tylko przypadkiem patrzył akurat na mnie. Przykucnąłem na metalowym chodniku, chcąc uważniej przyjrzeć się dłoni. Odsłonięto ją do kości nadgarstka. Większość tkanki miękkiej była obgryziona, a pierwsze dwa palce, te które najbardziej wystawały, całkiem zniknęły.

Można się było tego spodziewać – większe drapieżniki, jak lisy, a nawet co większe ptaki, jak kruki albo mewy, jak najbardziej były w stanie je oderwać.

Zaciekawiło mnie jednak, że poniżej śladów zębów na kości połamane powierzchnie paliczków wydawały się gładkie.

– Czy któryś z turystów nadepnął na dłoń albo ją uszkodził, kiedy kopali? – zapytałem.

– Twierdzą, że nie. – Twarz Simmsa, kiedy na mnie patrzył, była pozbawiona wyrazu. – Dlaczego?

– Pewnie to nic nie znaczy. Tyle że palce są połamane. Wygląda na to, że pękły wszystkie od razu. Czyli że to nie robota zwierzęcia.

– Tak, też to zauważyłem – odezwał się Wainwright, cedząc słowa.

– Uważa pan, że to istotne? – zapytał Simms.

Wainwright nie dał mi szansy odpowiedzieć.

– Jeszcze za wcześnie, żeby cokolwiek powiedzieć. Chyba że doktor Hunter ma jakąś teorię…

Nie zamierzałem spekulować.

– Jeszcze nie teraz. Czy znalazł pan jeszcze coś innego?

Pracownicy laboratorium wybrali już z przestrzeni okrytej plandeką wszystkie ewentualne dowody.

– Nic szczególnego. Dwie małe kości na powierzchni, sądzimy, że królicze. W każdym razie na pewno nie ludzkie, ale oczywiście może pan spojrzeć. – Simms zerknął na zegarek. – Teraz, jeśli to już wszystko, muszę iść na konferencję prasową. Profesor Wainwright zaznajomi pana ze wszystkim, co powinien pan wiedzieć. Będzie pan pracował pod jego kierownictwem.

Wainwright przyglądał mi się z lekkim zainteresowaniem.

Tak jak w przypadku szczątków decydujący głos miał patolog, tak też odpowiedzialność związana z archeologią sądową w naturalny sposób spadała na niego. Nie stanowiło to dla mnie problemu, przynajmniej w teorii. Znałem jednak przypadki, kiedy ciało uszkodzono wskutek nieumiejętnego albo zbyt entuzjastycznego wykopywania, a rozbicie czaszki kilofem czy łopatą z pewnością nie ułatwiłoby mi pracy.

I nie zamierzałem także pełnić roli asystenta Wainwrighta.

– Zgadza się, jeśli chodzi o wydobywanie ciała – oznajmiłem.

– Oczywiście, oczekuję, że będzie ze mną konsultowane wszystko, co tyczy się samych szczątków.

W namiocie zapadła cisza. Simms spojrzał na mnie chłodno.

– Doktorze Hunter, znamy się z Leonardem już od dłuższego czasu. W przeszłości pracowaliśmy razem przy wielu dochodzeniach. Mogę dodać, że zakończonych dużymi sukcesami.

– Ja nie…

– Bardzo pana chwalono, jednak chcę kogoś, kto umie grać w zespole. Z przyczyn osobistych bardzo mi zależy na powodzeniu tego śledztwa, dlatego nie będę tolerował żadnych utrudnień. Z czyjejkolwiek strony. Czy wyraziłem się jasno?

Wiedziałem, że Wainwright obserwuje wszystko, i miałem pewność, iż wcześniej poinstruował Simmsa. Wzdrygnąłem się na myśl o takim układzie, ale pracowałem już z tyloma trudnymi prowadzącymi śledztwo, że wiedziałem, iż lepiej nie dyskutować. Miałem równie obojętny wyraz twarzy jak on.

– Tak, oczywiście.

– Dobrze. Chyba nie muszę panu mówić, jak ważne jest to śledztwo. Jerome Monk może i trafił za kratki, ale jestem pewien, że moje zadanie wypełnię, dopiero gdy jego ofiary zostaną odnalezione i zwrócone rodzinom. Jeśli… jeśli… to jest jedna z nich, muszę o tym wiedzieć.

Simms przyglądał mi się jeszcze chwilę, aż wreszcie, usatysfakcjonowany, przeszedł do sedna.

– Panowie, pozostawiam was z waszą pracą.

Wysunął się pod połami namiotu. Przez chwilę ani ja, ani Wainwright się nie odzywaliśmy. Potem archeolog chrząknął teatralnie.

– A zatem, doktorze Hunter, możemy zaczynać?

Aktualności
2017-10-12

Z ostatniej chwili: "Lot 7A" już wystartował we Frankfurcie

Na obleganych niemieckich stoiskach na targach książki we Frankfurcie, wśród 1000 nowych książek i autorów, najlepiej promowaną i najbardziej widoczną jest nowa powieść Sebastiana

czytaj więcej
2017-10-01

Twitter i Instagram

Wydawnictwo Amber od dziś także na Twitterze i Instagramie. 

czytaj więcej
2017-09-29

Zastanawialiście się kiedyś gdzie Danielle Steel pisze swoje bestsellerowe powieści?

Teraz macie okazję zobaczyć jej unikatowe  biurko i maszynę do

czytaj więcej

Inne książki autora

Zapisane w kościach Wołanie grobu

Zapisane w kościach BECKETT SIMON

39.80 PLN 26.65 PLN
Szepty zmarłych

Szepty zmarłych BECKETT SIMON

Rany kamieni

Rany kamieni BECKETT SIMON

39.80 PLN 26.65 PLN
Wołanie grobu

Wołanie grobu BECKETT SIMON

47.80 PLN 32.01 PLN
Chemia śmierci

Chemia śmierci BECKETT SIMON

39.80 PLN 26.65 PLN