Facebook
Sacrifice

Sacrifice

Tytuł oryginału: Sacrifice
Tłumaczenie: Małgorzata Stefaniuk
Ilość stron: 352
Rodzaj: oprawa miękka ze skrzydełkami
Format: 130x205
Data wydania: 2016-11-24
EAN: 978-83-241-6044-0
Dostępność: Wysyłka w ciągu 24 h
Kod produktu: 010798
39.80 PLN
26.67 PLN
Literacki kryminał
Bestseller

„Inspirowana niesamowitym mitem, budząca dreszcz, hipnotyzująca powieść autorki, która zmienia oblicze literatury kryminalnej”. Tess Gerritsen


Wyspy Szetlandzkie, dwieście kilometrów na północ od Szkocji. Tora Hamilton, młoda lekarka, czuje się na tych ponurych, omiatanych wiatrem skalistych pustkowiach obca i zagrożona. Jej mąż, choć tu się urodził, wraca w rodzinne strony po raz pierwszy od dwudziestu lat. Mówi, że tu będzie jej dobrze, że będą mogli żyć spokojnie i szczęśliwie i spełnić swoje marzenie.
Pewnego dnia na torfowisku obok ich domu Tora znajduje zakopane zwłoki kobiety – zamordowanej tuż po urodzeniu dziecka, z wyciętym sercem i wyrytymi na plecach tajemniczymi znakami. Takimi, jakie widnieją w ich piwnicy. Takimi, jakie widywała już na wyspie…
Policja szybko zamyka sprawę, więc Tora rozpoczyna śledztwo na własną rękę, choć wszyscy, nawet mąż, usiłują ją od tego odwieść.
Ale odkrywa kolejne ofiary. I domyśla się, kto może być następną.
A potem dostaje pierwsze makabryczne ostrzeżenie...


SHARON BOLTON jest jedną z najbardziej znanych, lubianych i cenionych brytyjskich autorek psychologicznych literackich kryminałów.
Jej wydawane w 18 krajach powieści są laureatkami najważniejszych międzynarodowych nagród: CWA Gold Dagger, Barry Award, International Thriller Writers Best First Novel oraz francuskiej Prix du Polar.
W 2014 otrzymała nagrodę CWA Dagger in the Library przyznawaną za całokształt twórczości przez brytyjskie Stowarzyszenie Pisarzy Kryminałów.
Jej debiutancka powieść Sacrifice, finalistka nagród International Thriller Writers Best First Novel, Mary Higgins Clark i Prix du Polar, została zekranizowana.

Ze zwłokami bym sobie poradziła. To okoliczności mną wstrząsnęły.
My, którzy żyjemy z kruchości ludzkiego ciała, godzimy się – jakbyśmy mieli to wpisane w umowę o pracę – z rosnącą wciąż zażyłością ze śmiercią. Dla większości ludzi odejście duszy z jej ziemskiego domu z kości, mięśni, tłuszczu i ścięgien osnuwa mgiełka tajemnicy. Dla nas ta robota w śmierci i rozkładzie odziera je powoli, lecz nieubłaganie z wszelkiej tajemnicy, a zaczyna się to już na wstępnych zajęciach z anatomii, z pierwszym rzutem oka na okryte białymi prześcieradłami ludzkie kształty w sali błyszczącej kliniczną stalą.
Przez te wszystkie lata widziałam śmierć, kroiłam śmierć, wąchałam śmierć, nakłuwałam, ważyłam i pobierałam próbki śmierci, a czasem nawet ją słyszałam (te ciche, szepczące dźwięki, jakie wydają zwłoki, gdy opadają płyny ustrojowe) – więcej razy, niż mogłabym zliczyć. I doskonale oswoiłam się
ze śmiercią. Po prostu nigdy się nie spodziewałam, że skoczy na mnie znienacka i krzyknie „Buu!”
Ktoś zapytał mnie kiedyś, w pubie, podczas lunchu i dyskusji o wiarygodności filmów detektywistycznych, jak bym zareagowała, gdyby zwłoki nagle przy mnie ożyły. Świetnie wiedziałam, co ten ktoś miał na myśli, a on nawet się uśmiechał, kiedy zadawał to głupie pytanie. Odpowiedziałam, że nie wiem. Ale od czasu do czasu się nad tym zastanawiałam. Co bym zrobiła, gdyby Joe Umarlak mnie zaskoczył? Czy włączyłby się zawodowy dystans,  odpowiedział, żebym sprawdziła oznaki życia, zrobiła w pamięci notatki o stanie zwłok i okolicznościach badania, czy wrzasnęłabym i uciekła?
A potem przyszedł dzień, kiedy się dowiedziałam.


Właśnie zaczynało padać, gdy wdrapywałam się na minikoparkę, którą wypożyczyłam tego ranka. Krople były delikatne, prawie przyjemne, ale ciemna chmura nad głową mówiła mi, żeby się nie spodziewać wiosennej mżawki. Może i mieliśmy początek maja, ale tak daleko na północy ulewne deszcze wciąż były niemal codziennością. Przeleciało mi przez myśl, że kopanie w deszcz może być niebezpieczne, ale i tak włączyłam silnik.
Jamie leżał na boku, jakieś dwadzieścia metrów dalej. Dwie nogi, prawe tylna i przednia, były na ziemi. Lewe sterczały w powietrzu, kopyta wisiały  trzydzieści centymetrów nad darnią. Gdyby spał, poza wydawałaby się komiczna; martwy wyglądał groteskowo. Roje much brzęczały wokół jego łba i odbytu. Rozkład zaczyna się w chwili śmierci i wiedziałam, że już nabiera rozpędu w ciele Jamiego. Niewidoczne bakterie będą stopniowo pożerały wewnętrzne organy. Muchy złożą jaja. W ciągu kilku godzin wyklują się larwy i zaczną przegryzać sobie drogę przez tkankę. A do tego obok na ogrodzeniu
przysiadła sroka; i łypała to na Jamiego, to na mnie.
Cholerne ptaszysko chce jego oczu, pomyślałam, jego pięknych, łagodnych brązowych oczu. Nie byłam pewna, czy dam radę pochować Jamiego sama, ale nie mogłam tak po prostu siedzieć i patrzeć, jak sroki i larwy zamieniają mojego najlepszego przyjaciela w danie na wynos.
Prawą ręką odciągnęłam drążek przepustnicy, żeby zwiększyć obroty. Poczułam, jak hydraulika dostaje kopa, pchnęłam oba drążki sterownicze. Koparka chybotliwie ruszyła do przodu i zaczęła się wspinać po zboczu.
Dotarłam na bardziej stromą część wzgórza i zrobiłam szybkie obliczenia. Dół musi być duży, może z półtora, dwa metry głęboki. Jamie był dużym  koniem, wysokim w kłębie, z długim grzbietem. Trzeba wykopać dziurę wielkości dwóch metrów sześciennych na spadzistym terenie. To dużo ziemi,
warunki dalekie od idealnych, a ja nie jestem operatorem koparki. Duncan miał wrócić następnego dnia, więc zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie lepiej poczekać. Sroka na płocie zaskrzeczała ironicznie i dała kilka zuchwałych kroczków w bok. Zacisnęłam zęby i znów pchnęłam drążki.
Na padoku po prawej przyglądali mi się Charles i Henry; ich piękne smutne pyski wisiały nad ogrodzeniem. Niektórzy ludzie wam powiedzą, że konie to głupie stworzenia. Nigdy w to nie wierzcie! Te szlachetne zwierzęta mają dusze, a te dwa dzieliły mój ból, gdy koparką wtaczałam się pod górę w stronę Jamiego.
Dwa metry przed nim zatrzymałam się i zeskoczyłam na ziemię.
Część much była na tyle przyzwoita, że odfrunęła na odpowiednią odległość, gdy przyklęknęłam przy Jamiem i pogładziłam jego czarną grzywę. Miałam tego konia od dziesięciu lat i bardzo go kochałam.
Jamie, piękny Jamie, szybki jak wiatr i silny jak tygrys. Jego wspaniałe kochające serce w końcu się poddało, ostatnią rzeczą, jaką mogłam dla niego zrobić, to wykopać mu cholerny wielki dół.
Weszłam z powrotem na koparkę, podniosłam ramię i opuściłam łyżkę. Wyciągnęłam załadowaną do połowy. Nieźle. Obróciłam koparkę, zrzuciłam ziemię, wróciłam do poprzedniego ustawienia i powtórzyłam cały cykl. Tym razem łyżka była cała zapełniona zwartą ciemnobrązową ziemią. Torf pokrywał naszą posesję na głębokość od metra do trzech i – nawet mimo koparki – bardzo utrudniał pracę.
Kopałam dalej.
Po godzinie deszczowe chmury spełniły swoją obietnicę, sroka się poddała, a mój dół miał ze dwa metry głębokości. Opuściłam łyżkę, a kiedy ją przyciągałam, poczułam, że o coś zahaczyła. Zerknęłam w dół, próbowałam coś zobaczyć przez ramię maszyny. Trudna sprawa – narobiło się już pełno błota. Trochę podniosłam łyżkę i znowu spojrzałam. Coś tam na dole zawadzało. Opróżniłam łyżkę i podniosłam ramię. Wyskoczyłam z kabiny, podeszłam do skraju dołu. Koparka do połowy wyciągnęła z ziemi jakiś duży przedmiot, owinięty w materiał zabarwiony na brązowo przez torf. Już zamierzałam wskoczyć do dołu, ale w porę sobie uświadomiłam, że zostawiłam koparkę bardzo blisko skraju i że torf – do tego czasu bardzo
już namoknięty – obsuwa się na bokach.
Zły pomysł. Nie chciałam utknąć w dziurze w ziemi, w deszczu, z półtoratonową koparką, która na pewno runęłaby na mnie. Wróciłam do szoferki, cofnęłam kilka metrów, wysiadłam i wróciłam do dziury, żeby znów do niej zajrzeć.
A potem do niej wskoczyłam.
Nagle zrobiło się ciszej i ciemniej. Nie czułam już wiatru i nawet deszcz jakby osłabł – na górze pewnie bardziej go nawiewały podmuchy. Nie słyszałam też wyraźnie chlupotu fal rozbijających się o brzeg pobliskiej zatoki ani od czasu do czasu warkotu samochodów. Stałam w dziurze w ziemi, odcięta od świata, i nie bardzo mi się to podobało.
To było płótno. Tej gładkoszorstkiej faktury nie da się pomylić z niczym innym. Brunatne, brązowe od ziemi, ale splot rozpoznawałam. Co kawałek wystawały postrzępione brzegi – zorientowałam się, że materiał został pocięty na trzydziestocentymetrowe pasy, a potem nimi coś owinięto jak gigantycznym bandażem. Na jednym końcu tobół był dość szeroki, ale prawie zaraz zwężał się i znowu robił szerszy. Koparka odgrzebała jakiś metr tego pakunku, reszta nadal była zakopana.
Miejsce zbrodni, powiedział głos w mojej głowie; głos, którego nie rozpoznawałam, nigdy go wcześniej nie słyszałam. Nic nie rusz, wezwij policję.

Aktualności
2017-03-08

Dzień Kobiet w Amberze

Drogie Czytelniczki, z okazji Waszego święta obniżyliśmy ceny na literaturę kobiecą o połowę.

Dotyczy książek z kategorii: literatura kobieca, literatura erotyczna, powieść

czytaj więcej
2017-02-28

Drodzy Czytelnicy,

Z przyczyn technicznych wysyłka zamówionych książek nastąpi od 2 marca (czwartek).

Bardzo przepraszamy za utrudnienia.

czytaj więcej
2017-02-23

Z ostatniej chwili:

Perfekcjonista Helen Fields wśród najgorętszych tytułów w Wielkiej Brytanii!
Już trzeci tydzień na listach bestsellerów magazynu „The Bookseller”. I pnie się

czytaj więcej

Inne książki autora

Mroczne przypływy Tamizy Sacrifice
39.80 PLN 26.67 PLN
Stokrotka w kajdanach

Stokrotka w kajdanach BOLTON SHARON

39.80 PLN 26.67 PLN
Do koszyka
Małe mroczne kłamstwa

Małe mroczne kłamstwa BOLTON SHARON

39.80 PLN 26.67 PLN
Ulubione rzeczy

Ulubione rzeczy BOLTON SHARON

42.80 PLN 28.68 PLN
Zagubieni

Zagubieni BOLTON SHARON

39.80 PLN 26.67 PLN
Do koszyka
Karuzela samobójczyń

Karuzela samobójczyń BOLTON SHARON

39.80 PLN 26.67 PLN
Do koszyka