Trzęsienie ziemi na samym początku, czyli „Ostatnie dziecko” Sebastiana Fitzka.

18 marca 2017
 

Recenzja Marty Guzowskiej

 

Recepta Alfreda Hitchcock na trzymający w napięciu film, że powinien się zaczynać trzęsieniem ziemi, a potem napięcie powinno powoli rosnąć, cytowana była już milion razy, przy najrozmaitszych okazjach. Ale Sebastian Fitzek w „Ostatnim dziecku”, wydanym w tym tygodniu nakładem wydawnictwa Amber, wziął ją sobie do serca. Jego powieść zaczyna się, kiedy dawna przyjaciółka adwokata, pielęgniarka w szpitalu, prosi go o wzięcie pod profesjonalną opiekę jedenastoletniego chłopca z guzem mózgu. Chłopiec twierdzi, że przed piętnastoma laty, a więc chyba w poprzednim życiu, kogoś zabił. Adwokat razem z pielęgniarką i chłopcem robią wizję lokalną w miejscu, gdzie chłopiec rzekomo ukrył zwłoki. I znajdują rozłożone ciało, ze śladami siekiery na czaszce, dokładnie tak, jak to chłopiec opisał.

A to dopiero pierwszy rozdział!

W następnych adwokat, kierując się wskazówkami chłopca, odnajduje kolejne ciała i nie wie, czy ma wierzyć w reinkarnację, czy nie. Żeby było trudniej, policja, której donosi o znalezionych zwłokach, zaczyna podejrzewać o morderstwa właśnie jego (no bo jakim cudem znajduje 3 ciała w 3 dni?). A do tego adwokat dostaje płytę wideo z nagraniem przedstawiającym jego zmarłego w niemowlęctwie syna. Tylko wcale nie martwego, ale jak najbardziej żywego, kilkuletniego chłopca.

Fitzek stosuje mieszankę wybuchową motywów i podkręca do granic wytrzymałości tempo, więc „Ostatniego dziecka” właściwie nie sposób odłożyć. Ale porusza też w powieści temat wyjątkowo drastyczny: pedofilię i handel dziećmi.

Zbrodnicze Siostrzyczki zawsze ostrożnie podchodzą do powieści, gdzie krzywdzone są dzieci. Z jednej strony ciężko znosimy te tematykę, bo same jesteśmy matkami. Z drugiej: uważamy, że wprowadzenie dzieci do kryminału to droga na skróty, łatwe granie na uczuciach czytelnika. No bo nic nie wzruszy nas bardziej niż dziecko. Niewielu autorom udaje się wyjść z tematu „dzieci” obronną ręką. Dokonał tego Dennis Lehane w znakomitej powieści „Gone baby, gone” (wydanej po polsku pod wyjątkowo mdłym tytułem „Gdzie jesteś, Amando?”), udało się to Tony’emu Parsonsowi w powieści „Rzeźnik” i zdołał to zrobić Fitzek w „Ostatnim dziecku”. Być może dlatego, że akcja jest zręcznie poprowadzona i co chwila zaskakuje zwrotami, nie miałam wrażenia, że Fitzek sięga po tani sentymentalizm. I chwała mu za to.

Podsumowując: świetna powieść, trzymająca w napięciu do ostatniej strony. W sam raz na wiosenny deszczowy weekend. Szkoda, że tak szybko się kończy!