Facebook
Kamerzysta

Kamerzysta

Tytuł oryginału: Schnitt
Tłumaczenie: Barbara Tarnas, Viktor Grotowicz
Ilość stron: 400
Rodzaj: oprawa miękka ze skrzydełkami
Format: 130x205
Data wydania: 2017-02-21
EAN: 9788324161768
39.80 PLN
26.65 PLN
Kryminał/thriller/sensacja
światowy bestseller

 

Uważaj, zanim weźmiesz do ręki ten porażający thriller! Bo Marc Raabe prowadzi swoich bohaterów przez najgorsze koszmary. I to samo zrobi z tobą.
Sebastian Fitzek, autor Pasażera 23


Ciemne schody.
Piwnica.
Uchylone drzwi...
Serce wali jak szalone, ale ciekawość jest silniejsza...
Jedenastoletni Gabriel nie powinien nigdy zapomnieć tego, co zobaczył w laboratorium fotograficznym ojca. Ale dzięki wieloletniej terapii w szpitalu psychiatrycznym wyparł z pamięci tę straszną noc, gdy zginęli jego rodzice, a dom doszczętnie spłonął.
Dwadzieścia dziewięć lat później prowadzi normalne życie, pracuje w firmie ochroniarskiej... i nadal nic nie pamięta. Aż do dnia, gdy alarm w środku nocy wzywa go do opuszczonego domu.


Ciemne schody.
Piwnica.
I ten sam strach chłopca, który stoi na progu przerażającej tajemnicy.


Ale to dopiero początek koszmaru. Tego wieczoru spodziewająca się dziecka dziewczyna Gabriela zostaje porwana. Zginie, jeśli Gabriel nie zdoła jej odnaleźć. Lecz żeby ją odnaleźć, będzie musiał zapuścić się w najgłębsze mroki własnej przeszłości...


„Pisanie powieści jest jak montowanie filmu, tylko ze słów zamiast z obrazów” - mówi MARC RAABE, filmowiec, który w ostatnich latach stał się najsłynniejszym obok Sebastiana Fitzka niemieckim mistrzem psychothrillera.
Od dwudziestu lat prowadzi firmę produkującą filmy telewizyjne, dokumenty, trailery, reklamy. Jest jej dyrektorem, redaktorem, realizatorem, grafikiem i montażystą. Od czterech lat wiedzę filmową przekłada na twórczość literacką. I dlatego, jak podkreśla krytyka, jego powieści są wyjątkowe - skonstruowane jak film złożony z szybkich cięć i pędzących kadrów.
Marc Raabe zadebiutował jako pisarz w 2012 roku thrillerem Kamerzysta i zelektryzował wszystkich – nie tylko w Niemczech. Książkę opublikowało prestiżowe niemieckie wydawnictwo i najwięksi wydawcy w Europie. Weszła na listy „Der Spiegel” i pozostawała na nich przez wiele tygodni, obok powieści Sebastiana Fitzka. Wszędzie obsypano ją entuzjastycznymi recenzjami.
Dziś Marc Raabe jest autorem trzech powieści i jednym z najwyżej ocenianych twórców thrillerów psychologicznych.

 

Prasa zagraniczna o Kamerzyście:

 

KAMERZYSTA JEST JAK PORAŻENIE PRĄDEM. JESTEŚ PRZEZ CAŁY CZAS POD NAPIĘCIEM.
dengler-buchkriti k.de

WYRAFINOWANA GRA UMYSŁÓW. BOHATEROWIE I CZYTELNICY PRAWIE DO SAMEGO KOŃCA NIE WIEDZĄ, DLACZEGO ZOSTALI WCIĄGNIĘCI W TĘ GRĘ, KTO JĄ PROWADZI I JAKĄ MAJĄ ODEGRAĆ W NIEJ ROLĘ.
krimi-couch.de

MARC RAABE MOŻE SIĘ RÓWNAĆ Z NAJWIĘKSZYMI AMERYKAŃSKIMI I ANGIELSKIMI MISTRZAMI. TYLKO MA W SOBIE COŚ WIĘCEJ.
„KÖLNER STADT-ANZEIGER“

FINEZYJNIE DOZUJE STRACH”.
kultur-base.de

ZAPIERA DECH W PIERSI.
APPLE IBOOK

WYWOŁUJE CIARKI NA PLECACH.
kultur-base.de

ZLEWA ZIMNYM POTEM.
WDR2 RADIO

JEST JAK WINDA DO PIEKŁA.
„ESSLINGER ZEITUNG”

STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ! WIELOPOZIOMOWY, ZNAKOMITY PSYCHOTHRILLER.
krimi-couch.de

DEBIUT PIERWSZEJ KLASY. ABSOLUTNIE WART PRZECZYTANIA.
SAT 1

FILMOWIEC MARC RAABE ZNA ŚWIAT MEDIÓW I ZNAKOMICIE USYTUOWAŁ W NIM SWÓJ THRILLER. CZYTA SIĘ JAK FILM, BŁYSKAWICZNE FILMOWE CIĘCIA PODTRZYMUJĄ NAPIĘCIE.
krimi-couch.de

AŻ TRUDNO UWIERZYĆ, ŻE TO DEBIUT. NAPISANY Z ABSOLUTNĄ PRECYZJĄ,
SUGESTYWNIE I Z OGROMNĄ INTENSYWNOŚCIĄ.
„KÖLNER STADT-ANZEIGER“

SCENY, KTÓRE POZOSTAJĄ NA DŁUGO W PAMIĘCI. NIEWIELU AUTORÓW MA TAKI DAR WYWOŁYWANIA PRZERAŻENIA.
kultur-base.de

 

Patronat medialny

    onet KK

Marc Raabe wie, jak przykuć uwagę czytelnika. Szybka akcja, sugestywnie opisane sceny, cięcia w najbardziej newralgicznych punktach fabuły to tylko niektóre z trików, które autor z pewnością zaczerpnął ze swojego wieloletniego doświadczenia w pracy w telewizji. Kamerzysta to lektura, która trzyma za gardło i nie pozwala zasnąć jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony.
Fragment recenzji, która ukazała się na portalu Kawiarenka Kryminalna
 
 
 
"Uważaj, zanim weźmiesz go do ręki!" - ostrzega cytat z okładki. Jakże słusznie! Bo tu dosłownie od pierwszej do ostatniej strony nie opuszcza nas strach. I to paniczny. Czy może być lepsza rekomendacja dla thrillera? A na dodatek Raabe pisze tak sugestywnie, tak plastycznie - jest przecież również filmowcem - że czujemy się, jakbyśmy byli w kinie. Emocje niesamowite, dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. Polecam gorąco, mnie ta powieść dosłownie oszołomiła.
Jedna z recenzji, która ukazała się na empik.com
 
 
Książka dobra, z pewnymi okruchami czarnego poczucia humoru. Trzeba autorowi przyznać, iż potrafi w najbardziej drastycznych momentach rzucić scenką, która wywołuje nawet jeżeli nie salwy śmiechu, to szerokie uśmiechy.
Fragment recenzji, która ukazała się na blogu Pasje i fascynacje mola książkowego
 
 
Recenzje ukazały się także na portalach:

Gabriel stał w progu i patrzył w dół. Światło z korytarza padało na schody prowadzące do piwnicy, lekko przytłumione przez ceglane ściany.

Nienawidził piwnicy, zwłaszcza w nocy. Nie żeby robiło mu różnicę, czy na dworze jest widno, czy ciemno. W piwnicy zawsze panowała noc. Ale w ciągu dnia mógł uciec na górę, do ogrodu, do światła. W nocy natomiast wszędzie było mroczno, również na zewnątrz, a w każdym zakamarku czaiły się duchy. Duchy, których dorośli nie mogli widzieć. Duchy, które tylko czekały, aby rzucić się na jedenastoletniego chłopca.

Mimo to nie mógł przestać patrzeć w dół, w najdalszą część piwnicy, gdzie światło obumierało całkowicie.

Drzwi!

Były otwarte!

Pomiędzy ciemnoszarą ścianą i drzwiami ziała czarna szpara. Za nią znajdowało się laboratorium, mroczne jak Gwiazda Śmierci Dartha Vadera.

Serce podeszło mu do gardła. Nerwowo wytarł wilgotne dłonie w pidżamę, swoją ulubioną, tę z Lukiem Skywalkerem z Gwiezdnych Wojen na piersi.

Czarna szpara uchylonych drzwi magicznie go przyciągała. Powoli postawił bosą stopę na pierwszym schodku. Drewno, z którego zrobiono schody do piwnicy, było w dotyku szorstkie i zdradliwie trzeszczało. Ale wiedział, że go nie usłyszą. Przynajmniej tak długo, dopóki kłócą się za zamkniętymi kuchennymi drzwiami. To była większa kłótnia. Większa niż zwykle. I wystraszyła go. Dobrze, że nie ma tu Davida, pomyślał. Dobrze, że zostawił go w bezpiecznym miejscu. Jego młodszy brat na pewno by płakał.

A mimo to byłoby dobrze nie być teraz samemu, w tej piwnicy, z duchami. Gabriel przełknął ślinę. Szpara wpatrywała się w niego jak piekielna gardziel.

Zobacz, co tam jest! Luke też by tak zrobił.

 Ojciec by się wściekł, gdyby go teraz zobaczył. Laboratorium stanowiło tajemnicę ojca i było zabezpieczone jak twierdza metalowymi drzwiami i błyszczącym czarno wizjerem. Nikt nigdy nie widział laboratorium. Nawet matka.

Stopy Gabriela dotknęły betonowej podłogi. Przeszły go ciarki. Najpierw ciepłe drewniane stopnie, a teraz zimny kamień.

Teraz albo nigdy!

Nagle przez sufit piwnicy dobiegł głośny rumor. Gabriel wzdrygnął się. Odgłos dochodził ze znajdującej się nad nim kuchni. Zabrzmiało to, jakby ktoś przesunął stół po kafelkach podłogi. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien wrócić na górę. Matka była tam z ojcem zupełnie sama, a Gabriel wiedział, jak on potrafi się wściec.

Jego wzrok pobiegł z powrotem do połyskujących w ciemności drzwi. Być może już nigdy nie będzie takiej okazji.

Kiedyś już tu stał, to było mniej więcej dwa lata temu. Wtedy ojciec zapomniał zaryglować górne drzwi do piwnicy. Gabriel miał wtedy dziewięć lat. Stał przez chwilę w korytarzu i zerkał w dół. W końcu zwyciężyła ciekawość. Wtedy też zakradł się po schodach do piwnicy z duszą na ramieniu, ponieważ bał się duchów, ale mimo to w całkowitej ciemności, bo nie odważył się włączyć światła.

Wizjer w drzwiach świecił na czerwono, jak oko jakiegoś potwora.

Na łeb, na szyję rzucił się do ucieczki z powrotem na górę do dziecięcego pokoju, w którym był David, i wśliznął się do łóżka.

Teraz miał jedenaście lat. Teraz znów stał na dole, a oko potwora się nie świeciło. Mimo to wpatrywało się w niego zimne i czarne jakby martwe. Odbijała się w nim tylko odrobina światła na schodach do piwnicy i on. Im bliżej podchodził, tym jego twarz stawała się większa.

Ale dlaczego tu tak ohydnie śmierdzi?

Bosymi stopami badał podłogę przed sobą i nagle wdepnął w coś mokrego, papkowatego. Rzygi. To były rzygi! To dlatego tak obrzydliwie śmierdziało. Ale skąd się tu wzięły wymiociny?

Mdliło go z obrzydzenia, wytarł do czysta stopę o suche miejsce na betonowej podłodze. Mimo to trochę kleiło mu się pomiędzy palcami. Wolałby teraz wziąć ręcznik albo mokrą ścierkę, ale laboratorium było ważniejsze. Wyciągnął przed siebie rękę, położył dłoń na klamce, trochę szerzej otworzył ciężkie metalowe drzwi i wślizgnął się w ciemność. Otoczyła go nienaturalna cisza.

Grobowa cisza.

Doszedł go ostry chemiczny zapach, jak w laboratorium filmowym, do którego ojciec zabrał go kiedyś po jednym ze swoich dni zdjęciowych.

Serce waliło mu jak szalone. Dużo za szybko, dużo za głośno. Zapragnął być gdzieś indziej, może u Davida, pod kołdrą.

Luke Skywalker nigdy nie schowałby się pod kołdrą.

Drżąc, szukał palcami lewej dłoni włącznika światła, bojąc się, że znajdzie coś zupełnie innego. A co, gdyby tu były duchy? Gdyby złapały go za rękę? Gdyby niechcący wsadził im palce do ust, a one zacisnęłyby zęby?

Tutaj! Zimny plastik.

Nacisnął włącznik. Zaświeciły się trzy czerwone lampy, rozjaśniając pomieszczenie przed nim osobliwym ciemnoczerwonym blaskiem.

Było czerwono, jak w brzuchu potwora.

Poczuł mrowienie na plecach, idące do góry aż po cebulki włosów. Zatrzymał się w progu laboratorium, jakby na niewidzialnej granicy, której nie chciał przekroczyć. Zmrużył oczy, usiłując  dostrzec detale.

Laboratorium było większe, niż myślał, kiszka długa na mniej więcej siedem metrów i szeroka na trzy. Tuż obok niego wisiała ciężka zasłona z czarnego moltonu. Ktoś pośpiesznie odsunął ją na bok.

Pod betonowym sufitem były rozpięte sznurki do bielizny, na których wisiały fotografie. Kilka z nich zerwano i leżały na podłodze.

Po lewej stronie stał powiększalnik do zdjęć. Po prawej przez całą ścianę ciągnął się regał wypełniony sprzętem. Oczy Gabriela się rozszerzyły. Od razu rozpoznał większość kamer: arriflex, beaulieu, leicina, a pomiędzy nimi jeszcze inne, mniejsze. Było ich mnóstwo w pismach fachowych, które piętrzyły się w gabinecie ojca na pierwszym piętrze. Zawsze, kiedy któreś z tych pism wędrowało do śmieci, Gabriel je wyciągał, chował pod poduszką i przyświecając sobie latarką pod kołdrą, czytał wieczorami tak długo, dopóki oczy same mu się nie zamknęły.

Obok kamer leżało kilkanaście obiektywów, niektóre długie jak lufy karabinów, oprócz tego aparaty małoobrazkowe, osłony do tłumienia szumu kamery, kasety z taśmą filmową 8 i 16 mm, ustawione jeden na drugim trzy magnetowidy VHS z czterema monitorami i na koniec dwie nowiutkie kamery wideo. Ojciec zawsze pomstował na nie, nazywając je plastikowymi bombowcami. W jednym z czasopism Gabriel przeczytał, że dzięki nowej technice wideo można kręcić prawie dwugodzinne filmy, nie zmieniając kasety – po prostu niewiarygodne! Ponadto plastikowe bombowce nie terkotały tak jak kamery filmowe, lecz pracowały zupełnie bezgłośnie.

Wzrok Gabriela wędrował po tych wszystkich skarbach i oczy mu błyszczały. Zamarzyło mu się, żeby pokazać te wszystkie rzeczy Davidowi. Od razu ogarnęły go wyrzuty sumienia. W końcu było tu niebezpiecznie. Nie powinien nawet myśleć o przyprowadzeniu tu Davida. Poza tym jego młodszy brat już spał. Dobrze, że zamknął drzwi do pokoju dziecięcego.

Nagle usłyszał głośny hałas. Przestraszony szybko rozejrzał się dookoła. Ale nikogo tam nie było. Ani rodziców, ani ducha. Pewnie wciąż jeszcze się kłócili, na górze w kuchni.

Znów popatrzył w głąb laboratorium, na wszystkie te skarby. Podejdź bliżej, wydawały się szeptać. Ale wciąż stał w progu, obok zasłony. Narastał w nim strach. Jeszcze mógł zawrócić. Zobaczył laboratorium, wcale nie musi już do niego wchodzić.

Jedenaście lat! Masz jedenaście lat! No wejdź, nie bądź tchórzem.

Właściwie ile lat miał Luke?

Niezdecydowanie zrobił dwa kroki do przodu.

Co to za zdjęcia? Pochylił się, podniósł jedno z podłogi i wlepił wzrok w niewyraźną gruboziarnistą fotografię. Nagle poczuł w podbrzuszu uczucie obrzydzenia i dziwnego podniecenia. Spojrzał do góry, na zdjęcia, które wisiały na sznurku. Zdjęcie bezpośrednio nad nim przyciągało jego wzrok jak magnes. Twarz zrobiła mu się gorąca i czerwona jak wszystko dookoła. Jednocześnie poczuł mdłości. To wyglądało tak prawdziwie, było takie… a może to byli aktorzy? To wyglądało jak film! Te kolumny, mury, jak w średniowieczu, i te czarne ubrania…

Otrząsnął się i jego wzrok skakał od porozwieszanych odbitek do regału i w końcu zatrzymał się na nowoczesnych magnetowidach, na których błyszczały małe loga JVC. Ten na samym dole był włączony. Na lśniącym wyświetlaczu świeciły się znaki i cyfry. Jak w Gwiezdnych Wojnach, w kokpicie statku kosmicznego, pomyślał.

Palec wskazujący Gabriela jakby sam z siebie zbliżył się do przycisków i nacisnął jeden z nich. Wzdrygnął się, kiedy z urządzenia wydobyło się głośne klapnięcie. Drugi raz, trzeci, potem szum silnika. Kaseta! W urządzeniu znajdowała się kaseta! Płonęło mu czoło. Gorączkowo nacisnął kolejny przycisk. JVC odpowiedział terkotaniem. Na monitorze obok magnetowidu zadrgały paski zakłóceń. Obraz zrywał się jeszcze przez chwilę, potem był już płynny. Rozproszony, z migoczącymi kolorami, nierzeczywisty, jak okno do innego świata.

Gabriel mimowolnie nachylił się do przodu – i nagle się cofnął. Miał sucho w ustach. Ten sam obraz co na zdjęciu! To samo miejsce, te same kolumny, ci sami ludzie, tylko że się poruszali. Chciał odwrócić wzrok, ale to było niemożliwe. Otwartymi ustami wdychał duszne powietrze, a potem wstrzymał oddech, w ogóle tego nie zauważając.

Obrazy bombardowały go jak nieustające błyski fleszy i jedyne, co mu pozostało, to patrzeć na to jak urzeczony.

Cięcie przez czarny materiał ubrania.

Jasny trójkąt na jeszcze jaśniejszej skórze.

Splątane długie jasnoblond włosy.

Chaos.

A potem jeszcze jedno cięcie – wściekły ostry ruch, który Gabriel dosłownie poczuł we własnych trzewiach. Nagle zrobiło mu się niedobrze i wszystko dookoła zaczęło wirować. Monitor patrzył na niego podstępnie. Drżąc, odszukał przycisk.

Dość! Wystarczy!

Obraz z głuchym fuknięciem zapadł się do środka, zupełnie jakby w monitorze była jedna z tych czarnych dziur jak w kosmosie, która go wessała. Dźwięk był przerażający i jednocześnie napełniający spokojem. Gabriel wpatrywał się w matową szybę, w odbicie swojej błyszczącej czerwono twarzy. Patrzył na niego duch z szeroko otwartymi ze strachu oczami.

Nie myśleć o tym! Tylko nie myśleć o tym… Gapił się na zdjęcia, na cały nieporządek, byle tylko nie spojrzeć na monitor.

Czego nie widzisz, tego nie ma!

Ale to tam było. Gdzieś w monitorze, głęboko w czarnej dziurze. Z magnetowidu dochodził szum przewijającej się taśmy. Chciał zamknąć oczy i obudzić się w innym miejscu. Obojętnie gdzie. Byle nie tutaj. Wciąż tkwił przed własnym upiornym odbiciem w monitorach.

Nagle Gabriela ogarnęło rozpaczliwe pragnienie zobaczenia czegoś pięknego albo po prostu czegoś innego. Jak gdyby kierując się własną niezależną wolą, jego palce skierowały się do innych monitorów.

Pyk. Pyk. Oba górne monitory ożyły. Dwa mdłe obrazy wideo wykrystalizowały się i rzucały stalowoniebieski blask w czerwone światło laboratorium. Jeden obraz pokazywał korytarz i otwarte drzwi do piwnicy; schody były pogrążone w ciemności. Drugi obraz pokazywał kuchnię i – jego rodziców. A z głośnika dochodził głos ojca.

Gabriel szeroko otworzył oczy.

Nie! Proszę, nie!

Ojciec napierał na kuchenny stół. Nogi stołu twardo szurały po podłodze. Hałas przenikał jednocześnie przez sufit i Gabriel wzdrygnął się. Ojciec gwałtownym ruchem otworzył szufladę, sięgnął do środka i wyjął rękę z powrotem.

Gabriel wpatrywał się w monitor przerażony. Mrugał oczami i pragnął teraz być ślepy! Ślepy i głuchy.

Ale nie był.

Do oczu napłynęły mu łzy. Dusił go chemiczny zapach laboratorium zmieszany z wymiocinami przed wejściem. Pragnął, żeby ktoś przyszedł, wziął go w ramiona, powiedział, że to wszystko nieprawda.

Ale wiedział, że nikt nie przyjdzie. Był sam.

Ta świadomość ogłuszyła go, jak uderzenie młotem. Ktoś musi coś zrobić. I to on jest tą jedyną osobą, która może teraz jeszcze coś zrobić.

Jak postąpiłby Luke?

Po cichu, boso, nie czując już zimnej podłogi, przekradł się schodami na górę. Czerwone pomieszczenie za jego plecami płonęło jak piekło.

Gdyby tak miał teraz laserowy miecz! I wtedy, zupełnie nagle przyszło mu do głowy coś dużo, dużo lepszego niż miecz.

 

Aktualności
2017-11-25

Black weekend z Amberem

Tylko w dniach 25-26 listopada rabat 40% na wszystkie nasze książki w księgarni Ravelo! 
Sprawdź: https://www.ravelo.pl/amber

czytaj więcej
2017-11-09

Weekend z "Lot 7A"

Wraz ze Zbrodniczymi Siostrzyczkami zapraszamy do odwiedzania ich strony www oraz fanpage.

Już od piątku (10 listopada) rozpocznie się u nich weekend z najnowszym thrillerem Sebastiana

czytaj więcej
2017-11-02

Lot 7A już na starcie na 1. miejscu listy bestsellerów DER SPIEGEL

"Lot 7A" Sebastiana Fitzka przed "Początkiem" Dana Browna:    
czytaj więcej