Zapisane w kościach

Zapisane w kościach

Tytuł oryginału: Written in Bone
Tłumaczenie: Jan Kraśko
Ilość stron: 336
Rodzaj: miękka, wyd.9
Format: 130x205
Data wydania: 2019-12-09
EAN: 9788324163731
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

Światowy bestseller z doktorem Davidem Hunterem bohaterem Chemii śmierci

„Większość dnia spędzam ze zmarłymi. Czasem ze zmarłymi, którzy nie żyją od bardzo dawna. Jestem antropologiem sądowym. To po części patologia, po części archeologia. To, co robię, wykracza poza jedno i drugie. Bo nawet wtedy, kiedy biologia człowieka przestaje działać, kiedy z tego, co było życiem, zostaje jedynie zepsucie, zgnilizna i stare suche kości, nawet wtedy zmarły może być ważnym świadkiem. Może opowiedzieć swoją historię pod warunkiem, że umie się ją zinterpretować. Ja umiem. Umiem skłonić zmarłych do zwierzeń”.

Doktor David Hunter –jak zawsze wyrwany z własnych bolesnych przeżyć –ma odczytać historię przerażającej zbrodni ze spopielałych kości. Na targanej sztormem, odciętej od świata i sparaliżowanej śmiertelnym strachem wysepce, której mieszkańcy mają swoje straszne tajemnice, nic nie jest tym, czym się wydaje. I nic nie może być wyjaśnione do końca.

ŚWIATOWE BESTSELLERY PRZETŁUMACZONE NA 29 JĘZYKÓW!
SPRZEDANE W 9 000 000 EGZEMPLARZY!

SIMON BECKETT, dziennikarz najważniejszych brytyjskich gazet („The Times”, „The Observer”), w 2002 roku zbierał materiał do artykułu w Ośrodku Badań Antropologicznych przy Uniwersytecie Tennessee, zwanym Trupią Farmą, gdzie policjanci śledczy szkolą się w medycynie sądowej na ludzkich ciałach w stanie rozkładu. To stało się inspiracją do napisania w 2006 roku Chemii śmierci. Kolejne powieści z doktorem Hunterem, zapewniły mu światową sławę. Wyjątkowe, wywołujące dreszcz powieści to misterne studium wszechogarniającego strachu.

Rozdział 1
W odpowiedniej temperaturze pali się wszystko. Drewno. Ubranie. 
Ludzie.
W temperaturze dwustu pięćdziesięciu stopni Celsjusza zapala się ciało. Skóra czernieje i pęka. Tłuszcz podskórny zaczyna topić się jak słonina na gorącej patelni. Podsycany nim płomień trawi tkankę miękką. Najpierw zajmują się ręce i nogi, które działają jak podpałka dla masywniejszego tułowia. Kurczą się ścięgna i włókna mięśniowe, i kończyny, już płonąc, poruszają się w obscenicznej parodii życia. Jako ostatnie ulegają organy wewnętrzne. Tkwią w kokonie wilgoci, dlatego często pozostają nienaruszone, nawet jeśli pozostałe tkanki miękkie ulegną całkowitemu zwęgleniu.
Ale kość to zupełnie inna sprawa, inna materia, dosłownie i w przenośni. Kość opiera się wszystkiemu, z wyjątkiem najgorętszego ognia. I nawet jeśli wypali się z niej cały węgiel, nawet jeśli jest już martwa i bez życia niczym pumeks, wciąż zachowuje swój pierwotny kształt. Ale jest wtedy jedynie wątłym duchem samej siebie sprzed spalenia, cieniem, który łatwo kruszy się i rozpada, ostatnim bastionem spopielałego życia. Proces ten, z bardzo nielicznymi wyjątkami, przebiega zwykle według tego samego schematu.
Zwykle, lecz nie zawsze.
Spokój starej chaty zakłóca odgłos kroków. Butwiejące drzwi otwierają się, nie zważając na protest zardzewiałych zawiasów. Do pokoju wpada światło dnia – wpada i przygasa, gdy w progu wyrasta cień mężczyzny. Mężczyzna pochyla głowę, żeby zajrzeć do środka. Towarzyszący mu stary pies waha się, bo instynkt ostrzegł go już przed tym, co czai się w mroku. Waha się i mężczyzna, tak jakby nie chciał przekroczyć progu. Kiedy pies rusza przed siebie, przywołuje go dwoma 
słowami:
– Do nogi.
Pies posłusznie zawraca, zerkając na niego nerwowo oczami zmętniałymi od katarakty. Wyczuwa nie tylko bijący ze środka zapach, ale i niepokój swojego pana.
– Zostań.
Zdenerwowane zwierzę patrzy, jak mężczyzna wchodzi do opuszczonej chaty. Otacza go mdły zapach wilgoci – wilgoci i czegoś jeszcze. Powoli, niemal niechętnie mężczyzna zbliża się do niskich drzwi na końcu pokoju. Drzwi są zamknięte. Mężczyzna wyciąga rękę, żeby je otworzyć, i znowu się waha. Pies wydaje cichy skowyt. Jego pan tego nie słyszy. Otwiera drzwi ostrożnie, jakby bał się tego, co za nimi zobaczy.
Ale początkowo nie widzi nic. Pokój tonie w półmroku, bo światło wpada tam tylko przez małe okno z pękniętą szybą, spowite pajęczyną, od dziesięcioleci niemyte i pokryte grubą warstwą brudu. W świetle, które się przez nie sączy, pokój chroni swoją tajemnicę kilka chwil dłużej. Gdy oczy przywykają do ciemności, mężczyzna dostrzega coraz więcej szczegółów.
I widzi to, co leży pośrodku pokoju.
Wciąga powietrze tak gwałtownie, jakby ktoś uderzył go pięścią w brzuch, i odruchowo robi krok do tyłu.
– Jezu Chryste.
Te dwa ciche słowa brzmią nienaturalnie głośno w stężałej ciszy pokoju. Mężczyzna blednie. Rozgląda się, jakby bał się, że zaraz zobaczy tam kogoś jeszcze. Ale nie, jest sam.
Wychodzi tyłem, niechętnie, jakby nie mógł oderwać wzroku od tego, co leży na podłodze. Odwraca się dopiero wtedy, gdy skrzypiące drzwi znowu zasłaniają widok.
Wychodzi z chaty niepewnym krokiem. Pies wita go, lecz on nie zwraca na niego uwagi: szpera w kieszeni i wyjmuje paczkę papierosów. Trzęsą mu się ręce i dopiero za trzecim razem udaje mu się zapalić zapalniczkę. Zaciąga się głęboko dymem; żar szybko pochłania papier i dociera do filtra. Ale gdy dociera, mężczyzna jest już spokojny.
Rzuca niedopałek na trawę, rozdeptuje go i podnosi. Chowa go do kieszeni, bierze głęboki oddech i idzie zatelefonować.
Zadzwonili, kiedy jechałem na lotnisko w Glasgow. Był paskudny lutowy dzień, zimny, wietrzny, z przygnębiającą mżawką i szarym, posępnym niebem. Wschodnie wybrzeże atakowały sztormy i chociaż nie dotarły jeszcze w głąb wyspy, sytuacja nie wyglądała zbyt obiecująco.
Miałem tylko nadzieję, że do najgorszego dojdzie już po tym, jak złapię samolot. Wracałem do Londynu. Przez cały tydzień najpierw wydobywaliśmy, a potem badaliśmy zwłoki w Grampian Highlands w północno-wschodniej Szkocji. Niewdzięczne zadanie. Krystaliczny mróz zmienił góry i wrzosowiska w stal, lodowato zimną, lecz piękną. Było to już drugie ciało, które badałem tam w ciągu kilku ostatnich miesięcy. To było okaleczone i należało do młodej kobiety, której jak dotąd nie zidentyfikowano. Ci z prasy niczego jeszcze nie zwęszyli, ale członkowie ekipy śledczej nie mieli wątpliwości, że obydwa morderstwa są dziełem tego samego człowieka. Kogoś, kto zabije znowu, jeśli się go nie złapie, a w tej chwili raczej się na to nie zanosiło. Co gorsza, byłem przekonany, że okaleczeń dokonano post mortem, chociaż ze względu na stan rozkładu zwłok nie mogłem mieć całkowitej pewności.
Tak więc w sumie była to wyczerpująca podróż i nie mogłem się już doczekać powrotu do domu. Od półtora roku mieszkałem w Londynie i pracowałem na uniwersytecie, na wydziale kryminalistyki. Był to angaż tymczasowy, który dawał mi dostęp do wszystkich laboratoriów, do chwili aż znajdę coś bardziej na stałe, ale w ciągu kilku ostatnich tygodni więcej czasu spędziłem w terenie niż w gabinecie. Obiecałem Jenny, że po Grampian Highlands będziemy spędzać razem więcej czasu. Obiecałem nie pierwszy raz, ale tym razem zamierzałem dotrzymać słowa.
Kiedy zadzwonił telefon, pomyślałem, że to pewnie ona, że chce sprawdzić, czy już wracam.
Ale na wyświetlaczu zobaczyłem numer, którego nie znałem, a w uchu zabrzmiał mi stanowczy, burkliwy głos.
– Przepraszam, że przeszkadzam, doktorze. Nadinspektor Graham Wallace z komendy głównej w Inverness. Może mi pan poświęcić kilka minut?
Mówił tonem człowieka nawykłego do posłuchu, z ostrym akcentem bardziej typowym dla mieszkańca czynszówki w Glasgow niż dla kogoś z Inverness. Spojrzałem w zalane deszczem okno taksówki. Byliśmy prawie na lotnisku.
– Ale tylko kilka. Zaraz mam samolot.
– Wiem. Przed chwilą rozmawiałem z Allanem Campbellem z Grampian. Powiedział mi, że już skończyliście. Cieszę się, że pana złapałem.
Campbell, starszy śledczy, który pomagał mi przy ekshumacji, był porządnym człowiekiem i dobrym policjantem, i trudno mu było oddzielić życie osobiste od pracy zawodowej. Dobrze to rozumiałem.
Zerknąłem na taksówkarza. Nie chciałem, żeby ktoś mnie podsłuchał.
– Co mogę dla pana zrobić, inspektorze?
– Może wyświadczyć mi pan przysługę. – Wallace mówił krótkimi, urywanymi słowami, jakby każde z nich kosztowało go więcej, niż chciał zapłacić. – Pewnie słyszał pan o tej katastrofie.
Słyszałem. Przed wyjściem z hotelu obejrzałem dziennik, w którym podano, że ekspres dowożący do pracy mieszkańców zachodniego wybrzeża wpadł na stojącą na torach ciężarówkę i się wykoleił. Zmiażdżone wagony, zmiażdżona ciężarówka – wyglądało to fatalnie. Liczby ofiar jeszcze nie ustalono.
– Wysłaliśmy wszystkich, których mieliśmy – ciągnął Wallace – ale wciąż panuje tam chaos. Możliwe, że ciężarówkę zostawiono na torach celowo, dlatego cały teren traktujemy jak miejsce przestępstwa. Ściągamy ludzi, skąd tylko się da, ale zaczyna nam ich brakować.
Wiedziałem, do czego zmierza. Według dziennika niektóre wagony stanęły w ogniu i zanosiło się, że priorytetem będzie identyfikacja ofiar – priorytetem i prawdziwym koszmarem. Ale zanim rozpocznie się proces identyfikacji, trzeba wydobyć ciała, a z tego, co widziałem, jeszcze się do tego nie zabrano.
– Zrobię, co będę mógł. Ale nie bardzo wiem, jak mógłbym w tej chwili pomóc.
– Nie dzwonię w sprawie katastrofy – odparł niecierpliwie Wallace. – Dostaliśmy meldunek, że ktoś zginął w pożarze na Western Isles, na Runie. To taka mała wyspa na Hebrydach Zewnętrznych.
Nigdy nie słyszałem o Runie, ale nie było w tym nic dziwnego. O Hebrydach Zewnętrznych wiedziałem tylko tyle, że to najdalej wysunięty na północ zakątek Wielkiej Brytanii i że leży kilometry na północny zachód od wybrzeża Szkocji.
– Podejrzewacie, że coś jest nie tak? – spytałem.
– Nie, nic na to nie wskazuje. Może to samobójstwo, a może jakiś pijak albo włóczęga, który zasnął za blisko ogniska. Spacerowicz z psem znalazł go w opuszczonej chacie. Ten spacerowicz to emerytowany policjant, mieszka tam teraz. Pracowałem z nim. Kiedyś był dobrym detektywem.
„Kiedyś” – zastanawiałem się, czy Wallace powiedział to celowo.
– Mówił coś jeszcze? Ten detektyw.
Wallace jakby się zawahał.
– Tylko tyle, że zwłoki są niemal doszczętnie spalone. Ale nie chcę odrywać ludzi od pracy przy katastrofie, chyba że naprawdę będę musiał. Dziś wieczorem płynie tam promem dwóch policjantów ze Stornoway. Chciałbym, żeby zabrał się pan z nimi, obejrzał zwłoki i zdecydował, czy to coś pilnego i czy mam wysłać tam ekipę, czy nie. Zanim spanikuję i puszczę machinę w ruch, chciałbym zasięgnąć opinii eksperta, a Campbell mówi, że jest pan w tym cholernie dobry.
Pochlebstwo i szorstka bezpośredniość – nie wypadło to najlepiej. No i zawahał się, kiedy spytałem go o zwłoki, dlatego wyczułem, że czegoś mi nie powiedział. Ale z drugiej strony, gdyby uznał, że jest w tym coś podejrzanego, wysłałby tam ludzi bez względu na kata­strofę.
Dojeżdżaliśmy na lotnisko. Miałem wszelkie powody, żeby odmówić. Właśnie skończyłem bardzo duże śledztwo, a ta sprawa wyglądała na prozaiczną, na tragedię z rodzaju tych, które nigdy nie trafiają do gazet. Musiałbym zawiadomić Jenny, że jednak nie wrócę. Zważywszy, jak wiele czasu spędzałem ostatnio poza domem, wątpiłem, żeby dobrze to przyjęła.
Wallace musiał wyczuć moją niechęć.
– To zajmie panu najwyżej parę dni, razem z dojazdem – powiedział. – Widzi pan, ta sprawa jest trochę… dziwna.
– Mówił pan, że nie jest.
– Mówiłem, że nie jest podejrzana. A przynajmniej nie ma powodów, żeby tak sądzić. Niech pan posłucha. Nie chcę za dużo gadać i wolałbym, żeby rzucił na to okiem fachowiec, taki jak pan.
Nie znoszę, kiedy ktoś próbuje mną manipulować. Chociaż nie mog­łem zaprzeczyć, że mnie to zacieka-
wiło.
– Nie nalegałbym, gdybyśmy nie byli zarżnięci – dodał Wallace, dokręcając śrubę.
Za zalaną deszczem szybą mignęła tablica informacyjna. Dojeżdżałem na lotnisko.
– Oddzwonię – powiedziałem. – Za pięć minut.
Nie spodobało mu się to, ale cóż. Rozłączyłem się, posiedziałem przez chwilę, zagryzając wargę, wreszcie wybrałem numer, który znałem na pamięć.
I usłyszałem jej głos. Uśmiechnąłem się, chociaż wiedziałem, że rozmowa nie będzie miła.
– David! Właśnie wychodzę do pracy. Gdzie jesteś?
– W drodze na lotnisko.
Roześmiała się.
– Dzięki Bogu. Myślałam już, że dzisiaj nie wracasz.
Ścisnęło mnie w dołku.
– Właśnie dlatego dzwonię, Jenny. Poproszono mnie, żebym gdzieś pojechał…
– Ach tak.
– Tylko na parę dni. Na Hebrydy. Nie mają nikogo innego. – Nie powiedziałem jej o katastrofie, bo wyglądałoby to tak, jakbym próbował się usprawiedliwiać.
Zapadła cisza. Nie znosiłem chwili, kiedy przestawała mieć roześmiany głos.
– I co im odpowiedziałeś?
– Że oddzwonię. Najpierw chciałem porozmawiać z tobą.
– Po co? Obydwoje wiemy, że już podjąłeś decyzję.
Nie chciałem, żeby rozmowa przerodziła się w kłótnię. Zerknąłem na taksówkarza.
– Jenny, posłuchaj…
– Czy to znaczy, że jednak nie?
Zawahałem się.
– Tak myślałam.
– Jenny…
– Muszę iść. Spóźnię się do pracy.
Odłożyła słuchawkę. Westchnąłem. Nie tego spodziewałem się po tym poranku. No to zadzwoń jeszcze raz i powiedz jej, że nie jedziesz! Palec zawisł nad telefonem.
– Niech się pan nie martwi, panie kolego – rzucił przez ramię taksiarz. – Moja stara też załazi mi za skórę. Jakoś to przeboleje, nie?
Mruknąłem coś wymijająco. W oddali zobaczyłem startujący samolot. Gdy wybierałem numer, taksówkarz włączył prawy migacz. Wallace odebrał po pierwszym sygnale.
– Jak się tam dostać? – spytałem.

 

Inne książki autora

Rany kamieni Zapisane w kościach

Rany kamieni BECKETT SIMON

Rany kamieni

Rany kamieni BECKETT SIMON