Rozpad

Rozpad

Tytuł oryginału: Split
Tłumaczenie: Małgorzata Stefaniuk
Ilość stron: 352
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 135x205
Data wydania: 2020-09-22
EAN: 9788324172672
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

„Bolton rządzi światem psychologicznego suspensu”.  „HuffPost”

„Mrozi krew jak jej lodowa sceneria”. „Kirkus”

Nowy, trzymający w napięciu thriller z nieprzewidywalnym zwrotem akcji.

ONA JUŻ NIE MA GDZIE SIĘ UKRYĆ.

Rok temu, w desperacji, młoda badaczka Felicity Lloyd zdecydowała się na długą wyprawę glacjologów na antarktyczną wyspę. Chciała uciec.
Niebawem przybije tu ostatni statek tego lata… Czy na nim będzie on?

ON NIE SPOCZNIE, PÓKI JEJ NIE ODNAJDZIE.

Freddie Lloyd odsiadywał wyrok za morderstwo. Teraz wyszedł i jest na jej tropie.
Ale podąża za nią jeszcze ktoś, kto wie o niej więcej niż ona sama…

BO NIEWAŻNE, JAK DALEKO UCIEKNIESZ, SĄ TAJEMNICE, KTÓRE ZAWSZE CIĘ DOPADNĄ...

„Misterna konstrukcja, nieodgadnione postaci, niepowtarzalna atmosfera zagrożenia i nieprzewidywalne zakończenie”. „Publishers Weekly”

SHARON BOLTON jest jedną z najbardziej znanych, lubianych i cenionych brytyjskich autorek kryminałów i thrillerów psychologicznych, sprzedanych w ponad milionie egzemplarzy, tłumaczonych na 20 języków i wyróżnianych najważniejszymi międzynarodowymi nagrodami: CWA Gold Dagger, Barry Award, International Thriller Writers Best First Novel, francuską Prix du Polar. W 2014 brytyjskie Stowarzyszenie Pisarzy Kryminałów przyznało jej nagrodę CWA Dagger in the Library za całokształt twórczości. Międzynarodową sławę zyskała serią z Lacey Flint, młodą policjantką z mroczną przeszłością.

„Jestem wielkim fanem Sharon Bolton, a to jej najlepsza powieść”.  LEE CHILD

1

To nie statek. To góra lodowa. Och, dzięki ci Boże. Opuszcza lornetkę i czuje dudnienie w klatce piersiowej, pewnie jej serce, które znów zaczęło bić. Na wyspie nie wolno palić, ale mimo to wyciąga papierosy, bo jeśli zdoła zapanować nad drżeniem rąk na tyle długo, by jednego podpalić, wtedy będzie mogła poczuć, że znów ma nad sobą kontrolę. Wiatr jednak zdmuchuje płomień.

Ponownie skanuje horyzont. Ta cętka w oddali to nadal lód, płynący na wschód ku bezbrzeżnej zimnej pustce otaczającej Antarktykę.

Morze jest dzisiaj wzburzone, stalowoszare jak niebo i popękane jak rozbite szkło. Burze tutaj pojawiają się tak szybko, ciemno robi się w ułamku sekundy. Zła pogoda będzie działała na jej korzyść, spowolni statek, ale nie na wieczność.

Ostatni statek sezonu. Jeszcze ten jeden i będzie bezpieczna.

O strachu w sobie myśli jak o raku trawiącym mięśnie, narządy, kości, stale się powiększającym, aż nie zostanie z niej nic, tylko zgniła śmierdząca masa w otoczce skóry rozciągniętej niczym za bardzo nadmuchany balon. Jak to przerażenie wybuchnie? – zastanawia się, kiedy już w nieunikniony sposób do tego dojdzie. Krzykiem? Zduszonym skomleniem?

W jej telefonie odzywa się sygnał alarmu powiadamiający, że życie nie zatrzymuje się, nawet jeśli jest na krawędzi zakończenia. Odwraca się, żeby wrócić, wiedząc, że kończą się jej miejsca, w których może się ukryć.

Na kraniec Ziemi. Tak daleko uciekła tym razem.

Ale to i tak niewystarczająco daleko.

2

Felicity

Rankiem, pod koniec marca, w ostatnich dniach lata na południowej półkuli, na wyspie Georgia Południowa, wysoko na lodowcu Konig stoi kobieta. Jest wysoka jak Amazonka, ma długie srebrzyste włosy nordyckiej księżniczki i delikatną typowo angielską urodę, ale teraz niczego z tego nie widać. W termicznym skafandrze nurkowym jest bezpłciowa, nijaka, nie można jej odróżnić od mężczyzny kucającego w pobliżu na lodzie. Kiedy on zajmuje się swoimi sprawami – sprawdza butle, zawory, obciążniki – Felicity wpatruje się w głębię błękitnego jeziora lodowcowego.

Ubity śnieg pod jej stopami jęczy, gdy idzie ku brzegowi. Lód wokół niej jest tak biały, tak jaskrawy, że wypala oczy, ale samo jezioro ma barwę opalizującego błękitu roztopionych szafirów. Głębokość jeziora jest niezmierzona, pociągająca i przerażająca zarazem. To jak patrzenie w wieczność.

Jej wzrok opada w dół, na list, który trzyma.

Moja najdroższa Felicity,

W końcu cię odnalazłem. Georgia Południowa? Ojej! Wiedz, moja kochana, że gdziekolwiek byś się nie udała, ja tam za tobą podążę…

Na jej ramieniu ląduje czyjaś dłoń. Felicity, wystraszona, szybko się odwraca.

– Przepraszam, przepraszam. – Jack daje zaskoczony krok w tył. – To tylko ja. – Zniża głos. – Wszystko w porządku?

W jej gardle tkwi gruda, której nie daje rady przełknąć.

– Tak, w porządku – zapewnia ochryple. – Po prostu się denerwuję.

Oczy Jacka są zwężone, kiedy się schyla.

– Coś upuściłaś. Wiesz, że to zmoknie, prawda?

Ma jej list.

– Tak, wiem, nic mi nie jest. Proszę? – Felicity wyrywa list i schyla się, żeby wetknąć go do torby z przyrządami.

– Flick, co się dzieje?

Musi wziąć się w garść. Jest przygotowana, nawet jeśli dojdzie do najgorszego. Musi tylko przetrwać ten dzień.

Kiedy się prostuje, głos Jacka jest nadal zniżony, tak, by tylko ona mogła go usłyszeć.

– Flick, serio. Mogę to zrobić sam. Ty możesz przeprowadzić mnie przez to stąd. Nie musisz…

Zwykle uśmiechanie się do Jacka nie nastręcza jej trudności. Jego twarz jest taka otwarta, taka życzliwa, tak całkowicie niezawodna. Dzisiaj jednak Felicity nie jest w stanie nawet przymusić się do uśmiechu.

– Nic mi nie jest – powtarza. – Zróbmy to.

Bierze swój sprzęt do komunikacji i kilka sekund później odgłos wiatru na śniegu zamienia się w szum radiowy. Jack podaje jej maskę, ona odczekuje chwilę, zanim ją zapnie, zupełnie jakby to miał być ostatni raz, kiedy widzi tę podkowę śniegu – ośnieżone góry, bladoturkusowe niebo i cień skrzydeł albatrosa na srebrzystym lodzie.

– Słyszysz mnie, Flick?

Głos w jej słuchawce należy do ich kolegi z zespołu, Alana, stojącego dwadzieścia metrów od brzegu jeziora. Będzie kierował zanurzeniem z powierzchni.

– Głośno i wyraźnie. – Felicity pozwala Jackowi założyć sobie na ramiona butlę z tlenem.

– Ekipa Konig Glacier do King Edward Point – słyszy. – Dwudziesty drugi marca, godzina dziewiąta piętnaście. Flick i Jack schodzą teraz na dół. Półgodzinne zanurzenie w celu zamontowania czujnika głębokości i podwodnej kamery. Warunki są dobre.

– Tylko spokojnie – nadchodzi odpowiedź z bazy. – Bez zbędnego ryzyka.

– Gotowa, Flick?

Na jej znak Jack daje krok i błękitne fale pochłaniają go. Felicity idzie w jego ślady, wpada do krainy bólu. Szok zimnej wody. Usiłuje regularnie oddychać, czeka, aż wstrząs ustąpi. Kiedy jest na tyle spokojna, że może otworzyć oczy, widzi, że Jack chwyta podwodną kamerę. Felicity spogląda w górę, dostrzega spuszczany sensor głębokości, przechwytuje go.

– Czas ruszać. – Głos Jacka, chrapliwy w systemie komunikacyjnym, jest nierozpoznawalny.

Zanurzają się, połyka ich kraina błękitu i bieli, w której jedynym odgłosem jest odgłos ciężkiego, utrudnionego oddychania. Felicity i Jack przy ścianie lodu schodzą w dół, latarki na ich głowach wyławiają z ciemności dziwaczne kształty. Patrzą na nich twarze, w szczelinach lodu czają się szykujące się do skoku zwierzęta z legend.

Błękitne jezioro, formujące się każdej wiosny z rozpuszczonego lodu, powiększało się systematycznie od pięciu miesięcy. W następnych kilku tygodniach, może nawet dzisiaj, lód na dnie pęknie. Jezioro się osuszy, setki tysięcy metrów sześciennych wody spłynie zawiłym, ukrytym systemem odpływowym aż do podłoża skalnego i stamtąd popłynie do południowej części Atlantyku. Uwolnienie takiej ilości wody może doprowadzić do rozpęknięcia się lodowca i do morza zwali się kolejna olbrzymia góra lodu. Przypuszcza się, że to właśnie niebieskie jeziora odgrywają kluczową rolę w przemieszczaniu się lodowców i tworzeniu się gór lodowych.

W głębokościomierzu Felicity odzywa się alarm. Ona i Jack dotarli do płaskiej półki lodowej, na której zamocują kamerę i sygnalizator głębokości, żeby przez następne kilka tygodni rejestrowały ruchy jeziora. Unosząc się w wodzie, Felicity bez pośpiechu montuje przyrządy.

– Włączam je, Alan – informuje.

– Zaczekaj. Tak, mamy to. Obraz jest dobry, Flick. A jak to wygląda tam na dole?

Jack jest trochę poniżej niej, jego kombinezon na tle niebieskich głębin wydaje się upiornie blady.

– Nie jestem pewna, czy potrafię ująć to w słowa – odpowiada Alanowi Felicity.

Jack wraca. Płynie szybko, w wodzie czuje się równie pewnie co miliony fok żyjących wokół Georgii Południowej.

– I jak? – pyta, kiedy się z nią zrównuje. – Piszesz się na to?

To jest jej pomysłem. To jednak wydaje się całkowicie inną propozycją teraz, gdy tkwi w samym sercu jeziora. To może być bardzo niebezpieczne.

Z drugiej strony istnieją o wiele gorsze miejsca, w których można zginąć.

– Co się dzieje, ludzie? – trzeszczy do nich głos Alana z powierzchni.

– Zastanawiamy się nad szybkim poszukaniem odpływu. – Jack patrzy Felicity w oczy, czeka na jej odpowiedź.

Odpływ to teoria, całkowicie nieudowodniona, założenie, że w najgłębszej części jeziora, bezpośrednio nad centralnym spływem leży warstwa słabszego lodu.

Felicity słyszy w uchu syk szumu radiowego, po czym Alan mówi:

– No nie wiem, Jack. Tu na górze zbierają się chmury.

Pogoda na Georgii Południowej zmienia się tak szybko, nawet latem.

– Twoja decyzja, Flick – rzuca Jack.

Jeśli umrze dzisiaj, będzie po wszystkim. Koniec z uciekaniem. Koniec z ukrywaniem się.

Felicity przykłada palec do ust. Czuje raczej, niż widzi, uśmiech Jacka, a potem robi salto.

– Hej, co się dzieje? – Głos Alana słychać niewyraźnie.

Bezpośrednio pod sobą Felicity widzi lód uformowany w stożek.

– Myślisz, że to to? – pyta Jack.

– Słuchajcie, mamy poruszenie na powierzchni. Pęcherzyki powietrza niepochodzące od was.

Felicity i Jack nieruchomieją, patrzą na siebie. Inne pęcherzyki mogą być wynikiem ruchów dna jeziora. Jeśli rozpękłoby się teraz i wessało wodę, wciągnęłoby ich w lodowiec. Zginęliby w lodowym grobie lub zostaliby porwani przez nurt i wyrzuceni do Atlantyku.

Znów słyszą głos Alana.

– Sue mówi, że mam was wyciągać. Dziesięć sekund i zaczynamy.

Felicity sięga za siebie i odpina linę bezpieczeństwa. Czuje, że dłoń Jacka ociera się o jej kostkę, kiedy kolega próbuje ją złapać, ale mu się nie udaje. Płynie w dół, zaczyna jej pulsować w głowie i, choć to może tylko jej wyobraźnia, wydaje jej się, że oddychanie staje się trudniejsze. Jest skoncentrowana tylko na ciemnym niebieskim stożku w wewnętrznym jądrze jeziora, słyszy trzaski z radia i myśli, że to Jack, który prosi o jeszcze kilka minut więcej.

Kiedy jest zaledwie kilka metrów od niebieskiego stożka, z sakiewki przy pasku wyciąga małą plastikową butelkę. Poluzowuje zakrętkę i szkarłatny płyn wystrzeliwuje z butelki niczym uwolniony dżin. Przez kilka sekund płyn unosi się w wodzie, potem rozkwita jak nieznany kwiat, rozchodzi się wolno na wszystkie strony w prawie nieistniejącym prądzie.

A potem zaczyna wirować, zupełnie jak woda spływająca do otworu ściekowego. Znika powoli, kropelka po kropelce, ale zdecydowanie porusza się wirowo.

– Flick, musimy się stąd zabierać. – Jack podpłynął do niej. – Zamarzają mi rurki oddechowe.

Felicity nie oddycha teraz tak łatwo jak wcześniej, ale to wydaje się mniej istotne od tego, czego się dowiedziała. Zdecydowanie znaleźli odpływ, woda zaczęła już wyciekać. Na powierzchni nie jest to oczywiste, bo topniejący lodowiec uzupełnia poziom, ale kiedy powłoka lodu na dnie pęknie, jezioro szybko się opróżni.

Jack z powrotem przypina jej linkę.

– Skończyliśmy, Al – mówi. – Wypływamy.

 

Kiedy są gotowi do zejścia z lodowca, Felicity jeszcze raz wraca na brzeg jeziora, z Jackiem, który trzyma kamerę wideo. Na jej jednym ramieniu wisi torba wypełniona niemal setką małych pomarańczowych plastikowych kulek.

– W którymś momencie w następnych kilku tygodniach – mówi Felicity do kamery – woda z tego jeziora spłynie przez szczelinę. Sprzęt, który właśnie zainstalowaliśmy, powiadomi nas o tym. Jest szansa, że zdążymy przyjść tu i to sfilmować. Te piłeczki mogą nam pomóc wyśledzić miejsce, w którym woda wpadnie do oceanu.

Wytrząsa piłki do jeziora, a one rozsypują się na powierzchni, wyglądając jak drażetki na torcie urodzinowym jakiegoś dziecka.

– To wszystko? Skończyliśmy? – pyta Jack, kiedy Felicity schyla się, by zebrać sprzęt. – Na statku ma dla mnie przypłynąć kilka rzeczy.

Felicity nieruchomieje.

– Jakim znów statku?

– Ostatnim w sezonie. „Snow Queen”, jak sądzę. A co, o co chodzi?

– To nie dzisiaj.

– Dzisiaj, jeśli dziś jest dwudziesty drugi. Słuchaj, na pewno dobrze się czujesz?

Felicity powraca do pakowania sprzętu, ale teraz robi to o wiele szybciej i o wiele mniej ostrożnie.

– Taak, po prostu zmarzłam – udaje się jej wykrztusić.

Pomyliło się jej. Statek jednak przypływa. Przypływa dzisiaj.

 

Inne książki autora

Truciciel

Truciciel BOLTON SHARON

Mistrz ceremonii

Mistrz ceremonii BOLTON SHARON

Już jesteś martwa

Już jesteś martwa BOLTON SHARON

Blizna

Blizna BOLTON SHARON

Krwawe żniwa

Krwawe żniwa BOLTON SHARON

Mistrz ceremonii

Mistrz ceremonii BOLTON SHARON

Sacrifice

Sacrifice BOLTON SHARON

Stokrotka w kajdanach

Stokrotka w kajdanach BOLTON SHARON

Zagubieni

Zagubieni BOLTON SHARON

Małe mroczne kłamstwa

Małe mroczne kłamstwa BOLTON SHARON

Karuzela samobójczyń

Karuzela samobójczyń BOLTON SHARON

Ulubione rzeczy

Ulubione rzeczy BOLTON SHARON