Rany kamieni

Rany kamieni

Tytuł oryginału: Stone Bruises
Tłumaczenie: Radosław Januszewski
Ilość stron: 336
Rodzaj: miękka, wyd.6
Format: 130x205
Data wydania: 2019-12-09
EAN: 9788324168910
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

Światowy bestseller autora Chemii śmierci

Ktoś ucieka... przez pola gdzieś we Francji. W zagajniku parkuje luksusowe audi. W strumieniu usiłuje zmyć krew z fotela, z pasa i rąk... Zaciera wszelkie ślady. Zabiera plecak i odchodzi. I zabiera coś jeszcze...
W nieznośnym upale wśród obezwładniającej ciszy i w paraliżującym słońcu idzie przed siebie. Tylko dokąd? Tego nie wie. Nie ma pieniędzy, żadnych planów, za to ma siniaki na twarzy. Dowiadujemy się, że jest Anglikiem. Widzimy, że jest inteligentny i wrażliwy. Domyślamy się, że jest młody. Wiemy, że musi się ukrywać...
Ale nie wiemy, czy jest ofiarą, czy może mordercą...
W desperacji wchodzi do ogrodzonego drutem kolczastym lasu i dociera do wyglądającej na opuszczoną farmy. Ale widzi młodą kobietę z dzieckiem na ręku...Nie spodziewa się, że niebawem w tym mrocznym i tajemniczym miejscu stanie się nie tylko świadkiem, ale i uczestnikiem przerażających zdarzeń. I jakich ostatecznych wyborów będzie musiał dokonać.
 

Literackie thrillery Simona Becketta budzą paniczny strach i poruszają najgłębsze emocje milionów czytelników.
 

SIMON BECKETT, dziennikarz najważniejszych brytyjskich gazet („The Times”, „The Observer”), w 2002 roku zbierał materiał do artykułu w Ośrodku Badań Antropologicznych przy Uniwersytecie Tennessee, zwanym Trupią Farmą, gdzie policjanci śledczy szkolą się w medycynie sądowej na ludzkich ciałach w stanie rozkładu. To stało się inspiracją do napisania w 2006 roku Chemii śmierci. Kolejne powieści z doktorem Hunterem, zapewniły mu światową sławę. Wyjątkowe, wywołujące dreszcz powieści to misterne studium wszechogarniającego strachu.

Rozdział 1
Samochód jedzie na oparach. Od kilku godzin ani śladu stacji benzynowej, a wskaźnik poziomu paliwa schodzi na czerwone. Muszę zjechać z drogi, ale pola, których końca nie widać, zawzięły się, żeby wsysać mnie do ostatniego tchnienia silnika. Pora jeszcze wczesna, ale dzień jest suchy i gorący. Lekki wiaterek, który wpada przez otwarte okna, tylko miesza powietrze, nie chłodzi.
Jadę zgarbiony nad kierownicą, w każdej chwili spodziewam się, że samochód stanie, wreszcie widzę przerwę w barierze zieleni. Po mojej lewej ścieżka wrzyna się, jak okiem sięgnąć, w łany pszenicy. Skręcam, podskakuję na porżniętej koleinami ziemi, wszystko mi jedno, dokąd dojadę, byle tylko zniknąć z pola widzenia. Ścieżka zanurza się w zagajniku. Gałęzie drapią o szyby, kiedy audi wdziera się do lasku. Wyłączam silnik. W cieniu drzew jest chłodniej. W dźwięczącej ciszy słyszę płynącą wodę. Zamykam oczy, odchylam głowę do tyłu, ale nie ma czasu na odpoczynek.
Muszę iść.
Sprawdzam schowek w desce rozdzielczej. Nie ma tam niczego, co by mnie wydało, tylko śmieci i prawie pełna paczka papierosów. Camele, moja ulubiona marka. Kiedy sięgam po nie nad fotelem pasażera, dociera do mnie zapach. Słaby, ale nieprzyjemny, jakby mięsa zostawionego na słońcu.
Jest coś rozmazanego na luksusowej skórze fotela pasażera, jest też na rozwiniętym pasie bezpieczeństwa, który wala się po podłodze. Twardy materiał w jednym miejscu jest niemal całkowicie przecięty i kiedy go dotykam, palce robią mi się lepkie i ciemne.
W głowie mi się kręci na myśl, że cały czas jechałem z tym na widoku. Chcę odejść jak najdalej od samochodu, ale nie mogę tego tak zostawić. Wysiadam, gałęzie napierają na drzwi. Przez zagajnik płynie strumyk, ręce mi drżą, kiedy moczę w nim ścierkę ze schowka. Fotel daje się wytrzeć dość łatwo, ale krew wgryzła się w tkaninę pasa bezpieczeństwa. Szoruję z całej siły, potem płuczę ścierkę w strumyku. Woda obejmuje nadgarstki jak kajdanki ze szkła. Myję ręce, szoruję je piaskiem z dna. Nawet wtedy wydają mi się brudne.
Ochlapuję sobie twarz, krzywię się – zapiekły mnie zadrapania na policzku – i wracam do samochodu. Pokryty jest kurzem dróg maskującym czarny lakier. Kamieniem zrywam brytyjskie tablice rejestracyjne, potem wyjmuję plecak z bagażnika. Kiedy go podnoszę, zaczepia o matę przykrywającą koło zapasowe. Pod spodem zabłysło coś białego. Odsuwam matę na bok i żołądek mi się skręca na widok paczki owiniętej w plastik.
Opieram się o samochód, nogi nagle robią się jak z waty.
Paczka ma wielkość torebki cukru, ale biały proszek, który ją wypełnia, jest znacznie mniej niewinny. Szybko się rozglądam, tak jakby tu ktoś mógł być i mnie widzieć. Ale są tylko drzewa i brzęczenie owadów w tle. Gapię się na paczkę, jestem zbyt zmęczony, żeby przetrawić tę nową komplikację. Nie chcę brać paczki ze sobą, ale nie mogę jej tutaj zostawić. Chwytam ją, upycham głęboko do plecaka, zatrzaskuję bagażnik i odchodzę.
Kiedy wychodzę z zagajnika, na polach pszenicy nadal nie ma żywej duszy. Rzucam tablice rejestracyjne i kluczyki w wysokie łany pszenicy, potem wyjmuję telefon. Jest zepsuty, nie ma mowy o naprawie. Idąc, wyjmuję kartę SIM, łamię ją na pół, na jedno pole ciskam kawałki karty, na drugie telefon.
I tak nie ma nikogo, do kogo mógłbym zadzwonić.
Szary asfalt szosy faluje i drga, bo słońce wspięło się wyżej. Te parę samochodów na drodze, uwięzionych w upale, niby ledwie się rusza, dopóki nie przemknie nagłym rozbłyskiem koloru. Plecak siedzi mi wysoko na plecach, jak moja własna, prywatna małpka. Idę prawie godzinę, dopóki nie uznam, że wystarczająco oddaliłem się od samochodu. Wtedy wystawiam kciuk i zaczynam łapać okazję.
Moje rude włosy to zarazem zaleta i wada, od razu przyciągają uwagę i obwieszczają, że jestem cudzoziemcem. Pierwsze podwozi mnie młode małżeństwo w starym peugeocie.
– Où allez vous? – pyta on, papieros ledwie się porusza.
Z trudem przerzucam językowe biegi. Ostatnio więcej słuchałem, niż mówiłem po francusku, ale nie dlatego milczę. „Dokąd jadę?”
Nie mam pojęcia.
– Wszystko jedno. Po prostu podróżuję.
Siedzę z przodu, na fotelu pasażera, dziewczyna bez skargi przeniosła się do tyłu. Cieszę się, że kierowca nosi okulary przeciwsłoneczne, bo to daje mi pretekst, żeby nie zdejmować swoich. Zakrywają najgorsze sińce na twarzy.
Zerka na moje rude włosy.
– Anglik?
– Tak.
– Mówisz całkiem dobrze po francusku. Długo tu jesteś?
Przez sekundę zmagam się z odpowiedzią. Mam wrażenie, jakby to trwało całe życie.
– Niespecjalnie.
– Więc gdzie się nauczyłeś? – To pytanie dziewczyny. Nachyliła się między fotelami. Ciemnowłosa, pulchna, ma ujmującą, szczerą twarz.
– Często przyjeżdżałem, kiedy byłem młodszy. I jestem… lubię francuskie filmy.
Milknę, zdaję sobie sprawę, że powiedziałem więcej, niż chciałem. Na szczęście żadne z nich nie wygląda na zainteresowane.
– Ja wolę amerykańskie filmy. – On wzrusza ramionami. – Więc na długo przyjechałeś?
– Nie wiem – mówię.
Wysadzają mnie na przedmieściach miasteczka. Sięgam do swojego skromnego zasobu euro, żeby kupić chleb i ser, butelkę wody i jednorazową zapalniczkę. Na bazarze na placu kupuję też baseballówkę. To tania podróbka Nike, ale chroni przed słońcem i pozwala ukryć siniaki. Wiem, że wpadam w obsesję, ale nic na to nie mogę poradzić. Nie chcę przyciągać większej uwagi, niż muszę.
Z ulgą opuszczam miasteczko, znów wkraczam na otwartą przestrzeń. Słońce piecze mnie w odkryty kark. Po jakimś kilometrze zatrzymuję się pod rzędem topoli i próbuję zjeść kawałek bagietki i sera. Udaje mi się przełknąć parę kęsów, potem wszystko zwracam, rzygam na sucho, aż żołądek zaczyna mnie boleć. Kiedy skurcze przechodzą, opieram się bezwładnie o drzewo, jestem taki zmordowany, że chcę się tylko położyć i dać sobie spokój.
Ale nie mogę tego zrobić. Ręce mi się trzęsą, kiedy udaje mi się wykrzesać języczek płomienia z jednorazówki i zaciągam się papierosem. To pierwszy od dwóch lat, ale smakuje jak powrót do domu. Wydycham część napięcia razem z dymem, przez kilka chwil dzięki Bogu o niczym nie myślę.
Kończę papierosa, wstaję i znowu zaczynam iść. Mam raczej blade pojęcie, gdzie jestem, ale skoro nie mam żadnych planów, to jest bez znaczenia. Wystawiam kciuk za każdym razem, kiedy przejeżdża samochód, ale to rzadkie przypadki. Tutejsze drogi to drogi drugorzędne, spokojna prowincja omijana przez drogi główne i autostrady. Do wczes­nego popołudnia, jednego citroëna i jedno renault później, pokonałem niespełna dwadzieścia kilometrów. Miejscowi, jadący do najbliższego miasteczka czy wsi, podrzucali mnie na krótkich odcinkach, ale teraz nawet to się skończyło. Droga jest taka spokojna, aż ogarnia mnie wrażenie, jakby cały świat o mnie zapomniał. Jedyny dźwięk to szuranie moich buciorów i nieustanne brzęczenie owadów. Nigdzie skrawka cienia, i tak dobrze, że chroni mnie czapka.
Idę całe wieki, otwarte pola zastąpił gęsty las kasztanów. Ogrodzony jest pasmami drutu kolczastego, ale gałęzie z szerokimi liśćmi i tak dają jakąś osłonę przed słońcem.
Ostrożnie zdejmuję plecak z obolałych ramion i piję wodę. Zostało tylko kilka centymetrów. Ciepła jak krew, ledwie tłumi pragnienie i już jej nie ma. Trzeba było kupić jeszcze jedną butelkę. Ale przecież trzeba było zrobić tyle rzeczy. A teraz jest za późno, żeby cokolwiek zmienić.
Mrużę oczy, patrząc na drogę. Biegnie prosto jak strzała, drży w upale, jest pusta jak okiem sięgnąć. Zakręcam butelkę, wypatruję pojawienia się samochodu. Żaden się nie pojawia. Chryste, ależ upał. Znowu chce mi się pić. Zdejmuję czapkę, przeczesuję palcami wilgotne od potu włosy. Pamiętam, że kawałek wcześniej, przy drodze, przechodziłem obok bramy gospodarstwa. Przygryzam wargę, niechętnie bym zawracał. Ale wyschnięte gardło podejmuje decyzję za mnie. Nie mam pojęcia, kiedy dotrę do następnego miasteczka, jest za gorąco, żeby iść bez wody.
Podnoszę plecak, wracam drogą, którą przyszedłem.
Furtka jest oplątana tym samym zardzewiałym drutem kolczastym, który otacza las. Prowadzi od niej ścieżka niknąca 
między kasztanami. Do słupka furtki przymocowana jest skrzynka pocztowa, na której wyblakłe litery składają się na jedno słowo: „Arnaud”. Stara, ale solidna z wyglądu kłódka zwisa ze skobla na furtce, ale nie jest zamknięta.
Jeszcze raz patrzę na drogę, ale nadal niczego nie ma w zasięgu wzroku. Ostrożnie, bo uważam na drut kolczasty, popycham furtkę i wchodzę. Trakt wspina się łagodnie po zboczu wzgórza, potem skręca w dół i odsłania gromadę dachów między drzewami. Idę traktem i docieram do zakurzonego podwórza. Z przodu stoi nędzny, stary wiejski dom, do połowy pokryty jakimś marnym rusztowaniem. Za domem jest wielka stodoła, a z boku pusta stajnia, na której zawieszono wiekowy zegar z jedną wskazówką. Koni nie ma, ale w niezadaszonych sklepionych przejściach stoi kilka zakurzonych pojazdów w różnych stadiach zdezelowania.
Nikogo nie widać. Gdzieś w pobliżu beczy koza, kilka kur drapie ziemię. Poza tym miejsce wygląda na opuszczone. Zatrzymuję się na skraju podwórza, nie mam ochoty iść dalej. Drzwi do domu są uchylone. Podchodzę do niemalowanych desek i pukam. Chwila ciszy, potem odpowiada kobiecy głos.
– Qui est-ce?
Popycham drzwi. Po jasnym podwórzu, w środku wydaje się ciemno choć oko wykol. Mija sekunda, dwie, zanim dostrzegam młodą kobietę siedzącą przy kuchennym stole, chwilę potem widzę, że trzyma niemowlę.
Podnoszę pustą butelkę, waham się, układając pytanie po francusku.
– Mógłbym dostać trochę wody?
Jeśli najście cudzoziemca krępuje ją, nie pokazuje tego po sobie.
– Jak się pan tutaj dostał? – pyta; niespieszny, łagodny głos.
– Furtka była otwarta.
Czuję się jak intruz, kiedy mi się przygląda. Sadza niemowlę na wysokim drewnianym krzesełku.
– Chciałby pan też szklankę wody?
– Byłoby wspaniale.
Bierze butelkę do zlewu, pod kranem najpierw napełnia ją, potem dużą szklankę. Piję z wdzięcznością. Woda jest lodowata, ma ziemisty posmak żelaza.
– Dziękuję. – Podaję jej pustą szklankę.
– Zamknie pan za sobą furtkę na kłódkę? – pyta. – Nie powinna być otwarta.
– Okej, jeszcze raz dzięki.
Czuję na sobie jej wzrok, kiedy idę z powrotem przez słoneczne podwórze.
Wracam traktem przez las do drogi. Jest pusta, tak jak była. Zamykam furtkę na kłódkę i idę dalej. Co chwilę będę spoglądał za siebie, żeby sprawdzić, czy nie nadjeżdża jakiś samochód, ale widzę tylko spieczony słońcem asfalt. Zatykam zagięte kciuki pod pasy plecaka, żeby mi było trochę lżej. Plecak wydaje się cięższy, kiedy przypominam sobie, co w nim jest, więc oczyszczam umysł i koncentruję się na stawianiu stóp, jedna przed drugą.
Warkot silnika stopniowo odrywa się z przegrzanej ciszy. Odwracam się i widzę, że coś nadjeżdża, ciemna plamka zniekształcona przez upał. Z początku jakby unosiła się w bezruchu nad własnym odbiciem. Potem opony rozciągają się w dół, dotykają drogi i z plamki robi się niebieski samochód pędzący w moją stronę.
Już wychodzę z cienia drzew, kiedy dostrzegam, że na dachu coś jest. Chwilę później przychodzi zrozumienie. Przeskakuję płot z drutu kolczastego, rozdzieram sobie dżinsy i ląduję niezgrabnie, przez ten plecak. Nie zatrzymuję się, zanurzam się w las, odgłos silnika narasta. Kiedy jest prawie na mojej wysokości, przykucam za drzewem i patrzę na drogę.
Obok mnie śmiga samochód policyjny. Nasłuchuję, szukam jakichkolwiek oznak, że zwalnia, wskazówek, że mnie zauważyli. Ale odgłos silnika stopniowo cichnie i niknie. Opieram głowę o drzewo. Wiem, że reaguję przesadnie, że prawdopodobnie nie obchodzę francuskiej policji, ale nerwy mam zbyt napięte, żeby ryzykować. I nie odważę się narażać na przeszukanie plecaka.
W ustach mam gorzki smak. Krew; przygryzłem sobie wargę. Pluję, żeby ją oczyścić, i wyjmuję z plecaka butelkę wody. Ręce mi się trzęsą, kiedy płuczę usta. Potem próbuję się zorientować, gdzie jestem.
Las jest położony na łagodnym stoku, więc w oddali, między drzewami, mogę dostrzec migotanie jeziorka. Po jednej jego stronie są dachy zabudowań farmy, małe i nieznaczące z tej odległości. Domyślam się, że to tam prosiłem o wodę, więc pewnie nadal jestem na ich terenie.
Wstaję, strzepuję gałązki i ziemię z dżinsów. T-shirt lepi się do mnie od potu. Upał jest taki, że powietrze wydaje się ugotowane. Znów patrzę na jeziorko, chciałbym w nim popływać. Ale nic z tego, muszę iść. Biorę jeszcze jeden łyk wody, robię krok od drzewa i wrzeszczę, bo coś łapie mnie za stopę.
Padam na kolana, ból przeszywa mi całą nogę. Lewą stopę trzyma para czarnych półkolistych szczęk. Próbuję się oswobodzić, ale ruch wywołuje nową falę piekącego bólu, która rozchodzi się aż do uda.
– Jezu!
Przestaję się ruszać, panicznie zasysam powietrze. Wdepnąłem w jakąś żelazną pułapkę myśliwską ukrytą w plątaninie korzeni drzewa. Zatrzasnęła się na stopie, między podbiciem a miejscem nad kostką, wyszczerbione żelazne zęby przekłuły twardą skórę buta. Wbiły się tak głęboko w ciało, że czuję ich zimny dotyk na kości.
Zaciskam oczy, próbuję zaprzeczyć temu, co widzę.
– O kurwa! Kurwa!
Ale to nic mi nie daje. Zrzucam plecak, przyjmuję wygodniejszą pozycję, chwytam za szczęki pułapki. Ani drgną. Opieram wolną stopę o korzeń i próbuję raz jeszcze. Tym razem zostaję wynagrodzony, czuję, że odrobinę ustępują, ale znacznie za mało. Ramiona mi drżą z wysiłku, metalowe kanty wrzynają się w dłonie. Powoli pozwalam, żeby pułapka łagodnie się zamknęła, siadam i dyszę.
Ssę obolałe miejsca na dłoniach, dokładniej przyglądam się potrzaskowi. Jest prymitywnej roboty, lekko pokryty ochrą rdzy, ale za mało, żeby pomyśleć, że leży tutaj od dawna. Tak naprawdę, oliwa na zawiasach wygląda na świeżą. To dość niepokojące, tak naprawdę. Próbuję nie myśleć, co to może znaczyć, przenoszę uwagę na łańcuch, który mocuje pułapkę w miejscu. Jest krótki, prowadzi do drewnianego palika zakopanego między korzeniami. Kilka szarpnięć wystarcza, żebym się przekonał, że marnuję czas, usiłując go wyciągnąć.
Siedzę z uwięzioną nogą wyciągniętą przed siebie, podpieram się dłońmi, żeby podciągnąć się i usiąść wygodniej, czuję coś mokrego. Butelka z wodą leży tam, gdzie ją rzuciłem, większość jej zawartości wsiąka w suchą ziemię. Chwytam butelkę, chociaż to, co się miało wylać, już się wylało. Ostrożnie pociągam łyk, zakręcam to, co zostało, próbuję myśleć.
Okej, spokojnie. Początkowy ból zmienił się w pulsowanie jak ból zęba, rozciąga się wzdłuż goleni. Krew zaczęła przesączać się przez skórę buta. Nie licząc brzęczenia owadów, cętkowany światłem las jest cichy. Patrzę na odległe dachy zabudowań farmy. Są za daleko, żeby ktoś usłyszał mój krzyk, ale i tak nie zmierzam krzyczeć. Chyba że będę musiał.
Grzebię w plecaku, żeby znaleźć scyzoryk. Wiem, że gdzieś tam jest, ale kiedy szukam, moje palce trafiają na coś innego. Wyciągam to, przechodzi mnie silna fala 
wstrząsu.
Zdjęcie ma ośle uszy i jest wyblakłe. Nie miałem pojęcia, że leży w plecaku; zapomniałem, że w ogóle je mam. Twarz dziewczyny jest prawie całkiem przesłonięta zagięciem, które zniekształca jej uśmiech. Za nią widać biel mola w Brighton, jaskrawą na tle błękitnego nieba. Dziewczyna ma blond włosy, wypłowiałe od słońca, twarz opaloną i zdrową. Szczęśliwą.
Kręci mi się w głowie. Kiedy odkładam zdjęcie, drzewa jakby się pochylają. Robię głębokie wdechy, nie chcę zgubić zdjęcia. Przeszłość odeszła. Nic nie poradzę, nie zmienię jej, a teraźniejszość wystarczy za wszystkie kłopoty. Znajduję scyzoryk i sadowię się wygodniej. Nóż ma ostrze długości kilku centymetrów, otwieracz do butelek i korkociąg, ale niczego do rozbrajania żelaznych pułapek. Wciskam ostrze w szczęki, próbuję je podważyć i otworzyć, upadam na plecy, kiedy ostrze trzaska.
Rzucam na ziemię złamany nóż i rozglądam się za czymś innym. Niedaleko leży uschnięta gałąź. Jest poza moim zasięgiem, ale używam mniejszej, żeby ją przyciągnąć, potem wklinowuję ją grubszym końcem między zęby szczęki. Metal wrzyna się w drewno, ale pułapka powoli zaczyna się otwierać. Naciskam mocniej, zgrzytam własnymi zębami, kiedy te żelazne zaczynają wychodzić z ciała.
– Tak! No, dalej!
Kijek się łamie. Szczęki znów się zatrzaskują.
Krzyczę.
Kiedy ból ustępuje, leżę płasko na plecach. Podciągam się i bezradnie ciskam patykiem w pułapkę.
– Cholerstwo!
Już nie mogę udawać, że to nic poważnego. Nawet gdybym uwolnił stopę, wątpię, żebym daleko tak zaszedł. Ale chcę zmierzyć się z tym problemem, bo nie móc się uwolnić to rzecz znacznie bardziej przerażająca.
„Zadowolony? Sam się w to wpakowałeś”. Wygłaszając te myśli, próbuję się skupić na bardziej naglącym problemie. Korkociągiem scyzoryka zaczynam kopać wokół kołka, do którego uwiązana jest pułapka. To daremny trud, ale dźganie ziemi i korzeni pozwala mi rozładować emocje. W końcu wypuszczam scyzoryk i opadam plecami na pień.
Słońce zeszło znacznie niżej. Jeszcze przez wiele godzin się nie ściemni, jednak wizja, że trzeba tu będzie leżeć całą noc, jest przerażająca. Przeczesuję umysł, poszukując pomysłów, ale zostało mi tylko jedno.
Głęboko nabieram tchu i wrzeszczę.
Mój krzyk zamiera bez echa. Wątpię, żeby dotarł do farmy, w której byłem. Wrzeszczę głośniej, po angielsku i francusku, wydzieram się, aż chrypnę i boli mnie gardło.
– Ktokolwiek! – prawie szlocham, potem ciszej: – Proszę! – Słowa wchłania popołudniowy upał, giną między drzewami. Po nich znów zapada cisza.
I już wiem, że nigdzie nie pójdę.
Następnego dnia rano gorączkuję. Z plecaka wyjąłem śpiwór i zarzuciłem go na siebie na noc, ale i tak prawie cały czas strasznie się trzęsę. Stopa dudni mi tępym bólem, pulsuje w rytm bicia serca. Opuchlizna sięga powyżej kostki. Chociaż rozluźniłem sznurowadła, jak tylko się dało, skóra buta, teraz czarna i lepka, jest napięta jak na bębnie. Wygląda jak wielki czyrak, który zaraz pęknie.
Z pierwszym światłem znów próbuję krzyczeć, ale suchość w gardle sprowadza to do ochrypłego krakania. Wkrótce nawet krzyk wymaga zbyt wiele wysiłku. Próbuję wymyślić inne sposoby, żeby przyciągnąć uwagę, i przez jakiś czas pobudza mnie myśl, żeby podpalić drzewo, pod którym leżę. Zaczynam nawet obmacywać kieszenie, szukając zapalniczki, zanim wraca mi rozsądek.
Przeraża mnie, że myślałem o tym na poważnie.
Ale chwile przytomności nie trwają długo. Kiedy słońce się podnosi, podsycając poranny skwar, zrzucam z siebie śpiwór. Płonę, ulegam klasycznej sztuczce gorączki: człowieka jednocześnie oblewa pot i wstrząsają nim dreszcze. Z nienawiścią patrzę na stopę, żałuję, że nie mogę jej odgryźć jak schwytane w potrzask zwierzę. Przez chwilę myślę, że mogę, czuję smak swojej skóry, krwi i kości, kiedy wgryzam się we własną nogę. Potem znowu siedzę oparty o drzewo i jedyne, co wgryza mi się w stopę, to żelazny półksiężyc.
Co raz odpływam i wracam do siebie, zanurzam się w pokrętne, rozgorączkowane wizje. W pewnej chwili otwieram oczy i widzę wpatrzoną we mnie twarz. To twarz dziewczyny, jest piękna i przypomina oblicze Madonny. Zlewa się z twarzą ze zdjęcia, dręczy mnie poczuciem winy i smutkiem.
– Przepraszam – mówię albo wydaje mi się, że mówię. – Przepraszam.
Gapię się w tę twarz, czekam z nadzieją na znak przebaczenia. Ale kiedy tak patrzę, kształt czaszki pod twarzą zaczyna przeświecać, powierzchowne piękno łuszczy się, ukazuje gnicie i rozkład pod spodem.
Czuję nową eksplozję bólu, świeża męka unosi mnie na swój szczyt. Z dala dochodzi czyjś krzyk. Kiedy słabnie, słyszę głosy mówiące w języku, który rozpoznaję, ale którego nie potrafię rozszyfrować. Zanim wszystko się ze sobą zleje i zatrze, kilka słów dociera do mnie z wyrazistością kościelnego dzwonu.
– Doucement. Essayez d’être calme.
Spokojnie, to zrozumiałem. Ale zachodzę w głowę, dlaczego chcą, żebym był cicho.
Potem zmiata mnie fala bólu i przestaję być.