Przemytnik

Przemytnik

Tytuł oryginału: Isaac Bell #7: The Bootlegger
Tłumaczenie: Maciej Pintara, Jacek Złotnicki
Ilość stron: 368
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-02-13
EAN: 9788324165926
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

„Clive Cussler to Hemingway literatury popularnej”.
„La Repubblica”


Najbardziej niebezpieczna i najbardziej osobista przygoda Isaaca Bella.


Jest rok 1921, króluje prohibicja, kwitnie przemyt. Joe Van Dorn, przyjaciel i szef Isaaca Bella w Agencji Detektywistycznej Van Dorna, zostaje ciężko ranny podczas pościgu za łodzią szmuglerów whisky.
Bell poprzysięga, że wytopi sprawców, nie wie jednak, z kim się zmierzy.
Kiedy świadek strzałów do Van Dorna zostaje brutalnie zamordowany, staje się jasne, że nie chodzi o zwykłych przestępców. To egzekucja w stylu radzieckiej tajnej policji.
Od zgliszcz Europy po I wojnie światowej, przez opanowane przez mafię ulice Detroit, po kurorty Florydy Isaac Bell tropi najbardziej niebezpieczny przestępczy syndykat. Tym razem to nie zwykła siatka przemytnicza, lecz potężna międzynarodowa organizacja, która ma jeden cel: zniszczyć niepodległość Ameryki...

CLIVE CUSSLER – najpopularniejszy i najbardziej lubiany autor powieści przygodowo-sensacyjnych świata. Podróżnik, badacz historii katastrof morskich, poszukiwacz zatopionych wraków, sam jest uosobieniem przygody, tak jak jego najsłynniejszy bohater, Dirk Pitt .
Clive Cussler to jedyny autor, który od ponad 40 lat nie schodzi ze szczytu list bestsellerów. W każdym tygodniu jego książki są w Top 10 „New York Timesa”. Są tłumaczone na 60 języków i publikowane w 105 krajach. Na każdą jego powieść czekają niecierpliwie wierni czytelnicy w każdym wieku. I każda zdobywa nowych miłośników.

Rozdział 1

Dwaj mężczyźni w drogich ubraniach, przemytnik i jego ochroniarz, opuścili boya hotelowego do góry nogami z gzymsu hotelu Gotham.

Ochroniarz trzymał go za kostki dziewiętnaście pięter nad Pięćdziesiątą Piątą ulicą. Była noc. Nikt tego nie widział. Wrzask chłopca zagłuszały autobusy na Piątej Alei, dudnienie miejskiej kolei nadziemnej nad Szóstą i dzwonki tramwajów na Madison.

– Każdy boy w tym hotelu sprzedaje moją gorzałę! – krzyknął do niego z góry przemytnik. – Co z tobą?

Wieże kościelne i iglice rezydencji zdawały się sięgać po chłopaka jak ostre zęby.

– Ostatnia szansa, synku.

Wysoki mężczyzna w letnim garniturze przemknął cicho po dachu. Wyciągnął samopowtarzalnego browninga spod marynarki i nóż zza cholewy. Dotarł do gzymsu i przystawił pistolet do skroni ochroniarza.

– Trzymaj mocno.

Ochroniarz zamarł. Przemytnik skurczył się pod ukłuciem ostrza na szyi.

– Kto ty, do…

– Isaac Bell. Agencja Van Dorn. Podnieście go na dwa.

– Jak strzelisz, to go puścimy.

– Będziecie mieli dziury w głowach, zanim on minie osiemnaste piętro… Liczę. Jeden! Unieście go. Dwa! Wciągnijcie go za krawędź… Połóżcie na dachu… Jesteś cały, synu?

Boy hotelowy miał łzy w oczach. Przytaknął, potakując głową jak kukiełka.

– Zejdź na dół – polecił mu Bell, wsunął nóż z powrotem do buta i przełożył pistolet do lewej ręki. – Powiedz swojemu szefowi, że główny śledczy Bell kazał ci dać tydzień wolnego i pięćdziesiąt dolarów premii za to, że stawiłeś czoło przemytnikom.

Ochroniarz dobrze wybrał moment. Kiedy wysoki detektyw sięgnął w dół, żeby pomóc chłopcu wstać, zamachnął się wielką pięścią z sygnetem na palcu. Cios, umiejętnie wyprowadzony z całą siłą mięśni rosłego mężczyzny, został zablokowany po dziesięciu centymetrach.

Miażdżąca kontra zachwiała ochroniarzem. Kolana się pod nim ugięły i upadł na wysmołowany dach. Przemytnik wyrzucił puste ręce do góry.

– Okej, okej.

Agencja Detektywistyczna Van Dorn – organizacja z biurami terenowymi we wszystkich miastach w kraju i wieloma za granicą – utrzymywała dobre stosunki z policją. Ale Isaac Bell zauważył, że coś jest nie tak, gdy wszedł do komisariatu na Pięćdziesiątej Czwartej.

Sierżant dyżurny unikał jego wzroku.

Mimo to Bell sięgnął przez wysoką ladę, żeby uścisnąć mu dłoń. Ojciec tego sierżanta, emerytowany rewirowy Paddy O’Riordan, dorabiał sobie jako nocny strażnik w usługach ochroniarskich Van Dorna.

– Co u ojca?

Paddy miał się dobrze.

– Jest jakaś szansa na przesłuchanie przemytnika, którego złapaliśmy w Gotham?

– Tamten duży facet jest w szpitalu i drutują mu szczękę.

– Chcę tamtego małego, szefa.

– Firma poręczycielska wpłaciła za niego kaucję.

Bell się wściekł.

– Kaucję? Za usiłowanie zabójstwa?

– Oczekują ochrony, za którą płacą – odrzekł sierżant O’Riordan z miną pokerzysty. – Co ja bym zrobił następnym razem, panie Bell, to zamiast nas wzywać, wrzuciłbym ich do rzeki.

– Przypuszczam, że Straż Przybrzeżna by ich wyłowiła – odparł Bell, obserwując reakcję gliniarza.

– A no właśnie – przytaknął apatycznie O’Riordan.

Potwierdził tym pogłoski, że nawet niektórzy funkcjonariusze Straży Przybrzeżnej Stanów Zjednoczonych – ramienia Departamentu Skarbu do egzekwowania prohibicji na morzu – siedzą w kieszeniach przemytników.

Od dzisiejszego popołudnia, pomyślał Bell, vandornowcy będą kłaść temu kres.

Z ręką na przepustnicy swojej latającej łodzi Loening S-1 i drugą na kole sterowym Isaac Bell rozpędzał się w dół East River, żeby nabrać prędkości startowej. Ominął barkę kolejową i wysterował w szybko zwężającą się lukę między holownikami. Jeden pchał barki z węglem, drugi ciągnął jaskrawoczerwoną barkę z dynamitem. Joseph Van Dorn, krzepki mężczyzna z rudymi bokobrodami, założyciel agencji detektywistycznej, siedział obok niego w otwartym kokpicie, pogrążony w myślach.

Z terminalu na Dwudziestej Trzeciej w Greenpoincie wypłynął prom prosto przed nich. Widok ogromnego statku o płaskich burtach, który nagle wyrósł w przedniej szybie hydroplanu, sprawił, że Joseph Van Dorn usiadł prosto. Odważny i opanowany, zapytał:

– Zdążymy wyhamować?

Bell otworzył szeroko przepustnicę.

Silnik liberty zamontowany za nimi na skrzydle zagrzmiał.

Bell pociągnął mocno koło sterowe.

Loening S-1 dzierżył rekordy szybkości i wysokości, ale zawsze wolno reagował na polecenia pilota. Bell zastąpił drążek i pedały „kierownicą” Blériota w nadziei, że maszyna będzie zwinniejsza.

Pasażerowie greenpoinckiego promu cofnęli się od relingu.

Bell przyciągnął koło sterowe ostatnim silnym szarpnięciem.

Hydroplan oderwał się od wody i wzniósł trzydzieści centymetrów nad promem.

– Prawo powinno zakazywać takiego pilotowania jak twoje – odezwał się Van Dorn.

Bell przeleciał pod mostem Williamsburg i między masztami obserwacyjnymi okrętu liniowego w stoczni Marynarki Wojennej.

– Przepraszam, że wyrwałem cię z ponurej zadumy.

– Wyrwiesz nas obu stąd do królestwa niebieskiego.

Bell leciał ponad zielonym Brooklynem z prędkością stu dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Van Dorn wrócił do rozmyślań, jak sobie poradzić w nieszczęściu.

Wojna światowa wyrządziła szkody jego agencji. Część najlepszych detektywów zginęła, walcząc w okopach. Inni zmarli szokująco młodo podczas epidemii grypy. Powojenna recesja gospodarcza powodowała bankructwa klientów. A zaledwie wczoraj Isaac Bell odkrył, że przemytnicy, którzy bogacą się szybko na prohibicji, przekupując gliniarzy i polityków, skorumpowali dwóch z jego najlepszych detektywów w hotelu Gotham.

Bell wspiął się na tysiąc metrów, zanim osiągnęli półwysep Rockaway. Tam gdzie plaża z białym piaskiem wcinała się w ocean jak nóż, skręcił i skierował się na wschód nad rzędem wysp chroniących Long Island przed nieokiełznaną gwałtownością Atlantyku. Raj szmuglerów alkoholu – ukryte zatoki i bagna, dopływy, strumienie i kanały – rozciągał się na zawietrznej tych wysp jak okiem sięgnąć.

Pięćdziesiąt kilometrów od Nowego Jorku przechylił hydroplan nad stalowoniebieskim oceanem i zaczął się zniżać.

– Mogę wejść do szalupy, panie bosmanie?

Marynarz trzeciej klasy Asa Somers, najmłodszy członek załogi kutra CG-9 Straży Przybrzeżnej, wychodził z siebie. Wreszcie trafił na morze i patrolował wybrzeże wyspy Fire Island w poszukiwaniu przemytników rumu na okręcie z działem i karabinami maszynowymi. Teraz najszybsza latająca łódź na świecie – górnopłat ze śmigłem pchającym – spadała z nieba. I jeśli nie dość fascynujący był ryk jej czterystukonnego silnika liberty, to fascynował jej pasażer, sławny pogromca przestępców pan Joseph Van Dorn. Czytał o nim w „Boys’ Life” i „Police Gazette”. Jego armia prywatnych detektywów przysięgała: „Nigdy się nie poddajemy! Nigdy!”

– Co się tak gorączkujesz? – warknął siwowłosy starszy bosman.

– Chcę poznać pana Van Dorna, jak wyląduje.

– Nie wyląduje.

– Dlaczego?

– Otwórz oczy, chłopcze. Widzisz te fale? Mają półtora metra i dadzą tej latającej łodzi takiego kopa w tyłek, że się przewróci.

– Może spróbuje – odrzekł Somers bez zbytniej nadziei.

„Flight Magazine” chwalił szybkość S-1 o wiele bardziej niż jej sterowność.

– Jeśli wyląduje – powiedział bosman – to będziesz mógł wejść do szalupy, żeby wyłowić ciała.

W górze, na odkrytym mostku, kapitan CG-9 przytaknął.

– Stójcie w pogotowiu z bosakami.

Hydroplan zatoczył krąg niżej. Kiedy mijał kuter tuż nad wierzchołkami fal, Somers zobaczył Van Dorna. Siedział obok pilota w oszklonym kokpicie bez dachu. Rozpoznał go po rudych bokobrodach nastroszonych przez pęd powietrza.

Ryk dużego dwunastocylindrowego silnika przycichł do szmeru.

– Wariat – burknął bosman.

Ale młody Somers obserwował lotki hydroplanu. Klapy skrzydła podnosiły się i opuszczały tak szybko, że wzrok ledwo za tym nadążał, gdy pilot usiłował wyrównać. W części ogonowej statecznik poziomy wgryzł się w powietrze i maszyna opadła, stabilna jak lokomotywa na szynach. Jej długi klinowaty kadłub dotknął wody, rozszerzając rozpylony kilwater. Pływaki pod skrzydłem prześlizgnęły się po falach i usiadła lekko.

– Somers! Do cumy dziobowej.

Chłopak wskoczył do szalupy motorowej i popłynęli przez sto metrów wody między kutrem a latającą łodzią. Wielkie czterołopatowe śmigło za skrzydłem przestało się obracać. Pilot, który z łatwością wykonał prawie niemożliwe wodowanie, zszedł z kokpitu na stopień wokół przodu kołyszącego się kadłuba. Był wysokim, szczupłym, przystojnym blondynem z rzeczową miną. Złociste włosy i gęste wąsy miał nienagannie utrzymane. Nosił biały, szyty na miarę garnitur i kapelusz z szerokim rondem tego samego koloru.

Somers upuścił cumę dziobową.

– Co ty wyrabiasz, do kroćset?! – zagrzmiał bosman.

– Założę się, że to Isaac Bell!

– Nie obchodzi mnie, czy to on, czy Mary Pickford! Nie splącz tej liny!

Chłopak zwinął ją ponownie ze wzrokiem utkwionym w pilocie. To musiał być on. Zdjęcia Bella nigdy nie było w żadnym magazynie ilustrowanym. Ale w doniesieniach o Van Dornie zawsze wspominano o białym garniturze jego głównego śledczego. Somersowi nagle przyszło do głowy, że unikający fotografów detektyw mógłby w okamgnieniu stać się nierozpoznany, gdyby po prostu zmienił ubranie.

– Rzuć linę, synu! – zawołał. – No dalej, potrafisz to zrobić… migiem!

Somers pamiętał, żeby pozwolić zwojowi rozwijać się z jego dłoni, jak uczył go bosman. Ku dozgonnej wdzięczności chłopaka cuma wpadła w dużą rękę Bella.

– Dobry rzut.

Przyciągnął hydroplan do szalupy.

– Czy pan to Isaac Bell? – zapytał Somers.

– Jestem jego kamerdynerem. Tylko ani mru-mru – Bell jeszcze leży nieprzytomny w nielegalnej knajpie. A teraz weź pana Van Dorna do swojej łodzi tak, żeby się nie skąpał. Gotowy?

Bell wyciągnął rękę, żeby pomóc Van Dornowi, mocno zbudowanemu mężczyźnie po pięćdziesiątce z wydatnym rzymskim nosem i ciężkimi powiekami. Van Dorn zignorował dłoń Bella. Bell ujął go za łokieć i skierował w stronę Somersa z konspiracyjnym uśmiechem.

– Trzymaj się mocno, synu, on nie jest taki żwawy, na jakiego wygląda.

Mimo uśmiechu spojrzenie niebieskich oczu Bella było chłodne i czujne. Obserwował uważnie, jak starszy mężczyzna przechodzi między kołyszącymi się kadłubami. Odprężył się dopiero wtedy, gdy Somers przyjął go bezpiecznie na pokład.

– Jak się nazywacie, marynarzu? – spytał Van Dorn z leciutką nutką irlandzkiego akcentu.

– Marynarz trzeciej klasy Asa Somers, sir.

– Skłamaliście, ile macie lat?

– Skąd pan wie? – wyszeptał Somers.

– Zrobiłem to samo, żeby się zaciągnąć do marines.

Uniósł kciuk w kierunku rufy.

– Wszyscy na pokładzie, bosmanie. Z powrotem na okręt.

– Tak jest.

Szalupa odpłynęła od hydroplanu.

Van Dorn zawołał do Bella:

– Uważaj na siebie w Gotham. Nie zapominaj, że tamte bezwstydne sukinsyny szykują się na ciebie.

Asa Somers pomyślał, że gdyby puma potrafiła się uśmiechać, byłby to uśmiech Isaaca Bella, który odpowiedział:

– Zapomnieć? Nigdy.

Joseph Van Dorn obrzucił sceptycznym spojrzeniem CG-9, nadwyżkowy ścigacz okrętów podwodnych, który Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych przekazała Straży Przybrzeżnej do patroli prohibicyjnych. Miał bocianie gniazdo nad odkrytym mostkiem, sześciocylindrowe silniki benzynowe do napędu trzech śrub i siedemdziesięciopięciomilimetrowe działo Poole na pokładzie dziobowym. Służył do wypatrywania, ścigania i zatapiania wolno pływających niemieckich U-Bootów – ale nie miał szans w ściganiu szybkich łodzi przemytników alkoholu.

Był intensywnie eksploatowany podczas wojny i oszczędnie serwisowany od tamtej pory. Odgłos pomp świadczył, że drewniany kadłub przecieka w wielu miejscach. Zawory silników klekotały nawet przy połowie szybkości. Działo ­Poole i dwa karabiny maszynowe lewis .30-06 na skrzydłach mostka wciąż nadawały się do walki. Ale nawet gdyby ­CG-9 zdołał jakoś mieć w zasięgu przemytnika alkoholu, czy kogoś wyszkolono do strzelania z tej broni?

Kapitan w średnim wieku miał worki pod oczami i czerwony nos. Podstarzały starszy bosman wyglądał jak weteran wojny hiszpańsko-amerykańskiej. A załoga – z wyjątkiem młodego Somersa, który ochoczo wdrapał się po maszcie do bocianiego gniazda, gdy tylko wciągnęli szalupę na pokład – odpowiadała w zasadzie wyobrażeniu Van Dorna o rekrutach z żołdem dwudziestu jeden dolarów miesięcznie.

Kapitan przywitał go nieufnie.

Van Dorn rozbroił go przyjaznym uśmiechem, dzięki któremu wielu przestępców trafiło za kratki. Zastanawiali się potem, dlaczego pozwolili temu jowialnemu panu zbliżyć się do siebie na tyle, że zacisnął stalową dłoń na ich karku. Błysk w oku i ciepły chichot w głosie tworzyły wizerunek niefrasobliwego gościa.

– Jak sądzę, pański dowódca powiedział panu, że Departament Skarbu wynajął moją agencję detektywistyczną, by doradzała, jak lepiej zwalczać nielegalny transport alkoholu. Ale plotki głoszą, założę się, że badamy, kto jest w zmowie z przemytnikami – bierze łapówki za odwracanie wzroku.

– Nie muszą nas przekupywać. Są od nas szybsi i jest ich więcej niż nas. Albo ktoś – nie powiem kto, bo nie wiem – daje im cynk, gdzie patrolujemy. Albo nadają przez radio fałszywe wezwania pomocy; mamy ratować życie, więc płyniemy na ratunek, zostawiając nasz sektor szeroko otwarty. Jeśli zdarza nam się ich złapać, sądy ich wypuszczają i tamci odkupują z powrotem swoje szybkie motorówki na aukcjach rządowych.

Van Dorn spojrzał innym okiem na kapitana. Może nos sczerwieniał mu od przeziębienia. Nieważne, czy popija, czy nie – jego słowa świadczyły, że jest autentycznie oburzony i ma dosyć. Kto mógłby mu się dziwić?

Rok od wprowadzenia prohibicji – zakazu sprzedaży alkoholu na mocy osiemnastej poprawki do konstytucji i ustawy Volsteada – wydawało się, że pół kraju zgadza się łamać prawo. Miliony ludzi płaciło hojnie za drinka. Poza odkryciem złota lub ropy na własnym podwórku, nie istniał inny sposób na szybsze wzbogacenie się niż sprzedaż alkoholu. Potrzebna była tylko łódź, żeby przepłynąć kilka mil morskich od brzegu do rumowej floty, zarejestrowanych za granicą frachtowców i szkunerów zakotwiczonych na wodach międzynarodowych. Gazety zrobiły bohatera z Billa McCoya, kapitana szkunera zarejestrowanego na brytyjskich Bahamach. Ułożył on plan omijania prawa, który czynił z egzekwowania prohibicji zajęcie dla frajerów.

– Jak mówi piosenka – Van Dorn zacytował fragment ostatniego przeboju Irvinga Berlina – „nie możesz tańczyć shimmy po herbacie”. Jak szybkie są taksówki?

O ile rybacy i właściciele jachtów pływali do rumowej floty, żeby kupić kilka butelek, o tyle duże interesy załatwiały „taksówki” lub „łodzie kontaktowe”. Tak nazywano jednostki pływające o wysokiej mocy i małym zanurzeniu, którymi zawodowi szmuglerzy alkoholu transportowali setki skrzynek na wybrzeże, gdzie przemytnicy sowicie za nie płacili.

– Co dzień budują coraz szybsze.

Van Dorn pokręcił głową, udając wielki niepokój. ­Isaac Bell już go przekonał, żeby zalecił patrolować wybrzeże hydroplanami, choć Bóg jeden wiedział, kto miałby za to płacić. Rząd położył szlaban na alkohol, ale nie zdołał wysupłać pieniędzy na egzekwowanie tego.

– Taksówka!

Wszyscy spojrzeli na bocianie gniazdo.

Joseph Van Dorn wyciągnął lornetkę z kieszeni obszernego płaszcza i popatrzył tam, gdzie Asa Somers miał wycelowany swój teleskop. Mocno zanurzona i pomalowana na szary kolor morza i nieba łódź z alkoholem była ledwo widoczna z odległości niespełna kilometra.

– Cała naprzód! – rozkazał kapitan i wbiegł po drabince na odkryty mostek na dachu sterowni. Van Dorn wspiął się ciężko za nim.

Silniki zawarczały twardziej. Zawory zaklekotały głoś­niej. Rufa opadła i wzburzyła spieniony kilwater.

– Piętnaście węzłów – oznajmił kapitan.

Ścigacze okrętów podwodnych rozwijały osiemnaście, ale tłusty niebieski dym z wydechów CG-9 zasygnalizował Van Dornowi, że zużyte silniki pracują na limicie. Ścigana łódź była przeładowana, jej nadburcia prawie zanurzone, ale płynęła z szybkością siedemnastu lub osiemnastu węzłów i oddalała się.

– Kanonier! Strzel mu przed dziób.

Działo Poole wypaliło, pokład się zatrząsł. Van Dorn nie widział dobrze przez silną lornetkę, gdzie wylądował pocisk armatni, ale na pewno nie w pobliżu dziobu łodzi z alkoholem. Artylerzyści dali ognia bliżej. Van Dorn zobaczył rozbryzg, łódź jednak płynęła dalej.

Nagle, gdy już się wydawało, że zniknie w zapadającym zmierzchu, zwolniła. Uderzyła w coś w wodzie, zaczął spekulować kapitan, albo zgubiła śrubę lub straciła cylinder. Cokolwiek się stało na przeładowanej taksówce, ścigacz okrętów podwodnych powoli ją doganiał.

– Wyrzucą gorzałę i dadzą nogę – powiedział kapitan.

Van Dorn wyregulował lornetkę. Ale nie zobaczył spanikowanych postaci wyrzucających kontrabandę za burtę. Łódź po prostu płynęła w noc.

– Kanonier! Jeszcze raz przed dziób.

Działo Poole znów zatrzęsło pokładem i pocisk spadł przed przemytnikiem.

– Teraz się zatrzymają.

Strzał ostrzegawczy nie poskutkował i przemytnik nie stanął.

Van Dorn policzył szybko skrzynki whisky widoczne na pokładzie. Ocenił też prawdopodobną ilość w ładowni i oszacował transport na minimum pięćset butelek. Jeśli zawierały oryginalny produkt – autentyczną szkocką niezmieszaną z tanim alkoholem zbożowym – ładunek był wart trzydzieści tysięcy dolarów. Dla załogi przemytniczej łodzi, która przed prohibicją ledwo wiązała koniec z końcem, łowiąc ryby, to była fortuna. A to mogło uczynić ich bardziej odważnymi niż rozsądnymi. Za trzydzieści tysięcy dolarów sześciu przemytników mogło kupić cadillaca lub rolls-royce’a, marmona lub minerwę. Dla rodzin rybaków taka suma oznaczała przytulne domki i stół pełen jedzenia.

Kapitan włączył syrenę elektryczną. CG-9 zawył jak potępieniec. Łódź nadal uciekała.

– To wariaci. Ognia! – krzyknął kapitan do obsługi działa na dole. – Niech się zamoczą!

Pocisk uderzył w wodę wystarczająco blisko, żeby ochlapać załogę. Łódź nagle się zatrzymała i obróciła o sto osiemdziesiąt stopni. Jej dziób wycelował w ścigacza, który zbliżał się do niej w chmurze niebieskiego dymu.

– Przygotować kaemy!

Uśmiechnięci strażnicy przybrzeżni zgarbili się nad zasilanymi z talerzowych magazynków karabinami maszynowymi na podstawach po obu stronach sterowni. Van Dorn pomyślał, że zdrowy rozsądek w końcu zwycięży. Lewis był wspaniałą bronią – szybkostrzelną, rzadko się zacinającą i bardzo celną. Przemytnicy powinni podnieść ręce do góry, zanim odległość jeszcze się zmniejszy, i pozwolić swoim adwokatom wyciągnąć ich z więzienia. Zamiast tego, gdy kuter znalazł się sto metrów od nich, zaczęli strzelać.

Na patrolowcu Straży Przybrzeżnej zabrzmiały okrzyki zaskoczenia.

Pocisk karabinowy zagwizdał obok masztu trzydzieści centymetrów od głowy Van Dorna. Drugi odbił się od osłony wentylatora i trafił rykoszetem w działo na pokładzie dziobowym. Artylerzyści się rozpierzchli i dali nura, szukając osłony. Van Dorn wyciągnął spod płaszcza swojego samopowtarzalnego colta .45. Oparł się ramieniem o maszt, żeby kontrować przechyły kutra, i wycelował dokładnie przed strzałem na dużą odległość. W momencie, kiedy wziął na muszkę człowieka z karabinem, trzeci pocisk zrzucił strażnika przybrzeżnego przy prawym lewisie ze skrzydła mostka na główny pokład.

Detektyw opuścił się po drabince najszybciej, jak mógł, i wcisnął na skrzydło. Szarpnął do tyłu suwadło kaemu lewą ręką i nacisnął spust prawą. Seria trzech pocisków odłupała drewno z kabiny taksówki, centymetry od człowieka z karabinem. Trzy następne pociski wytrąciły mu broń z rąk.

– Druga taksówka! – zawołał cienkim głosem Asa Somers z bocianiego gniazda. – Za rufą.

Van Dorn skoncentrował się na oczyszczeniu kokpitu przemytników. Posłał tam serię pocisków .30-06, co przekonało sternika, że lepiej puścić koło sterowe i paść plackiem.

– Taksówka podchodzi do nas od rufy! – zawołał znów Somers.

Strach w głosie chłopca kazał Van Dornowi obejrzeć się za siebie.

Długa, niska czarna łódź zbliżała się szybko. Van Dorn jeszcze nie widział takiej szybkiej łodzi. Czterdzieści węzłów co najmniej. Osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Grzmot się wydobywał z kolektorów wydechowych. Trzy tuziny prostych rur wypluwały pomarańczowe płomienie ku niebu. Trzy silniki liberty w jednym rzędzie, każdy o takiej mocy jak turbodoładowany L-12 latającej łodzi Isaaca, ziały ogniem.

Obsługa działa na pokładzie dziobowym nie widziała jej.

Szarżując z tyłu, tnąc morze jak nóż, czarna łódź skręciła, gdy zrobił to patrolowiec. Utrzymywała taki kąt, że była zasłonięta przed działem. Strzelec przy lewym kaemie też jej nie widział zza sterowni. Ale Joseph Van Dorn – tak. Obrócił lewisa i otworzył ogień.

Łódź zaczęła zygzakować. Robiła uniki zwinnie jak ważka.

Zimny uśmiech zachmurzył twarz Van Dorna.

– Okej, chłopcy. Tego chcecie?

Nakierował lufę kaemu na środek slalomu czarnej łodzi i wystrzelił w nią seriami sto pocisków w dziesięć sekund. Prawie połowa dosięgła celu. Ale ku jego zdumieniu odbijały się od burty. Za późno zdał sobie sprawę, że łódź ma stalowe opancerzenie.

Wziął na cel przednią szybę, za którą kucał sternik. Szkło popękało, ale się nie rozprysło. Kuloodporne. Ci chłopcy przypłynęli przygotowani. Czarna łódź odpowiedziała ogniem.

Też miała karabin maszynowy lewis. Ukryty pod pokładem, odchylił się do góry na zawiasowej podstawie. Van Dorn natychmiast pojął, że facet przy tamtym kaemie zna się na rzeczy. Serie pocisków podziurawiły drewniany kadłub patrolowca dokładnie pod stanowiskiem Van Dorna. Porozrywały wysoką do piersi brezentową osłonę, która chroniła skrzydło mostka przed wiatrem i rozbryzgami wody. Van Dorn walił długimi seriami. Chłodną, obiektywną częścią swojego umysłu dziwił się, że jeszcze nie dostał.

Coś uderzyło go mocno w pierś jak rzucony brukowiec.

Nagle uświadomił sobie, że spada poza krawędź skrzydła mostka na pokład. Analityczna strona jego mózgu zarejestrowała, że ścigana przez nich taksówka ucieka pod osłoną ognia karabinu maszynowego czarnej łodzi i że kuter Straży Przybrzeżnej skręca, żeby użyć działa Poole. Podczas manewru fala przechyliła go mocno na sterburtę i Van Dorn wylądował nie na wąskim pokładzie, lecz na relingu. Naprężona stalowa lina przerwała jego opadanie i odbiła go za burtę do lodowatej wody. Ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszał, był wrzask Asy Somersa:

– Panie Van Dorn!

Inne książki autora

Bunt morza

Bunt morza CUSSLER CLIVE

Pirania (wyd. 2, dodruk)

Pirania (wyd. 2, dodruk) CUSSLER CLIVE

Złoto cara (wyd. 2)

Złoto cara (wyd. 2) CUSSLER CLIVE CUSSLER DIRK

Zemsta cesarza

Zemsta cesarza CUSSLER CLIVE

Nożownik

Nożownik CUSSLER CLIVE

Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

Gangster

Gangster CUSSLER CLIVE

Pirat

Pirat CUSSLER CLIVE

Projekt „Nighthawk”

Projekt „Nighthawk” CUSSLER CLIVE

Snajper

Snajper CUSSLER CLIVE

Klątwa Salomona

Klątwa Salomona CUSSLER CLIVE

Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

Oko Niebios

Oko Niebios CUSSLER CLIVE

Sabotaż

Sabotaż CUSSLER CLIVE