Pirat

Pirat

Tytuł oryginału: Fargo Adventure: Pirate
Tłumaczenie: Jacek Złotnicki
Ilość stron: 384
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 145x207
Data wydania: 2019-02-19
EAN: 9788324169375
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

NAJWIĘKSZY MISTRZ POWIEŚCI PRZYGODOWYCH ŚWIATA

 

Cykl FARGO

 

Sam i Remi Fargo – małżeństwo milionerów i poszukiwaczy przygód – w pojedynku z miliarderem ogarniętym zbrodniczą obsesją zdobycia zaginionego legendarnego skarbu.

 

Podczas upragnionych wakacji w San Francisco Sam i Remi odwiedzają antykwariat z rzadkimi książkami. Nazajutrz dowiadują się, że właściciel zmarł nagle w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie wiedzą jeszcze, że zbrodnia ma związek z księgą, która zawiera tajną mapę wskazującą drogę do  historycznego  skarbu.

Od Kalifornii, przez Arizonę i Jamajkę, po Zamek Nottingham w Anglii, Sam i Remi rozpoczynają wyścig z czasem. Stawką są zaginione przed ośmiu wiekami bajeczne bogactwa króla Jana bez Ziemi. Przeciwnik jest potężny. A wśród ich  sojuszników  kryje  się  zdrajca…

 

 


CLIVE CUSSLER - najpopularniejszy i najbardziej lubiany autor powieści przygodowo-sensacyjnych świata. Podróżnik, badacz historii katastrof morskich, poszukiwacz zatopionych wraków, sam jest uosobieniem przygody, tak jak jego najsłynniejszy bohater, Dirk  Pitt.

Clive Cussler to jedyny autor, który od 45 lat nie schodzi ze szczytów list bestsellerów. W każdym tygodniu jego książki są w Top 10 „New York Timesa”. Są tłumaczone na 60 języków i publikowane w 105 krajach. Na każdą jego powieść czekają  niecierpliwie  wierni  fani  w  każdym  wieku.

 

Prolog

Bishop’s Lynn, Norfolk, Anglia

9 października 1216 roku

Bure niebo sypnęło pierwszymi płatkami śniegu. Zapadał zmierzch, gęstniał mrok, narastał dojmujący chłód. William Marshal, hrabia Pembroke, ściągnął wodze i wstrzymał swego rączego wierzchowca. Towarzyszący mu rycerze poszli w jego ślady. Las wokół nich zmienił się w groźny labirynt szeleszczących cieni, pośród których nie sposób było rozpoznać drogi.

Nie widząc jeźdźców, którzy odłączyli się od nich tego wieczoru wcześniej, William zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie pobłądzili. Jednak nie. Po lewej stał wykrzywiony dąb, tak jak go zapamiętał. Wraz z trzema rycerzami William wyruszył przodem, aby przepatrzyć szlak dla pozostałych, którzy nazajutrz mieli wieźć tędy królewski skarb. Choć on sam był przeciwny przenosinom przed przybyciem posiłków, ugiął się pod naciskiem królewskich doradców, dla których najważniejsze było bezpieczeństwo skarbu, zwłaszcza teraz, kiedy francuski książę Ludwik zajął Londyn i ogłosił się królem Anglii. Król Jan, na wieść, że połowa jego baronów sprzymierzyła się z Ludwikiem przeciw niemu, nie chciał dopuścić do przejęcia klejnotów koronnych przez uzurpatora.

William obejrzał się na Roberta de Braose’a, który zatrzymał się obok niego.

– Moi ludzie powinni już tu być.

– Być może ten ziąb ich spowolnił.

William uciszył go uniesieniem dłoni. Ledwie słyszalny szmer przykuł jego uwagę. Nadstawił ucha.

– Posłuchaj…

– Nic nie słyszę.

I znów jakiś szelest. To nie był szum wiatru w gałęziach drzew.

Tuż obok usłyszał dźwięk metalu, gdy Robert dobył miecza ze skórzanej pochwy. A potem okrzyki kilku jeźdźców, którzy wypadli z lasu z obnażoną bronią. Jego koń, spłoszony niespodziewaną szarżą, szarpnął się w tył. William z trudem utrzymał się w siodle. Nagle rozległ się przenikliwy świst powietrza. Miecz Roberta zatoczył łuk i zmierzał prosto ku niemu.

Instynktownie uniósł tarczę. Za późno. Ostrze głowni trafiło go w żebra. Ciasno pleciona kolczuga wytrzymała, ale ból przeszył go na wskroś.

Czyżby Robert przez pomyłkę wziął go za wroga?

Niemożliwe, pomyślał, wyciągając miecz. Obrócił się i potężnym ciosem powalił najbliższego jeźdźca. Ciało upadło tuż obok ciała jego najmłodszego rycerza, Arthura de Clare’a.

Ogarnięty wściekłością, zwrócił się do Roberta.

– Postradałeś zmysły?! – krzyknął, wciąż nie mogąc uwierzyć, że wpadł w pułapkę zastawioną przez jednego z najbardziej zaufanych ludzi króla.

– Przeciwnie, wreszcie odzyskałem rozum – odrzekł Robert. Spiął konia i ponownie natarł na Williama, ale utracił już element zaskoczenia. Głownie dwóch mieczy zwarły się z metalicznym szczękiem.

– Napadając na mnie, dopuszczasz się zdrady wobec króla. Co ci z tego przyjdzie?

– To twój pan, nie mój. Ja złożyłem hołd księciu Ludwikowi.

A więc zdrada zataczała coraz szersze kręgi.

– Byłeś mi przyjacielem.

Robert wbił ostrogi w boki wierzchowca i zamachnął się mieczem, pochylony do przodu, po czym wyprostował się w ostatniej chwili.

William spodziewał się podstępu, czekał więc tylko na dogodny moment. Gdy ten nastąpił, z całej mocy uderzył Roberta tarczą i wysadził go z siodła. Ogier spłoszył się i umknął. Z tyłu Hugon Fitz Hubert, także spieszony, położył już trupem jednego ze zbuntowanych rycerzy, a teraz ściągnął na ziemię jeźdźca, który przeganiał pozostałe konie. A zatem dwóch na dwóch, ale tylko William wciąż pozostawał w siodle. Ten układ sił mu odpowiadał, więc zawrócił wierzchowca i zatrzymał się naprzeciw Roberta.

– Szkoliłem cię. Znam twoje słabe strony.

– A ja twoje.

Księżycowa poświata przedarła się przez szczelinę w chmurach, połyskując na głowni broni preferowanej przez Roberta. Jednosieczna głownia łączyła w sobie moc i ciężar topora z wszechstronnością miecza. Jej szeroki, lekko wygięty sztych kończył się śmiertelnie niebezpiecznym szpicem, który, co William widział na własne oczy, mógł przebić najciaśniej plecione kolczugi.

Cięższy oręż dawał Robertowi przewagę nad stosunkowo lekkim, prostym mieczem Williama. Jednak cięższa broń oznaczała szybsze zmęczenie, zwłaszcza że teraz Robert musiał walczyć pieszo. Ledwie ta myśl przemknęła przez głowę Williama, gdy Robert rzucił się do ataku, wymachując mieczem jak toporem i biorąc za cel nogi jego konia.

William cofnął się. W pełni zdawał sobie sprawę z zagrożenia. Nawet jeśli uda im się przeżyć, bez koni nie zdołają wrócić na czas, by ostrzec króla.

Rezygnacja z przewagi nie była łatwą decyzją, ale nie miał innego wyjścia. William zeskoczył z siodła i klepnięciem dłoni odesłał wierzchowca. Zadźwięczało żelazo. To Fitz Hubert i rycerz buntownik starli się ze sobą.

Stanął naprzeciw Roberta. Krążyli wokół siebie. Posypały się cięcia, zasłony i riposty. William wpatrywał się w metalową tunikę przeciwnika w nadziei, że znajdzie się w niej jakaś skaza.

– Dlaczego? – spytał pomiędzy ciosami. Zamierzał zwyciężyć, więc potrzebował odpowiedzi.

Robert popatrzył na niego, ważąc oręż w dłoni.

– W królewskim obozie jest dość złota, by wystawić całą armię i odzyskać to, co przepadło na skutek poczynań twojego nieudolnego króla.

Miecze znów zwarły się ze sobą, krzesząc iskry.

– Czynił, co uważał za stosowne, a tobie nic do tego.

– Mój ród stracił wszystko – odrzekł Robert, krążąc wokół Williama. Wypatrywał sposobności, czyhał na jego błąd. – Król wypchał swe szkatuły naszym złotem, naszą krwią. Przyrodnich braci moich wtrącił do lochu. – Natarł, zadając cios za ciosem. – Ten skarb nam się należy i gdziekolwiek trafi, my go znajdziemy.

William męczył się szybko, czuł, jak omdlewają mu mięśnie. Robert przytłaczał go, był młodszy i silniejszy. Zwarli się ze sobą, dysząc ciężko. Już nie widział Fitza Huberta ani drugiego buntownika, tylko słyszał ich gdzieś w ciemnościach.

– Przegracie – wysapał William.

– Nie. Król właśnie żegna się z tym światem.

Ogarnął go lęk, który zarazem dodał mu sił. Po raz ostatni wzniósł miecz i zatoczył nim łuk. Zgodnie z jego oczekiwaniem przeciwnik sparował uderzenie. Miecz odbił się w górę, a wtedy William zadał mocarne pchnięcie. Ostrze przebiło kolczugę pod pachą Roberta, a impet uderzenia powalił go na ziemię.

William stanął nad nim, nadepnąwszy mu na rękę wciąż dzierżącą broń. Na twarzy pokonanego dostrzegł strach połączony z odrazą. Oparł miecz na jego gardle i spytał:

– Cóż rzekniesz teraz?

– I tak zwycięstwo jest nasze.

– Mimo twojej rychłej śmierci?

Jeden ruch dzielił go od zabicia zdrajcy. To była chwila triumfu, zwłaszcza że Fitz Hubert właśnie wyszedł spomiędzy drzew bez widocznego uszczerbku na zdrowiu.

Tymczasem Robert, choć oddychał z trudem, uśmiechnął się do Williama.

– Jak myślisz, kto nakłonił króla do przeniesienia skarbu w bezpieczne miejsce, a potem zastawił pułapkę? Jam ci to sprawił… Teraz książę Ludwik, prawowity władca panujący w Londynie, zbierze owoce zachłanności twojego fałszywego króla… Skarb będzie nasz. – Zaczerpnął głęboko powietrza do płuc. – Mamy szpiegów na wszystkich dworach… Każdy klejnot z korony, każdy okruch złota posłuży wsparciu kampanii Ludwika. Anglia legnie u jego stóp… Nim ten tydzień przeminie, ty i tobie podobni będziecie bić mu czołem.

– Do niczego takiego nie dojdzie – powiedział William. Docisnął miecz do oporu i obrócił głownię, by mieć pewność, że ostatnie pchnięcie będzie śmiertelne. Zostawił trupa tam, gdzie leżał, i spojrzał na Fitza Huberta.

– Ranili cię?

– Złamane żebro, obawiam się.

– Słyszałeś wszystko?

– Tak jest.

Został im tylko koń Williama, uradzili więc, że to on pojedzie ostrzec króla, tym bardziej że Fitz Hubert był ranny. Kiedy dotarł do obozowiska w Bishop’s Lynn, zafrasowane twarze napotkanych ludzi potwierdziły jego ponure przypuszczenia. Przed królewskim namiotem spotkał Johna de Lacy’ego, który nie chciał go wpuścić do środka.

– Król jest chory. Nie życzy sobie nikogo widzieć.

– Mnie przyjmie. Zejdź mi z drogi, bo pożegnasz się z życiem.

– Ale…

William odepchnął go i wszedł do namiotu. Cuchnący zaduch uderzył go w nozdrza. Królewski lekarz i dwaj służący stanęli na baczność. Migotliwe płomienie świec rozstawionych wokół posłania rzucały przyćmiony blask na leżącą na nim nieruchomą postać. William przeraził się, że król właśnie zmarł. Jednak kiedy podszedł bliżej, dostrzegł, jak jego pierś porusza się w rytm płytkiego oddechu.

– Panie mój – powiedział, klękając obok łoża i pochylając głowę. – Zawiodłem cię.

– Jak to? – spytał król, ledwie uniósłszy powieki. Jego czoło pokrywał perlisty pot.

– To, co powiem, jest przeznaczone tylko dla twoich uszu.

Król Jan milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w Williama. Wreszcie nieznacznie poruszył dłonią.

– Wyjdźcie. Wszyscy.

William poczekał, aż namiot opustoszeje. A kiedy już zostali sami, niechętnie przekazał królowi złe wieści.

– Nie zdołałem wykryć zdrajcy w twoim otoczeniu. Być może jest ich więcej. Chodzi o Roberta de Braose’a. Powiedział mi, że umierasz, a przecież nie mógł wiedzieć o twej chorobie.

– To dyzenteria.

– Raczej nie.

Król zamknął oczy. William przestraszył się, że może się już nie obudzić.

– Kto śmiał to uczynić? – wyszeptał król.

– Tego nie wiem. Ale ci, którzy odpowiadają za tę ohydną zbrodnię, dobrze wiedzą, że masz przy sobie cały skarb Korony. Chcą nim wesprzeć roszczenia Ludwika do tronu Anglii. Wiedzą, że przewozisz skarb w inne miejsce. Twoja choroba miała odwrócić uwagę i ułatwić jutrzejszą kradzież.

– Mój syn… – Król wyciągnął rękę i chwycił Williama za ramię słabym, gorączkowym uściskiem. – Co z Henrykiem?

– Jest bezpieczny. Będę go strzegł za cenę życia. – Najstarszy syn króla, chłopiec ledwie dziewięcioletni, nie był winien szalbierstw i niegodziwości popełnianych przez kilku ostatnich władców, nie wyłączając jego ojca i wszystkich krewnych. Jeśli dla Anglii miała jeszcze zaświtać jakakolwiek nadzieja, następca tronu nie powinien być opętany zachłannością ani mieć rąk splamionych krwią. – Skarb stwarza ogromną pokusę, a to może uniemożliwić młodemu księciu sięgnięcie po władzę.

– Będzie go potrzebował, aby wziąć odwet i odbić utracone ziemie.

– Panie, wybacz mi, ale pozwolę sobie na szczerość. Dopóki ten skarb będzie istniał, dopóty zawsze znajdą się tacy, których jedynym pragnieniem będzie dostanie go w swe ręce. Książę Ludwik jest tylko jednym z wielu. Nie zapominaj też, że zbuntowani baronowie, z którymi walczysz od kilku miesięcy, to ludzie niegodni zaufania, zwłaszcza gdy nęci ich blask złota i obietnica niezmierzonych bogactw. – Przerwał na chwilę, by mieć pewność, że jego słowa zostały wysłuchane i zrozumiane. – Władza nad ubogim krajem jest dużo mniej atrakcyjna i pożądana. Co więcej, młody król, który ledwie dorósł do rządzenia swoim biednym państwem, dla nikogo nie będzie stanowił zagrożenia…

– Do czego zmierzasz?

– A gdyby tak tej nocy skarb przepadł w grzęzawisku podczas przeprawy przez mokradła? Pozbywając się skarbu, pozbędziesz się wrogów swego syna.

Król milczał, słychać było tylko jego płytki oddech.

– Umierasz, panie. – Choć bronił się przed tą myślą, wiedział, że ma rację. To nie była dyzenteria. Widział już podobne przypadki. Wolno działająca trucizna zżerająca wnętrzności. Król pożyje jeszcze tydzień, może kilka dni dłużej, cierpiąc nieznośne bóle i modląc się o śmierć. – W ten sposób zapewnimy bezpieczeństwo młodemu Henrykowi.

– A jeśli kiedyś, gdy będzie starszy, zechce wykorzystać ten skarb?

– Nie zechce. Dopóki zaginiony skarb się nie odnajdzie, będzie bezpieczny.

Król odezwał się dopiero po dłuższej chwili.

– Dopilnuj, aby tak się stało.

Inne książki autora

Pirania

Pirania CUSSLER CLIVE

Zemsta cesarza

Zemsta cesarza CUSSLER CLIVE

Nożownik

Nożownik CUSSLER CLIVE

Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

Gangster

Gangster CUSSLER CLIVE

Projekt „Nighthawk”

Projekt „Nighthawk” CUSSLER CLIVE

Snajper

Snajper CUSSLER CLIVE

Klątwa Salomona

Klątwa Salomona CUSSLER CLIVE

Złoto cara

Złoto cara CUSSLER CLIVE CUSSLER DIRK

Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

Pirania

Pirania CUSSLER CLIVE

Przemytnik

Przemytnik CUSSLER CLIVE

Oko Niebios

Oko Niebios CUSSLER CLIVE

Sabotaż

Sabotaż CUSSLER CLIVE