Oko Niebios

Oko Niebios

Tytuł oryginału: Fargo Adventure # 6: The Eye of Heaven
Tłumaczenie: Jacek Złotnicki
Ilość stron: 352
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2016-10-13
EAN: 9788324160143
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

Sam i Remi Fargo, małżeństwo poszukiwaczy skarbów powraca w szóstej książce nazwanej „perłą w koronie” królestwa przygody Clive'a Cusslera. Ale jeszcze nigdy stawka  nie była tak wysoka…

 

Sam i Remi Fargo podczas arktycznej ekspedycji klimatologicznej odkrywają doskonale zachowany w górze lodowej  statek  wikingów,  pełen  prekolumbijskich  zabytków.

Czy to może stać się przełomowym dowodem na istnienie ścisłego związku między wikingami a legendarnym bogiem Tolteków, Quetzalcoatlem, oraz baśniowym artefaktem  zwanym  Okiem  Niebios?

Sam i Remi wyruszają na poszukiwanie Oka Niebios. Będą musieli zmierzyć się ze zbrodniczymi kartelami, bez-względnymi konkurentami i najgroźniejszymi przeciwnikami – tymi, którzy pragną ich powstrzymać z osobistych powodów. Na końcu tej drogi przez dżungle, świątynie i ukryte grobowce czeka ich rozwiązanie tysiącletniej zagadki...  albo śmierć.

 

Clive Cussler

Najpopularniejszy i najbardziej lubiany autor powieści przygodowo-sensacyjnych  świata.

Jego bestsellery sprzedano w kilkuset milionach egzemplarzy. Są tłumaczone na 60 języków i publikowane w 105 krajach. Podróżnik, badacz historii katastrof morskich, poszukiwacz zatopionych wraków, autorytet w dziedzinie żeglugi morskiej jest uosobieniem przygody, tak jak jego najsłynniejszy bohater, Dirk Pitt.

Clive Cussler to jedyny autor, który od 40 lat nie schodzi ze szczytu list bestsellerów. W każdym tygodniu jego książki są w Top 10 „New York Timesa”. Na każdą jego powieść czekają niecierpliwie wierni czytelnicy w każdym wieku. I każda zdobywa nowych miłośników.

Prolog

Gdzieś na Morzu Labradorskim, rok 1085

Błyski piorunów przeszywających zachmurzone nocne niebo wydobywały z mroku utrudzone twarze mężczyzn, którzy zgięci nad długimi, ciężkimi wiosłami, zmagali się z niszczycielską siłą wzburzonego morza. Dowódca długiej łodzi wikingów, balansując ciałem w rytm nieustannego kołysania, obserwował bijące w rufę spiętrzone fale.

Gnane lodowatym wichrem strzeliste ściany czarnej wody w każdej chwili mogły wywrócić statek do góry dnem. Zalewani strugami deszczu wioślarze pracowali bez wytchnienia, bo od tego zależało ich życie. Dowódca popatrzył na nich surowo, marszcząc czoło smagane ulewą. Woda ściekała mu po twarzy wzdłuż ledwie widocznej, bladej szramy bitewnej, ciągnącej się od kącika lewego oka do pokrytej jasnym zarostem brody. Należał do zaprawionego w bojach rodu awanturników i łupieżców, od dziecka pływał po oceanie i niepohamowany gniew natury nie był dla niego czymś nowym. Trudno zliczyć noce, podczas których ciskał klątwy na zdradliwe wody Morza Północnego, ale tak gwałtowny sztorm spotkał po raz pierwszy.

Statek już dawno zszedł z obranego kursu daleko na północ, pędzony mocą rozszalałego żywiołu. Gdyby spróbowali pozostać na wytyczonym kursie, każda z ogromnych fal mogłaby przelać się nad dziobem i zatopić łódź, skazując wszystkich na niechybną śmierć. Można było zrobić tylko jedno – sztormować rufą do fali, aż wydostaną się poza zasięg wściekłej wichury.

Jaskrawy błysk przedarł się przez kotłujące się nisko chmury i zalśnił na mgnienie oka, zanim znów roztopił się w ciemnościach. Dowódca czuł bolesną sztywność mięśni ramion, którymi z całych sił napierał na rumpel wiosła sterowego. Strugi słonej wody spływały mu po płaszczu z niedźwiedziej skóry. Kolejna błyskawica rozświetliła mrok. Tuż za jego plecami na moment zalśnił odbitym światłem kontur rzeźbionego w drewnie smoka, ochlapywany bryzgami piany z grzbietów fal wzburzonego morza.

Wysoki mężczyzna wyszedł spomiędzy zmordowanych wioślarzy, stąpając pewnie po dębowych pokładnikach mimo niemiłosiernego kołysania. Jego twarz o cerze jak garbowana skóra wieńczyła rozwichrzona grzywa rudych włosów.

– Vidar! – zawołał dowódca na widok zastępcy, przekrzykując wycie wiatru. – Tej nocy chyba sam Thor daje upust swej złości.

– W rzeczy samej. Widzi mi się jednak, że najgorsze mamy już za sobą. Fale chyba są niższe niż kilka godzin temu.

– Obyś się nie mylił. Ręce rwą mnie tak, jakbym przez całą noc mocował się z niedźwiedziem.

– Zapewniam cię, że wiem, co czujesz. Widziałeś moją żonę.

Dwaj doświadczeni żeglarze wymienili niewesołe uśmiechy, a potem zastępca podszedł do dowódcy i przejął rumpel z jego zdrętwiałych dłoni.

– Nie sposób nawet się zdrzemnąć pośród tego koszmaru. Co z ludźmi, trzymają się? – spytał dowódca.

– Robią swoje, ale są przemarznięci i wyczerpani. – Vidar powstrzymał się przed dodaniem: „przerażeni”. Mężnym wojownikom nie wypadało zdradzać oznak strachu.

– Za długo żłopali piwo i korzystali z gościnności tubylców. Powinni o tym pomyśleć, zanim zaczną się nad sobą rozczulać jak płaczliwe baby.

– Tak jest. Mają teraz sposobność pokazać, ile są warci…

Ogłuszający odgłos gromu wstrząsnął kadłubem. Obaj mężczyźni przyglądali się olśniewającym fajerwerkom oczami weteranów, którzy spędzili szmat życia w boju i na oceanie.

Dowódca dostrzegł kątem oka ogromny kształt, wznoszący się za rufą i instynktownie odwrócił się w tamtą stronę. Patrzyli, jak rufa rozcina potężny wał wodny. Huk załamującej się fali zagłuszył wszystkie dźwięki. Statek zawisł przez chwilę na grzbiecie wielkiego grzywacza, po czym osunął się w dół, a czarny potwór zniknął w ciemności.

– Wyobrażasz sobie, co by się stało, gdyby ta fala uderzyła w burtę, a nie w rufę? – spytał Vidar stłumionym głosem.

– Bylibyśmy już w drodze do Walhalli.

Obaj powędrowali wzrokiem do strzaskanego, bezużytecznego masztu. Górna połowa pękła jak sucha gałąź i znikła wraz z większą częścią żagla, kiedy zaatakował ich zdradliwy sztorm. Drogo zapłacili za błąd w ocenie sytuacji. Trzeba było wcześniej zrzucić tkaną z surowej wełny płachtę, nie czekając na niszczycielskie uderzenie wiatru, ale dowódca usiłował za wszelką cenę jak najdłużej utrzymać maksymalną prędkość. Co prawda jego załoga składała się z chłopów na schwał, jednak po całej dobie wiosłowania nawet najwięksi mocarze, mimo częstych zmian, byli już u kresu sił.

„Sigrun”, zbudowany zgodnie z rygorystycznymi zasadami, był jedną z najbardziej imponujących długich łodzi wikingów. Miał dziewięćdziesięcioosobową załogę, ławy wioślarskie dla osiemdziesięciu ludzi, po dwóch na każde z czterdziestu wioseł, i rozkładany piętnastometrowy maszt. Kadłub liczył trzydzieści cztery metry długości i niecałe pięć metrów szerokości. Stępkę wyciosano z jednego pnia ogromnego dębu, a jako balastu użyto prostokątnych kamieni. W sprzyjających warunkach, z postawionym żaglem, statek mógł osiągać nawet czternaście węzłów, ale w obliczu tak potężnego zimowego atlantyckiego sztormu problemem była nie prędkość, lecz utrzymanie się na powierzchni.

Symetryczny kadłub „Sigruna”, o jednakowym kształcie na obu końcach, pokryty był typowym dla łodzi wikingów poszyciem zakładkowym, ale miał znacznie podwyższone nadburcie, nadawał się więc do żeglugi po otwartym morzu, a jego dziobnicę i stewę rufową zdobiły identyczne rzeźbione głowy smoków. Takie okręty – solidne jednostki o wręcz legendarnej prędkości i wytrzymałości – mogły żeglować po najniebezpieczniejszym oceanie świata. Ale nawet najbardziej odporne konstrukcje mają granice wytrzymałości, a przebyty sztorm przewyższał swym nasileniem wszystko, z czym do tej pory miał do czynienia „Sigrun” i jego załoga.

Potrzeba było jeszcze kilku długich godzin, by z pierwszym brzaskiem przeświecającym przez ciężkie, ołowiane chmury morze zaczęło się stopniowo uspokajać. Najgorsze zagrożenie minęło, więc dowódca polecił wioślarzom udać się na spoczynek, ale wkrótce potem dostrzegł nowe niebezpieczeństwo: lód. Z oparów mgły, w odległości zaledwie pięćdziesięciu metrów od dziobu, wyłoniła się lodowa bryła o rozmiarach niewielkiego pagórka.

– Góra lodowa na kursie! – krzyknął ostrzegawczo do sternika.

Statek miał niewielkie zanurzenie, wciąż jednak dość wysokie jeszcze fale mogły rzucić ich na ukrytą tuż pod powierzchnią masę lodu, o którą roztrzaskałby się drewniany kadłub, a przeraźliwie zimna woda w kilka minut zabiłaby całą załogę. Dziób leniwie schodził z kursu, okręt słabo reagował na ster, poddając się naporowi rozkołysanego morza. Kolejna długa fala pchnęła ich jeszcze bliżej, zdecydowanie za blisko jak na gust dowódcy.

– Przyłóż się mocniej do steru! Ciągnij, ciągnij z całej siły, jeśli ci życie miłe!

Lodowy masyw przesunął się wzdłuż burty w kompletnej ciszy jak złowieszcza zjawa. Dowódca wodził wzrokiem po zmarzniętym monolicie tworzącym samotną wyspę pośrodku oceanu. Po raz kolejny złożył milczące podziękowanie bogom. Skoro trafili na lód, sztorm musiał znieść ich daleko na północ, dużo dalej niż w najgorszych przypuszczeniach. Zachmurzone po horyzont niebo nie pozwalało wytyczyć nowego kursu przy użyciu prymitywnych przyrządów nawigacyjnych, którymi dysponował.

– Niech przyniosą kruka z ładowni – polecił.

Vidar przekazał rozkaz najbliższemu wioślarzowi, a ten posłusznie ruszył biegiem na dziób. Sztorm osłabł niemal zupełnie, można więc było spróbować tajnej broni wikińskich żeglarzy: ptaków.

Dwaj ludzie otworzyli właz dziobowej ładowni i zniknęli pod pokładem. Chwilę później, gdy pojawili się z powrotem, wyższy z nich trzymał w ręce prostą klatkę, w której poruszał się nerwowo spory czarny kształt. Mężczyzna przyniósł klatkę na stanowisko dowodzenia obok steru i postawił ją na pokładzie. Dowódca jeszcze raz popatrzył na otaczający ich bezmiar wód, po czym przykucnął i spojrzał prosto w oczy kruka.

– Już czas, przyjacielu. Leć prosto i nie zbaczaj z drogi. Masz szósty zmysł, od którego zależy nasze życie. Oby sam Odyn cię poprowadził.

Wyprostował się i skinął przyzwalająco głową.

– Wypuście go. Niech bogowie dodadzą mu sił.

Wioślarz uniósł klatkę na wysokość piersi. Vidar podszedł do niej, odwiązał rzemień przytrzymujący drzwiczki i sięgnął do środka. Ptak próbował się opierać, ale nic nie wskórał i Vidar z łatwością otoczył go dłońmi. Wyciągnął kruka i wypowiadając słowa modlitwy, wyrzucił go w powietrze.

Ptak zatoczył krąg nad statkiem dla rozprostowania skrzydeł, przeleciał nad bakburtą i zaczął się oddalać.

– Teraz nie zwlekaj. Zrób zwrot i ustaw dziób na kruka.

Nie spuszczali wzroku z malejącej czarnej kropki, aż znikła w oddali. Szybko skierowali głowę straszliwego smoka na dziobnicy w stronę, w którą odleciał ptak.

– Ile ich jeszcze mamy? – spytał dowódca.

– Tylko jednego – odparł Vidar. – Pozostałe dwa nie przetrwały sztormu.

– Biedaczyska. Musiały się potwornie bać. O tym sztormie będziemy opowiadać przy ognisku jako zgrzybiali, posiwiali starcy.

– To prawda. Jednak daliśmy mu radę, a teraz dowiedzieliśmy się, gdzie znajduje się najbliższy ląd.

– Pytanie tylko, jak daleko stąd.

– Właśnie. I czy będzie przyjazny.

– Sądząc po lodzie i spadającej temperaturze, raczej trudno spodziewać się gorącej plaży pełnej ochoczych dziewcząt.

– Obawiam się, że masz rację.

Zamilkli i pogrążyli się w rozmyślaniach, niepewni obranego kierunku. Dopiero, kiedy znajdą ziemię i chmury się rozejdą, będą mogli z pomocą słońca wyznaczyć powrotny kurs.

– Każ reszcie ludzi usiąść do wioseł, Vidar. Musimy przebyć jak największy dystans za dnia. Nie chciałbym spędzać kolejnej nocy na morzu w towarzystwie gór lodowych, które w każdej chwili mogą nas zatopić.

Vidar obudził ludzi z wolnej wachty, którzy wykorzystywali każdy kąt, aby złapać trochę snu.

– Wstawać i brać się do roboty! Do wioseł, wikingowie, do wioseł!

Tuż przed wieczorem w oddali dostrzegli ośnieżone szczyty gór. Przy obecnej prędkości dzieliło ich od nich jakieś pół dnia drogi. Widok ten zelektryzował jednak wyczerpanych ludzi i pobudził ich do zdwojonego wysiłku. Vidar wciąż obsługiwał ster, a stojący tuż obok dowódca z uwagą obserwował powierzchnię morza. W pobliżu lądu zgromadziło się sporo ostrej kry, a od czasu do czasu napotykali góry lodowe.

– Co ty na to? – spytał dowódca, zwracając się do Vidara twarzą poszarzałą od nieprzerwanego, dwudniowego napięcia.

– Bez wątpienia jest to jakiś ląd. Powiedzmy, że znajdziemy cichą przystań, w której odpoczniemy przez noc, a rano zastanowimy się, co dalej.

– Ludzie gonią już resztkami sił. Można by spróbować prowizorycznie naprawić maszt. Powrót do domu na samych wiosłach ciągnąłby się w nieskończoność.

– Na pewno – zgodził się Vidar.

– Popatrz, tam jest fiord. Płynąc nim w głąb lądu, powinniśmy znaleźć miejsce nadające się na obozowisko – powiedział dowódca, wskazując sękatym paluchem wyłom w urwistej linii brzegowej. – Przy odrobinie szczęścia może trafimy na ujście rzeki.

– Może i tak – odparł Vidar, mrużąc oczy i wytężając wzrok.

– Skoro jest tam rzeka, to także słodka woda i pewnie zwierzyna.

– Uzupełnimy kurczące się zapasy.

– Popłyniemy w górę fiordu i zobaczymy, dokąd prowadzi – oznajmił dowódca. – Nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, a wkrótce zapadnie zmrok.

– Wszystko jedno, byle schować się przed tym przeklętym wiatrem. Nadbrzeżne klify dadzą nam osłonę przed najsilniejszymi podmuchami.

– Steruj na fiord.

Vidar obrzucił wioślarzy stanowczym spojrzeniem.

– Mocniej, chłopcy, ciągnijcie z krzyża. Już niedaleko.

Głośniej zaskrzypiały wiosła, kiedy ludzie zaczęli pracować ze zdwojoną siłą. Jak okiem sięgnąć, nie widać było żadnych oznak życia, tak jakby zostali sami na całej planecie. Mogło się wydawać, że wichry przygnały ich do lodowatego czyśćca w najodleglejszym zakątku świata.

– Równo, tak trzymać – komenderował Vidar, kiedy opływali zwały kry gromadzącej się po obu stronach fiordu. – Przed nami przesmyk – zwrócił się do dowódcy. – Z daleka wygląda na bardzo wąski.

– Tak, widzę. Pewnie jest za nim druga zatoka. Tak czy inaczej płyniemy dalej, aż znajdziemy miejsce nadające się do przeczekania nocy. Na razie nie ma gdzie dobić do tego nieprzyjaznego brzegu.

Ostrożnie wśliznęli się do wąskiego kanału i znaleźli się pośród coraz bardziej gęstniejącej kry. Urwiste ściany wznosiły się wysoko, przesłaniając ostatnie promienie zachodzącego słońca. Zrobiło się prawie całkiem ciemno, na szczęście najgorsza pogoda została za nimi, a powierzchnia wody w przesmyku była gładka.

Dowódca wskazał prosto przed dziób.

– Tam, u stóp lodowca. Jest wąsko, ale powinno się nam udać przynajmniej częściowo wyciągnąć statek na brzeg i zabezpieczyć na noc. A o świcie możemy wysłać ludzi na zwiad, żeby sprawdzić, co nas czeka na tej ziemi.

Vidar zerknął na srebrzystą lodową taflę i kiwnął głową. Naparł na rumpel i skierował dziób ku wcinającej się w ląd zatoczce o pochyłych brzegach. Resztki dziennego światła migotały na wodzie upstrzonej okruchami lodu, gdy wioślarze pokonywali ostatnie metry dzielące ich od przystani. Wreszcie wysoko uniesiony dziób podskoczył i zachrobotał na lodowej pokrywie. Załoga zeskoczyła na ląd i wciągnęła statek jak najwyżej na brzeg, aby nie zabrał go przypływ. Toporami bojowymi wyrąbali w lodzie uchwyty unieruchamiające kadłub. Zdołali wyciągnąć z wody ponad połowę ogromnej łodzi, co świadczyło o doskonałości projektu i lekkości konstrukcji statków wikingów. Wreszcie, na znak dowódcy, przerwali prace. Zrobili, co mogli, a teraz, wobec gwałtownie zapadającego zmroku, lepiej było zachować siły i udać się na spoczynek na pokładzie łodzi.

Dowódca wzniósł wzrok ku gwiazdom i w cichej modlitwie zwrócił się do bogów, aby pomogli mu doprowadzić ludzi bezpiecznie do domu. Rankiem zamierzał wysłać na zwiad grupę wojowników uzbrojonych w długie łuki, z nadzieją, że przy okazji upolują coś do jedzenia, a w tym czasie reszta zajmie się naprawą masztu. Wprawdzie można było spróbować popłynąć na wschód, do ojczystej ziemi, na samych wiosłach, ale nawet częściowo postawiony żagiel znacznie zwiększał szanse, że dostarczą na miejsce ich bezcenny ładunek.

Ostatnią jego myślą, zanim zasnął, było to, że za wszelką cenę musi zapewnić swym ludziom szczęśliwy powrót, zgodnie z obietnicą złożoną przywódcy wyprawy, który zmarł na obcej ziemi, jakże daleko od domu.

O świcie niebo było zasnute aż po horyzont ponurymi, niskimi chmurami. Vidar poruszył się pod peleryną i usłyszał, jak z trzaskiem pęka cienka warstewka pokrywającego ją od zewnątrz lodu. Kiedy zmusił się do otwarcia oczu, zobaczył, że cały statek tonie w bieli. Intensywna nocna śnieżyca otuliła łódź puchowym kobiercem. Leżący nieopodal dowódca przeciągnął się i wstał. Popatrzył na pogrążoną we śnie załogę, a potem przeniósł wzrok na wodę, która teraz była skuta świeżym lodem. W oddali nad oceanem dostrzegł nadciągający wał groźnych burzowych chmur. Podszedł do Vidara, który usiadł z wyraźnym trudem, prostując zesztywniałe z zimna kończyny.

– Obawiam się, że nadchodzi kolejny sztorm. Każ ludziom rozłożyć ocalałą resztę żagla – polecił dowódca. – Użyjemy jej jako osłony. Sądząc po wyglądzie tych chmur, nie zdołaliśmy wydostać się poza zasięg burzy.

Vidar kiwnął głową i zerknął na niebo.

– Zostało nam niewiele czasu do powrotu nawałnicy.

Wstał i krzyknął do załogi:

– Koniec leniuchowania, chłopcy! Pobudka! Rozwińcie żagiel i rozciągnijcie nad kadłubem. A uwijajcie się wartko, chyba że wolicie znaleźć się po szyję w zimnej brei!

Półprzytomni ludzie zabrali się do roboty. Zdołali postawić nad łodzią prowizoryczny namiot i zdążyli schować się pod nim tuż przed pierwszą falą marznącego deszczu zmieszanego ze śniegiem. Po chwili wielkie kule gradu wściekle załomotały o tkaninę. Wszyscy błogosławili w myślach szybką decyzję dowódcy, bo wichura miotała statkiem z furią potężnego demona.

Nawałnica zaczęła słabnąć dopiero koło południa. W końcu zapadła cisza, słychać było tylko ciężkie oddechy, ogrzewające wnętrze schronienia.

Dowódca uniósł brzeg płachty i wyjrzał na zewnątrz. Jak okiem sięgnąć, oślepiająca biel pokrywała wszystko wokół, łącznie z łodzią, zasypaną aż po nadburcia. Natychmiast pojął, że ich przyszłość maluje się w smętnych barwach. Statek został unieruchomiony na dobre, tkwili w pułapce i nic nie wskazywało na to, by pozostały im jakiekolwiek szanse przetrwania.

Tuż obok niego wystawił głowę Vidar, a potem reszta załogi powoli odsunęła żagiel. Mężczyźni zamarli na widok bezmiaru arktycznego pustkowia. Dowódca rozejrzał się dokoła i wyprostował ramiona.

– Doskonale. Najgorsze mamy już za sobą. Vidar, dobierz sobie ludzi i ruszaj na zwiad. Trzeba się rozejrzeć po okolicy, póki pogoda na to pozwala. Powrót przed zmierzchem. Muszę się zorientować, z czym mamy do czynienia.

Vidar zwrócił się do załogi ze stoickim spokojem, wydając rzeczowe rozkazy.

– Wybierzcie spośród siebie trzydziestkę najlepszych łuczników. Każdy ma mieć łuk i miecz oraz prowiant na cały dzień. Wymarsz jak najprędzej, kiedy wszyscy będą gotowi.

Pośród załogi zapanowało ożywienie, każdy chciał wreszcie postawić stopę na lądzie. Nie obyło się bez przyjacielskich sporów o to, kto jest lepszym łucznikiem i komu przypadnie ten zaszczyt. Po szybkim skompletowaniu uzbrojenia i wiktuałów wikingowie ruszyli przez kopny śnieg, tworząc rozciągniętą linię obszarpanych postaci, zdążającą z wolna w stronę lodowca w poszukiwaniu dogodnego podejścia. W końcu Vidar okrzykiem ściągnął ich uwagę, wskazując wąską szczelinę w białej pokrywie, gdzie postrzępione skały wystawały ze stromego zbocza. Kolumna skręciła w tym kierunku, po czym tworzący ją ludzie jeden po drugim znikali nad krawędzią wzniesienia.

Niebo zaczynało już szarzeć, gdy dowódca dostrzegł znajomą postać Vidara z widoczną z daleka płomiennorudą brodą, za którym schodzili z lodowca zmęczeni łucznicy. Dotarłszy do statku, Vidar pozdrowił dowódcę szybkim ukłonem, po czym obaj przeszli na rufę, gdzie mogli porozmawiać na osobności.

– Szliśmy przez wiele godzin, ale wszędzie nic, tylko lód. Nie zauważyłem choćby pojedynczego ptaka.

– To pustkowie nie może się ciągnąć bez końca. Jak wygląda dalsza okolica?

– Ze wszystkich stron horyzont zasłaniają góry. Trzeba będzie jutro spróbować do nich dotrzeć, to nasza jedyna szansa. Na lądzie musi być przecież jakieś życie. Jeśli się nam poszczęści, upolujemy coś i wrócimy ze zdobyczą.

Dowódca rozważył słowa swego zastępcy.

– Dobrze – rzekł wreszcie. – O świcie wyruszymy obaj, na czele dwóch oddziałów po czterdziestu ludzi. Rozdzielimy się i pójdziemy w przeciwne strony. W ten sposób zwiększymy możliwość, że choćby jedna z grup znajdzie coś do jedzenia. Reszta załogi zostanie tu, wraz ze statkiem.

Następnego ranka wraz z pierwszym brzaskiem mężni wojownicy wyruszyli do walki z wrogiem, którym tym razem były jedynie zimno i głód. Gdy wspięli się na lodowiec, dowódca klepnął swego druha po ramieniu, uścisnął go i powiedział:

– Powodzenia. Obyś przed końcem dnia napełnił sakwy mięsem upolowanej zwierzyny.

– Wzajemnie – odrzekł Vidar. – Wrócimy na statek dopiero wówczas, kiedy nie będziemy mogli unieść więcej zdobyczy.

Dowódca popatrzył mu w oczy i pokiwał głową. Obaj dobrze wiedzieli, że ich przyszłość maluje się w ciemnych barwach, a jedyne, czego mogli się spodziewać, to głód i cierpienie. Ale byli wikingami, dlatego póki żyli, nie zamierzali się poddawać. Wyciągnąwszy rękę w kierunku widocznych w oddali szczytów, dowódca zwrócił się do swoich ludzi pewnym, donośnym głosem:

– Dalej, wikingowie! Są tam strumienie krystalicznie czystej wody i tłuste renifery, które aż przebierają nogami, by zawrzeć z wami bliższą znajomość. Nie każmy im czekać zbyt długo!

Po tych słowach ruszył w stronę odległych gór, poruszając się z gracją drapieżnego kota, i poprowadził ich z niezłomną pewnością siebie, jak przystało na urodzonego przywódcę.

Inne książki autora

Bunt morza

Bunt morza CUSSLER CLIVE

Pirania (wyd. 2, dodruk)

Pirania (wyd. 2, dodruk) CUSSLER CLIVE

Złoto cara (wyd. 2)

Złoto cara (wyd. 2) CUSSLER CLIVE CUSSLER DIRK

Zemsta cesarza

Zemsta cesarza CUSSLER CLIVE

Nożownik

Nożownik CUSSLER CLIVE

Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

Gangster

Gangster CUSSLER CLIVE

Pirat

Pirat CUSSLER CLIVE

Projekt „Nighthawk”

Projekt „Nighthawk” CUSSLER CLIVE

Snajper

Snajper CUSSLER CLIVE

Klątwa Salomona

Klątwa Salomona CUSSLER CLIVE

Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

Przemytnik

Przemytnik CUSSLER CLIVE

Sabotaż

Sabotaż CUSSLER CLIVE