Mgła

Mgła

Ilość stron: 320
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 135x205
Data wydania: 2020-02-04
EAN: 9788324171477
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

Tom 3 bestsellerowej serii Hulda


Powieści Jónassona sprzedano w 1 000 000 egzemplarzy!


„Żaden kraj w skandynawskich kryminałach noir nie jest tak ponury, zimny, śnieżny i bezludny jak Islandia. A żaden autor kryminałów nie przedstawia tych cech tak sugestywnie i przerażająco jak Ragnar Jónasson”.„Times”


Rok 1987. Odludny dom na farmie na wschodzie Islandii.
Śnieżyca powinna była odciąć wszystkich od świata. Ale nie odcięła…
Państwo Einarssonnigdy nie powinni byli go wpuszczać. Ale to zrobili…
Niespodziewany gość, kłamca, zabójca. Nie wszyscy przeżyją tę noc.
A teraz dowiemy się dlaczego detektyw Hulda już nigdy nie zazna spokoju.


„Hulda to rewelacyjna nowa postać w literackim gronie najlepszych kobiet detektywów”. „Times”


„Prawdziwy majstersztyk... fabuła pełna zwrotów akcji, a zakończenie szokuje”. Yrsa Sigurðardóttir


RAGNAR JÓNASSON zdobył natychmiastowe międzynarodowe uznanie Milczeniem lodu. Kolejne powieści z Arim Thóremugruntowały sukces serii Mroczna wyspa lodu wydawanej w 20 krajach. Telewizyjne prawa kupił On The Corner–zdobywca Oscara i BAFTA Award.
W serii Hulda(Ciemność, Wyspa) Jónasson zaskakuje postacią bohaterki, uznanej przez „Sunday Timesa” za jedną z najtragiczniejszych we współczesnych kryminałach.

Prolog
Luty 1988
Hulda Hermannsdóttir otworzyła oczy.
Nękała ją tak silna i uporczywa apatia, jakby była odurzona lekami. Mogłaby przespać cały dzień, nawet tutaj, na swoim twardym krześle.
Na szczęście jako detektyw zasłużyła sobie na własny gabinet. A to znaczyło, że mogła zamknąć drzwi, odciąć się od świata i spędzać kolejne godziny, patrząc pusto w przestrzeń albo pozwolić opaść powiekom. A na biurku przed nią piętrzyły się dokumenty. Od powrotu ze zwolnienia dwa tygodnie temu nie uporała się z ani jedną sprawą.
To zaniedbanie niecałkowicie umknęło uwadze jej szefa, Snorriego, ale trzeba przyznać, że traktował ją z cierpliwością i wyrozumiałością. Prawda wyglądała tak, że po prostu musiała wrócić do pracy; nie była w stanie znieść kolejnej minuty uwięziona w domu z Jónem. Nawet oszałamiające piękno przyrody w okolicach ich domu w Álftanes ostatnio nie robiło na niej wrażenia. Była głucha na westchnienia fal i ślepa na gwiazdy i lśniącą na niebie zorzę polarną. Z Jónem prawie się nie rozmawiali; pierwsza przestała się do niego odzywać, ale odpowiadała, gdy się do niej zwracał.
Lutowe ciemności też nie pomagały. To był najzimniejszy, najbardziej ponury czas roku i zdawało się, że pogoda z każdym dniem się pogarsza. Jakby tego jeszcze było mało, w tym miesiącu zaczął ostro padać śnieg, zasypując miasto puszystą warstwą i tamując jego arterie. Samochody ciągle utykały w korkach, a Hulda musiała wykorzystać wszystkie umiejętności, żeby pokonać nieodśnieżone boczne drogi Álftanes swoją skodą, mimo obowiązkowych opon z kolcami, zanim udało jej się bezpiecznie dojechać do głównej drogi w Kópavogur.
Przez chwilę wątpiła, że kiedykolwiek wróci do pracy. Tak naprawdę, to wątpiła, że kiedykolwiek jeszcze wyjdzie z domu albo znajdzie siłę, żeby wyczołgać się spod kołdry. Ale ostatecznie miała tylko dwa wyjścia: zostać w domu z Jónem albo od rana do nocy siedzieć w swoim gabinecie, nawet, jeśli w pracy nie miała zbytnich osiągnięć.
Wybrała gabinet i walczyła, żeby się skupić, ale mimo to całe dnie spędzała na przekładaniu akt i raportów z jednego stosu na drugi. Próbowała je czytać, ale nie była w stanie zebrać myśli. Ta sytuacja nie może trwać wiecznie, tłumaczyła sobie, musi się poprawić. Oczywiście nigdy nie pozbędzie się poczucia winy – tego była pewna – ale ból na pewno z czasem złagodnieje. Przynajmniej mogła uchwycić się tej nadziei. Jednak na razie jej gniew na Jóna bynajmniej nie słabł, narastał i się jątrzył. Każdego kolejnego dnia czuła, że wściekłość i nienawiść coraz mocniej ją zżerają, i choć wiedziała, że niczego dobrego jej nie przyniosą, po prostu nie była w stanie zapanować nad emocjami. Musiała znaleźć dla nich jakieś ujście…
Gdy na jej biurku zadzwonił telefon, Hulda nie zareagowała. Pogrążona w swoim mrocznym świecie nawet nie podniosła wzroku, póki nie zadzwonił kilka razy. W końcu, opieszałym ruchem, jakby znajdowała się pod wodą, podniosła słuchawkę.
– Hulda.
– Cześć, Hulda. Tu Snorri.
W jednej chwili poczuła niepokój. Jej szef zwykle nie dzwonił do niej, jeżeli sprawa nie była pilna. Ich kontakt ograniczał się na ogół do porannych spotkań i Snorri z reguły nie wtrącał się za bardzo w jej bieżące dochodzenia.
– A, cześć – odpowiedziała po chwili.
– Mogłabyś do mnie wpaść? Jest sprawa.
– Już idę. – Odłożyła słuchawkę, wstała i przejrzała się w małym lusterku, które nosiła w torebce. Jakkolwiek paskudnie się czuła, w pracy nie miała zamiaru pokazać ani cienia słabości.
Nikt z jej kolegów zapewne nie miał najmniejszych wątpliwości, w jakim jest stanie, ale ona, bardziej niż czegokolwiek innego, bała się tego, że zostanie wysłana na dalszy urlop okolicznościowy. Żeby zupełnie nie oszaleć, musiała mieć zajęcie.
Snorri przywitał ją z uśmiechem, gdy weszła do jego gabinetu, o wiele większego niż jej własny. Poczuła emanujące od niego współczucie i zaklęła w duchu – obawiała się, że najmniejszy przejaw serdeczności rozsadzi jej z trudem wypracowane opanowanie.
– Jak się czujesz, Hulda? – zapytał, wskazując, żeby usiadła, zanim zdążyła odpowiedzieć.
– Dobrze, zważywszy na okoliczności.
– Jak się odnajdujesz po powrocie do pracy?
– Rozkręcam się. Domykam zeszłoroczne sprawy. Wszystko posuwa się naprzód.
– Jesteś całkowicie pewna, że dasz sobie radę? – spytał Snorri. – Jeżeli trzeba, bez problemu dam ci więcej wolnego. Oczywiście, wiesz, że cię tutaj potrzebujemy, ale chcemy mieć pewność, że jesteś w stanie wziąć na siebie dość skomplikowane zadania.
– Mogę to zrozumieć.
– A jesteś?
– Co: jestem?
– W stanie sobie poradzić?
– Tak – skłamała, patrząc mu prosto w oczy.
– W porządku. W takim razie jest sprawa i chciałbym, żebyś się jej przyjrzała.
– Tak?
– Paskudna sprawa. – Przerwał, zmarszczył czoło i podkreślił swoje słowa machnięciem ręki. – Prawdę mówiąc, cholernie paskudna. Podejrzenie morderstwa daleko na wschodzie. Natychmiast musimy tam kogoś wysłać. Przykro mi, że obarczam tym ciebie tuż po twoim powrocie, ale w tej chwili nie mam do dyspozycji nikogo innego z twoim doświadczeniem.
Hulda pomyślała, że mógłby się bardziej wysilić w ubieranie tego w komplement, ale mniejsza o to.
– Jasne, mogę pojechać. Jak najbardziej jestem w stanie – odpowiedziała ze świadomością, że to kłamstwo. – Gdzie dokładnie?
– Oj, na farmie na odludziu. Nie do wiary, że ktoś jeszcze zajmuje się farmerstwem na tym pustkowiu.
– Kim jest ofiara? Wiemy już?
– Ofiara? Och, przepraszam, Hulda, nie przedstawiłem ci całej sytuacji. Nie mówimy o jednym trupie… – Zawiesił głos. – Odkrycie wygląda dość makabrycznie. Nie wiadomo, ile czasu te ciała tam leżały, ale zdaje się, że co najmniej od Bożego Narodzenia…

Część 1
Dwa miesiące wcześniej - tuż przed Bożym Narodzenie 1987

1
Koniec.
Erla odłożyła książkę i z ciężkim westchnieniem opadła na oparcie podniszczonego, starego fotelu.
Nie miała pojęcia, która godzina. Dziadkowy zegar w dużym pokoju nie działał już od jakiegoś czasu – pewnie od paru lat. Nie umieli naprawić go sami, a był na tyle ciężki i nieporęczny, że nigdy poważnie nie brali pod uwagę wtaszczenia go do starego dżipa i zawiezienia długą wyboistą drogą do miasteczka. Nie mieli nawet pewności, czy zmieści się do samochodu, ani czy tam na miejscu ktoś będzie posiadał umiejętności konieczne do tego, żeby naprawić zabytkowy mechanizm. Więc stał na swoim miejscu, ograniczony do roli ozdoby. Kiedyś należał do dziadka Einara. Podobno przywiózł go ze sobą z Danii, dokąd wyjechał na studia rolnicze, żeby po powrocie do domu przejąć farmę. Tego od niego oczekiwano, jak mawiał Einar. Później przyszła kolej na jego ojca, aż w końcu pałeczkę przekazano samemu Einarowi. Jego dziadek dawno już zmarł; ojciec także – nieco przedwcześnie. Prowadzenie farmy na tym odludziu, a właściwie samo życie tutaj, odciskało swoje piętno, fizyczne i psychiczne.
A teraz, do tego wszystkiego, było zimno. Nic dziwnego, o tej porze roku należało się tego spodziewać. Czuło się, że dom jest stary, a gdy wiatr wiał z pewnego kierunku, w niektórych pokojach, na przykład tutaj, w salonie, przed zmarznięciem można się było uchronić, jedynie owijając się grubym kocem, tak jak zrobiła to teraz.
Koc ogrzewał jej ciało, ale wystające spod niego dłonie były tak zimne, że z trudnością przewracała kartki. Ale przywykła do tego. Czytanie sprawiało jej większą przyjemność niż jakakolwiek inna znana jej czynność. Dobra książka była w stanie przenieść ją daleko, do innego świata, innego kraju, innej kultury, gdzie klimat był cieplejszy, a życie łatwiejsze. Nie znaczyło to wcale, że była niewdzięczna albo nieprzywiązana do farmy i miejsca. W końcu to był rodzinny dom Einara, więc należało zacisnąć zęby i starać się to wykorzystać. Dorastającej w powojennym Rejkiavíku Erli nigdy nie przyszło do głowy, że miałaby zostać żoną farmera w dzikich islandzkich górach, ale gdy poznała Einara, straciła dla niego głowę. Później, jeszcze gdy mieli po dwadzieścia parę lat, pojawiła się Anna.
À propos Anny; jej dom był w nieco lepszym stanie niż ich. Został wybudowany w stylu bardziej współczesnym, niedaleko od ich mieszkania, pierwotnie jako lokum dla dzierżawców rolnych. Odległość była o tyle uciążliwa, że nie dało się wpaść ot, tak sobie, w odwiedziny, gdy pogoda psuła się tak jak teraz – trzeba było dużego wysiłku. Einar zwykle odstawiał dżipa na najsroższe zimowe miesiące, bo nawet napęd na cztery koła, opony z kolcami i łańcuchy na niewiele się zdawały, gdy śnieg zaczynał sypać na dobre, dzień za dniem, dzień za dniem. W tych warunkach łatwiej było przemieszczać się pieszo albo na biegówkach, szczęśliwie oboje z Einarem dość dobrze radzili sobie na nartach. Miło byłoby mieć okazję pojeździć częściej – choćby raz kiedyś – żeby wypróbować umiejętności na prawdziwym stromym zboczu, ale na tego rodzaju zajęcia nigdy nie było czasu. Z pieniędzmi też zawsze było krucho; sytuacja na farmie w końcu się poprawiła, ale nadmierne ich wydawanie na przyjemności czy podróże nie było uzasadnione. Rzadko o tym rozmawiali. Ich celem w tej chwili, jak zawsze, było utrzymanie się na powierzchni, dbanie, by farma funkcjonowała, w miarę możliwości, z zyskiem. Wiedziała, że na szali leżał honor rodziny Einara; jej mąż dźwigał na barkach ciężkie jarzmo przodków, a jego praojcowie, jakby niewidzialnie obecni, zawsze przyglądali mu się z góry.
Jego pradziadek, Einar Einarsson pierwszy, miał ich na oku w najstarszej części domu, gdzie siedziała teraz Erla – oryginalnej drewnianej konstrukcji, którą zbudował „własnymi rękami, w pocie, krwi i łzach”, jak kiedyś powiedział jej mąż. Ojciec Einara, Einar Einarsson drugi, nadzorował część, którą Erla nazywała nowym skrzydłem – betonową przybudówkę, mieszczącą obecnie sypialnie, postawioną, gdy jej mąż, Einar Einarsson „trzeci”, był jeszcze dzieckiem.
Erla swoich przodków nie darzyła podobną nabożnością. Rzadko o nich mówiła. Jej rodzice, którzy się rozwiedli, mieszkali na południu, a swoich trzech sióstr prawie nie widywała. Oczywiście, pewne znaczenie miała odległość, ale prawda wyglądała tak, że jej rodzina nigdy nie była tak blisko. Po rozstaniu rodziców siostry przestały się wysilać, żeby utrzymać kontakt, a rodzinne spotkania należały do rzadkości. Erla nie rozpaczała zbytnio z tego powodu. Miło byłoby mieć własną grupę wsparcia, na którą mogłaby liczyć, ale zrekompensowała to sobie, wrastając w rodzinę Einara i pielęgnując te rodzinne więzi.
Nie poruszyła się w fotelu. Nie czuła się jeszcze na siłach, żeby wstać. I tak nie miała dokąd pójść, poza łóżkiem, a chciała jeszcze trochę posiedzieć i upajać się spokojem i ciszą. Einar zasnął kilka godzin temu. Wczesne wstawanie uważał za cnotę, a poza tym musiał nakarmić owce. Jednak o tej porze roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, gdy dni są najkrótsze, Erla nie widziała najmniejszego powodu, żeby zwlekać się z łóżka bladym świtem, gdy było jeszcze zupełnie ciemno. Przejaśniać zaczynało się około jedenastej i, jej zdaniem, była to wystarczająco wczesna godzina na pobudkę w grudniu. Przez lata nauczyli się nie kłócić o tak trywialne sprawy. Nie odwiedzało ich tu zbyt wielu gości, więc nie mieli wyjścia i musieli się ze sobą dogadywać. Nadal się też kochali, może nie tak, jak za dawnych czasów, gdy się poznali, ale ich miłość dojrzała, a związek stał się silniejszy.
Erla trochę żałowała, że tak szybko pochłonęła książkę; powinna była nieco przeciągnąć czytanie. Gdy ostatnim razem pojechali razem do miasteczka, wypożyczyła z biblioteki piętnaście powieści, oczywiście, powyżej dozwolonej ilości, ale obowiązywały ją wyjątkowe zasady, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę okoliczności. Wypożyczone książki mogła też trzymać dłużej niż normalnie, czasami nawet dwa albo trzy miesiące, przy najgorszej pogodzie. Teraz jednak wszystkie piętnaście już przeczytała; ta była ostatnią. Skończyła je nadzwyczaj szybko, a Bóg jeden wie, kiedy znów wybierze się do biblioteki. Nie śmiała prosić Einara, żeby przywiózł jej nowe, gdy niedawno jechał na nartach do miasteczka w pilnej sprawie, bo byłyby dla niego dodatkowym obciążeniem. Przytłaczało ją znajome poczucie pustki, które dopadało ją za każdym razem, jak tylko coś się kończyło, a ona wiedziała, że nie ma możliwości uzupełnić zapasów. Była tu uwięziona. Nazwanie tego uczucia pustką nie do końca oddawało prawdziwy stan; powinna raczej powiedzieć, że tu, na odludziu, czuła się niemal jak więzień.
Jednak wspominanie o klaustrofobii było na farmie zakazane; musieli ignorować to uczucie, bo inaczej z łatwością stałoby się nie do zniesienia.
Duszące…
Tak, to była naprawdę dobra książka, najlepsza ze wszystkich piętnastu. Jednak nie na tyle dobra, żeby od razu miała ochotę zabrać się do jej ponownego czytania. A wszystkie inne książki przeczytała już dawno – te, które kupili czy odziedziczyli wraz z domem; niektóre nawet wiele razy.
Jej wzrok padł na stojącą w kącie salonu jodłę. Choć raz Einar się wysilił i wybrał zgrabne drzewko. Leśny zapach wypełniający mały pokój w miły sposób przypominał, że zbliżają się święta. Zawsze robili, co mogli, żeby choć na chwilę, w okresie Bożego Narodzenia, odegnać mrok i swoją samotnię zamienić w cichą przystań. Erla delektowała się myślą, że w tym spokojnym okresie odpoczynku od zajęć będą zupełnie sami, dosłownie, bo nikt nie dotarłby tak daleko w głąb lądu w śniegu – musiałby być bardzo zdeterminowany. Do tej pory nigdy się to nie zdarzyło.
Drzewko nie było jeszcze udekorowane. Zgodnie z rodzinną tradycją choinkę ubierali dwudziestego trzeciego grudnia w święto St. Thorlákur Mass, ale leżało już pod nim kilka paczek. Nie było sensu ukrywać przed sobą prezentów, bo wszystkie kupili wieki temu. Nie mogli przecież pobiec na zakupy w Wigilię, żeby dokupić coś, czego zapomnieli – jakichś ostatnich upominków czy śmietany do sosu.
Pod drzewkiem leżały książki, wiedziała to na sto procent i potwornie ją kusiło, żeby choć jeden prezent otworzyć wcześniej. Einar zawsze obdarowywał ją przynajmniej kilkoma powieściami i w święta bardziej niż czegokolwiek innego wyczekiwała tego, żeby odkryć, co to za książki, a potem zasiąść w fotelu z pudełkiem czekoladek i tradycyjnym napojem ze słodu piwnego i czytać do późnej nocy. Wszystkie przygotowania miała za sobą. Pudełko czekoladek leżało zapakowane na stole. Napój słodowo-pomarańczowy stał w spiżarni i nikomu nie wolno było go ruszyć do czasu oficjalnego rozpoczęcia uroczystości o szóstej wieczorem w Wigilię. Było rzeczą oczywistą, że na świąteczną kolację w wieczór dwudziestego czwartego grudnia będą jedli tradycyjne islandzkie danie z wędzonej jagnięciny, hangikjöt. Jak rok temu i dwa lata wcześniej, jak co roku…
Erla wstała i jak tylko wyłoniła się ze swojego ciepłego kokonu poczuła napierający na jej ciało chłód. Podeszła do okna w salonie, odsłoniła zasłonę i wyjrzała w ciemność. Padał śnieg. Ale mogła była się tego domyślić. Zimą zawsze padał tu śnieg. Czego innego można się spodziewać w Islandii, tak daleko w głębi lądu i tak wysoko nad poziomem morza? Uśmiechnęła się dość krzywo: to nie było miejsce dla ludzi, nie o tej porze roku. Upór przodków Einara był na swój sposób godny podziwu, ale Erla teraz czuła się tak, jakby ponosiła karę za ich poświęcenie. To przez nich tu tkwiła.
Farmę trzeba było utrzymać przy życiu, bez względu na cenę. Nie żeby narzekała – pewnie, że nie. Kilka farm z sąsiedztwa – o ile tak rozległy, rzadko zaludniony obszar można nazwać sąsiedztwem – w ciągu ostatniej dekady porzucono, na co Einar reagował zawsze w ten sam sposób: przeklinając tych, którzy się wyprowadzili, za ich tchórzostwo i za to, że tak szybko się poddali.
– Erla – usłyszała, jak szorstkim głosem mąż woła ją z sypialni. Była pewna, że chwilę wcześniej słyszała, jak chrapie. – Czemu się nie kładziesz?
– Już idę – odpowiedziała i zgasiła lampę w salonie, a potem zdmuchnęła świeczkę, którą wcześniej zapaliła na stoliku obok, żeby stworzyć sobie przyjemny nastrój do czytania.
Światło Einara się świeciło. Leżał po swojej stronie łóżka, jak zawsze – niewolnik przyzwyczajeń: ze szklanką wody i powieścią Laxnessa na nocnej szafce. Erla znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że jego zdaniem klasyk taki jak Laxness dobrze wyglądał przy łóżku, choć tak naprawdę wieczorami Einar wcale nie rwał się do czytania. Mieli większość książek Halldóra Laxnessa i sama przeczytała je po kilka razy, ale Einar ostatnio zaglądał tylko do starych gazet i czasopism albo do artykułów o zjawiskach paranormalnych. Oczywiście, gazety mieli zawsze przeterminowane, jedne bardziej, inne mniej: o tej porze roku zdarzało się, że dostawali je po paru miesiącach. Mimo wszystko utrzymywali prenumeratę rządowej tuby, której kolejne numery piętrzyły się na poczcie pomiędzy ich wizytami, i paru magazynów, na przykład islandzkiego „Reader’s Digest”.
To, że Einar interesował się bieżącymi sprawami, rozumiała doskonale, ale za żadne skarby nie mogła pojąć, co ciekawego jest w historiach o duchach czy okultystycznych książkach o świecie duchowym, gdy żyje się w miejscu tak osobliwym, jak to.
W zimie nie było dnia, żeby nie stawała się świadkiem czegoś, co przyprawiało ją o dreszcze. Nie wierzyła w duchy, ale odosobnienie, cisza i ta przeklęta ciemność, połączone, potęgowały każde skrzypnięcie podłogi i ścian, jęk wiatru, migotanie światła i cienia, do tego stopnia, że czasami zastanawiała się, czy może jednak powinna w duchy uwierzyć; może dzięki temu życie byłoby łatwiejsze do zniesienia.
Tylko wtedy, gdy siedziała i czytała książkę przy świecy, pochłonięta nieznanym światem, cholerne zjawy traciły moc i nie były w stanie jej przestraszyć.
Wślizgnęła się do łóżka i próbowała ułożyć się wygodnie. Starała się cieszyć na następny poranek, ale nie było to proste. Chciała być tak oczarowana tym miejscem – samotnością – jak Einar, ale nie była w stanie wykrzesać z siebie takich uczuć. Wiedziała, że jutro nie będzie wcale lepsze, że nie będzie zbytnio różniło się od dnia, który właśnie dobiegł końca. Boże Narodzenie przynosiło niewielką odmianę od rutyny, ale nic poza tym. Nowy Rok zlewał się z każdym innym dniem, choć wtedy też zawsze jedli uroczysty posiłek, wędzoną jagnięcinę, jak w Wigilię, ale od lat nie puszczali fajerwerków. Z racji tego, że uchodziły za przedmioty niebezpieczne, były w sprzedaży tylko przez określony czas, a to oznaczało, że dawno zdążyły zostać wykupione, gdy z Einarem udawali się do miasteczka na przedświąteczne zakupy. Robili to zwykle w listopadzie, przed najgorszym śniegiem, i trudno byłoby znaleźć uzasadnienie kolejnej specjalnej wyprawy w środku zimy po to tylko, żeby kupić kilka petard i zimnych ogni. Poza tym oboje byli zdania, że puszczanie fajerwerków na zupełnym pustkowiu nie ma większego sensu. W każdym razie, tak ujął to Einar, a ona, jak zwykle, przyznała mu rację, choć w głębi duszy tęskniła za eksplozją barw, jaką zwykli byli witać Nowy Rok.
– Dlaczego tak długo siedziałaś, skarbie? – spytał łagodnie.
Chciała zauważyć, że nie ma jeszcze jedenastej, ale w tej nieustannej ciemności czas miał niewielkie znaczenie. Żyli według własnego rytmu, kładli się spać o wiele za wcześnie i wstawali także o wiele za wcześnie. Milczącym sprzeciwem, który polegał na tym, że siedziała dłużej i czytała, nic nie wskóra.
– Kończyłam książkę – odparła. – Nie byłam śpiąca. I zastanawiałam się, czy nie powinniśmy zadzwonić do Anny, żeby się upewnić, czy u niej wszystko w porządku. – Odpowiadając sobie na pytanie, dodała po chwili: – Ale już chyba za późno na telefon.
– Mogę zgasić światło? – spytał.
– Tak – odpowiedziała niechętnie. Nacisnął włącznik i zalała ich ciemność. Tak bezkompromisowa, a przy tym tak cicha. Nie było widać choćby nikłego światła. Czuła, jak śnieg pada na zewnątrz; wiedziała, że nigdzie się nie wybiorą – oczywiście, nie licząc odwiedzin u Anny – do stycznia, w najlepszym przypadku. Tak sobie urządzili życie. Nic nie można było na to poradzić, trzeba było trwać.

Inne książki autora

Ciemność Mgła

Ciemność JÓNASSON RAGNAR

Milczenie lodu

Milczenie lodu JÓNASSON RAGNAR

Wyspa

Wyspa JÓNASSON RAGNAR

Ciemność

Ciemność JÓNASSON RAGNAR

Milczenie śniegu

Milczenie śniegu JÓNASSON RAGNAR

Milczenie czasu

Milczenie czasu JÓNASSON RAGNAR

Zaćmienie

Zaćmienie JÓNASSON RAGNAR

Milczenie nocy

Milczenie nocy JÓNASSON RAGNAR