Gangster

Gangster

Tytuł oryginału: The Gangster
Tłumaczenie: Jacek Złotnicki, Maciej Pintara
Ilość stron: 368
Rodzaj: miękka
Format: 145x207
Data wydania: 2019-06-17
EAN: 9788324169962
Kryminał, thriller, sensacja
Bestseller

Nowy bestseller największego na świecie mistrza powieści przygodowych


Cykl Isaac Bell
 

Isaac Bell staje do walki z włoską mafią. Nie wie, co jest prawdziwą
stawką w tej śmiertelnie niebezpiecznej grze.
Nowy Jork, rok 1906. Mnożą się porwania, wymuszenia, podpalenia.
Przestępcza organizacja zwana Czarną Ręką terroryzuje włoską dzielnicę.
Ofiary gangsterów jednoczą się i wynajmują do ochrony swoich
rodzin i biznesów Agencję Detektywistyczną Van Dorn. Jej najlepszy
śledczy Isaac Bell tworzy specjalny oddział, żeby wytropić i schwytać
bossa Czarnej Ręki. Lecz kiedy ginie pierwszy człowiek, Bell zaczyna
podejrzewać, że jego przeciwnik jest o wiele potężniejszy, niż
sądził.


CLIVE CUSSLER – najpopularniejszy i najbardziej lubiany autor powieści
przygodowo-sensacyjnych na świecie. Podróżnik, badacz historii
katastrof morskich, poszukiwacz zatopionych wraków, sam jest
uosobieniem przygody, tak jak jego najsłynniejszy bohater, Dirk Pitt .
Clive Cussler to jedyny autor, który od 45 lat nie schodzi ze szczytów
list bestsellerów. W każdym tygodniu jego książki zajmują najwyższe
miejsca w Top 10 „New York Timesa”. Są tłumaczone na 60 języków
i publikowane w 105 krajach. Na każdą jego powieść czekają niecierpliwie
wierni fani w każdym wieku.

Prolog

Morderstwo i sztubackie wybryki

New Haven 1895

Tkwiący po pierś w rowie włoski robotnik z łopatą podniósł wzrok. Na krawędzi wykopu, tuż przed swoim nosem, ujrzał gromadkę nóg w szytych na miarę butach i popelinowych spodniach. Bogaci amerykańscy studenci brali garście ziemi ze sterty i przesiewali piaszczystą czerwoną glebę przez palce.

Irlandzki brygadzista, siedzący w cieniu pod parasolem, pogroził mu pięścią.

– Do roboty, makaroniarski nierobie!

Studenci nawet tego nie zauważyli. Wypuszczeni z murów uczelni na niezaplanowaną lekcję w terenie, badali świeżo wykopaną ziemię w poszukiwaniu okruchów triasowych skał, naniesionych przez lodowce z górzystych terenów, które wznosiły się nad doliną New Haven. Cieszyli się, że mogą być na dworze w ten pierwszy ciepły dzień wiosny, a Włosi kopiący doły w ziemi byli dla nich równie pospolitym widokiem, jak rumiani irlandzcy brygadziści w melonikach.

Ale nie uszło to uwagi włoskiego padrone, któremu imigranci płacili wysoką prowizję od każdej dniówki. Nadzorca Włochów, ekstrawagancko wystrojony i wyperfumowany neapolitańczyk, natychmiast zwietrzył okazję dodatkowego zarobku. Skinął na kopacza, który przerwał pracę, by pogapić się na lepszych od siebie. Był nim młody Sycylijczyk, nazwiskiem Antonio Branco.

Chłopak bez najmniejszego wysiłku wyskoczył z rowu na trawę. W cuchnących potem roboczych ciuchach wyglądał niemal tak samo, jak inni łopaciarze harujący w wykopie. Ot, kolejny wieśniak w brudnej czapce, może trochę lepiej zbudowany niż większość z nich, wyższy i szerszy w barach. A jednak było w nim coś, co wyróżniało go spośród pozostałych. Zbytnia pewność siebie, zawyrokował padrone.

– Stawiasz mnie w złym świetle w oczach brygadzisty.

– Co cię obchodzi ten irlandzki gamoń?

– Potrącam ci połowę wypłaty. Wracaj do pracy.

Twarz Branca stężała, ale była to jedyna reakcja. Po chwili wskoczył do rowu i chwycił za łopatę, co upewniło padrone, że prawidłowo ocenił tego człowieka. We Włoszech karabinierzy nie patyczkowali się z kryminalistami. Antonio Branco musiał być przestępcą zbiegłym do Ameryki i dlatego nie zaprotestował, kiedy został okradziony z połowy zarobku.

Pięciu studentów pierwszego roku wymknęło się z Vanderbilt Hall. Zamknęli za sobą drzwi, tłumiąc rzępolenie pianin i bandżo oraz dzikie wrzaski i hałasy, które składały się na normalne odgłosy tętniącego życiem akademika. Teraz otoczyli wysokiego, chudego jak szczapa kolegę, aby wysłuchać jego planu złożenia wizyty dziewczętom z pensji panny Porter w Farmington, sześćdziesiąt pięć kilometrów stąd. Jeszcze dzisiejszej nocy.

Wiedzieli o nim niewiele. Pochodził z Bostonu, z rodziny bankierów, absolwentów Harvardu. To, że wybrał Yale, wskazywało na buntowniczy rys charakteru. Nie stronił od uśmiechu, a jego wzrok emanował spokojem, bo pomyślał chyba o wszystkim – o mapie, o chodzącym z dokładnością do pół minuty dziennie konduktorskim zegarku marki Waltham oraz o specjalnym, kolejarskim rozkładzie jazdy, zawierającym relacje wszystkich pociągów na linii, zarówno pasażerskich, jak i towarowych.

– A jeśli dziewczyny nie zechcą nas widzieć? – spytał zatwardziały niewierny Tomasz o imieniu Jack.

– Nie oprą się dżentelmenom z Yale, którzy przyjechali pociągiem specjalnym – stwierdził Andy.

– Kradzionym pociągiem specjalnym – uściślił Ron.

– Pożyczonym – poprawił go Larry. – Przecież nie mamy zamiaru zatrzymać go na zawsze. Poza tym to nie cały pociąg, tylko lokomotywa.

Doug zadał pytanie, które nurtowało całą piątkę.

– Isaac, jesteś pewien, że poradzisz sobie z prowadzeniem parowozu?

– Jest tylko jeden sposób, by się o tym przekonać!

Isaac Bell schował mapę, zegarek i rozkład jazdy do dużej naramiennej torby, w której miał jeszcze dwie pary grubych rękawic, przenośną karbidówkę oraz opasły egzemplarz Katechizmu lokomotywy Grimshawa. Ruszył żwawo spod drzwi, a Doug, Ron, Andy, Jack i Larry podążyli za nim.

Mała Italia w New Haven mieściła się w okolicy stacji kolejowej. Gwizdy parowozów i dzwony lokomotyw przetokowych odgrywały nocną serenadę, a dym węglowy łagodził spowijający całą okolicę smród z fabryki gumy, kiedy padrone opuszczał swoją ulubioną restaurację.

Objadł się do syta, w głowie szumiało mu od wina. Zatrzymał się na chwilę, by podłubać w zębach złotą wykałaczką, a potem pomaszerował Wooster Street prosto do domu. Przechodniom pozdrawiającym go pełnym szacunku: Buona sera, padrone, odpowiadał wyniosłymi kiwnięciami głowy. W pobliżu kamienicy, w której mieszkał, natknął się na Antonia Branca. Sycylijczyk stał w cieniu pod wypaloną latarnią i ostrzył ołówek składanym, kieszonkowym nożem.

Padrone zarechotał.

– Na co wieśniakowi ołówek, skoro nie umie czytać?

– Uczę się.

– Stupidaggine!

Branco strzelił oczami na boki. Zbliżał się do nich gliniarz. Musiał przeczekać, aż ich minie, wyciągnął więc z kieszeni amerykańską gazetę i głośno przeczytał nagłówek:

– Wypadek w kanale. Brygadzista nie żyje.

– Przeczytaj to, co jest drobnym drukiem – polecił drwiąco padrone.

Branco zaczął ostentacyjnie wodzić ołówkiem za tekstem. Udawał, że długie słowa sprawiają mu trudności, i pomijał krótkie.

– Brygadzista Jake… Stratton… śmiertelnie ranny po zawaleniu kanału Bridgeport. Osierocił żonę Katherine i dwójkę dzieci, Paula i Abigail. Zginęło także czterech Włochów.

Gliniarz skręcił za róg. Wieczorny tłum zdążył się przerzedzić. Już tylko kilka osób zmierzało pospiesznie do domów, myśląc wyłącznie o swoich sprawach. Antonio Branco wbił ołówek w policzek padrone.

Zaatakowany poderwał ręce do twarzy, odsłaniając klatkę piersiową.

Branco zadał szybki cios. Krótkiemu ostrzu kieszonkowego noża sporo brakowało do dozwolonych prawem dziesięciu centymetrów, za to składana rękojeść była od niego tylko odrobinę grubsza. Kiedy stal weszła między żebra, Branco zmienił chwyt i docisnął nóż środkiem dłoni. Cienka, płaska rękojeść wtłoczyła ostrze w głąb rany, a ostry jak brzytwa szpic niczym sztylet przebił serce padrone.

Branco zabrał zabitemu portfel, sygnety i złotą wykałaczkę, po czym pobiegł w kierunku torów.

Parowóz 106 postękiwał i posapywał niczym śpiący mastif. Był to American Standard 4-4-0 wyposażony w cztery koła toczne z przodu i cztery wysokie koła napędne, sięgające Bellowi do ramienia. Patrząc spod nasypu, przy którym przycupnęła grupka studentów, wydawał się ogromny na tle łuny świateł miasta, jaśniejącej na zadymionym niebie.

Bell obserwował tę lokomotywę od tygodnia. Co wieczór przetaczano ją pod zasobnik węglowy i hydrant, aby uzupełnić tender. Potem robotnicy z depo opróżniali popielnik z żużla, przyduszali żar popiołem, żeby rano można było szybko podnieść parę, i odstawiali ją na najdalszą bocznicę na północnym krańcu stacji. Dzisiejszej nocy, jak zwykle zresztą, stoszóstka zwrócona była we właściwą stronę, na północ w kierunku szlaku Canal Line, prowadzącego prosto do Farmington.

Doug, na polecenie Bella, miał pobiec przed lokomotywę i przestawić zwrotnicę łączącą bocznicę z torem głównym. Silny, trzeźwo myślący i szybki futbolista był najlepszym kandydatem do tego zadania.

– Natychmiast po naszym przejeździe przestaw zwrotnicę do pierwotnego położenia.

– Po co?

– Kiedy już zauważą zniknięcie lokomotywy, nie będą wiedzieli, w którą stronę pojechaliśmy.

– Zaplanowałeś wszystko jak prawdziwy przestępca, Isaac.

– Lepsze to niż dać się złapać. Kiedy skończysz, pędź, ile sił w nogach, aby nas dogonić… Andy, ty zapalisz światła… Do roboty, panowie. Migiem!

Bell ruszył przodem, sadząc długimi krokami przez szyny i podkłady obsypane tłuczniem. Pozostali potruchtali za nim, chowając głowy w ramionach. Policja kolejowa słynęła z brutalności, choć było raczej mało prawdopodobne, aby funkcjonariusze posunęli się do użycia siły wobec synów amerykańskich magnatów. Gdyby jednak schwytano ich podczas tego wybryku, skończyłoby się to dla nich „zawieszeniem w prawach studenta”, co w praktyce oznaczało wyrzucenie z uczelni i odesłanie do rodziców.

Doug wyrwał do przodu, przed lokomotywę, i stanął w rozkroku z rękami na dźwigni zwrotnicy. Andy, zatrudniony w teatrzykach wodewilowych swojego ojca jako spec od oświetlenia, wspiął się na zgarniacz i zapalił karbidową lampę czołową, która rzuciła mętną poświatę na tory. Następnie zeskoczył na ziemię, pobiegł wzdłuż parowozu i zapalił czerwoną latarnię końcową z tyłu tendra.

Isaac Bell wspiął się po drabince do budki maszynisty. Wyciągnął z torby rękawice, drugą parę podał Ronowi i wskazał mu drzwiczki paleniska.

– Otwórz je i podrzuć trochę węgla.

Buchnęło gorącem.

– Rozrzucaj równomiernie, żeby nie tłumić ognia.

W pomarańczowej poświacie bijącej z paleniska Bell porównał przyrządy sterownicze z tymi zapamiętanymi z ilustracji. Potem policzył głowy. Wszyscy wcisnęli się już do budki maszynisty z wyjątkiem Douga, stojącego przy zwrotnicy.

Bell pchnął dźwignię stawidła do przodu, zwolnił hamulce pneumatyczne i otworzył przepustnicę, wpuszczając parę do cylindrów. Stalowy kolos drgnął i ożył mu w rękach. Przypomniał sobie w ostatniej chwili, aby lekko przymknąć przepustnicę, dzięki czemu ruszyli bez poślizgu.

Koledzy głośno wyrażali swój podziw i poklepywali go po plecach. Parowóz toczył się po torze.

– Stać!

Wielki jak góra gliniarz kolejowy z lampą karbidową doczepioną do paska ściskał w dłoni prawie metrową pałkę. Ze zdumiewającą prędkością dopadł Antonia Branca i przyparł go do ściany krytego wagonu towarowego, do którego ten zamierzał się właśnie wsunąć. Zaskoczony Branco zmrużył jedno oko, a drugie zacisnął całkiem, oślepiony światłem lampy.

– Cholerni makaroniarze! – ryknął osiłek. – Ile łap muszę wam jeszcze połamać, żeby to do was dotarło? Nie ma jazdy na gapę. Won z mojej stacji, a tu masz coś na pamiątkę.

To mówiąc, opuścił pałkę z wielką siłą na ramię Antonia, ewidentnie chcąc strzaskać mu kość.

Branco zdołał uchylić się z linii ciosu, ratując rękę kosztem eksplozji potwornego bólu w lewym kolanie. Zgięty wpół wyciągnął z kieszeni nóż, rozłożył go z szybkością znamionującą wielką wprawę, poderwał się i chlasnął gliniarza przez twarz, rozcinając mu skórę od podbródka aż po linię włosów.

Ranny krzyknął głośno, krew zalała mu oczy. Upuścił pałkę i zakrył dłońmi twarz. Branco, kulejąc, zniknął w mroku. Kolano płonęło, jakby zanurzył je w roztopionym ołowiu. Z wysiłkiem pokuśtykał w stronę opustoszałego północnego krańca stacji, z dala od świateł i gliniarzy, którzy zaraz tu przybiegną zwabieni wrzaskiem kolegi. Ujrzał sunącą wolno lokomotywę. Nie była to żadna przetokówka, ale normalny, duży parowóz z czerwoną latarnią na końcu tendra. Toczył się w kierunku głównego toru. Brancowi było wszystko jedno, dokąd – do Hartford, Springfield czy do Bostonu – byle dalej od New Haven. Walcząc z mdłościami spowodowanymi bólem, zmusił się do nieporadnego biegu, dogonił parowóz i wciągnął się na zaczep z tyłu tendra. Koła załomotały na rozjeździe, lokomotywa zaczęła nabierać prędkości.

W Ameryce, o czym zdołał się już przekonać Branco, dzięki pociągom granice uległy zatarciu. Kraj był ogromny, trzydzieści razy większy niż Włochy, ale wobec tysięcy kilometrów krzyżujących się linii kolejowych odległości przestawały mieć znaczenie. Podróżując koleją, można było zniknąć bez śladu w slumsach Małej Italii albo w dzielnicach nędzy, obecnych we wszystkich większych miastach. Stróże prawa byli bezradni. W odróżnieniu od włoskich karabinierów, będących policją państwową, amerykańscy gliniarze zajmowali się tylko tym, co działo się w ich rewirze.

Nagle dał się słyszeć syk hamulców. Zazgrzytały koła i parowóz się zatrzymał.

W ciemności rozległy się czyjeś szybkie kroki. Branco zeskoczył na podkłady, wsunął się pod tender i wyciągnął nóż. Ktoś przebiegł obok i wspiął się do budki parowozu, stukając podeszwami o metalowe pręty drabinki. Zasyczały zwalniane hamulce, lokomotywa drgnęła i potoczyła się dalej. Antonio Branco zdążył wcisnąć się we wnękę w podwoziu tendra i z każdą chwilą coraz bardziej oddalał się od New Haven.

– Więcej węgla, Ron! Doug, podawaj Ronowi węgiel z tendra. Larry, Jack, pomóżcie mu.

– Nie ma więcej łopat, Isaac.

– A rączek Bozia nie dała?

Kluczem do powodzenia przedsięwzięcia była prędkość. Z rozkładu jazdy przestudiowanego przez Bella wynikało, że ruch pociągów zamiera po 22.30. W rozkładzie zamieszczono jednak ostrzeżenie o pociągach technicznych i transportach tłucznia, które mogły pojawić się na szlaku. Dlatego im szybciej pokonają jednotorową trasę, tym lepiej. Jadąc z prędkością dziewięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę, powinni znaleźć się w Farmington za czterdzieści minut. Bell popatrzył na zegarek. Stracili całe pięć minut na zabranie Douga. Prędkościomierz wskazywał sześćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę.

– Więcej węgla!

Chłopcy podawali węgiel. Ron wrzucał go do paleniska. Wydawało się, że trwa to całą wieczność, ale powoli, stopniowo, ciśnienie pary wzrastało, a wskazówka prędkościomierza sunęła coraz dalej, aż wreszcie zaczęła oscylować wokół dziewięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Lokomotywa nie ciągnęła wagonów, więc po osiągnięciu optymalnego tempa jazdy Bell przesunął stawidło do pozycji utrzymywania prędkości podróżnej, dając chwilę wytchnienia zmordowanym i usmolonym palaczom.

– Co tam jest przed nami?

Andy wysunął głowę przez boczne okienko i patrzył wzdłuż toru. Bell wychylił się wraz z nim i dostrzegł w oddali słabe światełko. Zerknął na zegarek, a potem na mapę.

– Stacja Mount Carmel.

Trzynaście kilometrów od New Haven. Pozostało jeszcze pięćdziesiąt dwa. Ku zadowoleniu Bella, w oknach budynku stacyjnego było ciemno. Najwyraźniej dyżurny ruchu, który mógłby rozesłać telegraficzne ostrzeżenie o „szalonej” lokomotywie, spał smacznie w swoim łóżku.

Andy dopraszał się o zgodę na sygnalizację gwizdkiem, ale Bell mu zabronił. Wszak planowali skrycie niczym duchy przemknąć przez stan Connecticut, więc potępieńcze wycie nie leżało w ich interesie.

Szczęście sprzyjało im nadal, kiedy stoszóstka w wielkim pędzie mijała przystanki Cheshire, Plantsville, i Southington – wszystkie trzy pogrążone w mroku i głębokim śnie. Teraz jednak zbliżali się do Plainville. Nazwę tę wydrukowano w rozkładzie wytłuszczoną czcionką, co oznaczało dużą stację węzłową. Faktycznie, po pokonaniu zakrętu w kierunku miasta oczom Bella ukazał się rzęsiście oświetlony peron i budynek dworcowy.

Zobaczył kolejarzy na peronie i pomyślał z obawą, że na torach mogą pracować robotnicy. Sięgnął do dźwigni hamulca, ale w tej samej chwili dostrzegł na semaforze wyjazdowym białe światło. Zgodnie z Katechizmem lokomotywy był to sygnał oznaczający wolną drogę.

– Zagwiżdż sobie, Andy.

Andy pociągnął za linkę, zwisającą z dachu budki. Para wytrysnęła z gwizdka z ogłuszającym świstem. Ludzie na peronie odskoczyli od toru i z osłupieniem patrzyli na rozpędzoną stoszóstkę, która przewaliła się przez stację Plainville z prędkością prawie stu kilometrów na godzinę.

Bell podniósł głos, aby wszyscy usłyszeli go poprzez huk maszyny.

– Wszystko się wydało.

Odpowiedział mu jęk zawodu.

– Co teraz zrobimy, Isaac?

– Odstawimy parowóz na bocznicę w Farmington i pójdziemy do panny Porter pieszo, na skróty – odpowiedział, pokazując im drogę na mapie. Potem wręczył im bilety na poranny pociąg z Plainville do New Haven. – Musimy zdążyć na zajęcia.

– Światła przed nami! – zawołał Andy, wyjrzawszy przez okno. Bell zamknął przepustnicę. Kiedy lokomotywa zaczęła wytracać prędkość, włączył hamulce i łagodnie zatrzymał ją na torze.

– Doug, tam masz zwrotnicę. Tylko migiem, bo już wiedzą, że się zbliżamy. Andy, pogaś światła.

Andy zgasił lampę czołową, a Doug dopadł do dźwigni zwrotnicy i przestawił ją, układając im drogę na tory postojowe stacji, widocznej na tle świateł Farmington. Zapadła cisza, tylko w uszach dzwoniło im od łoskotu tłoków.

– Czekajcie – szepnął Bell, słysząc chrzęst tłucznia pod czyimiś stopami. Po chwili w świetle gwiazd dostrzegł jakiś ruch.

– Ktoś idzie! – powiedzieli chórem Ron i Larry.

– Czekajcie – powtórzył Bell, wsłuchując się w kroki. – Biegnie w przeciwną stronę. – Kątem oka zauważył sylwetkę człowieka, oddalającego się od lokomotywy. – To tylko jakiś włóczęga.

– Gliny!

Ktoś biegł w ich kierunku, ale w ciemności widzieli tylko podskakującą latarnię.

W plamie światła mignął Bellowi samotny gliniarz kolejowy w koszuli nocnej do połowy wpuszczonej w spodnie. Próbował w biegu naciągnąć na ramiona szelki. 

– Stać! Nie ruszać się!

W tej samej plamie światła, w której Bell wcześniej widział gliniarza, zamajaczyła jakaś postać. Podskakująca lampa zawróciła i pognała za nią.

– Ściga tego włóczęgę.

– Wiejemy stąd, panowie, póki jest okazja.

Studenci dali nura w mrok. Bell obejrzał się za siebie. Włóczęga biegł jakoś dziwnie, przy każdym kroku wykrzywiając w bok prawą stopę. Przez głowę Bella przemknął obraz kłusaka o nieprawidłowym chodzie.

Z budynku stacji wypadł drugi strażnik. Zadął w gwizdek i ruszył za studentami. Bell patrzył na to z ciężkim sercem. Zdał sobie sprawę, że wpakował kolegów w paskudną sytuację. Popędził za nimi najszybciej jak potrafił, wbiegł między nich a strażnika, a kiedy ten go zauważył, skręcił w przeciwnym kierunku. Sztuczka się udała. Gliniarz pogalopował za nim, a pozostali chłopcy uciekli w stronę świateł miasta.

Bell zmierzał ku magazynom i składom węgla, stopniowo zwiększając dystans. Wpadłszy między zabudowania, pod ich osłoną zmienił kierunek i skrył się w pobliskiej kępie drzew. Przyczaił się i czekał. Tak wczesną wiosną gałęzie jeszcze nie pokryły się liśćmi i przepuszczały światło gwiazd, w którym lśniły jego nagie dłonie. Położył torbę na ziemi, postawił kołnierz i ukrył ręce w kieszeniach.

Usłyszał czyjeś kroki i zdyszany oddech. Kulawy włóczęga wsunął się między drzewa. Na widok Bella sięgnął do kieszeni i wyciągnął nóż. Stalowe ostrze mignęło w gwiezdnej poświacie. Uciekać, przemknęło Bellowi przez myśl, ale wolał nie odwracać się plecami do człowieka z nożem. Zamiast tego zasłonił się ciężką torbą i zacisnął pięść.

Oddaleni od siebie o jakieś trzy metry bez słowa mierzyli się wzrokiem. Twarz włóczęgi ginęła w cieniu pod daszkiem czapki, tylko oczy jarzyły się jak u zaszczutego zwierza. Ręce, nogi, całe ciało naprężył do skoku. Bell poczuł, że jego mięśnie napinają się jak postronki.

W oddali rozległy się gwizdki strażników. Gliniarze zwarli szeregi i pobiegli szukać w niewłaściwym kierunku. Włóczęga dyszał ciężko, strzelając wzrokiem to na niego, to w stronę odległych gwizdków.

Bell opuścił torbę i rozluźnił pięść. Przeczucie go nie zmyliło. Włóczęga schował nóż do kieszeni i oparł się o pień.

– Idę pierwszy – szepnął Bell.

Wysunął się ostrożnie spomiędzy drzew.

Kiedy skrył się za załomem muru otaczającego stację i popatrzył za siebie na tory, zauważył szybko przemieszczający się cień. Włóczęga uciekał w przeciwnym kierunku.

Nie potwierdziły się wątpliwości niewiernego Tomasza.

Kiedy tylko kamyki rzucone przez kolegów Bella zagrzechotały o szyby bursy przy Main Street, okna otworzyły się szeroko i pojawiły się w nich rozświergotane dziewczęta. Kto tam? Skąd się wzięliście, chłopcy? Jak udało się wam tu dotrzeć w środku nocy?

Wcześniej, podczas wędrówki przez pola, młodzieńcy zdecydowali, że mając na względzie najbliższą przyszłość, lepiej nie przyznawać się do kradzieży pociągu. Postanowili trzymać się wersji o wynajęciu pociągu specjalnego, co zresztą wywarło na podopiecznych panny Porter piorunujące wrażenie.

– Tylko po to, by się z nami zobaczyć?

– To warte każdych pieniędzy! – zakrzyknęli chórem Larry i Doug.

Nagle zza rogu wyszła ładna blondyneczka w powłóczystej białej koszuli nocnej.

– Lepiej zmykajcie, chłopcy. Wychowawczyni zadzwoniła po Millera.

– A ten Miller to kto?

– Miejscowy konstabl.

Młodzieńcy z Yale jak jeden mąż dali drapaka, oprócz Isaaca Bella, który stanął w smudze światła, zrywając kapelusz z głowy.

– Dobry wieczór, Mary Clark. Bardzo jestem rad widzieć cię ponownie.

– Isaac!

Miesiąc wcześniej spotkali się na herbacie, oczywiście w towarzystwie przyzwoitki.

– Co ty tutaj robisz?

– Podziwiam twoją urodę. Jesteś jeszcze piękniejsza, niż zapamiętałem.

– Miller zaraz tu będzie. Uciekaj, wariacie!

Isaac Bell skłonił się nisko i zniknął w mroku.

– Powiem Millerowi, że byliście z Harvardu! – zawołała za nim niezapomniana panna Mary Clark.

Dwa dni później wmaszerował do biura zawiadowcy stacji New Haven i oznajmił:

– Nazywam się Isaac Bell. Jestem studentem pierwszego roku uniwersytetu Yale. Na kampusie chodzą słuchy, że śledczy rozpytują o lokomotywę numer 106.

– Co ma pan do powiedzenia w tej sprawie?

– To ja ją pożyczyłem.

– Siadaj i nie ruszaj się! Poczekasz sobie na policję.

Zawiadowca chwycił za telefon i zameldował o oświadczeniu Bella.

Godzinę później pojawił się przedwcześnie posiwiały detektyw w garniturze w prążki. Przywiódł ze sobą wielkoluda z głową szczelnie owiniętą bandażem, z wyjątkiem jednego oka. To oko spoczęło na Bellu.

– Przecież to nie makaroniarz – wybełkotał olbrzym przez bandaże. – Mówiłem, że tamten był makaroniarzem.

– Twierdzi, że ukradł stoszóstkę.

– Nieważne. Niechby nawet ukradł cały cholerny pociąg, to i tak nie będzie parszywym Italiańcem o kaprawych ślepiach. To nie on mnie pociął.

Siwowłosy detektyw wyprowadził poszkodowanego. Wrócił po dwudziestu minutach. Usiadł naprzeciwko Bella i przedstawił się jako detektyw Eddie Edwards. Następnie wyciągnął notes i pokrywał jego kartki starannym równym pismem, słuchając opowieści Bella. Kazał mu ją powtórzyć trzykrotnie, a na koniec spytał:

– Może przypadkiem widział pan makaroniarza, który pokaleczył twarz tego stacyjnego osiłka?

– Na pewno nie w New Haven, ale w Farmington faktycznie widziałem kogoś pasującego do opisu. – Bell opowiedział mu o kulawym włóczędze. – Mógł przyjechać z nami, ukryty pod podwoziem tendra.

– Przekażę to policji kolejowej, tyle że on zdążył już pewnie dotrzeć do Bostonu. – Edwards zapisał coś jeszcze i zamknął notes.

– Męczy mnie to, że być może pomogłem bandycie w ucieczce – powiedział Bell.

– Zapewniam pana, że ten, kto pokancerował tego wielkoluda, poradziłby sobie i bez pańskiej pomocy. A teraz proszę ze mną, młody człowieku. Odprowadzę pana na uczelnię.

– Puszcza mnie pan wolno?

– Jakimś cudem pański nieprzemyślany postępek nie doprowadził do niczyjej śmierci, obrażeń ani zniszczenia mienia. W związku z tym w szeroko pojętym interesie Kolei New Haven nie leży wysuwanie oskarżeń pod adresem syna bostońskiego bankiera, od którego kiedyś, być może, będą chciały pożyczyć pieniądze.

– Skąd pan wie, że mój ojciec jest bankierem?

– Zadepeszowałem do kolegi z Bostonu.

Szli Chapel Street i Bell odpowiadał na pytania detektywa, dotyczące mijanych obiektów. Na wysokości parku Green Edwards zagadnął go:

– Proszę mi powiedzieć, tak między nami, ilu wspólników potrzebował pan do zrealizowania tej eskapady?

– Ani jednego. Zrobiłem to sam.

Eddie Edwards popatrzył badawczo na młodego studenta.

Bell odwzajemnił mu się takim samym spojrzeniem. Edwards ogromnie go intrygował. Detektyw ubierał się elegancko w odróżnieniu od biednego kolejowego gliniarza z pociętą twarzą. Miał naturę kameleona, swobodnym stylem bycia maskował bystre spojrzenie i jeszcze bystrzejszy umysł. Był znacznie młodszy, niż można byłoby sądzić po gęstej, siwej czuprynie. Bell zastanawiał się, gdzie nosi broń. Zgadywał, że w kaburze pod pachą, choć niczego nie było widać.

– Nieliche wyzwanie jak dla jednej osoby – zadumał się Edwards. – Przyznam, że jestem pełen podziwu dla człowieka, który zażarcie broni swoich przyjaciół.

– Tak naprawdę, nawet gdyby uczestniczyli w tym moi przyjaciele, to i tak był to wyłącznie mój pomysł – oznajmił Bell, pokazując detektywowi mapy, konduktorski zegarek i rozkład jazdy. – Zna pan Katechizm lokomotywy Grimshawa?

– Dobra odpowiedź, młodzieńcze. Poparta mocnymi dowodami. A na koniec zmiana tematu za pomocą pytania. Ma pan zadatki na łebskiego oszusta.

– Może raczej łebskiego detektywa?

Edwards powstrzymał uśmiech cisnący mu się na usta i twardo powiedział:

– Detektywi nie kradną, lecz służą ludziom pomocą.

– Panie Edwards, odnoszę wrażenie, że nie jest pan pracownikiem kolei.

– Kolej prosi nas o pomoc w sprawach wymagających większej finezji.

– To gdzie pan pracuje?

Edwards wypchnął pierś do przodu i wyprostował się, przez co stał się trochę wyższy.

– W Agencji Detektywistycznej Van Dorn.

Prolog

Morderstwo i sztubackie wybryki

New Haven 1895

Tkwiący po pierś w rowie włoski robotnik z łopatą podniósł wzrok. Na krawędzi wykopu, tuż przed swoim nosem, ujrzał gromadkę nóg w szytych na miarę butach i popelinowych spodniach. Bogaci amerykańscy studenci brali garście ziemi ze sterty i przesiewali piaszczystą czerwoną glebę przez palce.

Irlandzki brygadzista, siedzący w cieniu pod parasolem, pogroził mu pięścią.

– Do roboty, makaroniarski nierobie!

Studenci nawet tego nie zauważyli. Wypuszczeni z murów uczelni na niezaplanowaną lekcję w terenie, badali świeżo wykopaną ziemię w poszukiwaniu okruchów triasowych skał, naniesionych przez lodowce z górzystych terenów, które wznosiły się nad doliną New Haven. Cieszyli się, że mogą być na dworze w ten pierwszy ciepły dzień wiosny, a Włosi kopiący doły w ziemi byli dla nich równie pospolitym widokiem, jak rumiani irlandzcy brygadziści w melonikach.

Ale nie uszło to uwagi włoskiego padrone, któremu imigranci płacili wysoką prowizję od każdej dniówki. Nadzorca Włochów, ekstrawagancko wystrojony i wyperfumowany neapolitańczyk, natychmiast zwietrzył okazję dodatkowego zarobku. Skinął na kopacza, który przerwał pracę, by pogapić się na lepszych od siebie. Był nim młody Sycylijczyk, nazwiskiem Antonio Branco.

Chłopak bez najmniejszego wysiłku wyskoczył z rowu na trawę. W cuchnących potem roboczych ciuchach wyglądał niemal tak samo, jak inni łopaciarze harujący w wykopie. Ot, kolejny wieśniak w brudnej czapce, może trochę lepiej zbudowany niż większość z nich, wyższy i szerszy w barach. A jednak było w nim coś, co wyróżniało go spośród pozostałych. Zbytnia pewność siebie, zawyrokował padrone.

– Stawiasz mnie w złym świetle w oczach brygadzisty.

– Co cię obchodzi ten irlandzki gamoń?

– Potrącam ci połowę wypłaty. Wracaj do pracy.

Twarz Branca stężała, ale była to jedyna reakcja. Po chwili wskoczył do rowu i chwycił za łopatę, co upewniło padrone, że prawidłowo ocenił tego człowieka. We Włoszech karabinierzy nie patyczkowali się z kryminalistami. Antonio Branco musiał być przestępcą zbiegłym do Ameryki i dlatego nie zaprotestował, kiedy został okradziony z połowy zarobku.

Pięciu studentów pierwszego roku wymknęło się z Vanderbilt Hall. Zamknęli za sobą drzwi, tłumiąc rzępolenie pianin i bandżo oraz dzikie wrzaski i hałasy, które składały się na normalne odgłosy tętniącego życiem akademika. Teraz otoczyli wysokiego, chudego jak szczapa kolegę, aby wysłuchać jego planu złożenia wizyty dziewczętom z pensji panny Porter w Farmington, sześćdziesiąt pięć kilometrów stąd. Jeszcze dzisiejszej nocy.

Wiedzieli o nim niewiele. Pochodził z Bostonu, z rodziny bankierów, absolwentów Harvardu. To, że wybrał Yale, wskazywało na buntowniczy rys charakteru. Nie stronił od uśmiechu, a jego wzrok emanował spokojem, bo pomyślał chyba o wszystkim – o mapie, o chodzącym z dokładnością do pół minuty dziennie konduktorskim zegarku marki Waltham oraz o specjalnym, kolejarskim rozkładzie jazdy, zawierającym relacje wszystkich pociągów na linii, zarówno pasażerskich, jak i towarowych.

– A jeśli dziewczyny nie zechcą nas widzieć? – spytał zatwardziały niewierny Tomasz o imieniu Jack.

– Nie oprą się dżentelmenom z Yale, którzy przyjechali pociągiem specjalnym – stwierdził Andy.

– Kradzionym pociągiem specjalnym – uściślił Ron.

– Pożyczonym – poprawił go Larry. – Przecież nie mamy zamiaru zatrzymać go na zawsze. Poza tym to nie cały pociąg, tylko lokomotywa.

Doug zadał pytanie, które nurtowało całą piątkę.

– Isaac, jesteś pewien, że poradzisz sobie z prowadzeniem parowozu?

– Jest tylko jeden sposób, by się o tym przekonać!

Isaac Bell schował mapę, zegarek i rozkład jazdy do dużej naramiennej torby, w której miał jeszcze dwie pary grubych rękawic, przenośną karbidówkę oraz opasły egzemplarz Katechizmu lokomotywy Grimshawa. Ruszył żwawo spod drzwi, a Doug, Ron, Andy, Jack i Larry podążyli za nim.

Mała Italia w New Haven mieściła się w okolicy stacji kolejowej. Gwizdy parowozów i dzwony lokomotyw przetokowych odgrywały nocną serenadę, a dym węglowy łagodził spowijający całą okolicę smród z fabryki gumy, kiedy padrone opuszczał swoją ulubioną restaurację.

Objadł się do syta, w głowie szumiało mu od wina. Zatrzymał się na chwilę, by podłubać w zębach złotą wykałaczką, a potem pomaszerował Wooster Street prosto do domu. Przechodniom pozdrawiającym go pełnym szacunku: Buona sera, padrone, odpowiadał wyniosłymi kiwnięciami głowy. W pobliżu kamienicy, w której mieszkał, natknął się na Antonia Branca. Sycylijczyk stał w cieniu pod wypaloną latarnią i ostrzył ołówek składanym, kieszonkowym nożem.

Padrone zarechotał.

– Na co wieśniakowi ołówek, skoro nie umie czytać?

– Uczę się.

– Stupidaggine!

Branco strzelił oczami na boki. Zbliżał się do nich gliniarz. Musiał przeczekać, aż ich minie, wyciągnął więc z kieszeni amerykańską gazetę i głośno przeczytał nagłówek:

– Wypadek w kanale. Brygadzista nie żyje.

– Przeczytaj to, co jest drobnym drukiem – polecił drwiąco padrone.

Branco zaczął ostentacyjnie wodzić ołówkiem za tekstem. Udawał, że długie słowa sprawiają mu trudności, i pomijał krótkie.

– Brygadzista Jake… Stratton… śmiertelnie ranny po zawaleniu kanału Bridgeport. Osierocił żonę Katherine i dwójkę dzieci, Paula i Abigail. Zginęło także czterech Włochów.

Gliniarz skręcił za róg. Wieczorny tłum zdążył się przerzedzić. Już tylko kilka osób zmierzało pospiesznie do domów, myśląc wyłącznie o swoich sprawach. Antonio Branco wbił ołówek w policzek padrone.

Zaatakowany poderwał ręce do twarzy, odsłaniając klatkę piersiową.

Branco zadał szybki cios. Krótkiemu ostrzu kieszonkowego noża sporo brakowało do dozwolonych prawem dziesięciu centymetrów, za to składana rękojeść była od niego tylko odrobinę grubsza. Kiedy stal weszła między żebra, Branco zmienił chwyt i docisnął nóż środkiem dłoni. Cienka, płaska rękojeść wtłoczyła ostrze w głąb rany, a ostry jak brzytwa szpic niczym sztylet przebił serce padrone.

Branco zabrał zabitemu portfel, sygnety i złotą wykałaczkę, po czym pobiegł w kierunku torów.

Parowóz 106 postękiwał i posapywał niczym śpiący mastif. Był to American Standard 4-4-0 wyposażony w cztery koła toczne z przodu i cztery wysokie koła napędne, sięgające Bellowi do ramienia. Patrząc spod nasypu, przy którym przycupnęła grupka studentów, wydawał się ogromny na tle łuny świateł miasta, jaśniejącej na zadymionym niebie.

Bell obserwował tę lokomotywę od tygodnia. Co wieczór przetaczano ją pod zasobnik węglowy i hydrant, aby uzupełnić tender. Potem robotnicy z depo opróżniali popielnik z żużla, przyduszali żar popiołem, żeby rano można było szybko podnieść parę, i odstawiali ją na najdalszą bocznicę na północnym krańcu stacji. Dzisiejszej nocy, jak zwykle zresztą, stoszóstka zwrócona była we właściwą stronę, na północ w kierunku szlaku Canal Line, prowadzącego prosto do Farmington.

Doug, na polecenie Bella, miał pobiec przed lokomotywę i przestawić zwrotnicę łączącą bocznicę z torem głównym. Silny, trzeźwo myślący i szybki futbolista był najlepszym kandydatem do tego zadania.

– Natychmiast po naszym przejeździe przestaw zwrotnicę do pierwotnego położenia.

– Po co?

– Kiedy już zauważą zniknięcie lokomotywy, nie będą wiedzieli, w którą stronę pojechaliśmy.

– Zaplanowałeś wszystko jak prawdziwy przestępca, Isaac.

– Lepsze to niż dać się złapać. Kiedy skończysz, pędź, ile sił w nogach, aby nas dogonić… Andy, ty zapalisz światła… Do roboty, panowie. Migiem!

Bell ruszył przodem, sadząc długimi krokami przez szyny i podkłady obsypane tłuczniem. Pozostali potruchtali za nim, chowając głowy w ramionach. Policja kolejowa słynęła z brutalności, choć było raczej mało prawdopodobne, aby funkcjonariusze posunęli się do użycia siły wobec synów amerykańskich magnatów. Gdyby jednak schwytano ich podczas tego wybryku, skończyłoby się to dla nich „zawieszeniem w prawach studenta”, co w praktyce oznaczało wyrzucenie z uczelni i odesłanie do rodziców.

Doug wyrwał do przodu, przed lokomotywę, i stanął w rozkroku z rękami na dźwigni zwrotnicy. Andy, zatrudniony w teatrzykach wodewilowych swojego ojca jako spec od oświetlenia, wspiął się na zgarniacz i zapalił karbidową lampę czołową, która rzuciła mętną poświatę na tory. Następnie zeskoczył na ziemię, pobiegł wzdłuż parowozu i zapalił czerwoną latarnię końcową z tyłu tendra.

Isaac Bell wspiął się po drabince do budki maszynisty. Wyciągnął z torby rękawice, drugą parę podał Ronowi i wskazał mu drzwiczki paleniska.

– Otwórz je i podrzuć trochę węgla.

Buchnęło gorącem.

– Rozrzucaj równomiernie, żeby nie tłumić ognia.

W pomarańczowej poświacie bijącej z paleniska Bell porównał przyrządy sterownicze z tymi zapamiętanymi z ilustracji. Potem policzył głowy. Wszyscy wcisnęli się już do budki maszynisty z wyjątkiem Douga, stojącego przy zwrotnicy.

Bell pchnął dźwignię stawidła do przodu, zwolnił hamulce pneumatyczne i otworzył przepustnicę, wpuszczając parę do cylindrów. Stalowy kolos drgnął i ożył mu w rękach. Przypomniał sobie w ostatniej chwili, aby lekko przymknąć przepustnicę, dzięki czemu ruszyli bez poślizgu.

Koledzy głośno wyrażali swój podziw i poklepywali go po plecach. Parowóz toczył się po torze.

– Stać!

Wielki jak góra gliniarz kolejowy z lampą karbidową doczepioną do paska ściskał w dłoni prawie metrową pałkę. Ze zdumiewającą prędkością dopadł Antonia Branca i przyparł go do ściany krytego wagonu towarowego, do którego ten zamierzał się właśnie wsunąć. Zaskoczony Branco zmrużył jedno oko, a drugie zacisnął całkiem, oślepiony światłem lampy.

– Cholerni makaroniarze! – ryknął osiłek. – Ile łap muszę wam jeszcze połamać, żeby to do was dotarło? Nie ma jazdy na gapę. Won z mojej stacji, a tu masz coś na pamiątkę.

To mówiąc, opuścił pałkę z wielką siłą na ramię Antonia, ewidentnie chcąc strzaskać mu kość.

Branco zdołał uchylić się z linii ciosu, ratując rękę kosztem eksplozji potwornego bólu w lewym kolanie. Zgięty wpół wyciągnął z kieszeni nóż, rozłożył go z szybkością znamionującą wielką wprawę, poderwał się i chlasnął gliniarza przez twarz, rozcinając mu skórę od podbródka aż po linię włosów.

Ranny krzyknął głośno, krew zalała mu oczy. Upuścił pałkę i zakrył dłońmi twarz. Branco, kulejąc, zniknął w mroku. Kolano płonęło, jakby zanurzył je w roztopionym ołowiu. Z wysiłkiem pokuśtykał w stronę opustoszałego północnego krańca stacji, z dala od świateł i gliniarzy, którzy zaraz tu przybiegną zwabieni wrzaskiem kolegi. Ujrzał sunącą wolno lokomotywę. Nie była to żadna przetokówka, ale normalny, duży parowóz z czerwoną latarnią na końcu tendra. Toczył się w kierunku głównego toru. Brancowi było wszystko jedno, dokąd – do Hartford, Springfield czy do Bostonu – byle dalej od New Haven. Walcząc z mdłościami spowodowanymi bólem, zmusił się do nieporadnego biegu, dogonił parowóz i wciągnął się na zaczep z tyłu tendra. Koła załomotały na rozjeździe, lokomotywa zaczęła nabierać prędkości.

W Ameryce, o czym zdołał się już przekonać Branco, dzięki pociągom granice uległy zatarciu. Kraj był ogromny, trzydzieści razy większy niż Włochy, ale wobec tysięcy kilometrów krzyżujących się linii kolejowych odległości przestawały mieć znaczenie. Podróżując koleją, można było zniknąć bez śladu w slumsach Małej Italii albo w dzielnicach nędzy, obecnych we wszystkich większych miastach. Stróże prawa byli bezradni. W odróżnieniu od włoskich karabinierów, będących policją państwową, amerykańscy gliniarze zajmowali się tylko tym, co działo się w ich rewirze.

Nagle dał się słyszeć syk hamulców. Zazgrzytały koła i parowóz się zatrzymał.

W ciemności rozległy się czyjeś szybkie kroki. Branco zeskoczył na podkłady, wsunął się pod tender i wyciągnął nóż. Ktoś przebiegł obok i wspiął się do budki parowozu, stukając podeszwami o metalowe pręty drabinki. Zasyczały zwalniane hamulce, lokomotywa drgnęła i potoczyła się dalej. Antonio Branco zdążył wcisnąć się we wnękę w podwoziu tendra i z każdą chwilą coraz bardziej oddalał się od New Haven.

– Więcej węgla, Ron! Doug, podawaj Ronowi węgiel z tendra. Larry, Jack, pomóżcie mu.

– Nie ma więcej łopat, Isaac.

– A rączek Bozia nie dała?

Kluczem do powodzenia przedsięwzięcia była prędkość. Z rozkładu jazdy przestudiowanego przez Bella wynikało, że ruch pociągów zamiera po 22.30. W rozkładzie zamieszczono jednak ostrzeżenie o pociągach technicznych i transportach tłucznia, które mogły pojawić się na szlaku. Dlatego im szybciej pokonają jednotorową trasę, tym lepiej. Jadąc z prędkością dziewięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę, powinni znaleźć się w Farmington za czterdzieści minut. Bell popatrzył na zegarek. Stracili całe pięć minut na zabranie Douga. Prędkościomierz wskazywał sześćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę.

– Więcej węgla!

Chłopcy podawali węgiel. Ron wrzucał go do paleniska. Wydawało się, że trwa to całą wieczność, ale powoli, stopniowo, ciśnienie pary wzrastało, a wskazówka prędkościomierza sunęła coraz dalej, aż wreszcie zaczęła oscylować wokół dziewięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Lokomotywa nie ciągnęła wagonów, więc po osiągnięciu optymalnego tempa jazdy Bell przesunął stawidło do pozycji utrzymywania prędkości podróżnej, dając chwilę wytchnienia zmordowanym i usmolonym palaczom.

– Co tam jest przed nami?

Andy wysunął głowę przez boczne okienko i patrzył wzdłuż toru. Bell wychylił się wraz z nim i dostrzegł w oddali słabe światełko. Zerknął na zegarek, a potem na mapę.

– Stacja Mount Carmel.

Trzynaście kilometrów od New Haven. Pozostało jeszcze pięćdziesiąt dwa. Ku zadowoleniu Bella, w oknach budynku stacyjnego było ciemno. Najwyraźniej dyżurny ruchu, który mógłby rozesłać telegraficzne ostrzeżenie o „szalonej” lokomotywie, spał smacznie w swoim łóżku.

Andy dopraszał się o zgodę na sygnalizację gwizdkiem, ale Bell mu zabronił. Wszak planowali skrycie niczym duchy przemknąć przez stan Connecticut, więc potępieńcze wycie nie leżało w ich interesie.

Szczęście sprzyjało im nadal, kiedy stoszóstka w wielkim pędzie mijała przystanki Cheshire, Plantsville, i Southington – wszystkie trzy pogrążone w mroku i głębokim śnie. Teraz jednak zbliżali się do Plainville. Nazwę tę wydrukowano w rozkładzie wytłuszczoną czcionką, co oznaczało dużą stację węzłową. Faktycznie, po pokonaniu zakrętu w kierunku miasta oczom Bella ukazał się rzęsiście oświetlony peron i budynek dworcowy.

Zobaczył kolejarzy na peronie i pomyślał z obawą, że na torach mogą pracować robotnicy. Sięgnął do dźwigni hamulca, ale w tej samej chwili dostrzegł na semaforze wyjazdowym białe światło. Zgodnie z Katechizmem lokomotywy był to sygnał oznaczający wolną drogę.

– Zagwiżdż sobie, Andy.

Andy pociągnął za linkę, zwisającą z dachu budki. Para wytrysnęła z gwizdka z ogłuszającym świstem. Ludzie na peronie odskoczyli od toru i z osłupieniem patrzyli na rozpędzoną stoszóstkę, która przewaliła się przez stację Plainville z prędkością prawie stu kilometrów na godzinę.

Bell podniósł głos, aby wszyscy usłyszeli go poprzez huk maszyny.

– Wszystko się wydało.

Odpowiedział mu jęk zawodu.

– Co teraz zrobimy, Isaac?

– Odstawimy parowóz na bocznicę w Farmington i pójdziemy do panny Porter pieszo, na skróty – odpowiedział, pokazując im drogę na mapie. Potem wręczył im bilety na poranny pociąg z Plainville do New Haven. – Musimy zdążyć na zajęcia.

– Światła przed nami! – zawołał Andy, wyjrzawszy przez okno. Bell zamknął przepustnicę. Kiedy lokomotywa zaczęła wytracać prędkość, włączył hamulce i łagodnie zatrzymał ją na torze.

– Doug, tam masz zwrotnicę. Tylko migiem, bo już wiedzą, że się zbliżamy. Andy, pogaś światła.

Andy zgasił lampę czołową, a Doug dopadł do dźwigni zwrotnicy i przestawił ją, układając im drogę na tory postojowe stacji, widocznej na tle świateł Farmington. Zapadła cisza, tylko w uszach dzwoniło im od łoskotu tłoków.

– Czekajcie – szepnął Bell, słysząc chrzęst tłucznia pod czyimiś stopami. Po chwili w świetle gwiazd dostrzegł jakiś ruch.

– Ktoś idzie! – powiedzieli chórem Ron i Larry.

– Czekajcie – powtórzył Bell, wsłuchując się w kroki. – Biegnie w przeciwną stronę. – Kątem oka zauważył sylwetkę człowieka, oddalającego się od lokomotywy. – To tylko jakiś włóczęga.

– Gliny!

Ktoś biegł w ich kierunku, ale w ciemności widzieli tylko podskakującą latarnię.

W plamie światła mignął Bellowi samotny gliniarz kolejowy w koszuli nocnej do połowy wpuszczonej w spodnie. Próbował w biegu naciągnąć na ramiona szelki. 

– Stać! Nie ruszać się!

W tej samej plamie światła, w której Bell wcześniej widział gliniarza, zamajaczyła jakaś postać. Podskakująca lampa zawróciła i pognała za nią.

– Ściga tego włóczęgę.

– Wiejemy stąd, panowie, póki jest okazja.

Studenci dali nura w mrok. Bell obejrzał się za siebie. Włóczęga biegł jakoś dziwnie, przy każdym kroku wykrzywiając w bok prawą stopę. Przez głowę Bella przemknął obraz kłusaka o nieprawidłowym chodzie.

Z budynku stacji wypadł drugi strażnik. Zadął w gwizdek i ruszył za studentami. Bell patrzył na to z ciężkim sercem. Zdał sobie sprawę, że wpakował kolegów w paskudną sytuację. Popędził za nimi najszybciej jak potrafił, wbiegł między nich a strażnika, a kiedy ten go zauważył, skręcił w przeciwnym kierunku. Sztuczka się udała. Gliniarz pogalopował za nim, a pozostali chłopcy uciekli w stronę świateł miasta.

Bell zmierzał ku magazynom i składom węgla, stopniowo zwiększając dystans. Wpadłszy między zabudowania, pod ich osłoną zmienił kierunek i skrył się w pobliskiej kępie drzew. Przyczaił się i czekał. Tak wczesną wiosną gałęzie jeszcze nie pokryły się liśćmi i przepuszczały światło gwiazd, w którym lśniły jego nagie dłonie. Położył torbę na ziemi, postawił kołnierz i ukrył ręce w kieszeniach.

Usłyszał czyjeś kroki i zdyszany oddech. Kulawy włóczęga wsunął się między drzewa. Na widok Bella sięgnął do kieszeni i wyciągnął nóż. Stalowe ostrze mignęło w gwiezdnej poświacie. Uciekać, przemknęło Bellowi przez myśl, ale wolał nie odwracać się plecami do człowieka z nożem. Zamiast tego zasłonił się ciężką torbą i zacisnął pięść.

Oddaleni od siebie o jakieś trzy metry bez słowa mierzyli się wzrokiem. Twarz włóczęgi ginęła w cieniu pod daszkiem czapki, tylko oczy jarzyły się jak u zaszczutego zwierza. Ręce, nogi, całe ciało naprężył do skoku. Bell poczuł, że jego mięśnie napinają się jak postronki.

W oddali rozległy się gwizdki strażników. Gliniarze zwarli szeregi i pobiegli szukać w niewłaściwym kierunku. Włóczęga dyszał ciężko, strzelając wzrokiem to na niego, to w stronę odległych gwizdków.

Bell opuścił torbę i rozluźnił pięść. Przeczucie go nie zmyliło. Włóczęga schował nóż do kieszeni i oparł się o pień.

– Idę pierwszy – szepnął Bell.

Wysunął się ostrożnie spomiędzy drzew.

Kiedy skrył się za załomem muru otaczającego stację i popatrzył za siebie na tory, zauważył szybko przemieszczający się cień. Włóczęga uciekał w przeciwnym kierunku.

Nie potwierdziły się wątpliwości niewiernego Tomasza.

Kiedy tylko kamyki rzucone przez kolegów Bella zagrzechotały o szyby bursy przy Main Street, okna otworzyły się szeroko i pojawiły się w nich rozświergotane dziewczęta. Kto tam? Skąd się wzięliście, chłopcy? Jak udało się wam tu dotrzeć w środku nocy?

Wcześniej, podczas wędrówki przez pola, młodzieńcy zdecydowali, że mając na względzie najbliższą przyszłość, lepiej nie przyznawać się do kradzieży pociągu. Postanowili trzymać się wersji o wynajęciu pociągu specjalnego, co zresztą wywarło na podopiecznych panny Porter piorunujące wrażenie.

– Tylko po to, by się z nami zobaczyć?

– To warte każdych pieniędzy! – zakrzyknęli chórem Larry i Doug.

Nagle zza rogu wyszła ładna blondyneczka w powłóczystej białej koszuli nocnej.

– Lepiej zmykajcie, chłopcy. Wychowawczyni zadzwoniła po Millera.

– A ten Miller to kto?

– Miejscowy konstabl.

Młodzieńcy z Yale jak jeden mąż dali drapaka, oprócz Isaaca Bella, który stanął w smudze światła, zrywając kapelusz z głowy.

– Dobry wieczór, Mary Clark. Bardzo jestem rad widzieć cię ponownie.

– Isaac!

Miesiąc wcześniej spotkali się na herbacie, oczywiście w towarzystwie przyzwoitki.

– Co ty tutaj robisz?

– Podziwiam twoją urodę. Jesteś jeszcze piękniejsza, niż zapamiętałem.

– Miller zaraz tu będzie. Uciekaj, wariacie!

Isaac Bell skłonił się nisko i zniknął w mroku.

– Powiem Millerowi, że byliście z Harvardu! – zawołała za nim niezapomniana panna Mary Clark.

Dwa dni później wmaszerował do biura zawiadowcy stacji New Haven i oznajmił:

– Nazywam się Isaac Bell. Jestem studentem pierwszego roku uniwersytetu Yale. Na kampusie chodzą słuchy, że śledczy rozpytują o lokomotywę numer 106.

– Co ma pan do powiedzenia w tej sprawie?

– To ja ją pożyczyłem.

– Siadaj i nie ruszaj się! Poczekasz sobie na policję.

Zawiadowca chwycił za telefon i zameldował o oświadczeniu Bella.

Godzinę później pojawił się przedwcześnie posiwiały detektyw w garniturze w prążki. Przywiódł ze sobą wielkoluda z głową szczelnie owiniętą bandażem, z wyjątkiem jednego oka. To oko spoczęło na Bellu.

– Przecież to nie makaroniarz – wybełkotał olbrzym przez bandaże. – Mówiłem, że tamten był makaroniarzem.

– Twierdzi, że ukradł stoszóstkę.

– Nieważne. Niechby nawet ukradł cały cholerny pociąg, to i tak nie będzie parszywym Italiańcem o kaprawych ślepiach. To nie on mnie pociął.

Siwowłosy detektyw wyprowadził poszkodowanego. Wrócił po dwudziestu minutach. Usiadł naprzeciwko Bella i przedstawił się jako detektyw Eddie Edwards. Następnie wyciągnął notes i pokrywał jego kartki starannym równym pismem, słuchając opowieści Bella. Kazał mu ją powtórzyć trzykrotnie, a na koniec spytał:

– Może przypadkiem widział pan makaroniarza, który pokaleczył twarz tego stacyjnego osiłka?

– Na pewno nie w New Haven, ale w Farmington faktycznie widziałem kogoś pasującego do opisu. – Bell opowiedział mu o kulawym włóczędze. – Mógł przyjechać z nami, ukryty pod podwoziem tendra.

– Przekażę to policji kolejowej, tyle że on zdążył już pewnie dotrzeć do Bostonu. – Edwards zapisał coś jeszcze i zamknął notes.

– Męczy mnie to, że być może pomogłem bandycie w ucieczce – powiedział Bell.

– Zapewniam pana, że ten, kto pokancerował tego wielkoluda, poradziłby sobie i bez pańskiej pomocy. A teraz proszę ze mną, młody człowieku. Odprowadzę pana na uczelnię.

– Puszcza mnie pan wolno?

– Jakimś cudem pański nieprzemyślany postępek nie doprowadził do niczyjej śmierci, obrażeń ani zniszczenia mienia. W związku z tym w szeroko pojętym interesie Kolei New Haven nie leży wysuwanie oskarżeń pod adresem syna bostońskiego bankiera, od którego kiedyś, być może, będą chciały pożyczyć pieniądze.

– Skąd pan wie, że mój ojciec jest bankierem?

– Zadepeszowałem do kolegi z Bostonu.

Szli Chapel Street i Bell odpowiadał na pytania detektywa, dotyczące mijanych obiektów. Na wysokości parku Green Edwards zagadnął go:

– Proszę mi powiedzieć, tak między nami, ilu wspólników potrzebował pan do zrealizowania tej eskapady?

– Ani jednego. Zrobiłem to sam.

Eddie Edwards popatrzył badawczo na młodego studenta.

Bell odwzajemnił mu się takim samym spojrzeniem. Edwards ogromnie go intrygował. Detektyw ubierał się elegancko w odróżnieniu od biednego kolejowego gliniarza z pociętą twarzą. Miał naturę kameleona, swobodnym stylem bycia maskował bystre spojrzenie i jeszcze bystrzejszy umysł. Był znacznie młodszy, niż można byłoby sądzić po gęstej, siwej czuprynie. Bell zastanawiał się, gdzie nosi broń. Zgadywał, że w kaburze pod pachą, choć niczego nie było widać.

– Nieliche wyzwanie jak dla jednej osoby – zadumał się Edwards. – Przyznam, że jestem pełen podziwu dla człowieka, który zażarcie broni swoich przyjaciół.

– Tak naprawdę, nawet gdyby uczestniczyli w tym moi przyjaciele, to i tak był to wyłącznie mój pomysł – oznajmił Bell, pokazując detektywowi mapy, konduktorski zegarek i rozkład jazdy. – Zna pan Katechizm lokomotywy Grimshawa?

– Dobra odpowiedź, młodzieńcze. Poparta mocnymi dowodami. A na koniec zmiana tematu za pomocą pytania. Ma pan zadatki na łebskiego oszusta.

– Może raczej łebskiego detektywa?

Edwards powstrzymał uśmiech cisnący mu się na usta i twardo powiedział:

– Detektywi nie kradną, lecz służą ludziom pomocą.

– Panie Edwards, odnoszę wrażenie, że nie jest pan pracownikiem kolei.

– Kolej prosi nas o pomoc w sprawach wymagających większej finezji.

– To gdzie pan pracuje?

Edwards wypchnął pierś do przodu i wyprostował się, przez co stał się trochę wyższy.

– W Agencji Detektywistycznej Van Dorn.

Inne książki autora

Pirania Gangster

Pirania CUSSLER CLIVE

Zemsta cesarza

Zemsta cesarza CUSSLER CLIVE

Nożownik

Nożownik CUSSLER CLIVE

Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

Pirat

Pirat CUSSLER CLIVE

Projekt „Nighthawk”

Projekt „Nighthawk” CUSSLER CLIVE

Snajper

Snajper CUSSLER CLIVE

Klątwa Salomona

Klątwa Salomona CUSSLER CLIVE

Złoto cara

Złoto cara CUSSLER CLIVE CUSSLER DIRK

Tajemnica faraona

Tajemnica faraona BROWN GRAHAM CUSSLER CLIVE

Pirania

Pirania CUSSLER CLIVE

Przemytnik

Przemytnik CUSSLER CLIVE

Oko Niebios

Oko Niebios CUSSLER CLIVE

Sabotaż

Sabotaż CUSSLER CLIVE