Facebook
Bogowie nigdy nas nie opuścili

Bogowie nigdy nas nie opuścili

Tytuł oryginału: Botschaften aus dem Jahr 2118
Tłumaczenie: Agnieszka Górna
Ilość stron: 272, zdjęcia kolorowe
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-01-30
EAN: 9788324165452
37.80 PLN
25.29 PLN
Prehistoria i starożytność
światowy bestseller

Nowe WSPOMNIENIA Z PRZYSZŁOŚCI

 

 

Starożytni astronauci przybyli na Ziemię przed tysiącami lat.

I są tu nadal!

BOGOWIE NIGDY NAS NIE OPUŚCILI

 

Kontynuacja legendarnego bestsellera WSPOMNIENIA Z PRZYSZŁOŚCI, w którym Erich von Däniken podważył wszystko, czego uczą podręczniki o początkach cywilizacji, i zrewolucjonizował nasze spojrzenie na przeszłość ludzkości.

Wysunął szokującą tezę: technologie i religie dawnych kultur zostały podarowane ludziom przez starożytnych astronautów, którzy przybyli na Ziemię w załogowych statkach kosmicznych i zostali powitani jako bogowie.

Naukowcy książkę potępili.

Czytelnicy kupili 30 milionów egzemplarzy!

 

 

Czego właściwie chcieli od nas Obcy tysiące lat temu? I czego chcą teraz? I dlaczego tak wzbraniamy się przed uznaniem, że mogą tu być?

W BOGOWIE NIGDY NAS NIE OPUŚCILI Erich von Däniken odpowiada na te pytania jak zwykle barwnie i pasjonująco. Wykorzystuje najnowsze osiągnięcia biotechnologii, astrofizyki, inżynierii, sztucznej inteligencji. Oddaje głos ludziom, którzy nawiązali kontakt z przybyszami z kosmosu. Dlaczego media nie informują o tych sensacyjnych odkryciach? Komu zależy na ukrywaniu prawdy? Jednak dzień spotkania zbliża się nieuchronnie. Rozszyfrowany przez dwóch szwajcarskich fizyków kod spoza Ziemi wskazuje konkretną datę…

 

ERICH VON DÄNIKEN to najsłynniejszy kontrowersyjny badacz historii ludzkości i najwybitniejszy przedstawiciel paleoastronautyki. Jest najczęściej czytanym autorem literatury faktu na świecie. Jego książki przetłumaczono na 32 języki i wydano w 70 milionach egzemplarzy.

Przyszłość i tak nadejdzie

 

- Duchy nie istnieją! - mruknął ponuro Roger Favre, uparcie wzbraniając się przed zaakceptowaniem niemożliwego faktu  -  stało się jasne, że w jego domu straszy. Coś było nie tak. Czyżby rozum płatał mu figle? Oczy go zawodziły? Czy to pierwsze oznaki Alzheimera? A może początki typowych starczych dolegliwości, z jakimi miało się zmagać jego siedemdziesięcioletnie ciało? Roger czuł się niepewnie, ale nie chciał o tym z nikim rozmawiać. Może trochę mniej alkoholu? Rzucić palenie? Albo to, co polecają wszystkie mądrale: uprawiać więcej sportu? I załatwić sobie przez to zawał serca?

                Roger Favre siedział w tym samym  fotelu dziadka, w którym od lat oglądał telewizję. Fotel był ciężki, z ciemnobrązowej skóry, z małym wybrzuszeniem pod szyję i szerokimi podłokietnikami po obu stronach. Roger palił papierosy, przeglądał codzienną gazetę i czekał, aż Madeleine zawoła go na kolację. Odkąd przeszedł na emeryturę, tak wyglądał jego każdy wieczór i zdawało się, że nic nie może zmącić tego rytuału. Do czasu, kiedy – no cóż, kiedy coś nagle zaczęło być nie tak.  Kiedy pojawiły się te dziwne światła.

                Wśród swoich znajomych Roger uchodził za człowieka  zrównoważonego. Niektórzy uznawali go za nudnego, inni za pozbawionego poczucia humoru, ale wszyscy szanowali jego specjalistyczną wiedzę. Roger pracował przez dziesięciolecia w miejskim liceum jako nauczyciel geometrii. W obszarze francuskojęzycznym nauczycieli liceum tytułowało się mianem „profesora”. Monsieur le Professeur. Gdy chodziło o pomiary powierzchni i pojemności, a w mieście takim jak Genewa zdarzało się to bardzo często, jego dawni uczniowie zawsze się z nim konsultowali. Roger miał 46-letniego syna, który od 14 lat pracował jako fizyk w Europejskim Ośrodku Badań Jądrowych CERN (Conseil Européen pour la Recherche Nucléaire). Syn nosił to samo imię co ojciec, dlatego małżonka Rogera nazywała go „mon petit Roger”.  Mój mały Roger. Starszy Roger został dzięki młodszemu Rogerowi trzykrotnie dziadkiem. Mógł się pochwalić sporą rodziną – i ściśle rzecz biorąc, gdyby nie te migotające nachalnie światła, materializujące się w nieregularnych odstępach czasu na wysokości stóp jego fotela, cieszyłby się beztroskim życiem emerytowanego nauczyciela. Do żony,  Madeleine, zwracał się  pieszczotliwie Didi, bo imię Madeleine,  uważał, kojarzyło się ze służącą.

            Co kilka lat Roger popadał w zmienne nastroje. Madeleine nazywała je „ spleenami”. Przychodziły i mijały jak pory roku lub napady głodu u kobiet w ciąży. Pewnego razu w szaleńczym zachwycie posadził w ogrodzie 30 młodych drzew palmowych –   aby poczuć nieco klimatu południowego Pacyfiku. Nieoczekiwanie mroźna zima przemieniła jednak Pacyfik w Alaskę. Innym razem ogłosił, że każdy odpowiedzialny mężczyzna jako głowa rodziny powinien zapewnić swojemu domostwu własną elektrownię. Kupił silnik diesla, wykopał w piwnicy nielegalnie dół, w którym umieścił bak z ropą naftową, i uszczelnił dół asfaltem. Kiedy w całej okolicy doszło do  awarii prądu, zjawiła się policja. Krzyczeli, że postąpił  niezgodnie z prawem i zanieczyścił  wody gruntowe. Natychmiast trzeba było wypompować  zawartość baku. Dom tygodniami śmierdział ropą.  Warto jeszcze wspomnieć epizod z tunelem. Roger ze śmiertelnie poważną miną stwierdził, że jest potrzebny tunel do ucieczki, aby w razie katastrofy móc schronić się wraz z bliskimi pod ziemią. Łomami, czekanami i łopatami przez dwanaście tygodni zawzięcie kopał  i zatrudnił nawet pomocników, których hojnie wynagrodził za  milczenie. A potem w piwnicy pojawiła  się woda. Nie nagle, ale jej poziom rósł z dnia na dzień. Od tego czasu Didi nazywała piwnicę pogardliwie „Loch Ness”.

                Roger był właściwie miłym, skorym do pomocy człowiekiem – trochę tylko postrzelonym. Czasem. A teraz ta historia z błędnymi światłami na podłodze. Czyżby zaczął już całkiem odpływać?

                Straszyło już od dwóch tygodni. Zaczęło się zwyczajnie. Roger kupił w kiosku gazetę, wypił w barze Du Léman dwa piwa i w domu przywitał Didi w kuchni. Jak co wieczór opadł na swój stary skórzany fotel i czekał na komendę Didi, że czas na posiłek. Podczas wertowania gazety dostrzegł nagle migoczące światło unoszące się na wysokości jego lewej stopy. To zapewne jakieś odbicie światła z zewnątrz, bo zniknęło równie szybko, jak się pojawiło.

                A potem pojawiło się znowu. I drugi raz. I trzeci. Jakie było  źródło tego światła? Roger podszedł do okna, jego oczy obiegły całą ulicę z góry na dół w poszukiwaniu reflektorów samochodu, odblaskowego elementu z plastiku, dzieci bawiących się latarkami lub czegoś, czego tam zwykle wieczorami nie było. Nie zarejestrował żadnych zmian, a poza tym była  połowa marca i słońce już zniknęło za horyzontem.

                Roger usiadł poirytowany z powrotem w fotelu. Czyżby widział rzeczy, które nie istnieją? Czyżby jego mózg, jego oczy płatały mu figle? Wpatrywał się w swoje buty. W tym momencie znów się to pojawiło: tuż nad lewą stopą ujrzał barwny  świetlny kłębek, który przybrał kształt małego prostokąta. Roger przesunął nogę – kolorowe światło zostało, unosiło się około 30 centymetrów nad podłogą. Roger skierował czubek buta w jego środek. Świetlisty prostokąt nie zmienił się. Podszedł do ściany. Przekręcił do oporu wszystkie włączniki oświetlenia elektrycznego. Wszystkie lampy w pokoju dziennym rozbłysły ostrym światłem. Osiem na suficie i sześć na ścianach. Roger uklęknął, obmacał dywan i nacisnął na niego obiema dłońmi. Dziwne światło zapadło się w sobie. Tak, jakby ktoś wyłączył ekran.

                Roger wszedł do kuchni i poprosił Didi o latarkę. Didi zawsze wiedziała, gdzie co w domu  leży. 

- Szukasz czegoś w Loch Ness? - zapytała żartem.

- A gdzie tam! – skłamał. – Tabletka upadła mi na podłogę.

Oświetlał ściany centymetr po centymetrze. Gdzieś musiało znajdować się coś, w czym odbijało się światło. Maleńki odprysk szkła? Kryształowa kulka? Ramka zdjęcia? Metalowa bransoletka zegarka? Klucz? Świecące etui? Moneta? Dyskietka? Do diabła, przecież nie jest  głupcem!

- Tylko się nie denerwuj – uspokajał sam siebie. – Rozwiążę ten problem z naukową precyzją.

                Po kolacji Roger znów zasiadł w starym skórzanym fotelu. Dosłownie nie mógł się doczekać ponownego pojawienia się  tego  widmowego światła. W telewizji ktoś właśnie oznajmił, że World Wide Web zawdzięcza swoje powstanie CERN-owi. Sieć WWW stworzył w 1989 roku niejaki monsieur Tim Berners-Lee i miała ona służyć do szybkiego i łatwego przesyłania wyników badań między naukowcami. Roger zastanowił się, czy by nie zadzwonić do młodego Rogera i poinformować go o duchach w domu. Ale żeby syn – fizyk mu uwierzył, Roger potrzebował dowodów. Niezbitych dowodów. Takich jednak nie miał.  W telewizji leciała właśnie reklama. Jakaś firma prezentowała najnowszy aparat fotograficzny. Aparat? Roger zapukał do Didi. Siedziała w pokoju obok i śmiała się z głupkowatego serialu komediowego.

- Didi - przerwał jej zabawę Roger – Gdzie  leży mój stary sprzęt fotograficzny? No, wiesz, czarne torby Nikona?

Didi ściszyła dźwięk.

- Po co ci w środku nocy aparaty fotograficzne? Dzisiaj wszystko jest cyfrowe. Nie dostaniesz do nich już nawet filmów.

- To znaczy, że je wyrzuciłaś?

- Chciałam kilka lat temu. Ale schowałam kuferek do szafy w ścianie u góry schodów. Schodów do Loch Ness.

- Dziękuję – zawołał Roger – Może uda mi się jeszcze sprzedać ten stary sprzęt.

                W torbie leżały dwa  aparaty fotograficzne i kilka obiektywów. Były zadziwiająco dobrym stanie: sprężyny, spust, ustawienia, samowyzwalacz, wszystko działało jak kiedyś. Brakowało tylko filmów.

                Następnego dnia Roger spytał sprzedawcę w sklepie z artykułami fotograficznymi na Rue de Mont-Blanc.

- Powiedz, Jean-Claude, można jeszcze kupić te stare filmy? Kodak je produkował.

- Tutaj tak. Mieszkamy w Genewie i nie uwierzyłbyś, jakimi zabytkowymi aparatami robią jeszcze zdjęcia niektórzy posłowie ONZ.

                Usiedli na kawę na zapleczu sklepu. Znali się od czasów liceum. Roger chciał się dowiedzieć, jak działa aparat, gdy robi się zdjęcia obiektów w ruchu. Jak uruchamia się wyzwalacz aparatu, gdy coś się poruszy?

- Wiesz przecież, jak działają  czujniki ruchu? Wytwarzają słabe promieniowanie. Jak tylko w pomieszczeniu coś się poruszy, promień zostaje przerwany, co z kolei wyzwala sygnał. Światło się zapala.

- Czy da się ten system połączyć z aparatem? Skierowuję obiektyw na określone miejsce i ustawiam samowyzwalacz. A kiedy światło w pomieszczeniu się zmienia, aparat robi zdjęcie?

                Kilka dni potem Roger przykleił swojego Nikona do taboretu. Do aparatu włożył wysokoczuły film 400-ASA i przyłączył czujnik ruchowy. Zdumiona Didi spytała:

- Do jakiego spleenu mogę to zaliczyć? W naszym salonie nie ma ani karaluchów, ani pluskiew.

- Chcę coś sprawdzić – wymamrotał Roger, zgodnie z prawdą. – Aparat połączony jest z czujnikiem ruchu i mierzy warunki świetlne w pomieszczeniu.

- I po co to wszystko? –  Didi lekko zmrużyła oczy.

- Czasem mam problemy. Coś wydaje mi się zbyt jasne, a potem znowu za ciemne. Może powinienem wybrać się do lekarza. To urządzenie mierzy jasność światła.

            Didi potrząsnęła głową,  nie mówiąc ani słowa. Zostaw go, pomyślała, ten spleen też minie.

                Przez dwa dni nic się nie działo. Żadnych zjaw w domu. Kiedy Roger siedział w fotelu, wyciągał wtyczkę czujnika ruchu i rozbrajał aparat. Odkładał ją na stolik obok. Można było oszaleć. Ani śladu  błędnych świateł. I  wreszcie wczesnym wieczorem 28 marca znów to światło zaczęło migotać. Roger chwycił Nikona i przycisnął wyzwalacz 36 razy. Użycie lampy błyskowej nie było możliwe. Flesz przyćmiłby światło na podłodze. Trzy dni później trzymał w dłoni kolorowe zdjęcia i świętował swój sukces. To niepojęte! Niewiarygodne! Na zdjęciach wyraźnie widać było najpierw punkt, który przeobrażał się w kłębek światła. Ten następnie przybrał kształt kwadratu, a w końcu kolorowego prostokąta w paski. Podczas pstrykania zdjęć Roger przytomnie wsunął w kadr swój but. On także był widoczny na trzech zdjęciach, a świetlna figura znajdowała się tuż nad jego czubkiem.

- Synu –  Roger zadzwonił do swego potomka i zapytał: – Czy masz chwilę czasu dla  starego ojca?

- W ciągu następnych dni będzie z tym ciężko. Jest u nas ponad 60 naukowców ze wszystkich krajów. Nie masz pojęcia, co to za uczona paplanina. A poza tym pełno tu nachalnych dziennikarzy.

- W gazetach wszędzie piszą o jakiejś elementarnej cząstce. Czego szukacie?

- Bozonu Higgsa. Ach, tato! Za długo by opowiadać o tym przez telefon. No, ale ty szybko się połapiesz. W 1964 roku brytyjski fizyk Peter Higgs opracował teorię, według której początkowo bezmasowe cząstki na tle tak zwanego pola Higgsa nagle tej masy nabierają. Jeśli uda nam się je znaleźć, te dziwne cząstki wyjaśnią nam sporo rzeczy.

- Ile udało wam się już odkryć?

- Akcelerator cząstek  uruchomiliśmy już w zeszłym roku w grudniu, potem znowu w lutym tego roku i obecnie startuje trzecia faza. Wszystko wygląda bardzo obiecująco. Ale nie pytaj o ilość  energii, którą zużywamy! Dla zwykłych śmiertelników to prawie niewyobrażalne!

                Stary Roger wiedział o tym. Już w 1989 roku w CERN uruchomiono wielki zderzacz elektronowo-pozytonowy. Przy pełnej mocy to monstrum pożerało 100 GeV (gigaelektronowoltów) – ilość energii zużywaną przez dziesięć dużych miast. Teraz w użyciu był wielki zderzacz hadronów, największy na świecie przyspieszacz cząstek. Donosiła o tym  prasa. Akcelerator, w kształcie  pierścienia o obwodzie 27 kilometrów, był umiejscowiony na francusko-szwajcarskim pograniczu, 60 metrów pod ziemią, w odległości zaledwie jednego kilometra od domu Rogera. Wokół tego pierścienia – a właściwie rury w kształcie koła – rozmieszczonych było 9300 olbrzymich magnesów, które zapobiegały wpadaniu na ściany cząstek elementarnych przyspieszonych niemal do prędkości światła i utrzymywały je przy zawrotnym tempie wewnątrz przewodu. CERN finansowało 21 państw i każde z nich wysyłało do Genewy swoich najlepszych fizyków jądrowych. Szeroka opinia publiczna rzadko dowiadywała się, co tak naprawdę działo się w CERN–ie. Nie ze względów zachowania poufności, bo CERN chętnie wydawał oświadczenia, ale ze względu na złożoność tematu. Fizyka cząstek elementarnych nie była popularnym obszarem nauki, niczym, co można wyjaśnić w kilku słowach.

- I kiedy liczycie na przełom? – spytał  Roger syna.

- Trudno przewidzieć. Liczymy, że stanie się to w  nadchodzących tygodniach, ale wszystko jest możliwe: rewolucja w dziedzinie fizyki cząstek elementarnych albo katastrofa. Jeśli dojdzie do przełomu, usłyszysz o tym na wszystkich kanałach TV.

- Pozwól, że ci przerwę, synu. Słyszałem głupie plotki. Czy to, co wy tu robicie, jest  niebezpieczne? Czytałem niedawno, jak pewien fizyk ostrzegał, że możecie wyprodukować coś w rodzaju miniaturowej czarnej dziury, która połknie cały świat. W końcu ludzie nazywają tę cząstkę Higgsa, tę, której szukacie, „boską cząstką”.

- Tato, naprawdę nie musisz się niczego bać. Ja i pozostali naukowcy znamy obliczenia. Nigdzie nie powstanie żadna czarna dziura. Potrzebowalibyśmy do tego milion razy więcej energii niż obecnie… Jak już ten cały chaos minie, chętnie wpadnę do domu na kolację. Adieu! Ucałuj mamę! Odezwę się!

Roger odłożył telefon komórkowy i  w zamyśleniu przejrzał 36 kolorowych zdjęć. Kolejne zdjęcia przesuwały się pod jego palcami, a podejrzenie wciąż rosło: czy świetlisty prostokąt w jego salonie miał jakiś związek z eksperymentami w wielkim zderzaczu hadronów? Czy u niego w domu manifestowało się coś niezwykłego, co mogłoby zainteresować fizyków z CERN–u? Był tak wzburzony, że chciał jeszcze raz zadzwonić do  syna, ale jednak się nie odważył. Potrzebował więcej dowodów, lepszych zdjęć. Zdjęć wykonanych pod innym kątem.

                Roger kupił więc cały zapas wysokoczułych filmów marki Kodak. Wszystkie, które Jean-Claude miał w magazynie. Salon przeobraził się w rewir łowiecki. Roger nie siedział już w starym skórzanym fotelu, ale przesuwał się po dywanie w krzesełku na kółkach, które nabył w domu spokojnej starości, z aparatem przewieszonym jak podczas podchodów. Oba aparaty były załadowane, cztery różne obiektywy gotowe  do użycia.

                Zaniepokoiło to Didi.

- Czy naprawdę nie możesz mi wyjaśnić, co to wszystko ma znaczyć? Zachowujesz się co prawda normalnie, ale znam twoje oczy i twój instynkt…

                Roger  próbował wytłumaczyć jej problem cząstek Higgsa. Pokazał jej też 36 kolorowych zdjęć.

                Didi wyglądała na zdenerwowaną. Niepewnie zapytała:

- I nie ma tu niczego, co może wybuchnąć? Nie masz w domu żadnych chemikaliów?

- Nie, skarbie. Nie mam nawet ani jednej zapałki bengalskiej.

                Didi wpatrywała się w podłogę, a potem w 36 zdjęć, które leżały porozrzucane po całym stoliku.

- Musimy zawiadomić naszego syna – powiedziała z nutą przekory w głosie.

- Już o tym wie! – potwierdził Roger – Wszyscy fizycy w CERN–ie pracują przy tym fenomenalnym eksperymencie. Szukają nieistniejącej cząstki elementarnej. Jak tylko wszystko się uspokoi, twój mały Roger przyjdzie do nas na kolację.

                W ciągu kolejnych dwóch tygodni prostokątne światło pojawiało się o różnych porach dnia. Rogerowi udało się zrobić zdjęcia pod każdym kątem. Od przodu, od tyłu, z góry, od dołu, z oraz bez oświetlenia w pokoju.  Co to, u diabła, było? To nie mogło być nagromadzenie cząstek Higgsa. Z tego, co wiedział, cząstki dematerializowały się równie szybko, jak powstawały. Rozpadały się na inne cząstki elementarne – czyli zmieniały postać. Roger zaopatrzył się w książki i wyczytał w nich, że bozon Higgsa „to elementarne wzbudzenie pola Higgsa”. Cokolwiek to miało znaczyć. W każdym razie nie było to nic, co wisiało w powietrzu i co można było ze wszystkich stron fotografować. Ale jakby nie było: to dzienne pole świetlne istniało. Roger mógł tego  dowieść za pomocą 234 zdjęć. Ależ młody Roger się zdziwi! Roger niecierpliwie czekał na telefon od syna.

                Nadszedł maj. Nad Jeziorem Genewskim klimat stał się łagodny. Z daleka połyskiwały lodowe szczyty francuskich Alp. Na południowym zboczu wzgórza, 800 metrów od pasa genewskiego lotniska, pod szerokim parasolem słonecznym siedziały dwie generacje rodziny Favre. Roger otworzył pierwszą butelkę szampana.

 - Udało nam się – zameldował młody Roger z dumą i skinął głową, śmiejąc się. – Tato, to wszystko musi zostać między nami...-

- Jak miałbym...?

- Odkryliśmy cząstkę Higgsa. Ostatecznie i raz na zawsze. To niesamowite. Był przy tym też stary Peter Higgs. Płakał z radości, a my wszyscy tańczyliśmy w kółku, trzymając się za ręce. Niepowtarzalny moment! 26 fizyków zachowywało się jak dzieci. Ale postanowiliśmy, że ogłosimy to publicznie dopiero za kilka tygodni. Najpierw musimy dokładnie udokumentować rezultaty i to w taki sposób, aby można było je przekazać dziennikarzom.

- Gratuluję! Jesteś wspaniały! – Didi wzniosła toast w kierunku syna. – Czy zostaniemy teraz rodzicami laureata Nagrody Nobla?

- Mamoooo? O czym ty myślisz? Jesteśmy dużym, międzynarodowym zespołem. Zaszczyt należy się Peterowi Higgsowi. To na podstawie jego obliczeń udowodniliśmy istnienie cząstki.

                Przy stole zapadło milczenie. Roger zwrócił się do  syna.

- Czy masz ochotę wysłuchać niesamowitej historii?

- Opowiedzianej przez ciebie, zawsze! – Młody Roger zaśmiał się i wzniósł toast sam ku sobie.

                Godzinę później wiedział o wszystkim. Raz po raz przeglądał zdjęcia. Powędrował za ojcem do salonu i zasiadł w starym skórzanym fotelu dokładnie w momencie, kiedy widmo znów się pojawiło. Teraz młody Roger był naocznym świadkiem. Przeżycie, które utkwiło w komórkach jego mózgu równie mocno, jak odkrycie bozonu Higgsa. Mężczyźni naradzali się nad dalszymi krokami. Roger fizyk powiedział do Rogera „profesora” geometrii:

- Z takim szalonym odkryciem nie mogę zwrócić się CERN–u oficjalnie. Znam dwóch dobrych gości, oboje tak jak ja są fizykami cząstek elementarnych i tak jak ja gotowi na przygodę. Mamo, tato, za waszym pozwoleniem zaproszę ich tutaj. Może w sobotę?

                Fizycy, Szwajcar z kantonu Glarus o nazwisku Zwicky i wyglądający jak nauczyciel wychowania fizycznego Durand, Francuz pochodzący z Clermont-Ferrand, mieli poczucie humoru. Na wstępie  zaczęli opowiadać dowcipy o naukowcach i lekarzach. Znają państwo ten...? „Młody mężczyzna siedzi na fotelu dentystycznym. Dentysta zagląda mu do ust i mówi ze zdziwieniem:

- Ależ ma pan dużo hemoroidów.- Co proszę? – jąka się pacjent.

W tym momencie wchodzi pomoc dentystyczna i prosi doktora do telefonu w pomieszczeniu obok. Kiedy ten wraca do gabinetu, pacjent siedzi na podłodze. Spodnie ma spuszczone i ogląda w lusterku swój zadek.

- Co pan do diabła robi? –krzyczy dentysta.

- Chciałem tylko sprawdzić, czy mam też próchnicę...”

                Po serii żartów zrobiło się poważnie. Roger poinformował swoich kolegów o zajściach  w domu ojca i pokazał im zdjęcia. Z lampkami szampana w dłoniach wszyscy poszli do salonu, a tam jak na komendę pojawiło się kolorowe pole świetlne. W ostatnich dniach znikało dość rzadko, a do tego nieco urosło – tak, jakby ktoś przekręcił obiektyw i powiększył fragment obrazu. Zwicky i  Durand przypatrywali się kolorowej strukturze ze wszystkich stron. Chcieli się upewnić, że nie ulegają złudzeniu,  i otoczyli świetlną figurę gazetą. Każda forma odbijania się światła, obojętne z której strony, była teraz wykluczona. Następnie zaczęto się naradzać: dyskutowano, wysuwano i porzucano teorie, spekulacje, szalone pomysły. Zwicky zwrócił uwagę, że kolory są nieregularne. Struktura świetlna miała z przodu  inny wzór niż z tyłu. Jego zdaniem rewers nie był kopią, prześwitującym obrazem.

- Być może to hologram. Trójwymiarowy – ale my widzimy tylko dwie strony. Jak pierwszą i ostatnią stronę książki. Ale brakuje zawartej między nimi treści.

                Mężczyźni postanowili przeprowadzić kilka eksperymentów z użyciem wysokoczułych detektorów, które miały pomóc w ustaleniu źródła światła.

                Dwa dni później wszystko było już przygotowane. Salon zamienił się w laboratorium. Na metalowych stelażach, specjalnie kupionych w markecie budowlanym centrum handlowego, przyklejono małe skrzynki. Między stelażami naukowcy wytworzyli sieć różnokolorowych promieni laserowych. Stykały się one z upiornym świetlnym prostokątem 30 centymetrów nad ziemią. Warunki podczas eksperymentu były przy tym wielokrotnie zmieniane. Po czterech godzinach zdenerwowany  Durand załamał ręce:

- To coś promieniuje znikąd. Nie ma żadnego źródła – nie pochodzi zza ściany, z sufitu albo z zewnątrz. Obraz powstaje bezpośrednio w tym miejscu. Dokładnie tam, gdzie go teraz widzimy.

                Genialny  Zwicky  stwierdził, że jest to „message”. Muszą to  odczytać. Nie wiadomo skąd, ale jest tam jakaś wiadomość i trzeba ją uwidocznić. Trzej fizycy podłączyli do laptopa wiele urządzeń. Niewidoczny promień lasera – kolejna nowość dla Rogera – skanował cienkie linie boczne prostokąta. Można by rzec – boczną krawędź kartki papieru.

                A potem zapadła cisza. Wszyscy wpatrywali się w ekran, nie ważąc się nawet oddychać. Pojawił się na nim uformowany w pięciu blokach binarny kod.

 

00110001 00110010 00110001 00110110 00110010 00110001 00110001 00111000

 

00110001 00110010 00110010 00110010 00110010 00110001 00110001 00111000

 

00110000 00110001 00110000 00111000 00110010 00110001 00110001 00111001

 

00110000 00110001 00110001 00110100 00110010 00110001 00110001 00111001

 

00110000 00110101 00110000 00110101 00110010 00110001 00110001 00111001

 

- Skąd pochodzą te znaki? – szepnął zdumiony młody Roger. – A może ktoś tu z nas robi głupków? Nie jesteśmy przypadkiem w ukrytej kamerze?

- Cicho bądź! –  Zwicky nie wytrzymał. – Właśnie próbuję odczytać ten kod! Tutaj, patrzcie!

 

12162118

12222118

01082119

01142119

05052119

 

Wszyscy wpatrywali się w mały ekran laptopa.  Zwicky zaczął ze skupieniem wyjaśniać:

                To miałoby sens: dwa pierwsze rzędy liczb kończą się na 2118, dwa kolejne – na 2119. Czyli są to kalendarzowe daty, zapisane w systemie amerykańskim. To znaczy: najpierw miesiąc, potem dzień i na końcu rok. U nas czytamy daty tak:

 

16 grudnia 2118 (w systemie amerykańskim 12/16/2118)

22 grudnia 2118

8 stycznia 2119

14 stycznia 2119

5 maja 2119

 

- Tak, a…? K-t-o…?

- Nie mam pojęcia. - Zwicky i Durand spojrzeli po sobie bezradnie.

Wszyscy zgromadzili się wokół stołu. Daty odnosiły się do  przyszłości. Eksperyment przeprowadzano 5 maja 2012 roku. Pierwsza data na ekranie, 16 grudnia 2118, była zatem odległa o siedem miesięcy i 106 lat w przyszłości. Co tu się odbywało? Mężczyźni co chwilę sprawdzali, czy aby nie padli  ofiarą jakiegoś żartu. Może  kolegów z CERN–u, którzy  chcieli się z nich pośmiać? Młody Roger wpadł na pewien pomysł:

- Czy istnieje możliwość zareagowania jakby na tej samej częstotliwości? Jeśli ktoś wysyła mi maila z wiadomością, mogę przecież na nią odpowiedzieć…

- Właściwie tak – odpowiedział w zamyśleniu  Durand. – Ale co mielibyśmy odpisać nadawcy?

                 Zwicky już zabrał się do dzieła. Na klawiaturze wystukał  aktualną datę, 5 maja 2012, oraz pytanie „Kim jesteście?”. Wszystko to  w języku angielskim i kodem binarnym, bo fizycy uznali, że to będzie język zrozumiały dla wszystkich.

                Nagle zrobiło się ciemno. Nie tylko wyłączył się ekran laptopa, ale także tajemnicza świetlna struktura 30 centymetrów nad ziemią. Wyglądało na to, że ich wiadomość dokądś dotarła. A potem przez cały wieczór nic już się nie wydarzyło. Peter Zwicky  spróbował jeszcze wysłać dwie kolejne wiadomości. Ale połączenie przestało już istnieć. Czy wszyscy śnili właśnie ten sam sen? A może stali się ofiarami tajemniczego sterowania mózgiem? To przecież nie mogło się  dziać naprawdę.  Peter stwierdził jednak rzeczowo, że to nie tylko jest realne, ale  jeszcze być może  cholernie ważne. Ich nieznany, obcy partner gdzieś tam na zewnątrz dysponował najwyraźniej technicznymi możliwościami, których oni nie mieli. Nawet  hakerzy by czegoś takiego nie dokonali.

- Z tego wynika, że obcy  pochodzi z przyszłości. Odezwie się znowu,  jeśli  zechce  – dokończył Zwicky. 

            Grupa debatowała do wczesnego rana. Roger,  l dawny profesor geometrii, obstawał przy tym, że nie jest możliwe, aby coś przybywało z przyszłości. Absolutnie nic nie może. Nawet wiadomość. Kropka. Jacques Durand przypomniał im, że  szwedzki fizyk Max Tegmark, w naukowych pismach postulował  istnienie światów równoległych, rzeczywistości istniejących obok naszej, których  w ogóle nie znamy. Młody Roger przytoczył prace matematyka Kurta Gödela, który już dekady temu wykładał, że ogólna teoria względności Einsteina dopuszcza możliwość podróży w czasie i w przestrzeni. A przesyłanie wiadomości? Jak miałoby to wyglądać?

- Wyobraźcie sobie ekstremalnie drobną siatkę rakiety tenisowej. Gdy piłka uderza w rakietę, powoduje w niej wgłębienie. Przestrzeń się zakrzywia. A teraz wyobraźcie sobie zamiast piłki tenisowej maleńką, ekstremalnie ciężką kulkę. Wykrzywi ona siatkę do tego stopnia, że ta przyjmie kształt owej kulki i  całkowicie ją obejmie. Mikroskopijna, bardzo ciężka kulka to byłby wehikuł czasu. Mógłby on opuszczać przestrzeń w dowolnym miejscu. To wynika zresztą z ogólnej teorii względności Einsteina – ale jej nie muszę wam wyjaśniać. Niesamowite przy tym jest to, że wehikuł czasu przy opuszczaniu przestrzeni ląduje w innym wymiarze, bo wokół przestrzeni istnieje nieskończenie wiele wymiarów. Mówiąc obrazowo, obok przestrzeni, w której my właśnie sobie rozmawiamy, leżą tryliony innych przestrzeni, oddalonych od nas o ułamek nanomilimetra… Fizyka kwantowa sprawia, że najbardziej niemożliwe rzeczy stają się możliwe.

- Zaklęcie hokus pokus też? – spytał ktoś.

- Fizyka kwantowa j-e-s-t jak zaklęciem hokus pokus – zauważył  Zwicky ze spokojem. - Według teorii tachionów naszego szanownego kolegi Geralda Feinberga odwrócone mogą zostać nawet przyczyna i skutek…

                Nad ranem mężczyźni odjechali taksówką do domu. Następnego dnia znów wszyscy czekali na ponowne pojawienie się widma .

            Peter połączył laptopa z drukarką. Na ekranie pokazał się wyraźny trójwymiarowy obraz. Każdy rozpoznał, że to widok widzianego z góry lekko zakrzywionego Jeziora Genewskiego. A wokół niego miasto Genewa, tylko że olbrzymich rozmiarów w porównaniu z wielkością z 2012 roku. Pasmo domów z szerokimi pasami ruchu pośrodku okalało jezioro po obu stronach. Z lewej strony aż do  miasta Lozanny, z prawej strony do kurortu Evian we Francji. Nad obrazem trzepotała wyraźna niebieska flaga ONZ.

- To niemożliwe! – powiedział Jacques z ironią . – Po prostu niemożliwe! Jeśli obraz pochodzi z przyszłości, to znaczy, że za 106 lat ciągle będzie istnieć ONZ i flaga organizacji będzie wyglądać tak samo. To przecież niemożliwe!

- O co moglibyśmy ich spytać? – spytał Peter Zwicky. Wszyscy zgodzili się na zdanie: „Proszę, ujawnijcie  swoją tożsamość!” Odpowiedź przyszła natychmiast: „Jesteśmy potomkami. Eksperymentujemy z mostami czasowymi. Według starego chrześcijańskiego kalendarza mamy dziś 7 maja 2119 roku”

- Obłęd! – Peter zaśmiał się z niedowierzaniem w głosie. – U nich jest rok 2119 - tak po prostu!

- Powoli zaczynam wierzyć w coś niemożliwego – zauważył Roger. – Pomyślcie, ile możemy zyskać dzięki wiedzy z przyszłości. Oni wyprzedzają nas o 100 lat! Ich wiedza skróci nasz czas badań…

- I budżet badawczy…

                Spośród członków grupy palaczem był  tylko stary Roger. Teraz każdy nerwowo zaciągał się  papierosem. Wszyscy mieli świadomość, że w tej sytuacji należało powiadomić współpracowników i przełożonych. Odkrycie bozonu Higgsa to nic w porównaniu z dialogiem z ludźmi z przyszłości. Konsekwencje były nie do przewidzenia! Mężczyźni postanowili zadać partnerom z przyszłości pytanie: „Albert Einstein obliczył fale grawitacyjne i twierdził, że fale te powodują zakrzywianie przestrzeni. Czy dowiedziono prawdziwości tej teorii?”

                Odpowiedź nie nadeszła. Połączenie zostało zerwane przez drugą stronę. Ekran pozostawał czarny. Dlatego nikt, ani młodszy  Roger, ani Peter Zwicky, ani Jacques Durand nie powiadomili kolegów z pracy. Peter ujął w słowa to, co wszyscy przypuszczali:

- Żadne informacje nie mogą przedostać się z przyszłości do przeszłości. To zmieniłoby przyszłość.

Badacze postanowili zlikwidować laboratorium w salonie Rogera i zdemontować urządzenia, lasery i stelaże. Wtedy ekran znów się rozświetlił. Ukazali się na nim ludzie o niemal nadnaturalnie pięknych rysach twarzy. Każdy z nich miał oczy takiej samej wielkości, takie same regularne, lekko uśmiechnięte usta. Każdy nosił  coś w rodzaju granatowego kombinezonu i każdy wykonywał powolne, pełne gracji ruchy. W dolnym brzegu ekranu widniał srebrny napis: PRZYSZŁOŚĆ I TAK NADEJDZIE (The future happens anyway). Peter przytomnie włączył drukarkę. Pojawiające się zdjęcia były kolorowe i ostre. Po dwóch minutach połączenie się zerwało

            Kopie zdjęć, które wykonał  Roger Favre, trafiły do wielu rąk. A tych kilku wtajemniczonych z 2012 roku przestało już rozumieć ten świat. TO mieli być nasi spadkobiercy? Wszyscy piękni jak z obrazka? Powabni, uroczy, nieokreślonej płci? Poza tym emanowali czymś obcym. Nasi potomkowie, istoty pozaziemskie?

Aktualności
2018-10-31

Upoluj bestseller

Łapcie okazję!

Teraz wszystkie nasze książki kupicie z rabatem -35%*.

Promocja trwa do 06.11!

 

* Promocja dotyczy książek kupionych w księgarni Ravelo

czytaj więcej
2018-10-23

Na targach we Frankfurcie...

Małgorzata Cebo-Foniok i Zbigniew Foniok  z Sebastianem Fitzkiem na targach we Frankfurcie.

Sceneria nawiązuje do najnowszej powieści mistrza.

czytaj więcej
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej

Inne książki autora

Wspomnienia z przyszłości Bogowie nigdy nas nie opuścili

Wspomnienia z przyszłości DÄNIKEN ERICH VON

37.80 PLN 25.29 PLN
Ciekawość zakazana!

Ciekawość zakazana! DÄNIKEN ERICH VON

44.80 PLN 29.97 PLN
Pozdrowienia z epoki kamiennej
44.80 PLN 29.97 PLN
Poszukiwacze zaginionej wiedzy

Poszukiwacze zaginionej wiedzy DÄNIKEN ERICH VON

42.80 PLN 28.63 PLN