Zmuszona do małżeństwa

Zmuszona do małżeństwa

Tytuł oryginału: Mairée de Force
Tłumaczenie: Barbara Walicka
Ilość stron: 304
Rodzaj: miękka, wyd.4
Format: 135x205
Data wydania: 2020-01-30
EAN: 9788324171569

Dostępny po: 2020-01-30
Biografie, wspomnienia

Bita, upokarzana zawsze marzyła o innym życiu. Marzyła, by wyjść za mąż z miłości…
Wstrząsające świadectwo okrutnej tradycji małżeństwa pod przymusem.

Ciało kobiety jest grzeszne od urodzenia, córka jest w oczach ojca wyłącznie domową służącą i paczką z owiniętym w dziewictwo prezentem dla mężczyzny, którego ojciec dla niej wybierze...

Leila urodziła się, dorastała i mieszka we Francji, w marokańskiej rodzinie przestrzegającej surowej tradycji. Od dziecka o wszystkim, co robiła, decydował ojciec. Matka, potulna i bezwolna, była całkowicie podporządkowana mężowi. Leila miała dziesięciu braci, którym musiała usługiwać. Od świtu do nocy sprzątała, gotowała, opiekowała się młodszym rodzeństwem, zmuszana do niewolniczej pracy. Za każde nieposłuszeństwo była brutalnie karana. Nie chciała się jednak poddać. Marzyła o innym życiu, o czułości, miłości.
Jej bunt przeciwko okrucieństwu ojca i braci o mało nie skończył się tragedią. Ale najgorsze było jeszcze przed nią. Ojciec postanowił wydać ją za mąż...
Romantyczne marzenia Leili pękają jak bańka mydlana. Zostaje zmuszona do małżeństwa z mężczyzną, którego nawet nigdy nie widziała. Jej mąż, Marokańczyk starszy od niej o piętnaście lat, traktuje ją jak niewolnicę. Dziewczyna zostaje uwięziona w zaklętym kręgu tradycji, uległości i posłuszeństwa, jakie muzułmańska kobieta powinna okazywać mężowi, który jest panem jej losu…
LEILA z niezwykłą odwagą walczyła o swoją wolność, o prawo decydowania o sobie, o swoją godność. Jej szokująca autobiografia Zmuszona do małżeństwa to protest przeciwko wciąż żywemu barbarzyńskiemu obyczajowi małżeństw zawartych pod przymusem, który co roku skazuje tysiące dziewcząt na poniżenie i domową niewolę.

Przede mną schodki, hol i drzwi z napisem: „Biuro mera”.

Mam na imię Leila, dwadzieścia jeden lat, urodziłam się we Francji w tradycyjnej rodzinie marokańskiej. Jeszcze dziś ta tradycja jest wszechwładna: obok stoi mój ojciec.

Nie jest wcale religijnym fanatykiem czy niegodziwcem. Jest człowiekiem zasługującym na szacunek, szanowanym przez wszystkich ojców rodzin w naszej dzielnicy. Bije swoją córkę, gdy okazuje krnąbrność, w ten sposób mnie wychowywał, tresując w posłuszeństwie i uległości. Bił mnie również wtedy, kiedy postanowił, że poślubię mężczyznę, który wchodzi teraz po schodkach przede mną.

Zawieram związek małżeński przed urzędnikiem administracji francuskiej z mężczyzną, którego w ogóle nie znam. To tylko formalność. Nie są to zaślubiny, lecz akt wymuszony. Mogłabym się uratować, zbiec ze schodów, krzykiem wezwać pomoc. Ale tego nie zrobię, bo moje życie nie należy do mnie. Dziewczyna wychowana w tradycji muzułmańskiej nie może i nie potrafi żyć poza kręgiem rodziny, bez opieki ojca, którego zadaniem jest przekazanie jej innemu opiekunowi: wybranemu przez niego mężowi.

Urodziłam się w tej dzielnicy, odnotowano ten fakt w rejestrze Urzędu Stanu Cywilnego tego samego merostwa, domyślam się, że mam jakieś prawa, ale ta wiedza do niczego mi nie służy. Do kogo miałabym się zwrócić? Do pracownicy opieki społecznej? Nie będzie mogła nic zrobić, bo to sprawa prywatna. Prosić o pomoc policję? Odpowiedzą mi, że jestem dorosła, więc wystarczy, jeżeli powiem „nie”. W demokracji małżeństwo wymuszone nie istnieje z zasady.

Ale nawet jeżeli przed merem ośmieliłabym się powiedzieć „nie” i tak nie wyrwałabym się z tego zamkniętego kręgu, ponieważ zostałam już wydana za mąż oficjalnie w Maroku; takie małżeństwo nie jest wprawdzie uznawane we Francji, lecz gdybym odmówiła dopełnienia tych ostatnich formalności we Francji, to w oczach mojego ojca i całej wspólnoty marokańskiej naszej dzielnicy zostałabym potępiona, uznana za „złą córkę” i odrzucona przez wszystkich. Nie mogłabym już nigdy swobodnie wrócić do Maroka, a mój mąż miałby prawo mnie odszukać po to, by potem mnie odtrącić. A odtrącenie żony przez męża jest dla ojca dziewczyny najgorszym z upokorzeń.

Kiedyś, dawno temu, śniłam o małżeństwie z miłości, o tym, że spotkam ukochanego, o jakim marzą dziewczęta. Marzyłam o białej sukni i bukiecie kwiatów, tak jak to przedstawiają romantyczne opowieści, uśmiechałabym się, stojąc na szczycie schodów, wszystkie moje przyjaciółki przybyłyby, aby mnie ucałować i mi gratulować. Opuszczałabym swoją rodzinę, żeby zamieszkać w małym mieszkanku tylko we dwoje; płacząc ze wzruszenia, uściskałabym rodziców i moich braci, aby biec ku swemu szczęściu i wolności, jakiej pragnęłam od zawsze.

Formalność trwała zaledwie dziesięć minut.

Nieznajomy ma teraz to, czego chciał. Nieważne, że ożenił się z Leilą. Mógłby poślubić każdą Marokankę urodzoną we Francji, byle była dziewicą i pochodziła z dobrej rodziny.

Mój ojciec nawet nie „sprzedał” mnie temu mężczyźnie, jak to się czasem zdarza. Po prostu wierzył w tradycyjne małżeństwo aranżowane między rodzinami, był szczery w swoim uporze, chcąc mnie zmusić do posłuszeństwa, abym nie wyłamywała się z szeregu, nie zniósłby myśli, że jego córka mogłaby żyć inaczej.

W głowie mam pustkę. Nie ma mnie tutaj, ten dzień w ogóle nie istnieje, wykreśliłam go z góry z moich myśli. Schowałam głowę w piasek jak struś, oczekując nie wiadomo skąd interwencji ręki przeznaczenia, która mogłaby mnie stąd wyciągnąć: czekałam na koniec świata, na trzęsienie ziemi, na to, aby ktoś wstał i powiedział: „Prawo francuskie nie uznaje ­małżeństwa zawartego pod przymusem z cudzoziemskim obywatelem!”

Oprócz nas i dwóch przypadkowych świadków w biurze mera nie było nikogo, ziemia też się nie zatrzęsła.

Mer nie zadawał żadnych zbędnych pytań, niejeden raz widział małżeństwa zawierane pospiesznie i bez okrzyków radości.

Pod władczym, surowym spojrzeniem mojego ojca wypowiedziałam „tak” nieswoim, obcym głosem, złożyłam podpis na dokumencie, nie widząc go niemal przez łzy.

Przy najmniejszym odruchu buntu ojciec uderzyłby mnie i natychmiast wysłał na wieś lub wyrzucił na ulicę. Musiałabym uciekać, schronić się w jakimś domu, u jakichś ludzi, wydana na pastwę wolności, której mnie nigdy nie nauczył i której wizja sprawiała, że trzęsłam się ze strachu. Integracja łączy się z wolnością mówienia „nie”. Tradycja to niemożność wypowiedzenia tego „nie”. Nigdy nie czułam się na tyle wolna, by zdobyć się na śmiałość uchybienia temu niepisanemu prawu.

 

 

Gdzie byłaś?

Miałam siedem, osiem lat, a może mniej, gdy wciąż dźwięczały mi w uszach rozlegające się w całym mieszkaniu głosy moich rodziców:

– Leila! Nakryj do stołu! Leila, zajmij się bratem! Leila, pozmywaj naczynia! Leila, zostań tu! Leila, co robisz?

Chodź tu, nie wychodź, posprzątaj pokój. O której godzinie wracasz ze szkoły, zabierz stąd swoje rzeczy, pomóż matce, nie rozmawiaj z tą dziewczynką, z kim byłaś…

Rozkazy i zakazy wbijały się w mój mózg ostre jak szpilki. Nie miałam nic do powiedzenia, byłam przedmiotem, narzędziem rodziny, rodzina sterowała mną jak za pomocą pilota do telewizora.

Patrząc w lustro, nie widzę osoby. Urodziłam się, istniałam więc ciałem, miałam głowę, dwoje oczu i serce, by odczuwać świat, i nie mogłam się nimi posługiwać. Wychowywano mnie w tradycji marokańskiej w samym sercu Francji i mogłam oddychać swobodnie tylko wówczas, gdy przekraczałam próg szkoły.

W klasie podczas lekcji istniałam jako odrębna osobowość, moja inteligencja mogła się karmić pożyteczną wiedzą, w czasie przerw wolno mi było biegać i śmiać się jak innym, ubóstwiałam szkołę. Ale gdy z niej wychodziłam, już w drodze powrotnej do domu natychmiast stawałam się nikim.

– Nie włócz się i wracaj na czas! Zajmij się swoimi braćmi!

Byłam jedyną dziewczynką w całej gromadzie chłopców. Za każdym razem, gdy moja matka rodziła, czekałam na korytarzu kliniki w nadziei wyzwolenia, czekałam na zbawczy głos, który by oznajmił:

– Dziewczynka!

Ale rytuał nigdy się nie zmieniał. Brat, potem następny, po nim kolejny. Dwóch starszych, ośmiu młodszych. Całe dzieciństwo i całą młodość spędziłam, marząc o siostrze jak o darze niebios.

W wieku pięciu, może sześciu lat zaczynałam niemal wyć z rozpaczy, kiedy nie mogłam zobaczyć w ramionach mojej matki istoty, która wreszcie byłaby do mnie podobna. Wydawało mi się, że ten wysyp chłopców opuszczających ciało mojej matki był dla mnie osobistą karą. Dlatego moje własne narodziny wśród nich były dla mnie karą jeszcze cięższą.

Ali i Brahim, Karim i Milud, Muhammad i Hasan, Mansur i Sliman, Idris i Raszid… Moja matka rodziła właściwie co rok, tak więc sprawcy mojego losu przesuwali się jeden po drugim jak w czołówce filmu, podczas gdy ja pozostawałam sama, niewidoczna na ekranie, za to obarczona ogromem prac. Wychodząc ze szkoły po lekcjach, zazdrościłam moim koleżankom, po które przychodziły matki, obejmowały je czule, więc chyba były dla nich niezwykle ważne. Moja matka z tą całą gromadą dzieci nieprzerwanie wykonywała pracę na akord. Nawet nocą zawsze czuwała przy jakimś płaczącym niemowlęciu. Jej życie upływało w całkowitej niewoli.

Bardzo wcześnie byłam zmuszona pomagać w domu, lecz zuchwale odrzucałam rolę niewolnicy moich braci. Moja matka biła mnie, ciągnęła za włosy, bo według niej nie robiłam niczego lub prawie niczego z tego, czego chciała. Dla niej było to bardziej niż normalne, że córka jej pomaga, tak ona została wychowana w swojej wiosce, jeszcze zanim przyjechała do Francji, gdzie nie znała nikogo i gdzie nie potrafiła z nikim się porozumieć, bo nie znała języka. W czasach, kiedy się urodziłam, czyli jakieś dwadzieścia pięć lat temu, w naszej dzielnicy mieszkało niewiele rodzin z Maghrebu. A gdy ona tu przybyła ze swojej zapad­łej dziury – jeszcze żadna. Kolejne porody… i moja matka znalazła się zamknięta w ciasnym mieszkaniu M5, gdzie gnieździło się jedenaścioro dzieci, w krainie bez słońca, z zakazem opuszczania domu, aby samej zrobić zakupy. Tym, co miało związek ze światem zewnętrznym, zajmował się mój ojciec, sam robił i przynosił zakupy, na co szło całe jego wynagrodzenie; pracował jako robotnik. W tamtych czasach nie było mowy o kontroli urodzin, słowa „pigułka antykoncepcyjna” nie znano, to Bóg zsyłał mu synów. Później zadawałam sobie pytanie, czy przypadkiem fakt, że mój ojciec był sierotą, nie stanowił przyczyny tej niepohamowanej płodności.

Od początku pobytu we Francji moja matka mogła tylko obserwować życie przez okno na drugim piętrze, opuszczała mieszkanie wyłącznie na czas porodu lub dreptała w ślad za ojcem, a za nią cała gromada chłopców. Ja byłam zamknięta w tym świecie tak jak ona. Moi bracia, rosnąc, mieli prawo biegać swobodnie po ulicy przez nikogo niepilnowani. Ale nie ja. Moje koleżanki z dzielnicy zachęcały, abym się z nimi pobawiła przed domem:

– Idziemy na skakankę. Przyjdziesz?

– Muszę zapytać ojca, ale na pewno się nie zgodzi. Zapytajcie go same, może wam nie odmówi, ale mnie na pewno powie „nie”.

I rzeczywiście, zawsze padała niezmienna odpowiedź:

– Potrzebujesz powietrza? To wyjdź na balkon!

Co za niesprawiedliwość. Nie śmiałam zapytać, dlaczego tak jest, nie próbowałam nawet tego zrozumieć. „Nie”, znaczyło „nie”. Jeszcze dziś mam w oczach ten widok: stoję na balkonie jak niewolnica, nie wiadomo, jakim prawem skazana na to, by tylko patrzeć, jak inne dziewczynki się bawią. Byłam jeszcze bardzo mała, chodziłam do podstawówki i niczego nie rozumiałam. Dlaczego wychodzenie przed dom było tak niebezpieczne? Czym groziło tamto powietrze?

Stopniowo do dzielnicy przybywały inne rodziny z Maghrebu, potem rodziny afrykańskie, w szkole stanowiliśmy mieszankę z rodowitymi Francuzami, ten cały szkolny światek żył zgodnie, moja najlepsza koleżanka Suria skakała przez skakankę z innymi dziewczynkami, z Faridą, Joséphine, Sylvie, Maliką… Alia i Charlotte bawiły się przed domem, ale zawsze beze mnie. Dlaczego?

Mój ojciec wychowywał wszystkie swoje dzieci tak, że się go panicznie bały.

Gdy nas wypytywał i któreś na nieszczęście podniosło wzrok, natychmiast dostawało klapsa:

– Spuść oczy!

Nigdy nie słyszeliśmy ciepłego słowa, nie mówiąc już o serdecznym geście. Nie pamiętam, abym choć raz w życiu wskoczyła ojcu na kolana czy aby uściskał mnie na dzień dobry czy dobranoc. Rozdźwięk między jego surową władzą rodzicielską a tym, co widziałam lub słyszałam od dzieci francuskich czy emigrantów, był ogromny. Ten sposób wychowania wypaczał mnie całkowicie już od najwcześniejszego dzieciństwa. Pamiętam obóz narciarski zorganizowany w drugiej klasie podstawówki. W moim przypadku od samego początku był zakaz. Nauczyciel nawet pofatygował się do ojca i starał się go nakłonić, żeby zmienił zdanie:

– Pana córka niczego nie ryzykuje. Dziewczynki będą osobno, a chłopcy osobno…

Nic nie wskórał. Problem polegał na tym, że nawet jeżeli chłopcy będą osobno, mój ojciec obawiał się jakiegokolwiek kontaktu poza jego dozorem. W wieku dziesięciu lat jest się całkiem niewinnym. Nie wyobrażałam sobie niczego nagannego związanego z bliskością chłopców.

W domu spałam w tym samym pokoju, co czereda moich braci… I to mojemu ojcu w ogóle nie przeszkadzało! Mnie tak. Ojciec kompletnie ignorował fakt, że niebezpieczeństwo czyhało na mnie we własnym domu.

Nie wiedział, że kiedy byłam w wieku laleczki Barbie, jeden z tych młodych samców, starszy ode mnie, na zawsze obrzydził mi bliskość między kobietą i mężczyzną. Na myśl o tym, że mogę zostać zamknięta w jednym pokoju z tym chłopakiem, ogarniało mnie przerażenie. Napastnik doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej bezkarności, wiedział, że wstyd zamuruje mi usta i że nigdy nie ośmielę się wskazać winnego. Miał rację. Rzecz jasna, uszanował moje dziewictwo, w rodzinie muzułmańskiej dziewictwo jest świętością. Istnieją wszakże inne, równie dotkliwe sposoby upokorzenia dziewczynki w tym wieku. Milczałam, tak jak milczą wszystkie molestowane dzieci. Milczę jeszcze dziś, lecz ta zatruta myśl wciąż mnie prześladuje. Dlaczego nie krzyczałam o pomoc? Dlaczego to znosiłam? Dlaczego zawsze ja powinnam była czuć się winna, podczas gdy okrutnik żył sobie spokojnie, bez najmniejszych wyrzutów sumienia? On po prostu ćwiczył na mnie swoją męskość, byłam przedmiotem pod ręką. Nikim.

Napiętnowana tajemnym grzechem byłam zerem, tchórzliwa, zbrukana, nadawałam się tylko na śmieci. Tak więc ze wszystkich sił starałam się ukryć ten koszmar w najgłębszym zakamarku mojego mózgu.

Wyrzuciłam go ze swoich myśli, nie miałam innego wyjścia.

No i stałam się agresywna, zbuntowana, nerwowa, chora z powodu tego milczenia narzuconego w więzieniu, gdzie jedyne prawo stanowiło słowo ojca, a chłopcy zawsze mieli rację. Dlatego też przysięgałam sobie, że będę się dobrze uczyć w szkole, zdobędę zawód, że wyjdę za mąż tylko wtedy, jeśli któregoś dnia sama podejmę taką decyzję, najpóźniej jak to możliwe, no i przede wszystkim nie będę wychowywała całego stada dzieci. A poza tym wyłącznie wtedy, jeżeli spotkam kogoś, kto mi się naprawdę spodoba, komu nie każę płacić za moje dzieciństwo.

Tak marzyłam, stojąc na balkonie, jak zamknięta w wieży, porzucona przez wszystkich księżniczka, czekająca na księcia z bajki rodem z telewizyjnego serialu. Wygłupiałam się przed moimi koleżankami z klasy, opowiadając im o garbowaniu skóry, klapsach, policzkach, „praniu” – tak się to określa w języku naszej dzielnicy – które dostawałam regularnie za karę za moje jawnie buntownicze zachowania.

Chciałam być, istnieć, po prostu zyskać trochę uwagi i uczucia. Nie żądałam czegoś ­nadzwyczajnego. Słodycze, lalki – kompletnie mnie nie obchodziły. Chciałam, żeby mnie kochano, żeby ojciec mnie całował rano i wieczór, żeby przychodził po mnie do szkoły, a ponieważ nic takiego nie następowało, bezustannie zadawałam sobie pytanie, czy naprawdę jestem jego córką. Wydawało mi się, że tylko mnie traktuje z taką obojętnością. Mimo władzy, jaką sprawował również nad moimi braćmi, ich porozumienie przeciwko mnie trwało niezmiennie, nigdy nie miałam racji. Matka aprobowała ten stan rzeczy.