Oślepiona

Oślepiona

Tytuł oryginału: Out of the Darkness
Ilość stron: 330
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 135x205
Data wydania: 2021-10-20
EAN: 9788324175161
Biografie, wspomnienia

Ta historia przemocy domowej wstrząsnęła światową opinią publiczną.

Najgorsze jest to, że już nigdy nie zobaczę moich dzieci…

Kiedy dziewiętnastoletnia Tina poznaje Shane’a, koleżanka ostrzega ją, że jest niebezpieczny. Lecz gdy spotyka go dziesięć lat później, widzi w nim mężczyznę, w którego ramionach znajdzie upragnione poczucie bezpieczeństwa. Całkowicie zauroczona nie zauważa, jak agresywny potrafi być jej ukochany. Po ośmiu miesiącach następuje pierwszy brutalny atak. Shane wyzywa Tinę, opluwa i wyrzuca przez okno na ulicę...

Tina nie zrywa z nim – miłość bierze górę nad instynktem samozachowawczym. Jest silniejsza niż ból, strach i upokorzenia. Ciężkie pobicia, pęknięcie kości policzkowej, rany zadawane nożem, interwencje policji, kochanki Shane’a przewijające się przez dom Tiny – jak można to wytrzymać? Jednak Tina znosi kolejne tortury. Shane znęca się nad nią, również na oczach jej dzieci, a ona wciąż wierzy, że to już ostatni raz, że teraz on się zmieni. Ta nadzieja kończy się 20 kwietnia 2011 roku, wraz z ostatnim okrutnym atakiem. Przez dwanaście godzin Shane katuje Tinę do nieprzytomności i wbija jej palce w oczy...

W autobiografii Oślepiona TINA NASH szczerze opowiada, jak wyglądał jej związek z brutalnym partnerem i o dwunastogodzinnym, niewyobrażalnym ataku. Ma nadzieję, że jej historia pomoże innym maltretowanym kobietom uwięzionym w toksycznych relacjach uwierzyć, że mogą przerwać przedziwną spiralę przemocy i emocjonalnego uzależnienia. Historia Tiny Nash wstrząsnęła opinią publiczną w Wielkiej Brytanii i odbiła się szerokim echem w mediach na świecie – również w Polsce. Jej książka stała się bestsellerem Top 10 „Booksellera”.

Patronat:

Nowy początek
Podobno nie powinno się wracać do miejsca, w którym się dorastało. Trzeba było się tego trzymać.
Zygzakiem pokonywałam drogę przez piaszczyste wydmy do Hayle Beach, gdzie nie postawiłam stopy przez dwanaście lat, odkąd jako siedemnastolatka wyjechałam z domu. W sennym kornwalijskim miasteczku nic się nie zmieniło i z każdym krokiem przemykało mi przez myśl kolejne wspomnienie z dzieciństwa.
– Hej, Ben, nie wchodź za głęboko! – krzyknęłam na starszego syna, który chciał wskoczyć do morza.
Jednak ja się zmieniłam. Wróciłam do miasteczka z dwoma synami, którzy mieli różnych ojców, i z serią nieudanych związków na koncie. A za najszczęśliwsze chwile życia uważałam te, kiedy bawiłam się z braćmi i siostrami w Hayle, więc gdy zwolniło się komunalne mieszkanie w tym samym budynku, w którym wychowywała nas mama, skorzystałam z okazji, żeby rozpocząć nowe życie.
Wzięłam na ręce mojego dwuletniego synka, Liama, oparłam go sobie o biodro i ruszyłam spacerem trzykilometrową złotą plażą tuż przy brzegu, żeby lepiej widzieć Bena, który taplał się w morzu. Był upalny sierpniowy dzień 2009 roku. Piasek parzył mnie w bose stopy, ale właśnie to uczucie przywodziło na myśl wspomnienie wspaniałych wakacji. Wystawiłam twarz do słońca i przez chwilę rozkoszowałam się ciepłem jak foka na skale. Życie jednak wcale nie jest takie złe.
– Mamo, patrz! – Dwunastoletni Ben z dumą wyciągnął rękę. Trzymał w niej różową rozgwiazdę, która wyglądała tak, jakby ktoś porządnie ją nadgryzł.
– Nieźle, Ben – powiedziałam, przeczesując dłonią czarne włosy syna. Jego usiana piegami twarz się rozpromieniła. To prawda, że Bena urodziłam bardzo młodo, ale dzieci były dla mnie całym światem i ani przez sekundę nie żałowałam, że zostałam matką w wieku szesnastu lat.
Jednak moje wybory, jeżeli chodzi o mężczyzn, pozostawiały wiele do życzenia. Z ojcem Liama, kucharzem o imieniu Paul, byłam przez cztery lata. Niestety, związek się wypalił, a mój ostatni chłopak, z którym byłam rok, zostawił mnie emocjonalnie wyczerpaną – znikał na całe dnie, a potem nagle przychodził pod moje mieszkanie kilka razy z rzędu i robił wszystko, żebym zwróciła na niego uwagę. Nigdy nie wiedziałam, na czym stoję, i miałam tego dość.
Energicznie wsunęłam stopę w wodę, rozpryskując falę na nogi Bena.
– Ej, mamo – jęknął, ale uśmiechnął się na myśl o wodnej bitwie. Skoczył, a woda bryzgnęła na wysokość mojej ręki. Liam zapiszczał z radości.
– Czekaj, czekaj! – krzyknęłam, chwytając mocniej Liama i ruszając za Benem.
– Nie, mamo! – zapiszczał i wybiegł z wody na brzeg.
Tego dnia na plaży było mnóstwo ludzi z ręcznikami, parawanami i latawcami. Jakiś chłopczyk zbudował potężny zamek tuż przy morzu, tak że fosa napełniała się wodą z każdym przyjściem fali. Uśmiechnęłam się, bo przypomniałam sobie, ile radości miałam z siostrami i bratem Paulem.
Nie byliśmy grzeczni. Podkradaliśmy ubrania z kempingów, zdejmowaliśmy pranie ze sznurków. Pamiętam, jak pewnego razu z krzykiem gonił mnie po kempingu zdenerwowany wczasowicz. Teraz czuję się winna, ale wtedy byłam młoda i zrobiłabym wszystko dla chwili rozrywki. Inną ulubioną przez nas zabawą było podkradanie mleka sprzed drzwi. Budowaliśmy kryjówki w opuszczonych szopach albo w lesie przy torach, ustawialiśmy wkoło dwadzieścia butelek mleka i piliśmy je przez cały dzień. Ale nie zajmowaliśmy się tylko kradzieżami dla rozrywki. Pewnego dnia do naszego obozu przybłąkał się labrador. Mama się wściekła, kiedy przyprowadziłam go do domu.
– Co to, do cholery, jest?! – krzyczała w progu, kiedy karmiłam naszego nowego przyjaciela ciastkami.
– Proszę, mamo. – Jasne włosy chłopczycy wpadały mi do oczu.
– Nie. Zabierz go! – nie zgodziła się i zatrzasnęła drzwi.
Mama była bardzo surowa i często się wściekała, ale to nie przeszkadzało nam dobrze się bawić. W dzieciństwie nie mieliśmy wiele, ale wykorzystywaliśmy wszystko, co się da, i dzięki temu nauczyłam się sobie radzić. Bliscy i przyjaciele, na których można liczyć, wystarczą, żeby przejść przez życie. To dlatego zdecydowałam się na powrót do Hayle – większa część rodziny mieszkała o rzut beretem.
– Ben! – krzyknęłam. – Idziemy do babci – oznajmiłam i wskazałam palcem wydmy.
Moja babcia nadal mieszkała w tym samym domu co wtedy, kiedy wyjeżdżałam z Hayle, dwie minuty od plaży, za małym komisariatem policji po lewej stronie. Poczułam zapach ciepłego ciasta, kiedy weszłam na podjazd.
– Witaj, skarbie – powitała mnie uśmiechem i uścis­kiem. Babcia była dla mnie jak matka. Właściwie była mi bliższa niż matka, która nie miała dla nas czasu. Wchodząc do jej salonu, poczułam, jakbym cofnęła się w czasie. Miałam już dwadzieścia dziewięć lat, ale wszystko było dokładnie takie samo jak wtedy, kiedy miałam pięć i skakałam po jej biało-brązowym dywanie, udając konia. Nadal miała kremowe zasłony do podłogi z kwiatowymi motywami w esy-floresy koloru kawy i atrapę kominka z lat siedemdziesiątych wbudowaną w wyłożoną kamieniami ścianę, która przypominała łaciatą żyrafę.
– Herbatkę i ciasto, kochanie?
– Oj, nie kuś – droczyłam się. Zawsze piekła dla mnie i dla dzieci, a ja miałam dziwne przeczucie, że przygotowała moje ulubione ciasto. – Kokosowiec, nie powinnaś była – zachichotałam, kiedy przyniosła mi kawałek na wyblakłym porcelanowym talerzyku i postawiła go przede mną na obrusie w niebieską kratę. Szmer nalewanej herbaty był miły i kojący. Przy babci zawsze czułam się bezpieczna i kochana i miałam wrażenie, że czas się zatrzymał, bo wydawało się, że ona się nie starzeje. Miała na sobie spódnicę do kostek, jak zwykle, rajstopy z grubymi niebieskimi wzmocnieniami i zapiętą po samą szyję bluzkę. Nazywaliśmy ją „królową”, bo wyglądała jak Jej Królewska Mość, kiedy wychodziła z salonu w swoim stroju, z ułożonymi włosami.
– No to kiedy ślub? – spytała babcia z chytrym uśmieszkiem.
– Mam dość facetów – westchnęłam, obiema dłońmi obejmując filiżankę z herbatą.
– A co z tym chłopakiem, z którym umawiałaś się przez ostatni rok? – Odkroiła kawałek ciasta.
Wzięłam głęboki oddech, w szoku, że dotknęła tak czułego miejsca.
– Nie jestem z nim szczęśliwa – szepnęłam. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie miałam zamiaru opowiadać babci o tym, że przez jego nieobliczalne zachowanie, przez to, że raz był miły, a za chwilę obojętny, czułam się samotnie i niepewnie. Łza spłynęła mi po policzku.
– Nie bądź głupia, weź się w garść – odparła babcia, tak jak wtedy, kiedy płakaliśmy, będąc dziećmi. – Gdzie jest ta Tina, która z zaciętą miną z powrotem wsiadała na konia, kiedy z niego spadła? – zażartowała. Jako nastolatka ujeżdżałam wielkie konie wyścigowe. Nieraz spadłam w kłujące krzewy jałowca, poraniłam sobie ręce i nogi, ale zawsze wracałam na wierzchowca. Wtedy się nie bałam. – Nie chcę widzieć tych łez. Weź sobie jeszcze jeden kawałek ciasta – uśmiechnęła się, krojąc kolejną porcję. Miała rację. Nie mogłam pozwolić, żeby pokonało mnie kolejne zerwanie.
Oddychając głęboko przez nos, skinęłam głową, żeby dać babci znać, że jej słucham. Widziałam mamę, która przeżywała setki rozstań i była źle traktowana przez mężczyzn, i nie miałam zamiaru się na to godzić. Szczyciłam się tym, że nie jestem idiotką, nie zadaję się z dupkami i nie miałam najmniejszego zamiaru tego robić.
Moje pół bliźniaka z dwiema sypialniami znajdowało się na ulicy za domem babci. Mieszkanie nie mog­ło się równać z tym w St Ives, ale musiałam zacząć wszystko od nowa. Jednak kiedy siedziałam sama w sobotni wieczór i oglądałam ckliwą romantyczną komedię, ciężko było mi przekonać samą siebie, że postąpiłam właściwie. Chłopcy byli z ojcem Liama, a moimi jedynymi towarzyszami były brudne smugi na ścianach pozostawione przez poprzedniego najemcę.
To jakiś śmietnik, pomyślałam, mierząc wzrokiem źle dopasowane drewniane klepki podłogowe z dziurami na tyle dużymi, że można było w nie wpaść. Dom zawsze był moją dumą, ale ten bałagan mnie dołował i sprawiał, że czułam się jeszcze bardziej samotna. Nie bądź idiotką, Tina, powtarzałam sobie. Sięgałam akurat po paczkę ciastek, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Spojrzałam w tamtą stronę, jakbym się spodziewała, że ktoś je otworzy. Puk – puk – puk! Ktokolwiek to był, był nieznośnie natarczywy. Moja siostra Lorraine.
– Zbieraj się, wychodzimy – oznajmiła, wkraczając do salonu wystrojona w dyskotekową kreację.
– Popatrz tylko na mnie – powiedziałam, pokazując sweter z kapturem i dresowe spodnie.
– Jedziemy na urodziny Mandy do Penzance. Weź prysznic – nakazała.
Lorraine była niemal tak uparta jak ja. Miała długie ciemne włosy i była lustrzanym odbiciem matki, zanim przefarbowała się na blond. Była ode mnie o rok młodsza, uwielbiała imprezy i na szczęście mieszkała tuż pod Penzance, niedaleko mnie.
Ja jako nastolatka byłam naturalną blondynką, ale przez ostatnich dziesięć lat dodatkowo rozjaśniałam włosy, zyskując przezwisko Pamela Nash, a to dlatego, że trochę przypominałam Pamelę Anderson z telewizyjnego serialu Słoneczny patrol i lubiłam plażę. Lorraine wyciągnęła prostownicę i zaczęła wygładzać moje długie jasne włosy, a ja w tym czasie nakładałam na powieki perłowy zielony cień. Uwielbiałam to robić, to był jeden z moich rytuałów przed wyjściem. Mnóstwo czasu poświęcałam na ten zabieg, żeby za pomocą pędzelka wydobyć blask z moich błękitnych oczu.
– Może być? – spytałam, wyciągając czarną sukienkę. Chociaż byłam drobna – przy metrze sześćdziesiąt ważyłam tylko pięćdziesiąt trzy kilogramy – nie lubiłam pokazywać szczupłej figury. Mama wpoiła nam w dzieciństwie, że musimy się ubierać konserwatywnie, chociaż ją obowiązywały inne zasady.
– Nie pójdziesz w tym – warknęła kiedyś, gdy zeszłam na dół w zwykłej koszulce na ramiączkach. – Wracaj na górę – wycedziła. Jej głos ciągle pobrzmiewał mi w głowie i odcisnął piętno w mojej świadomości.
– Włóż ją, a do tego brokatowe szpilki – zachęciła mnie Lorraine.
– Eee – powiedziałam, nagle zawstydzona, i wycofałam się do sypialni. Wyszłam znowu w czarnych spodniach, białej koszulce i w krótkim cekinowym bolerku. Okręciłam się, chociaż tego wieczoru wcale nie byłam w nastroju.
– Wszyscy faceci będą się za tobą oglądali – skwitowała Lorraine i wypchnęła mnie za drzwi.
Impreza urodzinowa składała się z kolacji w średniowiecznym pubie w Penzance. Zanim dostaliśmy rachunek, wypiłam kilka kieliszków wina i zgodziłam się na wypad do klubu. Penzance jest małą mieściną – parę minimarketów, sklepów z ubraniami i biżuterią na stromej ulicy kilka minut od promenady, przy której znajdują się też restauracje i hotele. Jest tu ostatni przystanek kolei brytyjskiej na południowym zachodzie – dosłownie koniec linii. To miasteczko, w którym wszyscy się znają i rozpoznają twarze nawet po wielu latach.
– Uwaga, Nashówny dziś balują – zażartował bramkarz stojący przy wejściu do klubu Barn. – Nie zabrałyście ze sobą Tracey?
Czułam się, jakbym znowu była w szkole. Było nas sześcioro i po tylu latach ciągle nosiliśmy te same przezwiska.
– Trace ma męża i dzieci. Nie może latać po dyskotekach. Wpuść nas, nudziarzu – odpowiedziałam, przeciskając się do jedynego przyzwoitego klubu w miasteczku.
– Drinka? – spytała Lorraine, ruszając w stronę baru.
Wsunęłam jej rękę pod ramię i dałam się poprowadzić. Tak dawno nie szalałam, że zapomniałam, jak to jest odsunąć od siebie zmartwienia na wieczór. Patrzyłam, jak barman ustawia miniaturowe kieliszki i z dużej wysokości napełnia je tequilą, rozpryskując ją po barze. Polizałyśmy nadgarstki posypane solą, stuknęłyśmy się kieliszkami i wypiłyśmy zawartość.
– Brrr… – skrzywiłam się, czując w ustach palącą gorycz.
– Poliż – poradziła Lorraine, podając mi plasterek cytryny na zakończenie. Potem chwyciła mnie za rękę i pociągnęła na parkiet. Taniec i jazda konna były moją pasją w młodości i w tym czułam się najpewniej. Wyrzuciłam ręce w górę, żeby chwycić stroboskopowe światło i kołysałam biodrami na boki.
Wyczuwałam, że ktoś mnie obserwuje.
Okręciłam się, wymachując w powietrzu rękami w rytm muzyki, która była tak głośna, że czułam, jak dudni we mnie.
Czyjś wzrok przeszywał mnie na wskroś.
Obróciłam się i nasze spojrzenia się spotkały. Był cudowny – czarne krótko ostrzyżone włosy, wyraźnie zarysowana linia szczęki, mięśnie rozsadzające koszulę w niebieską kratkę i tajemnicze ciemne oczy. Wyglądał jak rugbysta, przy wzroście metr dziewięćdziesiąt ważył co najmniej sto dziesięć kilo. Opierał łokieć o blat, jakby miał świadomość tego, jaki z niego przystojniak. Był jak magnes, który mnie przyciąga. Podeszłam do niego, odważna po alkoholu, i położyłam sobie ręce na biodrach.
– Pamiętasz mnie? – spytałam.

Inne książki autora