Facebook
Sto dni szczęścia

Sto dni szczęścia

Tytuł oryginału: How to Be Happy
Tłumaczenie: Irena Kołodziej
Ilość stron: 400
Rodzaj: oprawa miękka
Format: 130x205
Data wydania: 2018-01-09
EAN: 9788324165421
39.80 PLN
26.63 PLN
Literatura obyczajowa

To powieść o cieszeniu się każdą chwilą życia, o sile przyjaźni i nadziei. Będziesz się śmiać przez łzy.
„Publishers Weekly”

„Ta pełna humoru, wzruszająca i inspirująca powieść to wyraz niezgody na poddawanie się nieszczęściu. Inteligentna literatura kobieca w najlepszym wydaniu.” „Kirkus Reviews”

Annie Hebden nie umie już mieć nadziei. Straciła wszystkich, których kochała. Odsunęła się od ludzi, zamknęła w bólu i rozpaczy. I wtedy poznaje barwną, promienną Polly, która stawia jej wyzwanie:

W ciągu stu dni ma nauczyć się być szczęśliwa.

„To proste – mówi. – Musisz po prostu każdego dnia zrobić coś, co sprawi ci przyjemność”.

I jak huragan porywa ją w świat tańca w fontannie, jazdy kolejką górską, małych i dużych zwycięstw nad smutkiem. Jest zdecydowana udowodnić Annie, że i w jej życiu jest jeszcze miejsce na szczęście, przyjaźń, a nawet miłość. Bo Polly zbyt dobrze wie, że czas, jaki nam dano, jest zbyt krótki, by zmarnować choć jeden dzień…

„Wierzę, że zawsze można znaleźć nadzieję, nawet w najgorszych chwilach życia” – mówi Eva Woods, której powieścią Sto dni szczęścia jeszcze przed brytyjską premierą zainteresowali się światowi wydawcy.  Zostanie opublikowana w 14 krajach.

„Wyjątkowa powieść, podczas lektury nie byłam już pewna skąd moje łzy: ze smutku czy szczęścia.”  Beata Moskwa, thievingbooks.blogspot.com

„Pozytywna i mądra historia. O tym, że każdą tragedię da się przekuć w szczęście.”  Weronika Tomala, ktoczytaksiazki-zyjepodwojnie.blogspot.com

„Czasami wali się cały świat. Czasami wszystko idzie nie tak jak powinno. Czasami zwodniczy los rzuca dziesiątki kłód pod nogi. A ta urocza opowieść udowadnia, że nigdy nie można się poddać. Miód na zbolałe serce.”  Olga Kowalska, wielkibuk.com

 

Film na youtube: https://www.youtube.com/watch?v=Zr_9JsXnFxE

 

Patronaty medialne:

5wielki buk

 

 

 

23584bjc

 

 

 

 

 

 

 


Ile potrzeba czasu by zaznać prawdziwego szczęścia? Czy jest ono osiągalne i możliwe do zdobycia? Na wyciągnięcie ręki mamy propozycję szczęśliwych chwil, które urozmaicą nasze życie, ale czy można funkcjonować w świecie tak, by przez cały czas być szczęśliwym? Na to pytanie może odpowiedzieć bohaterka powieści Evy Woods - Annie Hebden.
 
Annie niestety nie jest szczęśliwa. I wszystko zapowiada się na to, że już nigdy nie będzie. Straciła nadzieję dawno temu i nie jest w stanie zrobić cokolwiek by na nową ją uchwycić. Zamknięta w bólu i rozpaczy odsunęła od siebie wszystko i wszystkich. Zamknęła się w sobie i odsunęła w cień. To smutne, ponieważ Annie pokazuje się przed czytelnikiem jako sympatyczna bohaterka, która zasługuje na szczęście i czytelnik ma ochotę zrobić wszystko, by kobieta mogła się uśmiechnąć.
 
Na całe szczęście do fabuły wkracza Polly - rezolutna i pomysłowa postać, która nie cofnie się przed niczym by zaznać szczęścia. Rzuca Annie wyzwanie by ta każdego dnia zrobiła rzecz jaka ją uszczęśliwi. Tym samym podejmuje misję udowodnienia kobiecie, że w sto dni jest w stanie nauczyć się być szczęśliwą. To bardzo ciekawy pomysł na fabułę i przyznaję, że motywujący. Kto z nas nie miałby ochoty być szczęśliwym od końca swoich dni i nie przeżywać gorzkich chwil rozczarowania? Biorąc przykład z Polly można śmiało spróbować podążać wyznaczoną przez nią drogą i odnaleźć własne szczęście. 
 
Nie spodziewałam się, że wybierając lekturę Evy Woods poczuję tak miłe zaskoczenie. Autorka z lekkością stworzyła barwne i intrygujące postacie z krwi i kości, gdzie każda z nich wyróżnia się czymś innym. W dodatku Woods wplotła do fabuły subtelne poczucie humoru i sprawiła, że - bądź co bądź - ciężki temat został zmieniony w wartościowe i jednocześnie lekkie do przyswojenia przesłanie. Jest jednak pewien minus w tej książce: zbyt proste potraktowanie tematu. Moim zdaniem książka ma wielki potencjał wykorzystany wyłącznie w połowie. Szkoda, by w obecnym wykonaniu książka jest bardzo dobra i gdyby pochylić się nad nią jeszcze bardziej mogłaby być jedną z lepszych historii jakie pojawiły się w propozycjach książek obyczajowych z przesłaniem.
 
Nie myślcie jednak, że "Sto dni szczęścia" to książka zła. Wręcz przeciwnie! Czyta się ja błyskawicznie i z ogromną przyjemnością. Wiele razy mój uśmiech przeplatały łzy i w pewnym momencie nie wiedziałam już naprawdę czy powinnam się smucić czy cieszyć. Polly uczy życia, sprawia że chce się czerpać z niego garściami i udowadnia, że z pozoru nic nie znaczące chwile można bez większego wysiłku obrócić w szczerą radość. Okazuje się, że wystarczy tylko chcieć, by szczęście, przyjaźń i miłość były na wyciągnięcie ręki. To bardzo mądra i warta każdego przeczytanego słowa historia z przesłaniem, od której nie można się oderwać i która pozostaje w głowie na długo. Polecam!
5
 
 
 

Miniony tydzień ze względów osobistych i zdrowotnych, był dla mnie bardzo trudny. Nic więc dziwnego, iż szukałam lekkiej, relaksującej, ale i dającej porządną dawkę pozytywnej energii książki.
Sto dni szczęścia okazało się strzałem w przysłowiową dziesiątkę.
Po raz pierwszy zgadzam się z napisem, który widnieje na okładce: To powieść o cieszeniu się każdą chwilą życia, o sile przyjaźni i nadziei. Będziesz się śmiać przez łzy.
Sto dni szczęścia nie jest poradnikiem, jest powieścią.
Choć jakby tak się zastanowić...to taki miks 2 w 1. Książka nie tylko ukazuje perypetie Annie i Polly, dwóch diametralnie różniących się od siebie kobiet, ale także pokazuje czym jest szczęście i czy szczęściu można wyjść na przeciw, czy można je sprowokować.
Annie to nieszczęśliwa, bez nadziei na lepsze jutro, nie żyjąca, a wegetująca kobieta. Straciła wszystkich, których kochała. Czy można wyobrazić sobie coś bardziej dramatycznego?
Polly to pogodna, energiczna kobieta, która stawiając przed Annie niebagatelne wyzwanie ratuje ją przed pogrążeniem się w jeszcze większej beznadziejności, smutku, depresji.
Polly postanowiła, iż nauczy Annie być szczęśliwą i zrobi to w 100 dni? Czy to w ogóle możliwe?

Trudno cokolwiek więcej napisać o fabule, żeby nie zdradzać niespodzianek, które na was czekają. Przyznam tylko, iż ja byłam totalnie zaskoczona (w sensie jak najbardziej pozytywnym). Książka mnie urzekła, porwała, zaczarowała i przyznam wam się, że żałuję, iż już skończyłam ją czytać.
Obie bohaterki są wspaniałe. To taki typ postaci, które lubi się od pierwszej strony i aż do końca wiernie im kibicuje. Każdą z nich większość kobiet chciałaby mieć za przyjaciółkę, siostrę. To ważne szczególnie w dzisiejszych, zmaterializowanych czasach, w których gro ludzi funkcjonuje w pędzie, często tylko w cyberprzestrzeni  zapominając jak ważne są kontakty z drugim człowiekiem.
Eva Woods stworzyła niezwykłą, wspaniałą, pogodną, będącą pełnym nadziei plasterkiem na zbolałą duszę książkę.
„Wierzę, że zawsze można znaleźć nadzieję, nawet w najgorszych chwilach życia” – mówi Eva Woods, i ja się z nią w 100% zgadzam.
Gorąco zachęcam was do lektury tej z pozoru banalnej, zdającej się jedną z wielu, a naprawdę tak niezwykłej książki. Jestem przekonana, iż będziecie na przemian śmiać się do rozpuku, uśmiechać z czułością, połykać łzy wzruszenia, a nawet trochę zazdrościć głównym bohaterkom. Bo jak nie zazdrościć komuś, kto na swojej drodze spotka kobietę taką jak Polly? Jak nie zazdrościć komuś, kto przeszedł taką magicznie pozytywną metamorfozę jak Annie?
Sto dni szczęścia to książka na każdą porę roku, dnia i na każdy stan duszy. Polecam. 

8

 
 
 

Celebrujmy życie

 
 
Drogi Czytelniku!
 
Piszę do Ciebie ten list, będąc pod wpływem lektury, którą ostatnio przeczytałam. Książka Evy Woods skłoniła mnie do wielu refleksji, którymi chciałabym się z Tobą podzielić. 
 
 
Wiem, że życie czasem lubi dopiec. Każdy ma swoje problemy i chwile codzienności, które przytłaczają tak bardzo, że trudno wziąć się w garść i wstać z łóżka, by z uśmiechem witać kolejny dzień. Ty, a także ja, martwimy się swoją przyszłością, często stojąc na rozdrożu, zastanawiamy się, jaką podjąć decyzję. Nie jest łatwo pozostać sobą w dzisiejszym brutalnym, pełnym przemocy świecie i czasem nie zwariować, nie wyjść z siebie, stać się kimś zupełnie innym, tak obcym, że sami w sobie nie rozpoznajemy człowieka, a jedynie zbitek lęku, cierpienia i zgorzkniałości. 
 
Wiem, że w takich chwilach trudno znaleźć optymizm i wyliczyć każdy pozytywny aspekt swojego położenia. Polly, jedna z bohaterek „Sto dni szczęścia” odważyła się rzucić losowi wyznanie i mimo swojej ciężkiej choroby i widma śmierci, nie poddać się, a co więcej być szczęśliwa, na przekór, bo tak! Z lektury jasno wynika, że łatwiej jest się poddać i w milczeniu czekać na wyrok, niż z przebojem i ogromną skrupulatnością poszukiwać okruchów radości. Przyznaję, to karkołomne wyzwanie, trudne i wymagające wiele poświęceń. Jednak efekt może zaskoczyć i przynieść coś zupełnie nieoczekiwanego. 
 
Z własnego doświadczenia wiem, że codzienne kataklizmy takie jak rozstanie, choroba, strata dotykają całą rodzinę, przyjaciół, znajomych. Naszym bliskim również trudno odnaleźć się w nowej sytuacji i pomóc nam w cierpieniu. Nikt nie uczy nas jak zachować się w trudnych, traumatycznych sytuacjach. Często działamy pod wpływem impulsu, instynktu, obserwacji. Czasami to wsparcie wystarcza, a czasami doprowadza to do oklepanych frazesów, które zamiast pomóc, stają się punktem zapalnym, jakiejś agresji, która wybucha gwałtownie, pozostawiając po sobie zgliszcza i rozbitą skorupę, którą tak trudno ponownie skleić. Doskonałym tego przykładem  jest druga bohaterka powieści Annie. Kobieta zamknęła się w swoim bólu, że przestała dostrzegać cierpienie innych. 
 
Nie jest łatwo dotrzeć do osoby pogrążonej w żalu. Jednak nie należy się poddawać. Owszem, poziom irytacji będzie sięgał zenitu. Można być także narażonym na ciosy, które dotkną do żywego. Natomiast na końcu czeka satysfakcja, którą bardzo trudno do czegokolwiek porównać. 
 
Jeszcze trudniej jest pozwolić komuś wkroczyć w swoją samotną, przez co bezpieczną przestrzeń. Szybko przywykamy do schematu, który staje się swego rodzaju oazą. Lecz to nie jest sposób na życie, a jedynie wegetacja pozwalająca przetrwać. 
 
Dobrze by było, gdybyśmy zaczęli dostrzegać innych ludzi, którzy być może cierpią równie mocno, a może życie dokuczyło im jeszcze bardziej, a może tych, którzy pod maską entuzjazmu skrywają lęk przed śmiercią i przemijaniem.
 
Przyjacielu, mam nadzieję, że moje przemyślenia w takiej dość nieoczekiwanej formie skłoniły Cię, zaciekawiły, zachęciły do lektury książki „Sto dni szczęścia”. Jeżeli tak, to nie oczekuj, że Eva Woods nauczy Cię jak żyć i nie da Ci gotowej recepty na to, jak być szczęśliwym. Za to, otworzy oczy na wiele aspektów, których nie dostrzegasz, będąc niedostępny jak Annie, odważny jak Polly lub całkiem obojętny na toczącą się wokół Ciebie rzeczywistość. 
 
2
 
 
 
 

Recenzje ukazały się także na portalach:

- empik

- lubimy czytać

 

Dzień 1: Poznaj nową przyjaciółkę

- Przepraszam…

Brak odpowiedzi. Recepcjonistka nadal trzaskała klawiszami. Annie spróbowała jeszcze raz:

- Przepraszam?

Było to „przepraszam” z poziomu numer dwa – oczko wyżej niż to, które kierowała w stronę blokujących ruchome schody turystów, a oczko niżej od zarezerwowanego dla kogoś, kto w pociągu kładzie torbę na sąsiednim siedzeniu. Zero reakcji.

- Przepraszam panią – powiedziała, wchodząc na poziom numer trzy (kiedy ktoś ci ukradnie miejsce parkingowe, uderzy cię parosolką itd.) – Może mi pani pomóc? Stoję tu już pięć minut.

- Co jest? – rzuciła kobieta, nie przerywając pisania.

- Muszę zmienić adres w danych pacjentki. Odsyłano mnie już do czterech różnych działów.

Recepcjonistka, nie odrywając wzroku od ekranu, wyciągnęła rękę. Annie podała jej formularz.

- To pani?

- Hm… nie. – Chyba widać!

- Pacjentka musi sama wprowadzić zmiany.

- Hm… no ale nie może. – Co powinno być oczywiste, o ile ktokolwiek w tym szpitalu zawraca sobie głowę czytaniem kart.

Formularz opadł na kontuar.

- Nie mogę pozwolić na wprowadzanie zmian innej osobie. Ochrona danych osobowych, rozumie pani.

- Ale… - To okropne, ale nagle poczuła, że za chwilę się rozpłacze. – Ja muszę zmienić ten adres, tak żeby listy przychodziły na mój adres! Ona już nie może ich sama czytać! Dlatego tu jestem. Proszę… Ja… ja po prostu muszę to zmienić! Nie rozumiem, dlaczego to ma być takie trudne?

- Przykro mi. – Recepcjonistka pociągnęła nosem i zdjęła z paznokcia jakiś pyłek.

Annie złapała papier.

- Proszę pani, jestem tu od czterech godzin. Odsyłają mnie od pokoju do pokoju. Kartoteka. Neurologia. Ambulatorium. Recepcja. Znowu neurologia. I nikt nie ma pojęcia, jak załatwić tę prostą jak drut sprawę! Nic nie jadłam, nie brałam prysznica, i nie mogę pójść do domu, no chyba że pani otworzy właściwą stronę w komputerze i wpisze te parę słów. To wszystko! Nic więcej!

Recepcjonistka nadal na nią nie patrzyła. Trzask, trzask, trzask. Annie poczuła, że wzbiera w niej fala gniewu i frustracji.

- Czy pani mnie słyszy??? – krzyknęła. Wyciągnęła rękę i odwróciła monitor w drugą stronę.

Brwi kobiety niemal zniknęły w wysoko natapirowanej fryzurze.

- Proszę pani, bo będę musiała wezwać ochronę, jeśli nie…

- Ja tylko proszę, żeby pani na mnie patrzyła, kiedy do pani mówię. Żeby mi pani pomogła. Proszę… - I głos jej się załamał. – Przepraszam – wykrztusiła, płacząc gorzko. – Przepraszam, ja… po prostu… ja muszę zmienić ten adres…

- Proszę pani… - Recepcjonistka nabrała powietrza i otworzyła usta, niewątpliwie żeby powiedzieć Annie, gdzie ma sobie pójść. I w tym momencie zdarzyło się coś dziwnego: usta rozciągnęły jej się w szerokim uśmiechu. – Cześć, Pe!

- Cześć! Jak tam? Wszystko oki-doki?

Annie obejrzała się, żeby sprawdzić, kto to im przerywa. W drzwiach prowadzących do obskurnej szpitalnej kanciapy stała wysoka kobieta ubrana we wszystkie kolory tęczy. Czerwone pantofle. Fioletowe rajstopy. Żółta sukienka w odcieniu sycylijskich cytryn. Zielona włóczkowa czapka. Bursztynowa biżuteria jarzyła się pomarańczowym blaskiem, a oczy miały żywy odcień błękitu. Kolory powinny były się gryźć, a pomimo to jakoś do siebie pasowały.

Kobieta podeszła i dotknęła jej ramienia. Annie uskoczyła.

- Strasznie przepraszam, nie chcę się wkręcać bez kolejki, ale po prostu muszę błyskawicznie zaklepać wizytę.

Recepcjonistka już trzaskała klawiszami, tym razem ochoczo.

- Przyszły tydzień ci pasuje?

- Dzięki, jesteś cudowna. Wielkie sorry, a jednak się wepchnęłam bez kolejki! – Tęcza znowu rozbłysła uśmiechem w stronę Annie. – A ta piękna pani została już obsłużona, Denise?

Nikt od niepamięci świata nie nazwał Annie piękną panią. Zamrugała, strząsając łzy z rzęs.

- Nie, nie zostałam, bo to podobno za trudne zmienić adres w karcie pacjentki. Odsyłają mnie od Annasza do Kajfasza. – Starała się, żeby jej głos brzmiał pewnie.

- Och, Denise na pewno to dla pani zrobi. Ta niesamowita kobieta ma w swoich cudownych koniuszkach palców wszystkie sekrety tego szpitala. – Poruszyła w powietrzu palcami, naśladując pisanie na klawiaturze. Na wierzchu jednej dłoni miała rozległy siniec, częściowo zaklejony wacikiem.

Denise rzeczywiście skinęła niechętnie głową.

- No dobrze. Pani da.

Annie podała jej formularz.

- Czy może pani wpisać mój adres? Annie Hebden. – Klawisze zastukały i w dziesięć sekund sprawa, której nie mogła załatwić cały dzień, była załatwiona. – Hm… dziękuję.

- Proszę bardzo – odrzekła Denise. Annie czuła jej dezaprobatę. Była niegrzeczna, wiedziała o tym. To wszystko było takie trudne, takie frustrujące.

- Genialnie. To cześć, staruszko. – Tęczowa kobieta pomachała Denise na pożegnanie i znowu złapała Annie za ramię. – Przykro mi, że ma pani zły dzień.

- Ja… że co?

- Wygląda, jakby miała pani naprawdę kiepski dzień.

Annie na chwilę zaniemówiła.

- Jestem w szpitalu, kurczę. Myśli pani, że jest tu choć jedna osoba, co ma dobry dzień?

Kobieta rozejrzała się po poczekalni. Połowa ludzi była o kulach, niektórzy bladzi, z ogolonymi czaszkami. Jakaś kobieta w szpitalnym szlafroku siedziała, zgarbiona, w fotelu na kółkach. Znudzone dzieci wytrząsały zawartość torebek swoich matek, a matki tymczasem dziobały bezmyślnie palcem w telefon.

- Nie widzę powodu, czemu by miało nie być.

Annie, zła, cofnęła się o krok.

- Wie pani co? Dziękuję za pomoc…chociaż nie powinnam była jej potrzebować, ten szpital to jakaś porażka… ale nie ma pani pojęcia, dlaczego tu jestem.

- Fakt.

- To idę.

- Lubi pani ciastka? – spytała kobieta.

- Co? Oczywiście… co?

- Sekundkę! Niech pani zaczeka! – I pomknęła przed siebie. Annie spojrzała na Denise, która powróciła do obojętnego gapienia się w klawiaturę.

Policzyła do dziesięciu – zła na siebie, że robi choćby to – po czym pokręciła głową i ruszyła przed siebie korytarzem w odcieniach rozpaczliwego błękitu i gorzkiej zieleni. Odgłosy przetaczania łóżek, klapanie wahadłowych drzwi, odległy płacz. Stary człowiek leży na wózku, malutki i szary. Dzięki Bogu, że na dziś skończone. Teraz do domu, zatracić się w telewizyjnych obrazach, zaryć się pod kołdrę…

- Ej, chwileczkę! Annie Hebden!

Annie odwróciła się. Irytująca kobieta biegła korytarzem – a raczej nie tyle biegła, co szurała nogami, kompletnie bez tchu. W wyciągniętej ręce trzymała babeczkę, pokrytą czekoladowym lukrem.

- To dla pani – wydyszała, wciskając ją Annie do ręki. Każdy paznokieć miała pomalowany na inny kolor.

Po raz drugi w ciągu pięciu minut Annie zaniemówiła.

- Dlaczego?

- Dlatego. Z babeczką wszystko robi się troszeczkę lepsze. Z wyjątkiem cukrzycy typu 2, jak mi się zdaje.

- Hm… - Annie spojrzała na trzymane w ręce ciastko. Było lekko zgniecione. – Dziękuję – powiedziała z wahaniem.

- Nie ma sprawy. – Kobieta zlizała lukier z palców. – Szlag, mam nadzieję, że nie złapię gronkowca. Choć nie z robiłoby to specjalnej różnicy. A tak w ogóle to nazywam się Polly. A ty jesteś Annie.

- Yyy… Tak.

- Miłego dnia, Annie. A przynajmniej troszkę mniej niemiłego niż dotąd. Pamiętaj, jeśli chcemy mieć tęczę, musimy zaakceptować deszcz. – Pomachała jej ręką i w podskokach – chyba to pierwszy raz ktoś podskakiwał Korytarzem Skazańców… – zniknęła jej z oczu.

 

Na autobus Annie czekała w deszczu, szarym kapuśniaczku, w którym Lewisham najwyraźniej się specjalizowało. Jakie to głupie, co powiedziała tamta kobieta... Nie każdy deszcz prowadzi do tęczy. Zwykle prowadzi do przemoczonych skarpetek i włosów jak szczurze ogony. Ale ona przynajmniej miała dokąd pójść. Pod wiatą przystanku siedział jakiś bezdomny, z włosów ściekała mu woda, tworząc kałużę wokół jego brudnych spodni. Annie czuła się podle, patrząc na niego, ale co mogła zrobić? Nie była w stanie mu pomóc. Nie była w stanie pomóc nawet samej sobie.

Autobus przyjechał zatłoczony. Annie stała wciśnięta pomiędzy wózek dziecięcy a kilka toreb z zakupami, które przy każdym zakręcie się przewracały. Wsiadła starsza pani, z trudem wciągając po schodkach wózeczek na zakupy. Przeciskała się przejściem i nikt nie podniósł głowy znad telefonu, żeby zaproponować jej miejsce. Wreszcie Annie nie wytrzymała. Co jest z tymi ludźmi? Czy w tym mieście nie ma już choćby strzępka przyzwoitości?

- Na litość boską! – warknęła. – Może by ktoś ustąpił miejsca tej pani?

Młody człowiek z wielkimi słuchawkami na uszach dźwignął się ociężale, zakłopotany.

- Nie wolno używać imienia boskiego nadaremno – rzekła starsza pani, siadając, i spojrzała z dezaprobatą na Annie.

Annie wpatrywała się we własne stopy, które pozostawiły na wilgotnej podłodze brudne ślady. Wreszcie dotarli do jej przystanku.

Jak to się stało, że jej życie dotarło do tego punktu? Rozkleić się publicznie z powodu zmiany adresu? Płakać w obecności obcych ludzi? Kiedyś to ona unosiła brwi, gdy ktoś się rozklejał. To ona proponowała chusteczkę do nosa i poklepywała krzepiąco po ramieniu. Nie rozumiała, gdzie się podziała tamta osoba. Ta, którą kiedyś była.

Czasem Annie miała wrażenie, że jej życie odmieniło się w jednym mgnieniu oka.

Oczy zamknięte – była z powrotem w sypialni swojego ślicznego domu w tamten ostatni słoneczny poranek, i wszystko było jak najlepiej. Przepełniała ją ekscytacja, nadzieja i radość z domieszką lekkiego wyczerpania. Było  idealnie.

Oczy otwarte – była tutaj. Wracała do tego okropnego mieszkania, łapała w deszczu autobus, leżała bezsennie, przerażona i nieszczęśliwa.

Jedno mrugnięcie – perfekcja. Drugie mrugnięcie – ruina. Ale choćby nie wiem ile razy zamykała oczy, nigdy nie chciało być z powrotem tak, jak było.

 

Aktualności
2018-10-31

Upoluj bestseller

Łapcie okazję!

Teraz wszystkie nasze książki kupicie z rabatem -35%*.

Promocja trwa do 06.11!

 

* Promocja dotyczy książek kupionych w księgarni Ravelo

czytaj więcej
2018-10-23

Na targach we Frankfurcie...

Małgorzata Cebo-Foniok i Zbigniew Foniok  z Sebastianem Fitzkiem na targach we Frankfurcie.

Sceneria nawiązuje do najnowszej powieści mistrza.

czytaj więcej
2018-10-15

Spotkanie z Lily Bernheimer

Jeśli macie ochotę spotkać się na żywo z autorką "Potęgi przestrzeni wokół nas", to serdecznie zapraszamy w tę sobotę, 20 października, na godz. 17.30 do "Sztuki
czytaj więcej